Feeds:
Wpisy
Komentarze

10 kwietnia, znowu

Są takie chwile, kiedy zdaję sobie sprawę, że pewne rzeczy się zmieniły. Na przykład gdy podczas jazdy windą wyrywam siwy włos z głowy. Prawie podczas każdej jazdy windą dostrzegam jeden i w tej krótkiej podróży na czwarte piętro staram się go pozbyć. Wiem jednak, że następnego dnia, gdy znowu spojrzę w windziane lustro, zauważę kolejny. I będzie ich coraz więcej, w pewnym momencie przestanę je wyrywać. Od 15 miesięcy nie malowałam włosów, nie chce mi się.

Od roku ze środków masowego przekazu wylewa się śmierć. Wielu z nas dotyka też z bliska. W nocy rozmawiam z Ryjkiem o tym, że jako społeczeństwo już nie jesteśmy w stanie przeżywać czegoś takiego jak w kwietniu 2010 roku, tamta zbiorowa żałoba jest niemożliwa. Katastrofa samolotu i nagła, przedwczesna śmierć blisko setki osób była szokująca w 2010 roku, w 2021, w dobie przepełnionych szpitali, opóźnionych diagnoz, niemożności godnego pożegnania, śmierć stała się czymś zwykłym i do pewnego stopnia oswojonym.

Kiedy zmarł 99-letni małżonek brytyjskiej królowej, tamtejsze media nieco bezrefleksyjnie zastosowały swoje zwykłe sztuczki. Wywoływanie poczucia żałoby w odbiorcach, chwalenie zmarłego, publikacja hołdów i kondolencji, czasami zupełnie od czapy, przerywanie programów, zmiana ramówki, nieustanny strumień obrazów w stonowanych kolorach i nastrojach. „Zmarł ważny człowiek dla narodu, podpora ciężkopracującej królowej, człowiek, który gdyby nie został małżonkiem następczyni tronu, stałby się wybitnym lordem mórz, jedyny mężczyzna w Wielkiej Brytanii, któremu odmówiono prawa przekazania dzieciom własnego nazwiska, sportowiec i modernizator”. Pustka tego typu laurek staje się boleśnie widoczna w dobie kryzysu covidowego, który w dodatku nie pozwala na przeprowadzenie hucznych uroczystości pogrzebowych od dziesięcioleci zapisanym w planie Forth Bridge. Zmarł pozbawiony ojczyzny arystokrata, który wprawdzie udzielał się w marynarce w czasie II wojny, ale szybko przeszedł na pozycję bon vivanta żyjącego w wygodnych pałacach, znanego ze swoich mało wymyślnych żartów. Ożenił się z dziedziczką tronu Windsoru i myślał, że będzie głową rodziny jak każdy mężczyzna w tamtej epoce, a nie tylko błękitno-krwistym gwarantem przedłużenia rodu, niczym dawne księżniczki z poszczególnych europejskich stajni od wieków wysyłane na obce dwory, by rodzić i milczeć? Kiedy kilka tygodni temu ratowano jego starcze serce, ilu młodszym od niego Brytyjczykom wstrzymano ważne operacje z powodu covidowego obłożenia szpitali? Jak czcić 99-letnie życie, gdy problem, przed którym stoi całe społeczeństwo, polega na tym, że tak wielu może nie mieć szans przeżycia nawet połowy tego?

Pandemia przeorała nasz świat, zakwestionowała wiele spraw, nad którymi dotąd być może się nie zastanawialiśmy albo zastanawialiśmy się za mało. Jak puste okazują się wielkanocne rytuały, gdy zmartwychwstanie jest ciągle odsuwane w czasie. Nic dziwnego, że liczba niedowiarków rośnie i nikt już nie słucha Marii Magdaleny i drugiej Marii niosących dobrą nowinę. Jakąkolwiek nowinę.

Klocki Lego

Wrócił klub czytelniczy, ale druga sesja została niespodziewanie odwołana z niewyjaśnionych uczestniczkom przyczyn. Pierwsze spotkanie było trochę dziwne. Zamiast w tradycyjnym kręgu, siedziałyśmy jak w tramwaju, a nawet w trzech równoległych tramwajach, tyle że w przepisowej odległości 1,5 metra od siebie. Prowadząca zasiadła zaś za pulpitem i nie udawało jej się rozwiązać problemu okularów – po chwili patrzenia przez nie na dalsze rzędy, przestawała widzieć cokolwiek z powodu odmaseczkowego parowania. Gdy je zdejmowała widziała tylko pierwsze trzy osoby. Ale nikomu z nas nie było łatwo, co odczuwało się też w dość skąpej dyskusji.

Problematyka pisania i czytania w czasie pandemii. W gruncie rzeczy, ile można czytać, czasami trzeba przeżyć też coś innego, coś własnego – podróż, spotkanie z ogromną grupą przyjaciół, szaloną noc w knajpach, spontaniczny spacer o północy, gdy zaczyna się wiosna i wieje wiatr z południa. Pandemia odarła nas ze wszystkich tych rzeczy oraz ze spontaniczności. Zanim zrobisz coś niecodziennego, musisz sprawdzić, czy jest to w ogóle dozwolone i pod jakimi warunkami. Stoisz sztywno w tym zdystansowanym kręgu, oddychasz ciężko i z poczuciem winy, że maseczkę nosisz już drugi dzień, patrzysz na zegarek, czy wyrobisz się ze wszystkim przed godziną policyjną. I co JEŚLI NIE? (600 euro kary).

Trudno jest pisać. Słowa są jakieś takie gumiaste, nie układają się. Jak klocki Lego, którym brakuje połowy elementów. Może rok w ciągłej gotowości, czujności i skupieniu powoduje, że kreatywność spada? Jak dziwić się światu, gdy wszystko jest dziwne? Jak podziwiać drobne wykwity codzienności, gdy przytłacza nas ona swoją masą? A idee tylko bolą ostatnio, trwa nieustanna walka o prawa kobiet (w Polsce), demokrację (w USA i nie tylko), wolność (W Hiszpanii), życie wreszcie (wszędzie). Czuję się wezwana do składania świadectwa, ale tak naprawdę nie wiem, o czym miałabym świadczyć. A w ogólnym rozrachunku tworzysz coś, budujesz, zakładasz rodzinę, piszesz, bo liczysz, że coś po tobie zostanie.

Ale potem nadchodzi iberyjska wiosna. Można iść w słońcu i wzdłuż morza, bo pozwolono odwiedzać sąsiednie miasteczka w celach socjoekonomicznych (cokolwiek to znaczy, dla mnie spacer z przyjaciółką do Starego Portu w Algorcie). Ponad linią maseczki wyskoczyły mi pierwsze tegoroczne piegi. Zwołuję zlot czarownic – reaktywacja po pięciu latach – i znowu chce mi się pisać do wydawców w sprawie świetnych autorek i autorów, także tych tworzących w języku, w którym często powtarza się literka x i dlatego tekst w nim wygląda jak mapa wyspy skarbów (licencja Elizabeth Macklin). Zapisuję się na jakieś egzaminy i cierpliwie przerzucam ćwiczenia. No i są jeszcze mecze – już dawno futbol nie dawał mi tyle radości. Za mną przedostatni odcinek niezbyt mądrego, ale okropnie wciągającego serialu, co za ulga. Zostałam też właścicielką mojego pierwszego na obczyźnie regału Billy.

Końcówka 2020 roku jest smutna i wietrzna, naznaczona bliższymi lub dalszymi śmierciami. Nigdy przedtem nie umarło tyle osób w moim otoczeniu. Nigdy przedtem nie miałam blisko siebie tylu świeżo osieroconych osób.

Kilka tygodni temu odbyłam ekspresową podróż na południe Hiszpanii – znad Morza Kantabryjskiego prosto nad Cieśninę Gibraltarską. 12 godzin przez puste drogi. Zostało mi kilka niezapomnianych obrazów. Zamglona pustka przy wjeździe na autostradę A1 w kierunku Madrytu, w której migające zielone i czerwone światła potęgowały wrażenie krajobrazu poatomowego. Niesprzątnięty stolik w jednej z nielicznych otwartych przydrożnych knajp zaraz za Somosierrą – tak jakby kelner, który nie miał nic do roboty, chciał jak najdłużej zachować wspomnienie po gościach, którzy już dawno odjechali. W wielkiej toalecie byłam sama i mogłam swobodnie nasmarować ramię kremem przeciwbólowym – kilka dni wcześniej doznałam kontuzji i kilka godzin w samochodzie zaczynało dawać mi się we znaki. Niepokojąco szeroki krajobraz La Manchy – długa, prosta, usypiająca droga z hopkami, na której cierpiałam już straszne bóle i łykałam paracetamol jak głupia. Wzgórza porośnięte drzewami oliwkowymi w okolicy Jaen. Zachód słońca nad zamkniętą Granadą barwiący jej białe domy na różowo. Wreszcie ciemność sugerująca wody Morza Śródziemnego na autostradzie wzdłuż Costa del Sol. Od dawna chciałam odbyć tę podróż, ale nie w takich okolicznościach. Nie po to, by zakończyć ją kilkudniowym poznawaniem wszystkich możliwych dróg z domu do szpitala i wreszcie pogrzebem. Nie po to, by znosić listopadowy i grudniowy wiatr i deszcz, od którego nie da się uciec na piątym piętrze z widokiem na morze i Skałę Gibraltarską. Są też jasne punkty: rodzinne spotkania, spacery po całym miasteczku, z którego można wyjść tylko przez granicę z Gibraltarem – już dawno z taką intensywnością nie używałam paszportu. Słońce jest też inne. Każdy słoneczny poranek to ogromna dawka energii dostarczana prosto do łóżka, która rekompensuje z naddatkiem deszczowe dni, gdy trudno się na czymkolwiek skupić. Za kilka dni odbędę podróż powrotną i powoli zanurzę się w spokój Bożego Narodzenia w odosobnieniu.

Światłocienie

Gdy nastała pora deszczowa i spadły temperatury, sięgnęłam po dawno nieużywane kurtki i buty. W kieszeniach okryć wierzchnich odłożonych na parę miesięcy zawsze znajduję ślady poprzedniego sezonu – na przykład bilety warszawskiej komunikacji miejskiej, paragon z cukierni, karteczkę z sygnaturą książki, którą chciałam wypożyczyć z biblioteki. Tym razem były to plastikowe rękawiczki, bez których wiosną nie można było wejść do sklepu, oraz cukier dodawany do kawy na wynos w piekarni Bertiz. Przymykam oczy i przypominam sobie tamten spokój, ciszę panującą na ulicach, moją codzienną jogę i pracę nad tłumaczeniem, które dziś właśnie ma swoją premierę.

Nie umiem nie pisać o pandemii.

W „Mapie” Barbary Sadurskiej natykam się na ślad epidemii cholery w czasach Rembrandta – który jest zresztą jednym z bohaterów powieści. Zdaję sobie w tym momencie sprawę, że nigdy nie zwracałam większej uwagi na te dżumy i hiszpanki. Były prawie jak transparentny środek literacki – chcesz wybić połowę bohaterów, wprowadź epidemię, stwórz sceny, w których na ulice masowo wynosi się owinięte w szmaty trupy, a nad wszystkim niech unosi się dym i bicie dzwonów. Jakie to proste.

Umieszczenie przez Sadurską akcji w domu Rembrandta oraz opis tworzenia akwafort przypomniały mi o Rembrandtowskiej wystawie w Muzeum Sztuk Pięknych w Budapeszcie. Kupiłam wtedy w muzealnym sklepiku kilka reprodukcji jego rycin. Mam nadzieję, że leżą w jakimś pudełku w piwnicy rodzinnego domu.

Za oknem lunęło. Ciało automatycznie zapada się w sobie, kurczy, mięśnie ściągają się. Pora zamknąć ostatnie uchylone okno w mieszkaniu, wyciągnąć dodatkowy koc. Dopada mnie senność, której nie udaje mi się zwalczyć kawą ani dodatkową godziną snu w nocy. Doroczne marzenie, by najeść się igliwia i przespać zimę, tym razem ma więcej sensu. Gdybyśmy wszyscy to zrobili, pandemia by się definitywnie skończyła, prawda?

Nastal wrzesień i nadeszła pora powrotu zwykłego rytmu pracy i nauki. Na początek zderzyłam się ze szklanymi drzwiami biblioteki prowincji, w której chciałam założyć obóz na najbliższe miesiące. Pierwsza karteczka informowała, że godziny otwarcia to ni mniej ni więcej 8.30-13.30, druga pozbawiała resztek nadziei: „Biblioteka nieczynna do odwołania”. W okolicznych knajpach toczyło się tymczasem zwykłe wczesnopopołudniowe życie, pandemia czy nie, kawa albo kieliszek wina należą do zestawu obowiązkowego każdego uczciwego mieszkańca Bilbao.

Nim poszłam do przeorganizowanej Mediateki, gdzie połowa przestrzeni jest tymczasowo wyłączona z użytku oraz zniknęły dwie interesujące kolekcje, z których czerpałam interesujące książki o Baskach albo feminizmie, wstąpiłam do sieciowego sklepu odzieżowego, gdzie zakupiłam klon moich czerwonych spodni. Nie lubię kupować ubrań, muszę mieć na to odpowiedni nastrój, który zdarza się rzadko, nie znoszę tego uczucia, że nic, na co mnie stać, mi się nie podoba, a jeśli już mi się podoba, to źle na mnie leży. Dlatego gdy natrafię wreszcie na coś odpowiedniego, kupuję potem różnokolorowe klony. Sklepy odzieżowe coraz bardziej mnie przytłaczają, nie odnajduję już refugium nawet w second handach. Ustawiam się w kolejce zachowującej półtorametrowy dystans dzięki wyklejonym na podłodze żółtym liniom i przez te kilka minut mam nawracającą ochotę stamtąd wyjść. Nawet nie mogłam zmierzyć wybranych ubrań, bo przymierzalnia jest nieczynna z powodu pandemii, na szczęście chodzi o klony, wiem, że będą dobrze leżeć i wybrałam odpowiedni rozmiar.

Tak teraz żyjemy. Książki oddane do biblioteki przechodzą kwarantannę i trzeba dezynfekować po sobie miejsce przy stole, przymierzalnie są nieczynne, urzędnicy bankowi przyjmują w okienkach tylko przez trzy godziny dziennie, a lekarza trzeba najpierw telefonicznie przekonać, że twoja wizyta w przychodni jest konieczna. Za to nauczycielom powiedziano, że nie mają się czego bać, przecież gdy powrócą do swoich przepełnionych klas w słabo wentylowanych budynkach, będą mieli pod ręką żel antybakteryjny. Niech tylko pamiętają, żeby nie pozwalać uczniom mieszać się na korytarzach, to nic, że potem wszystkie te dzieciaki popędzą na ten sam plac zabaw, a młodzież w nadal nielegalnych grupach powyżej dziesięciu osób zasiądzie w parkach i na skwerkach. Pewnie rzeczy są ważniejsze niż inne, więc nie będzie klubu czytelniczego z dwudziestoma spokojnymi uczestniczkami raz na dwa tygodnie ani klimatycznej jogi w małej salce klubu burgaleskiego, sauna w strefie spa na basenie także została wyłączona „dla wspólnego dobra”, za to będzie tradycyjna szkoła, tradycyjna praca, tradycyjne napędzanie gospodarki niepohamowaną konsumpcją, tyle że w maseczce. Kupiłam dwa bilety na koncert, dostałam miejsca nr 4 i 8, te trzy pomiędzy nimi pozostaną puste.

Gdy spotykam się z przyjaciółką, której ojciec od początku pandemii walczy z rakiem, nigdy nie siadamy na krzesłach obok, tylko naprzeciwko, by stół skutecznie nas oddzielał, gdy zdejmiemy maseczki, by wychylić nasze piwo. Na plaży automatycznie rozłożyłyśmy ręczniki z nieco szerszą przerwą pomiędzy. Na koniec zwierzeń mówimy sobie „chciałabym cię przytulić” i zapewniamy się nawzajem, że niedługo to nastąpi i że potem nawet pojedziemy na upragnioną wycieczkę do Portugalii.

A może zawsze już będzie takie właśnie lato.

Mija miesiąc od końca hiszpańskiej „desescalady” i otwarcia granic. Ponoć stoimy już w obliczu drugiej fali koronazakażeń.

Gdy po 50 dniach w domu pozwolono nam na spacery o wyznaczonych administracyjnie porach, ulice mojego miasteczka zapełniły się ludźmi, aż trudno było przejść. Pamiętam jeszcze tę niewysłowioną radość z ponownych spotkań, wspólne, nieco ukradkowe picie piwa z małych puszek zakupionych w chińskim sklepie spożywczym, w ciągłym ruchu, bo siadanie na ławkach i zatrzymywanie się na rogu było nadal niedozwolone. Pamiętam majową nocną zlewę, spędzoną pod gzymsem na sąsiedniej ulicy, kiedy nie można było przejść pod strugami deszczu, ale nawet nie chciało się uciekać, bo można było wdychać świeże powietrze i oglądać błyskawice na niebie, i to było piękne, i to było dobre. Pamiętam podniecenie związane z pierwszym dniem w sąsiedniej prowincji, podróż pociągiem – w maseczce, a jakże! – pierwszą opaleniznę, spóźnioną, już u progu lata, pierwsze popołudnie na plaży. Wszystko było zarazem nowe i dobrze znajome, smakowało trochę jak powrót do tego samego miejsca, gdzie co roku spędza się wakacje.

Spotykam się ze znajomymi, siadamy w pełnych ogródkach lokalnych knajp, pijemy wino i rozmawiamy o wakacyjnych planach, które znajdują się gdzieś między realnym a nierealnym. Opowiadamy sobie nawzajem o tym, jak trudno jest wrócić do zwykłego rytmu, jak trudno czasami przekonać siebie samą do dalszego spaceru, jak trudno – tym bardziej w obliczu rosnących zakażeń – zdecydować o sobotnim w wypadzie do Asturii, tak trudno, że nawet, kiedy wstajesz tego dnia rano, nadal nie wiesz, czy pojedziesz. Przekazujemy sobie historie z kwarantanny, o tym, jak kuzyn wybudził się po 40 dniach pod respiratorem i nie mógł uwierzyć, że świat się zatrzymał i w całej Hiszpanii nie działa ani jeden bar. O tym, jak po tylu miesiącach czuje się siostra, która przeszła covid w domu, bo szpitale były pełne poważniejszych przypadków. O tym, jak szesnastoletnia bratanica nie rozumie rodzicielskich zakazów, bo w końcu dla nastolatków liczy się tylko to, co teraz, i mają poczucie, że tracą jedyną szansą na świetną zabawę i spędzanie czasu z przyjaciółmi. Ciągle jeszcze trawimy tamten czas, jeszcze nie wiemy, jak to zapamiętamy. A przed nami rośnie niepewna przyszłość – sanitarnie, ekonomicznie, politycznie niepewna jesień, o zimie nie ma nawet co myśleć, tyle jeszcze może się wydarzyć.

Może jednak nigdy nie będzie takiego lata, bo sytuacja jest tak dynamiczna, że kolejne lato okaże się już zupełnie inne, a ponadto przyzwyczaimy się do rzeczy, na które teraz jeszcze patrzymy z niedowierzaniem. Tymczasem zostaje tylko cieszyć się każdym słonecznym dniem, póki nadal można jeździć na plażę, i jednak skusić się na wypad do Asturii – być może okaże się, że to ostatnia okazja tego lata.

Nowa normalność

Kiedy mieszkałam z Ryjkiem i z Ryjkiem wyjeżdżałam na wakacje, rano dopijałam resztki mleka z kartonu, żeby się nie zmarnowało. Przypominam to sobie lata później podczas nalewania mleka do porannej kawy, kiedy nie mieszkam już z Ryjkiem i nie wyjeżdżam na żadne wakacje. Być może od czterech lat jestem na nieustających wakacjach – włącza mi się wrodzone polskie cierpiętnictwo, które z każdej radości życia czyni powód do winy. Bo co zrobiłam, by zasłużyć sobie na te spontaniczne popołudniowe wypady na plażę, podczas których można położyć się na ciepłej fali i popatrzeć na pasące się na zielonym wzgórzu owce?

Ostatnio gdy nie mogłam zasnąć, zaczęłam wymieniać baskijskie miejscowości na kolejne litery alfabetu. Zacięłam się przy C, bo w baskijskim nie używa się tej litery, więc nie ma miejscowości od niej się zaczynającej. Przebiegałam w myślach całą mapę, zapędziłam się do Nawarry i Francji, ale mimo to nie mogłam znaleźć żadnej. Już chciałam sama się oszukać i wstawić hiszpańską wersję Karrantzy (Carranza), ale zaraz pomyślałam, że będę miała problem na K, bo tej litery nie używa się w hiszpańskim. Ostatecznie w desperacji wrzuciłam Castro-Urdiales, wprawdzie leży w Kantabrii, ale mieszka w nim dużo Basków. I spokojnie mogłam wymieniać dalej: Durango, Derio, Deba, Donostia… Zasypiałam, a potem budziłam się i żeby ponownie zasnąć, wracałam do przerwanej litanii. I tak kilka razy – budziła mnie burza, budziły mnie dziwne zwierzęce odgłosy (może to był lis i w końcu znam odpowiedź na pytanie: What does the fox say?), budziły ptaki o świcie ale nie doszłam do Z. A rano spojrzałam na południe, ku mesecie za tą górą.

 

Ciocia Ewa

Miała dziwne szczęście do znaczących dat. Urodziny 1 listopada, imieniny w Wigilię. Zmarła 1 maja. Ciocia Ewa, przyjaciółka Mamy, mama Mlecznej Siostry.

Serce na dłoni, a na pierwszy rzut oka diabeł wcielony. Zawsze nosiła mocny makijaż, po raz pierwszy zobaczyłam jej cienkie, jasne brwi, kiedy miałam 19 lat. Wielka, zażywna, energiczna. Kopciła jak smok. Gdy odbierała te wszystkie pilne telefony z pracy, w jednej chwili z wesołej Ewy sypiącej anegdotkami w gronie rodzinnym zamieniała się w furię, klęła na czym świat stoi swoje podopieczne, nieletnie pensjonariuszki zamkniętego zakładu, którym zachciało się ucieczki, próby samobójczej, bójki. Pokazała mi kiedyś laurki, jakie dziewczyny dały jej na zakończenie roku szkolnego. Naiwne kwiatki, zaskakująco dziecięce pismo, błędy ortograficzne i pełne uczucia zdania: „Była pani pierwszą osobą w moim życiu, która mnie wysłuchała”, „Bardzo mi pani pomogła”, „Tylko pani we mnie uwierzyła, kiedy wszyscy mnie opuścili”.

Kochała samochody i przede wszystkim zwierzęta. W ostatnich latach głównie koty – dokarmiała, przygarniała, znajdowała domy. W jej ciasnym mieszkaniu na parterze zawsze pełno było kudłatych przyjaciół. Czaiły się za firanką, wyłaniały nagle zza szafy. Kochała także morze. Jako że w mojej rodzinie nikt nie wykazuje takiego entuzjazmu dla fal i plaż, myślę, że wyssałam tę miłość z jej mlekiem, którym mnie kiedyś uraczyła (stąd mam Mleczną Siostrę). W dorosłym życiu zapraszała na niedzielne obiadki – proste ziemniaki i kotlety z surówką, lecz jakoś tak wyjątkowo dopieszczone. Ciocia Ewa chyba nie potrafiła czegoś robić, nie wkładając w to całej siebie.

Nie potrafię sobie wyobrazić jej ostatnich dni, nie dociera do mnie, że naprawdę odeszła. 2500 kilometrów odległości i cała ta nierealna koronasytuacja tego nie ułatwiają.

Ale może tak jest lepiej. Może lepiej zachować irracjonalne oczekiwanie, że któregoś dnia zawinie do nieodległego portu – rejs dookoła świata zawsze był jej marzeniem. Zabiorę ją wtedy na moją ulubioną plażę, kupimy sobie wielkie kolorowe parea od handlarzy obnośnych, bo ona wstydziła się pokazywać żylaki, siądziemy na piasku i znowu będę mogła słuchać jej historyjek.

Miesiąc później

Życie w kwarantannie złapało swój rytm. Codzienną jogę wydłużam nawet do 50 minut, włączyłam sesje czytania w słońcu dochodzącym na czwarte piętro. Co wieczór o 20 spotykam się na balkonie z sąsiadami i razem oklaskujemy służbę zdrowia. Wydaje mi się, że mniej chodzi o służbę zdrowia, a bardziej o to, żeby mieć jakiś stały punkt dnia i poczuć, że dookoła są inni ludzie w tej samej sytuacji. Od kilku dni po aplauzie sanitarnym z budynku naprzeciwko rozlega się trąbka, której nie widać (bo trębacz stoi na balkonie za rogiem). „What a wonderful world” brzmiało naprawdę pięknie, zwłaszcza w te ciepłe wieczory, gdy zachodzące słońce rozpalało niebo na różowo.

Minęły cztery tygodnie kwarantanny, nadeszła Wielkanoc i połączyłam się z tymi, z którymi kiedyś spędzałam te święta. Dobry powód, żeby włożyć coś elegantszego niż legginsy i bluzy, w których chodzę po domu i na zakupy. Dobry powód, żeby po raz pierwszy od czterech tygodni położyć na twarz puder. W ogóle rzeczy dawniej na swój sposób oczywiste muszą teraz udowodnić swoją użyteczność. Czy naprawdę jestem taką fanką piwa z sokiem cytrynowym, skoro ani razu w tej kwarantannie go nie kupiłam? Jak spokojnie można żyć bez futbolu.

Literatura nie musi niczego udowadniać, świetnie spełnia swoją funkcję wartościowego wypełniacza godzin i dni. Rodzina i przyjaciele też tu są, choć tylko online, a nasze rozmowy często stają się bardziej filozoficzne niż kiedyś. Umycie zasyfionego okna w kuchni sprawiło mi więcej satysfakcji niż podpisanie umowy na przekład książki nominowanej do Nagrody Bookera. Olga Tokarczuk pisała o tym, że świata ostatnio było już wręcz za dużo (zwłaszcza dla niej po noblu), wszystko działo się za szybko, a kwarantanna pozwoliła nam zwolnić i odetchnąć. Mogłabym skupić się na rzeczach, których mi brakuje, na odwołanych mistrzostwach Europy i przesuniętych rodzinnych wizytach, na niemożliwych spacerach, niedostępnych lasach i plażach, na teoriach spiskowych i lękach o przyszłość, ale wolę skupiać się na tym, co pozytywne. Na oddychaniu i wieczornym myciu zębów, o którym tak często kiedyś zapominałam. Na zdjęciach zatoki przesyłanych przez przyjaciółkę mieszkającą w wysokim bloku na wzgórzu. Na życzliwych kasjerkach w okolicznym markecie i na tym, że gdy stoisz w długiej kolejce na zewnątrz można poobserwować pluskające się w fontannie gołębie. Świat znowu wróci, prędki i prężny jak zawsze, stawiający swoje wymagania i podpuszczający do oczekiwań. Ten sam, choć pewnie jakoś tam inny. Tymczasem jednak lubię ciszę za oknem i doceniam to, że nie muszę nigdzie biec i rozpychać się łokciami. Nawet gdy do rodzinnej bańki puka śmierć, nie zamykam oczu na dobre strony tej pandemii. Historia Hioba staje się w tych czasach bardziej zrozumiała.

11. dzień zamknięcia

11 dni po rozpoczęciu kwarantanny widać już, że wychodzimy z etapu romantycznego. Od oglądania oper, sprzątania dawno zapomnianych zakamarków mieszkań, spotkań przy winie za pośrednictwem skype’a, przesyłania śmiesznych filmików i konspiracyjnych spotkań w kolejce do supermarketu przechodzimy do etapu znużenia i zniechęcenia, podlanego niepewnością i lękiem o przyszłość.

Praca i szkoła weszły do domu i wydaje się, że nieźle się zadomowiły. System edukacji publicznej na siłę podtrzymuje fikcję pt. dokończymy ten rok szkolny nieludzkim wysiłkiem swoich żołnierzy – uczniów, rodziców i nauczycieli. Poprowadziłam jedną lekcję przez Zooma i zmęczyłam się tym bardziej niż podwójną lekcją na żywo. Mam już pracę, którą wykonuję w domu, i z niechęcią przyjęłam wtargnięcie tu tej drugiej. Moje nauczanie wynika z potrzeby wychodzenia i przebywania z ludźmi. Podczas zajęć nakręcam się, gestykuluję, nawiązuję kontakt wzrokowy. Mam taką zgraną grupę dziesięciolatków – nasze lekcje to prawdziwa symfonia, w której jestem dyrygentką, krążącą po sali, wskazującą fragmenty partytury, dającą przestrzeń nieśmiałemu, cichemu instrumentowi lub ucinającą zbyt głośne solo innego. Oczywiście są też młodociane orkiestry, w których głównie latają nuty, a ja mogę najwyżej stukać batutą w pulpit, albo takie, w których solista czuje się ważniejszy od dyrygenta, a wiolonczele przez całą próbę kakafonicznie kłócą się z kontrabasami. Jednak nawet tam uda się czasami zagrać jakiś fragment w miarę poprawnie i z polotem albo zgodnie wysłuchać dobrej solówki. Zaczyna mi trochę tego brakować. Zwłaszcza że w tym roku wreszcie przystosowałam się, pozbyłam kompleksów i naprawdę polubiłam nauczanie.

Nie jest łatwo skupić się na pracy, gdy brakuje odskoczni w postaci spaceru nad rzeką, wina ze znajomymi, comiesięcznych baskijskich śpiewów na starówce, futbolu. Gdy całe życie toczy się między sypialnią, balkonem i gabinetem, z małym przystankiem w kuchni czy łazience. Paradoksalnie w tej izolacji pozbawiliśmy się możliwości odizolowania się od problemów, jakimi dociska nas świat zewnętrzny. Nie pojadę z kindlem na plażę, nie przebiegnę się dla uspokojenia myśli po lesie, nie siądę nad kawą i ciastkiem w kawiarni z widokiem na tramwaj. Co najgorsze, nie przytulę się do nikogo, żeby uspokoić nerwowe bicie serca.

Nadal wychodzimy na balkony o 20, żeby oklaskami podziękować tym, którzy walczą z koronawirusem na pierwszej linii. Mam wrażenie, że oklaski są dłuższe, choć mniej frenetyczne. Lokalna policja zmieniła komunikat o zakazie wychodzenia z domu na hymn naszego miasteczka, kojarzący się z fiestami, beztroską zabawą. Wszystko, żeby podnieść na duchu. Od kilku dni mój sąsiad z naprzeciwka majstruje coś na drabinie przy oknach – podejrzewam, że cierpliwie odmalowuje żaluzje od wewnątrz, deseczka za deseczką. Każdy ma swoje metody na radzenie sobie z zamknięciem.

Koronawiosna

Zarzuciłam kronikę kwarantanny, bo o czym tu pisać? Każdy dzień jest taki sam, po pięciu musiałam na moment zerwać z narzuconą sobie rutyną i odpocząć, bo przecież odpoczywam też w czasach normalnych. Za oknem wiosna i podrygi dzieci sąsiadów na balkonach. Chodzą słuchy, że to się przedłuży ponad planowane pierwotnie dwa tygodnie, musimy uzbroić się w jeszcze więcej cierpliwości.

Rutyna porannego wstawania, porannej pracy i półgodzinnej jogi na zakończenie tego kawałka dnia. Potem wyjście do sklepu – codziennie innego, przygotowanie obiadu, zjedzenie obiadu, pozmywanie po obiedzie. Wreszcie popołudniowa lektura lub popołudniowa praca. A na koniec dnia rozmowy, krótsze i dłuższe, zawsze dobre i interesujące. Człowiek jest zwierzęciem społecznym i w tej sytuacji jest to bardziej widoczne niż zwykle.

Zastanawia mnie, z jaką łatwością przeszliśmy od tego, co dotąd było dla nas normalne, do zamknięcia i obostrzeń. Ustawiamy się w rozrzedzone milczące kolejki, wchodzimy do sklepu pojedynczo, rozmawiamy w pewnej odległości jedno od drugiego. Bez mrugnięcia okiem przyjęliśmy zamknięcie knajp czy odwołanie wizyt i zabiegów. Dobrze jest nie myśleć o parkach i plażach, nie wspominać ulubionych miejsc w sąsiednich miastach, ale nie da się przecież cały czas oglądać seriali, czytać albo spać. Życie toczy się dalej, sens nadal istnieje, wiosna ponownie nadeszła.

Spadł deszcz i zrobiło się zimno. Balkon chwilowo wyłączony z użytku. Za to zaplanowałam wyjścia do sklepu i ze śmieciami. Stanęłam karnie w rozproszonej kolejce do supermarketu, a potem kazano mi wydezynfekować ręce i założyć rękawiczki. Dreszcz przeszedł mnie, gdy opustoszałymi ulicami przejeżdżała policja ze swoim komunikatem.

Od rana przychodnie są zamknięte dla zwykłych wizyt, przyjmują tylko w nagłych przypadkach i na niezbędne zabiegi.

Od jutra zaczynam prowadzić lekcje online. Z tego powodu jestem w jakichś nowych whatsappowych grupach i mam wrażenie, że życie społeczne zupełnie przeniosło się do internetu. Dziś po raz pierwszy zastanawiałam się przez chwilę, czy wytrzymam psychicznie długotrwałą izolację (i odgłosy wydawane przez sąsiadów).

Jeszcze tydzień temu wychodziłyśmy na ulice na rzecz praw kobiet. W ciągu kilku dni na społeczeństwo w Kraju Basków spadło przejście na telepracę, zamknięcie szkół, potem barów, wreszcie zakaz wychodzenia z domów. Oczywiście zakaz nie dotyczy tych, którzy idą do pracy, do lekarza, po zakupy lub opiekować się osobą niesamodzielną. W niedzielne popołudnie wyludnionymi uliczkami mojego miasteczka przejeżdżał samochód lokalnej policji, nadając komunikat o obowiązku pozostania w domu. Kilka godzin policja zrobiła nalot na pobliską plażę, rozganiając spacerowiczów korzystających ze słońca.

Było słońce, więc koło południa zainaugurowałam sezon balkonowy. Wczoraj był zaś ostatni spacer, ostatnie wino, ostatnie śniadanie w zaprzyjaźnionym barze. A także sprawny rajd po sklepach. Nie przesadziłam z zakupami, choć na pewno były bardziej przemyślane niż zwykle. Nie boję się zamknięcia, mam wprawę w pracy z domu, zapas książek, no i balkon.

Jeszcze tydzień temu taki scenariusz wydawał się nierealny, martwiłam się głównie tym, czy Ryjek będzie mogła przyjechać do mnie na Wielkanoc i zbliżającym się Euro. Dziś te problemy stały się odległe, zwłaszcza że cały dzień śledzę podróż powrotną do Polski przyjaciół, których zamknięcie granic złapało w przeddzień wylotu z Wietnamu do Warszawy. Teraz najważniejsze jest przetrwanie kolejnych dni bez zachorowania i w dobrym stanie psychicznym, wyrobienie sobie rutyny, szczególnie jeśli chodzi o ćwiczenia fizyczne. Wiele osób napisało, ja też napisałam. Umówiłam się na skype-wine na jutro. W lekturach „Wirus paniki” i „Paragraf 22”.

 

Negua joan da

WhatsApp, pierwsza w nocy. Pio dopytuje, czy atak koronawirusa pokrzyżuje nasze plany na Euro. Bilety na mecze zakupione, podróż zorganizowana, od czasu do czasu gdy myślę o tej wizycie ogarnia mnie ekscytacja. Potem chodzę po Bilbao i patrzę na miasto oczami tych, którzy widzą je pierwszy raz. Nadal pamiętam tamto wrażenie, jakie zrobiło na mnie Muzeum Guggenheima, gdy autobus, który wiózł mnie z lotniska, wyłonił się z tunelu Artxandy i wjechał na most.

Przez blisko godzinę Pio i ja wymieniamy się wiadomościami – komentujemy nasze lektury, wspominamy coś o futbolu i piciu alkoholu, nagle mam ochotę mu napisać, że przepraszam, ale muszę już przerwać, bo chcę jeszcze przed zaśnięciem powyobrażać sobie ciąg dalszy „Dumy i uprzedzenia” – tak ostatnio utulam się do snu. Ale Pio wypowiada nagle intymną myśl, nazywa pewien lęk, który jest także moim udziałem. Nie sposób teraz porzucić rozmowy, nabiera ona cech terapeutycznych, jak zawsze gdy ktoś inny wyrzuci z siebie to, co nas trapi.

Następnego dnia włóczę się bez celu po Bilbao. Z premedytacją nie docieram na jedyne w tym miesiącu spotkanie klubu czytelniczego (i tak nie przeczytałam zadanej lektury). Zaglądam do kawiarni i bibliotek, nie nawiązuję żadnych międzyludzkich relacji, nie zważam na nawracający deszcz. Czuję się pusto i lekko. Wieczorem, trochę niechcący, z kieliszkiem szampana w ręku trafię na grupowe zdjęcie z barowej celebracji wejścia Athletiku do finału pucharu.

Zima sobie poszła.

 

Zadanie na dziś: Dobrze zakończyć luty, który odkąd nie wyjeżdżam na zimowe wakacje z Ryjkiem w czasie przerwy międzysemestralnej, potrafi mi się strasznie dłużyć. Kupiłam sukienkę, zjadłam obiad i zaśmiałam się nad wydanym kilka miesięcy temu baskijskim tłumaczeniem „Chrystusa z karabinem” Kapuścińskiego. Przekład jest autorstwa osoby, która nie zna polskiego i został zrobiony na podstawie przekładu hiszpańskiego. W dodatku na stronie redakcyjnej okropny błąd w nazwie Wydawnictwa Czytelnik.

Ponieważ tej jesieni brakuje mi ciepła, podczas krótkiego pobytu w Warszawie kupiłam kurtkę, która przypomina kokon. To wożenie się w tę i we wte – pierniki w jedną stronę, turrony w drugą. Marzy mi się wyrwanie poza tę trasę, podróż do Grecji albo Irlandii. Na razie jednak intensywnie robię na budowie tego mostu.

 

Jesień

Lato do samego końca. W sobotnią noc w Lekeitio, nad samym morzem, słucham koncertu jazzowego, w porywistym południowym wietrze, pod gwiazdami i przyjaznym okiem nieodległej latarni morskiej. W niedzielne południe tradycyjnie na czwarte piętro dobiega gwar uliczny i zapach smażonych kalmarów.

Powoli wszystko zaczyna się od nowa. Zajęcia, praca, tydzień wypełniony do ostatniego kwadransa. Na pierwszym spotkaniu klubu czytelniczego natknęłam się na dwadzieścia kobiet w wieku okołoemerytalnym i rozbawionego pisarza w roli prowadzącego. Teraz penetruję biblioteki prowincji w poszukiwaniu zadanych lektur i sprawia mi to radość.

W ostatnim tygodniu lata na prawie pustej plaży zanurzałam się w nadal ciepłe morze, a potem, korzystając z pełniowego odpływu, przeszłam przez rzekę i z bliska przyjrzałam się skałom. Są tam od setek tysięcy, może milionów lat, niezmienne – może raz na jakiś, bardzo długi zresztą, czas odrywa się ich kawałek i zalega na piasku, pod wodą, pod porostami i muszlami, których właściciele dawno już obeschli w środku. Porusza mnie ta niezmienność i obojętność na to, co wokół. Na przypływy i odpływy, gwizdek ratownika, sztormy i galerny, statki oczekujące na wejście do portu. W upalny dzień kamienie odparowują sól i stoję tam sobie w tej lekkiej mgiełce, stopy zapadają się w miękkim piasku, i obserwuję, jak rzeka uparcie toczy swe wody do morza. W takich chwilach wiem, że jesteśmy tylko częścią przyrody – wylegującymi się na nasłonecznionym brzegu ssakami, pożerającymi dojrzałe figi. Ta świadomość daje mi mnóstwo siły w te ostatnie dni lata, u progu jesieni, która, jak zawsze, może przynieść wszystko.

The best of both worlds

W środku lata morze jest silne. Próby zanurzenia się kończą się ucieczką przed ogromną falą. Ciąg wody zabiera piasek spod stóp i dosłownie zwala z nóg. W dotknięte słońcem ciało uderza z całą siłą mieszanka wody i piasku. Gdy zakryje głowę, przez kilka sekund całe ciało skupia się na przetrwaniu, na nieoddychaniu, nieotwieraniu oczu, nierobieniu gwałtownych ruchów. Potem jest kilka sekund nie podniesienie się, poprawienie stroju, przetarcie oczu i odsunięcie włosów z twarzy. I decyzję, czy spróbować raz jeszcze. Czasami po takim rzuceniu na brzeg serce bije mocno i drżą kolana. Jednak morze nadal jest najpiękniejszą rzeczą, jaka mi się w życiu przydarzyła.

W środku lata są wyprawy na lody do Plentzii, Woody Allen kręcący swój najnowszy film w Donostii, podczas gdy ja piszę scenariusze na kolejne sezony mojego życia i bezsensownie zanurzam się w tłum turystów paradujących wzdłuż La Conchy. Nadzieje i rozczarowania kłębią się jednego popołudnia i przypominają mi o tym, jak niewygodna jest pozycja pomiędzy dwoma światami. Wieczorem, pod prysznicem, gdy staram się usunąć piasek spod biustu, mam chęć sięgnąć głębiej i wyciągnąć z serca wszystko to, co tam zalega. Resztki po uderzeniach fal. I tak stawiam zmienność morza nad spokój jezior i wartki jednokierunkowy ruch rzek. Opanowuję chęć ucieczki w inne miejsce; tam jak i tu nie będzie domu, bo nie było go w żadnym z poprzednich miejsc.

Pisarz, którego książkę ostatnio przetłumaczyłam, wygląda swojsko, jak człowiek z niewielkiego miasteczka, jakim w gruncie rzeczy jest. Poza Krajem Basków nigdy nie przyszłoby na myśl zaglądać do hotelowych kawiarni, ale tutaj jest to zazwyczaj jeszcze jedno miejsce, w którym można się spotkać i porozmawiać, wypić kawę lub wino, dlatego gwiazdki, napuszone nazwy i zewnętrzny blichtr już mnie nie onieśmielają. Podsuwam nawet zuchwały pomysł, by zaparkować na podziemnym parkingu dla hotelowych gości. Nikt nie kręci nosem, a my pozbywamy się problemu z szukaniem miejsca w centrum trzeciej baskijskiej stolicy, której w ogóle nie znam.

Pisarz, którego książkę ostatnio przetłumaczyłam, jest prawdziwym gawędziarzem. Chwyta każdy podsunięty temat jak ryba przynętę i zaczyna swoją opowieść, z dygresjami, anegdotami, pomocnymi metaforami. W tych rzadkich momentów, gdy chcemy dodać coś od siebie zauważam nawet lekką niecierpliwość pisarza, jakby nie przyszedł tutaj po cudze historie, tylko po to, by opowiedzieć własną.

Gdy Pisarz, którego książkę ostatnio przetłumaczyłam, znika za przeszklonymi drzwiami, a my zostajemy z nagraniem, drobnymi prezentami i rachunkiem, czuję, jak wreszcie odpływa ze mnie napięcie ostatnich miesięcy, a może nawet tych kilku lat, podczas których walczyłam o przetłumaczenie tej książki, a potem poświęcałam jej każdą chwilę, której nie musiałam przeznaczać na inne kwestie.

Podobnie, tyle że tym razem przez empatię, czuję się, gdy w kolejny przedletni piątek towarzyszę I. podczas egzaminu ustnego z angielskiego. Przez ostatnie miesiące spotykałyśmy się w każdy wtorek na baskijsko-angielską wymianę językową, podczas której odkryłam, jak wiele mamy wspólnego i jak miło spędzam z nią czas. Gdy w trakcie poegzaminacyjnej celebracji kieliszkiem wina rozmawiamy o naszych doświadczeniach zagranicznych, zdaję sobie nagle sprawę, jak wiele odwiedzonych miejsc uczyniłam w jakimś sensie moimi i jak bardzo mnie to wzbogaciło. Z tym większą radością odwiedzę wkrótce miejsce, z którego wyszłam, z przynależnymi mu rodzinnymi rytuałami, kotami i lipcowymi owocami, za które nie trzeba płacić.

Nie potrafię wypoczywać, doszłam do wniosku. Potrafię się lenić, prokrastynować, markować pracę, ale już dawno temu zapomniałam, jak się skutecznie wypoczywa, bez wyrzutów sumienia, bez lęku o przyszłość. Od miesięcy marzę o tym, żeby rzucić wyczerpującą pracę, albo chociaż dotrzeć do wakacji i o niej zapomnieć. Ale kiedy wakacje są za progiem, zmniejsza się obciążenie i powinnam z radością przywitać wolne popołudnia, budzę się przed świtem z nieznanego pochodzenia niepokojem. Tkwi we mnie drobnomieszczański etos ciężkiej pracy, bez której nie ma kołaczy. W połączeniu z syndromem oszusta, tym dławiącym poczuciem, że przecież nic takiego wartościowego nie robię i na niczym się nie znam, daje to wybuchową mieszankę, wywołującą zawstydzenie przed samą sobą i niezgodę na drobne luksusy. Ot, skończyłam przekład bardzo ważnej książki i poszłam na ubraniowe zakupy, w końcu wiosna za pasem, straciłam parę kilo i po prostu muszę odświeżyć garderobę. Nie umiałam się cieszyć tym momentem, nic mi się nie podobało, a ostatecznie wybrana bluza przy kasie okazała się egzemplarzem wycofanym ze sprzedaży. Zapisałam się więcna zabiegi kosmetyczne, których domaga się moje ciało, i na drugi dzień poczułam z tego powodu wyrzuty sumienia. Nawet spacer po plaży, w wietrze i deszczu, bo mamy przecież tylko drugą połowę maja, był jakiś taki pospieszny, niezbyt rozluźniający. Wyczekiwane od dawna najlepsze lody na wybrzeżu też nie smakowały. Być może stałam się już maszyną, produktem naszych czasów, pozbawionym pozytywnych emocji androidem, miotającym się między pięcioma-sześcioma pracami, który z żadnej nie potrafi zrezygnować, choć przecież to tylko pisanie i tłumaczenie przywróciłoby mu człowieczeństwo. Chciałabym umieć inaczej, w tym celu przeniosłam się nawet do krainy sjesty i długich wakacji, ale oczywiście to żadne remedium, bo nie chodzi o otoczenie, chodzi o to, co w środku. A tam syndrom oszusta i nieumiejętność wypoczywania. A tam chomik pędzący w środku bębenka, coraz szybciej, coraz lepiej, bo przecież nie można inaczej.