Feeds:
Wpisy
Komentarze

A może zawsze już będzie takie właśnie lato.

Mija miesiąc od końca hiszpańskiej „desescalady” i otwarcia granic. Ponoć stoimy już w obliczu drugiej fali koronazakażeń.

Gdy po 50 dniach w domu pozwolono nam na spacery o wyznaczonych administracyjnie porach, ulice mojego miasteczka zapełniły się ludźmi, aż trudno było przejść. Pamiętam jeszcze tę niewysłowioną radość z ponownych spotkań, wspólne, nieco ukradkowe picie piwa z małych puszek zakupionych w chińskim sklepie spożywczym, w ciągłym ruchu, bo siadanie na ławkach i zatrzymywanie się na rogu było nadal niedozwolone. Pamiętam majową nocną zlewę, spędzoną pod gzymsem na sąsiedniej ulicy, kiedy nie można było przejść pod strugami deszczu, ale nawet nie chciało się uciekać, bo można było wdychać świeże powietrze i oglądać błyskawice na niebie, i to było piękne, i to było dobre. Pamiętam podniecenie związane z pierwszym dniem w sąsiedniej prowincji, podróż pociągiem – w maseczce, a jakże! – pierwszą opaleniznę, spóźnioną, już u progu lata, pierwsze popołudnie na plaży. Wszystko było zarazem nowe i dobrze znajome, smakowało trochę jak powrót do tego samego miejsca, gdzie co roku spędza się wakacje.

Spotykam się ze znajomymi, siadamy w pełnych ogródkach lokalnych knajp, pijemy wino i rozmawiamy o wakacyjnych planach, które znajdują się gdzieś między realnym a nierealnym. Opowiadamy sobie nawzajem o tym, jak trudno jest wrócić do zwykłego rytmu, jak trudno czasami przekonać siebie samą do dalszego spaceru, jak trudno – tym bardziej w obliczu rosnących zakażeń – zdecydować o sobotnim w wypadzie do Asturii, tak trudno, że nawet, kiedy wstajesz tego dnia rano, nadal nie wiesz, czy pojedziesz. Przekazujemy sobie historie z kwarantanny, o tym, jak kuzyn wybudził się po 40 dniach pod respiratorem i nie mógł uwierzyć, że świat się zatrzymał i w całej Hiszpanii nie działa ani jeden bar. O tym, jak po tylu miesiącach czuje się siostra, która przeszła covid w domu, bo szpitale były pełne poważniejszych przypadków. O tym, jak szesnastoletnia bratanica nie rozumie rodzicielskich zakazów, bo w końcu dla nastolatków liczy się tylko to, co teraz, i mają poczucie, że tracą jedyną szansą na świetną zabawę i spędzanie czasu z przyjaciółmi. Ciągle jeszcze trawimy tamten czas, jeszcze nie wiemy, jak to zapamiętamy. A przed nami rośnie niepewna przyszłość – sanitarnie, ekonomicznie, politycznie niepewna jesień, o zimie nie ma nawet co myśleć, tyle jeszcze może się wydarzyć.

Może jednak nigdy nie będzie takiego lata, bo sytuacja jest tak dynamiczna, że kolejne lato okaże się już zupełnie inne, a ponadto przyzwyczaimy się do rzeczy, na które teraz jeszcze patrzymy z niedowierzaniem. Tymczasem zostaje tylko cieszyć się każdym słonecznym dniem, póki nadal można jeździć na plażę, i jednak skusić się na wypad do Asturii – być może okaże się, że to ostatnia okazja tego lata.

Nowa normalność

Kiedy mieszkałam z Ryjkiem i z Ryjkiem wyjeżdżałam na wakacje, rano dopijałam resztki mleka z kartonu, żeby się nie zmarnowało. Przypominam to sobie lata później podczas nalewania mleka do porannej kawy, kiedy nie mieszkam już z Ryjkiem i nie wyjeżdżam na żadne wakacje. Być może od czterech lat jestem na nieustających wakacjach – włącza mi się wrodzone polskie cierpiętnictwo, które z każdej radości życia czyni powód do winy. Bo co zrobiłam, by zasłużyć sobie na te spontaniczne popołudniowe wypady na plażę, podczas których można położyć się na ciepłej fali i popatrzeć na pasące się na zielonym wzgórzu owce?

Ostatnio gdy nie mogłam zasnąć, zaczęłam wymieniać baskijskie miejscowości na kolejne litery alfabetu. Zacięłam się przy C, bo w baskijskim nie używa się tej litery, więc nie ma miejscowości od niej się zaczynającej. Przebiegałam w myślach całą mapę, zapędziłam się do Nawarry i Francji, ale mimo to nie mogłam znaleźć żadnej. Już chciałam sama się oszukać i wstawić hiszpańską wersję Karrantzy (Carranza), ale zaraz pomyślałam, że będę miała problem na K, bo tej litery nie używa się w hiszpańskim. Ostatecznie w desperacji wrzuciłam Castro-Urdiales, wprawdzie leży w Kantabrii, ale mieszka w nim dużo Basków. I spokojnie mogłam wymieniać dalej: Durango, Derio, Deba, Donostia… Zasypiałam, a potem budziłam się i żeby ponownie zasnąć, wracałam do przerwanej litanii. I tak kilka razy – budziła mnie burza, budziły mnie dziwne zwierzęce odgłosy (może to był lis i w końcu znam odpowiedź na pytanie: What does the fox say?), budziły ptaki o świcie ale nie doszłam do Z. A rano spojrzałam na południe, ku mesecie za tą górą.

 

Ciocia Ewa

Miała dziwne szczęście do znaczących dat. Urodziny 1 listopada, imieniny w Wigilię. Zmarła 1 maja. Ciocia Ewa, przyjaciółka Mamy, mama Mlecznej Siostry.

Serce na dłoni, a na pierwszy rzut oka diabeł wcielony. Zawsze nosiła mocny makijaż, po raz pierwszy zobaczyłam jej cienkie, jasne brwi, kiedy miałam 19 lat. Wielka, zażywna, energiczna. Kopciła jak smok. Gdy odbierała te wszystkie pilne telefony z pracy, w jednej chwili z wesołej Ewy sypiącej anegdotkami w gronie rodzinnym zamieniała się w furię, klęła na czym świat stoi swoje podopieczne, nieletnie pensjonariuszki zamkniętego zakładu, którym zachciało się ucieczki, próby samobójczej, bójki. Pokazała mi kiedyś laurki, jakie dziewczyny dały jej na zakończenie roku szkolnego. Naiwne kwiatki, zaskakująco dziecięce pismo, błędy ortograficzne i pełne uczucia zdania: „Była pani pierwszą osobą w moim życiu, która mnie wysłuchała”, „Bardzo mi pani pomogła”, „Tylko pani we mnie uwierzyła, kiedy wszyscy mnie opuścili”.

Kochała samochody i przede wszystkim zwierzęta. W ostatnich latach głównie koty – dokarmiała, przygarniała, znajdowała domy. W jej ciasnym mieszkaniu na parterze zawsze pełno było kudłatych przyjaciół. Czaiły się za firanką, wyłaniały nagle zza szafy. Kochała także morze. Jako że w mojej rodzinie nikt nie wykazuje takiego entuzjazmu dla fal i plaż, myślę, że wyssałam tę miłość z jej mlekiem, którym mnie kiedyś uraczyła (stąd mam Mleczną Siostrę). W dorosłym życiu zapraszała na niedzielne obiadki – proste ziemniaki i kotlety z surówką, lecz jakoś tak wyjątkowo dopieszczone. Ciocia Ewa chyba nie potrafiła czegoś robić, nie wkładając w to całej siebie.

Nie potrafię sobie wyobrazić jej ostatnich dni, nie dociera do mnie, że naprawdę odeszła. 2500 kilometrów odległości i cała ta nierealna koronasytuacja tego nie ułatwiają.

Ale może tak jest lepiej. Może lepiej zachować irracjonalne oczekiwanie, że któregoś dnia zawinie do nieodległego portu – rejs dookoła świata zawsze był jej marzeniem. Zabiorę ją wtedy na moją ulubioną plażę, kupimy sobie wielkie kolorowe parea od handlarzy obnośnych, bo ona wstydziła się pokazywać żylaki, siądziemy na piasku i znowu będę mogła słuchać jej historyjek.

Miesiąc później

Życie w kwarantannie złapało swój rytm. Codzienną jogę wydłużam nawet do 50 minut, włączyłam sesje czytania w słońcu dochodzącym na czwarte piętro. Co wieczór o 20 spotykam się na balkonie z sąsiadami i razem oklaskujemy służbę zdrowia. Wydaje mi się, że mniej chodzi o służbę zdrowia, a bardziej o to, żeby mieć jakiś stały punkt dnia i poczuć, że dookoła są inni ludzie w tej samej sytuacji. Od kilku dni po aplauzie sanitarnym z budynku naprzeciwko rozlega się trąbka, której nie widać (bo trębacz stoi na balkonie za rogiem). „What a wonderful world” brzmiało naprawdę pięknie, zwłaszcza w te ciepłe wieczory, gdy zachodzące słońce rozpalało niebo na różowo.

Minęły cztery tygodnie kwarantanny, nadeszła Wielkanoc i połączyłam się z tymi, z którymi kiedyś spędzałam te święta. Dobry powód, żeby włożyć coś elegantszego niż legginsy i bluzy, w których chodzę po domu i na zakupy. Dobry powód, żeby po raz pierwszy od czterech tygodni położyć na twarz puder. W ogóle rzeczy dawniej na swój sposób oczywiste muszą teraz udowodnić swoją użyteczność. Czy naprawdę jestem taką fanką piwa z sokiem cytrynowym, skoro ani razu w tej kwarantannie go nie kupiłam? Jak spokojnie można żyć bez futbolu.

Literatura nie musi niczego udowadniać, świetnie spełnia swoją funkcję wartościowego wypełniacza godzin i dni. Rodzina i przyjaciele też tu są, choć tylko online, a nasze rozmowy często stają się bardziej filozoficzne niż kiedyś. Umycie zasyfionego okna w kuchni sprawiło mi więcej satysfakcji niż podpisanie umowy na przekład książki nominowanej do Nagrody Bookera. Olga Tokarczuk pisała o tym, że świata ostatnio było już wręcz za dużo (zwłaszcza dla niej po noblu), wszystko działo się za szybko, a kwarantanna pozwoliła nam zwolnić i odetchnąć. Mogłabym skupić się na rzeczach, których mi brakuje, na odwołanych mistrzostwach Europy i przesuniętych rodzinnych wizytach, na niemożliwych spacerach, niedostępnych lasach i plażach, na teoriach spiskowych i lękach o przyszłość, ale wolę skupiać się na tym, co pozytywne. Na oddychaniu i wieczornym myciu zębów, o którym tak często kiedyś zapominałam. Na zdjęciach zatoki przesyłanych przez przyjaciółkę mieszkającą w wysokim bloku na wzgórzu. Na życzliwych kasjerkach w okolicznym markecie i na tym, że gdy stoisz w długiej kolejce na zewnątrz można poobserwować pluskające się w fontannie gołębie. Świat znowu wróci, prędki i prężny jak zawsze, stawiający swoje wymagania i podpuszczający do oczekiwań. Ten sam, choć pewnie jakoś tam inny. Tymczasem jednak lubię ciszę za oknem i doceniam to, że nie muszę nigdzie biec i rozpychać się łokciami. Nawet gdy do rodzinnej bańki puka śmierć, nie zamykam oczu na dobre strony tej pandemii. Historia Hioba staje się w tych czasach bardziej zrozumiała.

11. dzień zamknięcia

11 dni po rozpoczęciu kwarantanny widać już, że wychodzimy z etapu romantycznego. Od oglądania oper, sprzątania dawno zapomnianych zakamarków mieszkań, spotkań przy winie za pośrednictwem skype’a, przesyłania śmiesznych filmików i konspiracyjnych spotkań w kolejce do supermarketu przechodzimy do etapu znużenia i zniechęcenia, podlanego niepewnością i lękiem o przyszłość.

Praca i szkoła weszły do domu i wydaje się, że nieźle się zadomowiły. System edukacji publicznej na siłę podtrzymuje fikcję pt. dokończymy ten rok szkolny nieludzkim wysiłkiem swoich żołnierzy – uczniów, rodziców i nauczycieli. Poprowadziłam jedną lekcję przez Zooma i zmęczyłam się tym bardziej niż podwójną lekcją na żywo. Mam już pracę, którą wykonuję w domu, i z niechęcią przyjęłam wtargnięcie tu tej drugiej. Moje nauczanie wynika z potrzeby wychodzenia i przebywania z ludźmi. Podczas zajęć nakręcam się, gestykuluję, nawiązuję kontakt wzrokowy. Mam taką zgraną grupę dziesięciolatków – nasze lekcje to prawdziwa symfonia, w której jestem dyrygentką, krążącą po sali, wskazującą fragmenty partytury, dającą przestrzeń nieśmiałemu, cichemu instrumentowi lub ucinającą zbyt głośne solo innego. Oczywiście są też młodociane orkiestry, w których głównie latają nuty, a ja mogę najwyżej stukać batutą w pulpit, albo takie, w których solista czuje się ważniejszy od dyrygenta, a wiolonczele przez całą próbę kakafonicznie kłócą się z kontrabasami. Jednak nawet tam uda się czasami zagrać jakiś fragment w miarę poprawnie i z polotem albo zgodnie wysłuchać dobrej solówki. Zaczyna mi trochę tego brakować. Zwłaszcza że w tym roku wreszcie przystosowałam się, pozbyłam kompleksów i naprawdę polubiłam nauczanie.

Nie jest łatwo skupić się na pracy, gdy brakuje odskoczni w postaci spaceru nad rzeką, wina ze znajomymi, comiesięcznych baskijskich śpiewów na starówce, futbolu. Gdy całe życie toczy się między sypialnią, balkonem i gabinetem, z małym przystankiem w kuchni czy łazience. Paradoksalnie w tej izolacji pozbawiliśmy się możliwości odizolowania się od problemów, jakimi dociska nas świat zewnętrzny. Nie pojadę z kindlem na plażę, nie przebiegnę się dla uspokojenia myśli po lesie, nie siądę nad kawą i ciastkiem w kawiarni z widokiem na tramwaj. Co najgorsze, nie przytulę się do nikogo, żeby uspokoić nerwowe bicie serca.

Nadal wychodzimy na balkony o 20, żeby oklaskami podziękować tym, którzy walczą z koronawirusem na pierwszej linii. Mam wrażenie, że oklaski są dłuższe, choć mniej frenetyczne. Lokalna policja zmieniła komunikat o zakazie wychodzenia z domu na hymn naszego miasteczka, kojarzący się z fiestami, beztroską zabawą. Wszystko, żeby podnieść na duchu. Od kilku dni mój sąsiad z naprzeciwka majstruje coś na drabinie przy oknach – podejrzewam, że cierpliwie odmalowuje żaluzje od wewnątrz, deseczka za deseczką. Każdy ma swoje metody na radzenie sobie z zamknięciem.

Koronawiosna

Zarzuciłam kronikę kwarantanny, bo o czym tu pisać? Każdy dzień jest taki sam, po pięciu musiałam na moment zerwać z narzuconą sobie rutyną i odpocząć, bo przecież odpoczywam też w czasach normalnych. Za oknem wiosna i podrygi dzieci sąsiadów na balkonach. Chodzą słuchy, że to się przedłuży ponad planowane pierwotnie dwa tygodnie, musimy uzbroić się w jeszcze więcej cierpliwości.

Rutyna porannego wstawania, porannej pracy i półgodzinnej jogi na zakończenie tego kawałka dnia. Potem wyjście do sklepu – codziennie innego, przygotowanie obiadu, zjedzenie obiadu, pozmywanie po obiedzie. Wreszcie popołudniowa lektura lub popołudniowa praca. A na koniec dnia rozmowy, krótsze i dłuższe, zawsze dobre i interesujące. Człowiek jest zwierzęciem społecznym i w tej sytuacji jest to bardziej widoczne niż zwykle.

Zastanawia mnie, z jaką łatwością przeszliśmy od tego, co dotąd było dla nas normalne, do zamknięcia i obostrzeń. Ustawiamy się w rozrzedzone milczące kolejki, wchodzimy do sklepu pojedynczo, rozmawiamy w pewnej odległości jedno od drugiego. Bez mrugnięcia okiem przyjęliśmy zamknięcie knajp czy odwołanie wizyt i zabiegów. Dobrze jest nie myśleć o parkach i plażach, nie wspominać ulubionych miejsc w sąsiednich miastach, ale nie da się przecież cały czas oglądać seriali, czytać albo spać. Życie toczy się dalej, sens nadal istnieje, wiosna ponownie nadeszła.

Spadł deszcz i zrobiło się zimno. Balkon chwilowo wyłączony z użytku. Za to zaplanowałam wyjścia do sklepu i ze śmieciami. Stanęłam karnie w rozproszonej kolejce do supermarketu, a potem kazano mi wydezynfekować ręce i założyć rękawiczki. Dreszcz przeszedł mnie, gdy opustoszałymi ulicami przejeżdżała policja ze swoim komunikatem.

Od rana przychodnie są zamknięte dla zwykłych wizyt, przyjmują tylko w nagłych przypadkach i na niezbędne zabiegi.

Od jutra zaczynam prowadzić lekcje online. Z tego powodu jestem w jakichś nowych whatsappowych grupach i mam wrażenie, że życie społeczne zupełnie przeniosło się do internetu. Dziś po raz pierwszy zastanawiałam się przez chwilę, czy wytrzymam psychicznie długotrwałą izolację (i odgłosy wydawane przez sąsiadów).

Jeszcze tydzień temu wychodziłyśmy na ulice na rzecz praw kobiet. W ciągu kilku dni na społeczeństwo w Kraju Basków spadło przejście na telepracę, zamknięcie szkół, potem barów, wreszcie zakaz wychodzenia z domów. Oczywiście zakaz nie dotyczy tych, którzy idą do pracy, do lekarza, po zakupy lub opiekować się osobą niesamodzielną. W niedzielne popołudnie wyludnionymi uliczkami mojego miasteczka przejeżdżał samochód lokalnej policji, nadając komunikat o obowiązku pozostania w domu. Kilka godzin policja zrobiła nalot na pobliską plażę, rozganiając spacerowiczów korzystających ze słońca.

Było słońce, więc koło południa zainaugurowałam sezon balkonowy. Wczoraj był zaś ostatni spacer, ostatnie wino, ostatnie śniadanie w zaprzyjaźnionym barze. A także sprawny rajd po sklepach. Nie przesadziłam z zakupami, choć na pewno były bardziej przemyślane niż zwykle. Nie boję się zamknięcia, mam wprawę w pracy z domu, zapas książek, no i balkon.

Jeszcze tydzień temu taki scenariusz wydawał się nierealny, martwiłam się głównie tym, czy Ryjek będzie mogła przyjechać do mnie na Wielkanoc i zbliżającym się Euro. Dziś te problemy stały się odległe, zwłaszcza że cały dzień śledzę podróż powrotną do Polski przyjaciół, których zamknięcie granic złapało w przeddzień wylotu z Wietnamu do Warszawy. Teraz najważniejsze jest przetrwanie kolejnych dni bez zachorowania i w dobrym stanie psychicznym, wyrobienie sobie rutyny, szczególnie jeśli chodzi o ćwiczenia fizyczne. Wiele osób napisało, ja też napisałam. Umówiłam się na skype-wine na jutro. W lekturach „Wirus paniki” i „Paragraf 22”.

 

Negua joan da

WhatsApp, pierwsza w nocy. Pio dopytuje, czy atak koronawirusa pokrzyżuje nasze plany na Euro. Bilety na mecze zakupione, podróż zorganizowana, od czasu do czasu gdy myślę o tej wizycie ogarnia mnie ekscytacja. Potem chodzę po Bilbao i patrzę na miasto oczami tych, którzy widzą je pierwszy raz. Nadal pamiętam tamto wrażenie, jakie zrobiło na mnie Muzeum Guggenheima, gdy autobus, który wiózł mnie z lotniska, wyłonił się z tunelu Artxandy i wjechał na most.

Przez blisko godzinę Pio i ja wymieniamy się wiadomościami – komentujemy nasze lektury, wspominamy coś o futbolu i piciu alkoholu, nagle mam ochotę mu napisać, że przepraszam, ale muszę już przerwać, bo chcę jeszcze przed zaśnięciem powyobrażać sobie ciąg dalszy „Dumy i uprzedzenia” – tak ostatnio utulam się do snu. Ale Pio wypowiada nagle intymną myśl, nazywa pewien lęk, który jest także moim udziałem. Nie sposób teraz porzucić rozmowy, nabiera ona cech terapeutycznych, jak zawsze gdy ktoś inny wyrzuci z siebie to, co nas trapi.

Następnego dnia włóczę się bez celu po Bilbao. Z premedytacją nie docieram na jedyne w tym miesiącu spotkanie klubu czytelniczego (i tak nie przeczytałam zadanej lektury). Zaglądam do kawiarni i bibliotek, nie nawiązuję żadnych międzyludzkich relacji, nie zważam na nawracający deszcz. Czuję się pusto i lekko. Wieczorem, trochę niechcący, z kieliszkiem szampana w ręku trafię na grupowe zdjęcie z barowej celebracji wejścia Athletiku do finału pucharu.

Zima sobie poszła.

 

Zadanie na dziś: Dobrze zakończyć luty, który odkąd nie wyjeżdżam na zimowe wakacje z Ryjkiem w czasie przerwy międzysemestralnej, potrafi mi się strasznie dłużyć. Kupiłam sukienkę, zjadłam obiad i zaśmiałam się nad wydanym kilka miesięcy temu baskijskim tłumaczeniem „Chrystusa z karabinem” Kapuścińskiego. Przekład jest autorstwa osoby, która nie zna polskiego i został zrobiony na podstawie przekładu hiszpańskiego. W dodatku na stronie redakcyjnej okropny błąd w nazwie Wydawnictwa Czytelnik.

Ponieważ tej jesieni brakuje mi ciepła, podczas krótkiego pobytu w Warszawie kupiłam kurtkę, która przypomina kokon. To wożenie się w tę i we wte – pierniki w jedną stronę, turrony w drugą. Marzy mi się wyrwanie poza tę trasę, podróż do Grecji albo Irlandii. Na razie jednak intensywnie robię na budowie tego mostu.

 

Jesień

Lato do samego końca. W sobotnią noc w Lekeitio, nad samym morzem, słucham koncertu jazzowego, w porywistym południowym wietrze, pod gwiazdami i przyjaznym okiem nieodległej latarni morskiej. W niedzielne południe tradycyjnie na czwarte piętro dobiega gwar uliczny i zapach smażonych kalmarów.

Powoli wszystko zaczyna się od nowa. Zajęcia, praca, tydzień wypełniony do ostatniego kwadransa. Na pierwszym spotkaniu klubu czytelniczego natknęłam się na dwadzieścia kobiet w wieku okołoemerytalnym i rozbawionego pisarza w roli prowadzącego. Teraz penetruję biblioteki prowincji w poszukiwaniu zadanych lektur i sprawia mi to radość.

W ostatnim tygodniu lata na prawie pustej plaży zanurzałam się w nadal ciepłe morze, a potem, korzystając z pełniowego odpływu, przeszłam przez rzekę i z bliska przyjrzałam się skałom. Są tam od setek tysięcy, może milionów lat, niezmienne – może raz na jakiś, bardzo długi zresztą, czas odrywa się ich kawałek i zalega na piasku, pod wodą, pod porostami i muszlami, których właściciele dawno już obeschli w środku. Porusza mnie ta niezmienność i obojętność na to, co wokół. Na przypływy i odpływy, gwizdek ratownika, sztormy i galerny, statki oczekujące na wejście do portu. W upalny dzień kamienie odparowują sól i stoję tam sobie w tej lekkiej mgiełce, stopy zapadają się w miękkim piasku, i obserwuję, jak rzeka uparcie toczy swe wody do morza. W takich chwilach wiem, że jesteśmy tylko częścią przyrody – wylegującymi się na nasłonecznionym brzegu ssakami, pożerającymi dojrzałe figi. Ta świadomość daje mi mnóstwo siły w te ostatnie dni lata, u progu jesieni, która, jak zawsze, może przynieść wszystko.

The best of both worlds

W środku lata morze jest silne. Próby zanurzenia się kończą się ucieczką przed ogromną falą. Ciąg wody zabiera piasek spod stóp i dosłownie zwala z nóg. W dotknięte słońcem ciało uderza z całą siłą mieszanka wody i piasku. Gdy zakryje głowę, przez kilka sekund całe ciało skupia się na przetrwaniu, na nieoddychaniu, nieotwieraniu oczu, nierobieniu gwałtownych ruchów. Potem jest kilka sekund nie podniesienie się, poprawienie stroju, przetarcie oczu i odsunięcie włosów z twarzy. I decyzję, czy spróbować raz jeszcze. Czasami po takim rzuceniu na brzeg serce bije mocno i drżą kolana. Jednak morze nadal jest najpiękniejszą rzeczą, jaka mi się w życiu przydarzyła.

W środku lata są wyprawy na lody do Plentzii, Woody Allen kręcący swój najnowszy film w Donostii, podczas gdy ja piszę scenariusze na kolejne sezony mojego życia i bezsensownie zanurzam się w tłum turystów paradujących wzdłuż La Conchy. Nadzieje i rozczarowania kłębią się jednego popołudnia i przypominają mi o tym, jak niewygodna jest pozycja pomiędzy dwoma światami. Wieczorem, pod prysznicem, gdy staram się usunąć piasek spod biustu, mam chęć sięgnąć głębiej i wyciągnąć z serca wszystko to, co tam zalega. Resztki po uderzeniach fal. I tak stawiam zmienność morza nad spokój jezior i wartki jednokierunkowy ruch rzek. Opanowuję chęć ucieczki w inne miejsce; tam jak i tu nie będzie domu, bo nie było go w żadnym z poprzednich miejsc.

Pisarz, którego książkę ostatnio przetłumaczyłam, wygląda swojsko, jak człowiek z niewielkiego miasteczka, jakim w gruncie rzeczy jest. Poza Krajem Basków nigdy nie przyszłoby na myśl zaglądać do hotelowych kawiarni, ale tutaj jest to zazwyczaj jeszcze jedno miejsce, w którym można się spotkać i porozmawiać, wypić kawę lub wino, dlatego gwiazdki, napuszone nazwy i zewnętrzny blichtr już mnie nie onieśmielają. Podsuwam nawet zuchwały pomysł, by zaparkować na podziemnym parkingu dla hotelowych gości. Nikt nie kręci nosem, a my pozbywamy się problemu z szukaniem miejsca w centrum trzeciej baskijskiej stolicy, której w ogóle nie znam.

Pisarz, którego książkę ostatnio przetłumaczyłam, jest prawdziwym gawędziarzem. Chwyta każdy podsunięty temat jak ryba przynętę i zaczyna swoją opowieść, z dygresjami, anegdotami, pomocnymi metaforami. W tych rzadkich momentów, gdy chcemy dodać coś od siebie zauważam nawet lekką niecierpliwość pisarza, jakby nie przyszedł tutaj po cudze historie, tylko po to, by opowiedzieć własną.

Gdy Pisarz, którego książkę ostatnio przetłumaczyłam, znika za przeszklonymi drzwiami, a my zostajemy z nagraniem, drobnymi prezentami i rachunkiem, czuję, jak wreszcie odpływa ze mnie napięcie ostatnich miesięcy, a może nawet tych kilku lat, podczas których walczyłam o przetłumaczenie tej książki, a potem poświęcałam jej każdą chwilę, której nie musiałam przeznaczać na inne kwestie.

Podobnie, tyle że tym razem przez empatię, czuję się, gdy w kolejny przedletni piątek towarzyszę I. podczas egzaminu ustnego z angielskiego. Przez ostatnie miesiące spotykałyśmy się w każdy wtorek na baskijsko-angielską wymianę językową, podczas której odkryłam, jak wiele mamy wspólnego i jak miło spędzam z nią czas. Gdy w trakcie poegzaminacyjnej celebracji kieliszkiem wina rozmawiamy o naszych doświadczeniach zagranicznych, zdaję sobie nagle sprawę, jak wiele odwiedzonych miejsc uczyniłam w jakimś sensie moimi i jak bardzo mnie to wzbogaciło. Z tym większą radością odwiedzę wkrótce miejsce, z którego wyszłam, z przynależnymi mu rodzinnymi rytuałami, kotami i lipcowymi owocami, za które nie trzeba płacić.

Nie potrafię wypoczywać, doszłam do wniosku. Potrafię się lenić, prokrastynować, markować pracę, ale już dawno temu zapomniałam, jak się skutecznie wypoczywa, bez wyrzutów sumienia, bez lęku o przyszłość. Od miesięcy marzę o tym, żeby rzucić wyczerpującą pracę, albo chociaż dotrzeć do wakacji i o niej zapomnieć. Ale kiedy wakacje są za progiem, zmniejsza się obciążenie i powinnam z radością przywitać wolne popołudnia, budzę się przed świtem z nieznanego pochodzenia niepokojem. Tkwi we mnie drobnomieszczański etos ciężkiej pracy, bez której nie ma kołaczy. W połączeniu z syndromem oszusta, tym dławiącym poczuciem, że przecież nic takiego wartościowego nie robię i na niczym się nie znam, daje to wybuchową mieszankę, wywołującą zawstydzenie przed samą sobą i niezgodę na drobne luksusy. Ot, skończyłam przekład bardzo ważnej książki i poszłam na ubraniowe zakupy, w końcu wiosna za pasem, straciłam parę kilo i po prostu muszę odświeżyć garderobę. Nie umiałam się cieszyć tym momentem, nic mi się nie podobało, a ostatecznie wybrana bluza przy kasie okazała się egzemplarzem wycofanym ze sprzedaży. Zapisałam się więcna zabiegi kosmetyczne, których domaga się moje ciało, i na drugi dzień poczułam z tego powodu wyrzuty sumienia. Nawet spacer po plaży, w wietrze i deszczu, bo mamy przecież tylko drugą połowę maja, był jakiś taki pospieszny, niezbyt rozluźniający. Wyczekiwane od dawna najlepsze lody na wybrzeżu też nie smakowały. Być może stałam się już maszyną, produktem naszych czasów, pozbawionym pozytywnych emocji androidem, miotającym się między pięcioma-sześcioma pracami, który z żadnej nie potrafi zrezygnować, choć przecież to tylko pisanie i tłumaczenie przywróciłoby mu człowieczeństwo. Chciałabym umieć inaczej, w tym celu przeniosłam się nawet do krainy sjesty i długich wakacji, ale oczywiście to żadne remedium, bo nie chodzi o otoczenie, chodzi o to, co w środku. A tam syndrom oszusta i nieumiejętność wypoczywania. A tam chomik pędzący w środku bębenka, coraz szybciej, coraz lepiej, bo przecież nie można inaczej.

Paryż nie płonie

Tej nocy spłonęła paryska katedra Notre-Dame, co rzuciło wielu na kolana, ku modlitwom i pomstowaniu („oto ostatnie ostrzeżenie dla naszej cywilizacji, módl się za nami”). Może budzi to trochę więcej ztelewizowanych emocji niż pierwsze sceny ostatniego sezonu „Gry o tron”, ale niewiele więcej. Bardziej mnie jednak obeszło zamknięcie kościoła św. Mikołaja w Gdańsku, bo lubiłam go odwiedzać podczas wizyt nad Bałtykiem. Nie był oczywiście tak spektakularną świątynią, ale miał swój klimat i podobał mi się jego dziwny kadzidlano-wilgotny zapach. Jako jeden z nielicznych uniknął metodycznego zniszczenia podczas radzieckiego „wyzwalania”. Jedni mówią, że to dlatego, że Rosjanie nie ośmielili się ruszyć światyni pod wezwaniem tak potężnego w prawosławiu świętego, inni – że opat przyległego klasztoru udał się zawczasu z zapasem wódki do radzieckiego dowódcy. W każdym razie kościół przetrwał i wciśnięty w wąskie uliczki, obok targu i chyba najbardziej znanego baru mlecznego w Polsce, stanowił prawdziwy symbol średniowiecza, w którym przecież to, co duchowe, mieszało się z tym, co cielesne. Wzniosłe z prostym, a nawet prostackim. Nie wiem, czy potrafię to samo powiedzieć o katedrze Notre-Dame i jej podobnym obiektom z kolejkami turystów, wyśrubowanymi cenami wstępu, całą tą nadmuchaną merkantylną otoczką, która odbiera miejscom ich sacrum i nadmiernie wygładza ich profanum, jak byśmy byli na planie serialu i udawali, że mamy pod sobą smoka, którego później dokleją nam w programach do efektów specjalnych.

Ale, oczywiście, szkoda…

Ostatni dzień zimy

20 marca o 22.58 rozpoczyna się wiosna. Według prasy będzie trwała 92 i 18 godzin. 92 dni i 18 godzin radości, rozkwitu i ciepła. Chciałoby się. Na tę wiosnę zakupiłam zapasy książek, w tym sporo powieści polskich pisarek, o których ostatnio było głośno. Myśliwski i Twardoch nadal czekają i wcale mi się nie chce do nich sięgać. Na razie.

W ostatni zimowy weekend mała wycieczka po baskijskich portach rybackich: Mutriku, Ondarroa, Lekeitio. W tym pierwszym piliśmy lokalne txakoli „Sagarmina” w położonej wysoko tawernie z widokiem na port, zjedliśmy pyszną kolację przy głównym placu i napotkaliśmy liczne koty i nawet jednego szczura! W tym drugim wspięliśmy się do sanktuarium Virgen de Antigua i zwiedziliśmy cmentarz. Zaskoczyła nas syrena, która brzmiała jak na alarm. Właściciel lokalu, w którym zjedliśmy obiad (jako jedyni klienci), wyjaśnił, że w ten sposób ogłasza się przypłynięcie statku z rybami, a liczba sygnałów oznacza rodzaj przywiezionej ryby. To był akurat txitxarro (przestałam szukać polskich nazw dla kantabrysjkich ryb, gdy okazało się, że jest ich tak dużo, że chyba żaden słownik nie jest w stanie wszystkich ogarnąć). Potem 120 zakrętów po wysokich klifach do Lekeitio i tam spontaniczne spotkanie ze znajomym. Na koniec porządna ulewa na trasie do domu. Mutila zadowolony, że wymienił niedawno wycieraczkę na przedniej szybie.

Muszę częściej robić takie wycieczki. Cieszyć się tym, że nie trzeba się nigdzie spieszyć, a jedynym wysiłkiem jest wspinaczka po stromych kamiennych ulicach i dokończenie przepysznego deseru po obfitym posiłku.

W świetle

Słońce króluje od tygodnia, stopniowo podnosząc temperaturę do przyjemnych 20 stopni. Weekend z wizytami na plaży – pierwsze przeczucie lata, bo dużo ludzi i problemy z parkowaniem. W sobotni wieczór na ulice Starego Miasta w Bilbao także wyległy tłumy. Trzeba się od nowa przyzwyczajać do zgiełku i takiej zwykłej radości z życia, która cechuje cieplejszą porę roku.

Trzeba się od nowa przyzwyczajać do zwykłej radości życia, wyjść z kokona obowiązków i rozkładów dnia. Jednego poranka wybrać się do kawiarni nad rzeką i mieć dylemat: zostać w środku i oglądać relację z procesu katalońskich independystów czy wyjść na zewnątrz i delektować się słońcem. Słońce wygrywa, udaje się nawet napisać parę słów w jego cieple – po raz pierwszy od dawna.

Po raz pierwszy od dawna samotny spacer po plaży. Gdy myślę o tym, że idziemy w stronę lata, nie mogę opanować pewnego podniecenia. Gdy opadające słońce chowa się za wzgórzem, myślę sobie, że ludzkość zatoczyła koło. Przed milionami lat nasi protoplaści wyszli z oceanu i zasiedlili lądy,a teraz, po tysiącleciach wędrówki po odstępach interioru wracamy na plaże, im bliżej morza, tym lepiej, przyjemniej, bezpieczniej. Potem patrzę na księżyc, na ciemniejącym niebie odcina się samolot ze swoją smugą kondensacyjną. Leci jak rakieta kosmiczna, do góry, szybko, bez wahania. Gdybym popatrzyła z innego miejsca, zobaczyłabym rakietę lecącą na księżyc, a tak samolot mija satelitę i powoli niknie gdzieś w okolicach Gwiazdy Polarnej. Zbliża się lutowa pełnia, która ma przynieść wysokie przypływy.

Pierwszy powiew wiosny

Zimowa depresja minęła w oparach ciepłego mleka z miodem. Temperatura na zewnątrz podniosła się znacząco i wyszło słońce, co zaowocowało zmianą klimatu i kwitnieniem roślin. W wewnętrznym patio można obserwować strategie sąsiadów. Wyprali zimowe kurtki i flanelowe piżamy. Czy to sygnał podobny do tego, gdy zwierzęta domowe zaczynają zmieniać sierść i chętniej spędzać czas na dworze?

Wiosna powoduje u mnie obezwładniające napady popołudniowego snu w tych rzadkich momentach, gdy mogę sobie pozwolić na chwilę relaksu. Do tego zwiększone zapotrzebowanie na czekoladę z orzechami, w tym tygodniu zjadałam już dwie, trzecia czeka na odpowiednią chwilę. Nawet znowu chce mi się gotować, więc zapakowałam lodówkę różnymi rodzajami mięs i teraz wymyślam do nich dodatki.

Sezon na truskawki nie zacznie sie na dobre, dopóki z warzywniaków nie znikną ostatnie owoce kaki. Po truskawkach będą czereśnie, a potem figi. Gdy skończą się figi, pojawią się kaki. A potem truskawki.

Obiecałam sobie, że każdego pierwszego dnia miesiąca zrobię coś dla siebie. 1 lutego zjadłam samotny obiad w restauracji. Nie gotowałam, nie odgrzewałam, nie zmywałam. Potem poszłam popatrzeć na rzekę.

Zimowe sny i zjawy

Śniło mi się, że straciłam nogę, a raczej pół nogi, odcięto mi ją pod kolanem. Choć nie, straciłam nogę, nagle stałam się bezużyteczna i zależna. Tyle że nikt się mną nie przejął, nikt nie chciał się mną zajmować. W końcu mama zrobiła to prawie z przymusu i kazała mi skakać na jednej nodze między pomieszczeniami, a nawet piętrami („mogłabyś w końcu zejść na obiad”). Ryjek z wielką niechęcią jeździł do biblioteki sprawdzać mi cytaty do tłumaczenia. Czekałam na protezę, a kiedy dotarła, zdałam sobie sprawę, że jest praktycznie bezużyteczna. Maskowała tylko brak nogi, ale i tak nie mogłam chodzić ani nawet stać. Pomyślałam, że z jej powodu nikt mi nie ustąpi miejsca w autobusie.

To tylko jeden z serii szarpiących snów, po których czasami trudno się uspokoić. Za oknem wiatr i deszcz, w ciele resztki poważnego przeziębienia, przez które boleśnie przeszłam dwa tygodnie temu. Dużo zbędnych gestów. Jakoś tak trudno jest cieszyć się czymkolwiek. Czepiam się więc szczegółów. Choćby biletu zamienionego w papierowy stateczek, który dziś przed południem ktoś zostawił w barce Mostu Wiszącego. Jego burtę ozdabiały linie kodu kreskowego. Wiem, że jak poproszę, będzie mi dane, tylko chwilowo nie wiem, o co prosić.