Feeds:
Wpisy
Komentarze

Śluza

Skończył się miesiąc życia w cudzych domach (nawet jeśli formalnie mój), w cudzych wannach, na cudzych komputerach. Dzień wylotu jest jak śluza pomiędzy tym, co tu, a tym, co tam, czasem wyciszenia i zebrania drobiazgów. Upewniam się, czy wszystkie pliki trafiły na właściwie urządzenia, wrzucam na kindla „Zew włóczęgi”. Trochę mi jednak szkoda tych wakacji-niewakacji. Czułam się tu bardzo potrzebna.

Ale stęskniłam się za morzem i chcę już ruszyć z porcją jesiennych lektur i poszukiwań. Odbyć odkładane od dawna wycieczki. Zawsze gdy nadchodzi październik, nastaje pora układania i organizowania. Świat ponownie przyspiesza i wciąga w codzienność. Kiedyś nawet lubiłam to zapadnięcie się w rytuały, teraz jakoś inaczej odbieram cykliczność, bardziej falująco, z nadzieją na nowe doznania co pewien czas, na zaskoczenia. Może w ten sposób przygotowuję się na skutki zmian klimatycznych.

Śluza z walizek przewożących dobra stamtąd tu i odwrotnie. Przeciskanie się przez wąskie korytarze powietrzne Europy. Po drugiej stronie rozlewa się ocean do przemierzenia. Włóczęga trwa.

Reklamy

Niekończące się lato

Mama zrobiła dżem śliwkowy i jabłkowy, a poranki są już chłodne. Mamy połowę września, lecz piękne lato trwa, jakby już miało tak być zawsze. Południe Europy szturmuje kolejna fala upałów, liczę na ostatnią sesję plażowania po powrocie.

Piszę dużo o pogodzie.

Intensywne dni w Warszawie, mnóstwo spotkań i interakcji. Nie dotarłam jeszcze do biblioteki Instytutu Goethego. Za to zupełnie przypadkiem trafiłam w miejsce z powtarzających się snów, w którym na jawie nigdy nie byłam. Warszawskie kawiarnie oferują naprawdę dobre ciasta, więc mam dużo cukru w organizmie i może nawet jestem na krawędzi lekko narkotycznego nim upojenia. Ale to jest dobre i jeszcze bezpieczne.

Skończy się niedługo.

Znowu czytam i kupuję papierowe książki. Taki prywatny powrót do przeszłości.

Jak na wakacje, to zakończyłam mnóstwo prac. Na horyzoncie zamajaczyły nowe projekty. Mimo tego niekończącego się lata, zaczął się kolejny cykl, można usiąść nad nowymi pomysłami z kromką chleba ze świeżym dżemem śliwkowym w ręku.

W międzyczasie ściągnęłam pierwszą w życiu aplikację sportową (i nie chodzi o oglądanie futbolu).

Sierpień 2018

W rodzinnym domu dzielę się z kotami tłustą śmietaną, którą dodaję sobie do malin. Zimno się zrobiło i dopadł mnie ostry ból gardła ze stanami podgorączkowymi, który odsunął część spotkań na nieodległą przyszłość. Z niejaką ulgą udałam się „na łono”, gdzie domowy rosół, opatulanie kocami, dzbany ciepłego kompotu i herbaty i od pierwszej chwili towarzystwo Pręgi, którą udomawiałam trzy lata temu. Jestem jej pierwszym człowiekiem, tą, która chwyciła dzikiego kociaka, wyrywającego się, gryzącego i drapiącego. Dziś to kot przyjazny, łaszący się i tulący, lubiący nocą wyskakiwać przez okno w moim pokoju.

W Warszawie było mnóstwo dobrego. Starzy przyjaciele. Nowe dzieci i dzieci zadziwiająco wyrośnięte. Zimne piwo w knajpie podróżników. Dziwny letni napój w knajpie reportażystów. Samotne piątkowe popołudnie w barze mlecznym. W BUW-ie nadal wystawiają w toaletach ten pylący się papier toaletowy, za to są jakieś nowe kawiarnie. Zniknął zimny, kryty azbestem budynek lingwistyki.

Był też teatr i płakałam na monodramie „Tato wraca”, historii o niespełnionej miłości do okrutnego człowieka. Nie byłam jedyna. W pewnym momencie czułam, że do gardła podchodzi mi szloch i już miałam wstać i ukryć się za kulisami, bo to było najbliższe schronienie. Zdałam sobie sprawę, że teraz jakoś łatwiej mi płakać, może nawet łatwiej mi się uzewnętrzniać. A nocami czytałam „Sonnenberg” i palcem po telefonie snułam się po kolejnych budapeszteńskich dzielnicach.

Miasta i lektury

W obcej dzielnicy w swoim dawnym mieście. Choć byłam już tu kiedyś, znam tylko drogę w jedną stronę, ku tramwajom. Od świtu nasłuchuję jednostajnego szumu z warszawskich arterii i tych nagle dziwnie brzmiących głosów mówiących po polsku. W nocy zaczęłam czytać „Sonnenberg” Vargi i skończyło się na wodzeniu palcem po telefonie po niegdyś mojej dzielnicy Zugló w Budapeszcie. Mieszkałam tam na Amerikai utca, chodziłam wzdłuż torów tramwajowych do najstarszej linii metra na kontynencie, przy której jesienią sprzedawano pieczone kasztany. Czytając książkę, nie mogłam się powstrzymać przed wymawianiem głośno nazw. Kiràly utca, Blaha Lujza ter, Thökoly ut, Varosliget. Lektury jakoś tak odbijają rzeczywistość, bo ostatnio pomyślałam, że wracam do Warszawy, jakbym wracała do Budapesztu, z lekką ciekawością (odnoszącą się zresztą do innych spraw i rzeczy), z pewnością siebie cechującą tych, co dobrze znają miasto, ale bez poczucia, że wracam do domu. Ten skurcz serca obecnie zarezerwowany jest dla widoku ujścia rzeki Nervión z samolotu zataczającego koło nad Morzem Kantabryjskim (w innych miejscach znanym jako Zatoka Biskajska).

Lektury jakoś tak odbijają rzeczywistość, pomyślałam, gdy samolot zniżał lot nad Zurychem, gdzie czekała mnie niefortunna przesiadka (mój bagaż został w Szwajcarii), a ja podniosłam właśnie wzrok znad „Co ja mam z tym wszystkim wspólnego?” Sachy Batthanyego, mieszkańca Zurychu, który tropi losy swej rodziny sprzed 70 lat i w tym celu jeździ od Budapesztu po Syberię i Buenos Aires. Na mapce, jaką wyświetlano nam na pokładzie, cała ta szeroko pojęta Europa Środkowa i Wschodnia niepokojąco się zlewa, jakby na wschód od Renu brakowało już jakichkolwiek naturalnych granic. Wydaje się, że z Krakowa do Kiszyniowa są tylko dwa kroki, podobnie jak z Belgradu do Monachium.

Sam Zurych widziany z góry jest tak piękny, że aż niemożliwy. Wygląda trochę jak dekoracja, co mnie niepokoi, bo czuję się, jakbym nigdy nie miała oswoić takiego miejsca. Przypominam sobie czytane w czasach studenckich opowiadania Dürrenmatta albo opisywane przez Batthanyego estetyczne boksy dla prostytutek w Zurychu. Brudy tego świata zwykle skrywają się pod gładką estetyką. Nie mogę przestać o tym myśleć, gdy ruchomy chodnik przewozi mnie obok reklam zegarków i biżuterii, stosów kolorowych czekolad i skrzących się w ostrym sztucznym świetle butelek. Nie mogę przestać o tym myśleć, gdy elegancka pracownica linii lotniczych waży walizki podręczne za pomocą precyzyjnej ręcznej wagi, jaką Brat mnie czasem wspiera przed wylotem i wtedy dokonujemy przy okazji dorocznego ważenia kotów. ‚Das ist aber zu schwer”, upiera się, zasłaniając własnym ciałem bramkę prowadzącą do upragnionego samolotu kobiecie w średnim wieku, która przeszła już przecież przez te wszystkie kolejki, kontrole, pozbyła się wszystkiego, co zabronione, pokazała wszystkie dokumenty, zdjęła buty i odzież wierzchnią, być może dała się obmacać, a teraz ma kilo, może dwa więcej w walizce. Co zrobić w obliczu takiej zbrodni? Czy ja ukrywałbym Żydów, pyta w swej książce Batthany (dowiem się o tym już na pokładzie samolotu do Warszawy) i udziela odpowiedzi przeczącej. A ja nagle wiem, z czym kojarzy mi się lotniskowa kontrola bezpieczeństwa, to całe wybebeszanie bagaży, odbieranie rzeczy ostrych i płynnych, zdejmowanie butów, surowe spojrzenia strażników, zagubione staruszki, płaczące dzieci.

Dotarłam do Warszawy, by stwierdzić, że cały mój dobytek mieści się w torbie na ramieniu: dokumenty, pieniądze, elektronika, chusteczki i paczka z dwoma kawałkami keksu. Na szczęście zjawił się Pio i mój pobyt mogłam zacząć od wizyty w Galerii Mokotów. W domu Ryjka (chwilowo bez Ryjka, który zdobywa jakieś szczyty w Ladakhu) podlałam kwiaty i wyszukałam sobie za dużą piżamę. Na stole obok listu, kluczy i obiecanej drobnej gotówki znalazłam stosik kart zniżkowych do różnych przybytków i rozczuliła mnie karta kina Wisła, którą przed laty kupiłyśmy na spółkę. Tak jak rozczulił mnie opis dzielnicy Zugló u Vargi. Może nie wracam do domu, ale lubię wracać.

Imieniny Pantaleona

Zaćmionego księżyca nie było widać na kantabryjskim wybrzeżu, za to można było podziwiać silny odpływ na tle odległego portu i latarni morskiej mrugającej z innej prowincji. Potem śniłam o o chodzeniu po grząskim piasku i powrocie wody w postaci ogromnych ciemnych fal. Tego lata mnóstwo pracy, mało plaży, skończyła się gorączka futbolowa i pochłaniam teraz sagi i powieści, bo coś trzeba robić z upalnymi wieczorami.

Na dzień hiszpańskości wybieram się do palimpsestu Hiszpanii: Segovia, Avila, El Escorial, Valle de los Caidos. Coraz więcej chęci, by znowu pobawić się w badanie historii, posłuchać kamiennych murów i zamkniętych w nich duchów.

Dwa brzegi

Nocą obejrzałam dwa dokumenty o baskijskim rocku z lat 80. i 90. Industrialne Bilbao z okolicznymi miejscowościami, w których rytm życia wyznaczały niegdyś fabryki, stocznie i kopalnie, wygląda jak industrialna Anglia. Zaistniało także silne podobieństwo (kontra)kulturowe – punk, ostry i prosty rock, hasło no future, zamiłowanie do heroiny. Ta ostatnia przetrzebiła ponoć całe pokolenie. Gdy puściły obyczajowe tamy dyktatury, wszystko stało się dozwolone, a kryzys sprawił, że dobrze już odkarmieni chłopcy i dziewczęta z generacji baby-boomers nie mieli co ze sobą zrobić. W ten świat zagubienia, beznadziei i buzujących hormonów wśliznęła się heroina z jednej strony, a z drugiej ETA.

Jeden z dokumentów nosi tytuł „160 metros” – jest to szerokość rzeki Nervión na jej ostatnim odcinku, który czasami sobie przemierzam Mostem Wiszącym lub bareczką. Z Portugalete do Getxo na weekendowe spacery, w drodze na plaże, przez pewien czas także do pracy. Te dwie strony rzeki, spoglądające na siebie nawzajem, to dwa światy. O tym także mówią w dokumencie. Przemysłowe, pełne imigrantów z całej Hiszpanii, tradycyjnie socjalistyczne/komunistyczne lewe nabrzeże rzuciło się w objęcia radykalnego rocka i punka, podczas gdy eleganckie prawe nabrzeże, mieszczańskie przy rzece, rolnicze w głębi, tradycyjnie baskijskie, tworzyło raczej piosenki o chodzeniu na plażę i podrywaniu dziewczyn, a wycieczki na ostre imprezy po drugiej stronie rzeki uważano prawie za sport ekstremalny. Co ciekawe, ta odmienność obu nabrzeży nadal jest odczuwalna, choć zmieniły się okoliczności. Po lewej stronie mamy superport Bilbao, podczas gdy po prawej przybijają wielkie wycieczkowce i aż roi się od jachtów. Ludzie zachowują się bardziej powściągliwie po prawej stronie, gdzie króluje wystudiowana uprzejmość i pewna dyskrecja, zwyczajna dla burżuazji, podczas gdy po lewej wszystko jakby buzuje, jest żywsze i bardziej egalitarne. Portugalete to najgęściej zaludnione miasto w całej Hiszpanii, natomiast Getxo ma jeden z najwyższych dochodów na głowę mieszkańca. Ceny mieszkań, ceny piwa w barach – te 160 metrów robi ogromną różnicę. Jednocześnie z lewej strony zawsze widać jachty i eleganckie domy na nabrzeżu, a z prawej superport. Nie można się odwrócić od tego drugiego świata.

Prawie wakacje

Goście, goście i dużo aktywności. W międzyczasie wypady do pracy, ogarnianie spraw bieżących i inauguracja sezonu kąpielowego. Ocean przyjął mnie łagodnymi falami i chłodną jeszcze wodą. Dni umykają, prawie nie ma czasu na powolne rytuały, które zwykle wyznaczają mi bieg tygodnia. Jakie to wszystko odświeżające. Kumulują się nowe książki oraz tropy do prześledzenia – czekają na wakacje.