Feeds:
Posty
Komentarze

Pewnego dnia przemieściłam się z pochmurnego Bilbao do upalnej Saragossy. Podróż bez planu, bez potrzeby, bez towarzystwa. Gdy autobus zjechał w dolinę Ebro, znalazłam się w zupełnie innym świecie – to przedarcie się na drugą stronę systemu Góry Kantabryjskie zawsze przynosi tak wyraźną zmianę. Zmienia się krajobraz, klimat, powietrze, światło. Pojechałam do Aragonii zainspirowana nieco książką „La España vacía” Sergio del Moliny (zresztą autora z Saragossy), poczytnym tutaj eseju o hiszpańskim interiorze, miejscu suchym, pustym i stale się wyludniającym. Miejscu, gdzie życie skupia się w rzuconych na mesecie miastach i miasteczkach, których granice wyznaczone są tak wyraźnie, jakby ucięte, że gdy o tym myślę, przeszywa mnie niezrozumiały dreszcz. Niegdyś w moich snach pojawiał się koniec miasta – ostatnie bloki, za którymi już tylko pola i odległe hangary, brak oparcia nawet w linii drzew czy odległych wiejskich zabudowaniach. Śniłam tak o Warszawie, ale tak naprawdę dopiero w Aragonii się te senne obrazy urzeczywistniły. Nie wiem do końca, skąd bierze się ten niepokój. Czyżby z tego, że ucieczka z rzuconego na pustkowie miasta jest niemożliwa? Gdy wyjdziesz za linię ostatnich budynków, jesteś tak bardzo na widoku. Rozległa przestrzeń ma w sobie coś przerażającego i męczącego. Podróż przez Wielką Nizinę Węgierską czy hiszpańską Mesetę to ciągłe wpatrywanie się w oddalający się horyzont i przytłaczająca monotonność krajobrazu. W drodze powrotnej poczułam ulgę, gdy wreszcie autostrada (Autopista del Ebro) zagłębiła się w pofalowany krajobraz La Riojy z jej winnicami i narastającą w miarę zbliżania się do linii gór zielenią.

19 stopni rano w Bilbao, 36 po południu w Saragossie. Spacer w tym skwarze był prawie niemożliwy, trzeba było odczekać kilka godzin, co i rusz chowając się w kawiarniach, aż niebo się zamgliło, odcinając miasto od niemiłosiernego słońca. W dodatku pojawił się silny wiatr, przynoszący ulgę. Saragossa jest przystosowana do upałów. ulice wysadzono dającymi przyjemny cień drzewami, są ławki, na których można przysiąść, by złapać oddech i uzupełnić płyny, szerokie chodniki pozwalają skryć się w cieniu wysokich budynków. Spróbowałam pierwszych w tym roku morw prosto z drzewa – były średnio dojrzałe. W bazylice Virgen del Pilar odrzucający klimat imperialny i pozbawiona uroku barokowa dewocja. Za kaplicą stała spora kolejka czcicieli, którzy podchodzili do dziury w ścianie, za którą stała figurka Dziewicy Maryi na filarze. Klękali i całowali ten filar od tyłu, jakby niegodni ujrzenia podobizny Matki Boskiej. Było w tym coś mocno obskuranckiego i wstecznego, a zarazem stereotypowo hiszpańskiego. odebrało mi ochotę na wyszukiwanie fresków Goi na suficie kościoła.

Bazylika Pilar dominuje nad brzegiem Ebro i nad otaczającymi ją uliczkami historycznego centrum, które ma dwie twarze. Część położona po stronie prowadzącej ku średniowiecznego zamku królów aragońskich, jest nieco zapuszczona, wypełnione wąskimi, lekko śmierdzącymi uliczkami z kamienną zabudową. Natomiast część wiodąca ku Plaza de España wypełniona jest eleganckimi sklepami, klimatycznymi kawiarniami przy małych placykach. Jest wielkomiejska, dystyngowana, przywodzi na myśl Madryt czy Barcelonę. Ze swoimi 700 tysiącami mieszkańców Saragossa jest w końcu piątym co do wielkości miastem w Hiszpanii, a jej historyczność i położenie także nadają jej ważność. Co drugi mieszkaniec Aragonii mieszka w stolicy tej wspólnoty autonomicznej. Jej drugie co do wielkości miasto, Huesca, ma tylko około 50 tysięcy mieszkańców.

Pojechałam do Hueski drugiego dnia. Upał wydawał się lżejszy, może to wpływ widocznych w oddali gór, przedpirenejskiego pasma Sierra de Guara (nawet 2000 m.n.p.m.), mimo to po południu miasto było jak wymarłe. Nieliczne otwarte bary stanowiły jedyne schronienie, dzięki klimatyzowanym wnętrzom i nawilżanym ogródkom. Średniowieczne część Hueski położona jest na wzgórzu. Gotycka katedra stoi naprzeciwko też dość starego budynku ratusza. Dzieli je dosłownie z dwadzieścia metrów, przestrzeń z fontanną, kilkoma drzewami i jedną kawiarnią. W katedrze wspięłam się po 180 stopniach, bardzo wąskich, miejscami dość traumatycznych, i z wieży ogarnęłam wzrokiem cała Hueskę i jej okolice. Oczywiście puste. Na drodze łączącej to miasto z Saragossą (75 km) nie zauważyłam nawet żadnej stacji benzynowej. W przykatedralnym muzeum kilka ciekawych średniowiecznych obrazów i ozdobny, wykuty w białym kamieniu ołtarz. W samej katedrze było chłodno i cicho, spotkałam może troje, czworo innych zwiedzających. Znajduje się tam między innymi kaplica Św. Hieronima, patrona tłumaczy. Wrzucam 10 eurocentów, by zapalić samotną automatyczną świeczkę. Wprawdzie plakaty na ulicach  głosiły, że w mieście odbywa się akurat międzynarodowy festiwal filmowy, ale nie natrafiłam na żadne związane z tym ożywienie. Nauczyłam się pierwszego aragońskiego słowa: zerrau, czyli zamknięte i mogłoby to dobrze podsumować ten kilkugodzinny pobyt. Gdy po raz trzeci trafiłam na ten sam plac, uznałam, że poznałam już z grubsza miasto i mogę usiąść w chłodnym barze, zamówić zimną colę i oddać się czytaniu.

Trzeciego dnia była jeszcze bardziej gorąca Saragossa. Wizyta w Muzeum Goi i na średniowiecznym jarmarku, na którym można było zakupić różne ekologiczne produkty albo drewniane miecze. Mój podróżny outfit (oliwkowe spodnie i mały plecak) zmylił lekko podchmielonego strażnika ubranego w płócienne giezło. „Robisz Camino de Santiago?” zapytał dość natarczywie. Nie wiem, jaki produkt związany ze św. Jakubem chciał mi zaproponować, bo szybko przeszłam na zacienioną stronę, gdzie kupiłam naleśnika z bananem i czekoladą. To był mój obiad. Odpuściłam sobie powtórną wizytę w bazylice i powoli zaczęłam przemieszczać się w stronę dworca. Przeskalowany nowy budynek, godny wielkiej metropolii łączy dworzec kolejowy i autobusowy. W tym ogromie gubią się niezbyt często przyjeżdżające pociągi i autobusy, pasażerowie wydają się nieliczni. Przejście od wejścia od strony miasta ku okienkom biletowym zajmuje niespiesznym krokiem chyba z dziesięć minut. Pasażerowie udający się koleją szybkiej prędkości do Barcelony muszą przejść kontrolę bezpieczeństwa jak na lotnisku. Odnotowuję tylko dwie kafejki i jeden sklep pozornie z żywnością, który na drzwiach ma wypisany flamastrem na tekturze napis, że nie można w nim dostać wody ani żadnych napojów. W tym okrutnym upale sprawia to dość absurdalne wrażenie. O dziewiątej wieczorem w Bilbao wysiadam z autobusu i wreszcie odczuwam lekki chłód. Powietrze pachnie wiosną (nadal mamy wiosnę) i morzem. Następnego dnia fala upałów dotarła też na wybrzeże, ale tu mamy przynajmniej plaże. Teraz namacalnie rozumiem, dlaczego interior Półwyspu się wyludnia, podczas gdy na wybrzeżu ludności stale przybywa.

Była to też podróż do mojego własnego wnętrza. Trzy dni spędzone sama ze sobą, z wieczornymi lekturami, socjologicznymi i antropologicznymi obserwacjami, obcowania z odmiennością i nowością. Inny klimat, inne myśli, porządkowanie siebie w oderwaniu od codzienności, jakże dawno tego nie robiłam…

Pisz

W samochodzie w drodze do klimatycznej knajpy na klifie, mekki młodych, szukających weekendowego odpoczynku mieszkańców Bilbao i okolic wywiązuje się ni z tego ni z owego rozmowa o prawdopodobności fikcji. Jeśli książka ma sprawiać wrażenie opartej na rzeczywistych wydarzeniach, na prawdziwych losach prawdziwych postaci czasami trzeba usuwać z niej nagromadzenie szczęśliwych zbiegów okoliczności, nieprawdopodobnych przypadków, zbyt gładko rozwiązujących się problemów, niezliczonych analogii między wydarzeniami itp. Ale kiedy popatrzymy na życie, to w zasadzie jest ono tego wszystkiego pełne. Wracam chętnie do słów Eugena Ruge, które wypowiedział na spotkaniu w Warszawie. W książce opartej na losach własnej rodziny uśmiercił wuja, który wraz z ojcem spędził wojenne lata w uralskim łagrze, podczas gdy tak naprawdę obaj cali i zdrowi wrócili do Niemiec. Jednak znający przytłaczające wskaźniki śmiertelności w radzieckich obozach czytelnik stanie się podejrzliwy. Co to za bajeczka, którą stara się nam wcisnąć autor, przecież to książka oparta na „prawdziwych losach prawdziwych ludzi”. Trudno pozbyć się tej podejrzliwości. Myślę, że wraz z rozplenioną w literaturze autofikcją straciliśmy jako czytelnicy swoisty leap of faith, pełne zawierzenie autorowi, chcemy wszystko sprawdzać, wszystko weryfikować z rocznikiem statystycznym i wspomnieniami „świadków” czy choćby „postświadków”. O tym, jak pięknie potrafimy się jednak dać oszukać, opowiada genialny „Oszust” Cercasa. Nie ma najprawdziwszej prawdy biograficznej, wszystko jest autokreacją. Czasami dość daleko posuniętą. Jakimś wyjściem z sytuacji może być gotowość do nieustannego zadziwienia. Nieprawdopodobne jest prawdopodobne, wydarza się i dodaje życiu tak bardzo potrzebnej magii. Jak bardzo nieprawdopodobnie brzmi, że ja i ty, dwoje ludzi z odległych zakątków kontynentu z różnych środowisk, którzy właściwie nie wiadomo dlaczego się w tym życiu spotkali, jeździ sobie po tym wybrzeżu, w dodatku w tym klasycznym samochodzie i z baskijskim beretem pod tylną szybą, wygląda to na historię z filmu, pełną plastycznych wyróżników i symboli, przyczynków do tęsknot, których tak naprawdę nie mamy. A jednak to jest nasze życie i właściwie nawet tego nie zauważamy. Nie widzimy w tym materiału na książkę, ale w sumie dlaczego nie?

Psi towarzysz

W niedzielę wielkanocną jechałam na plażę w Muskiz i uderzyła mnie zieleń, jaka opanowała mijaną dolinę. Wiosna w pełni, słońce wysoko – opalałam twarz, ale nic więcej, bo arktyczny wiatr z północnego wschodu sprawił, że nie można było odkryć ani kawałka ciała. Z powodu remontu parkingu i przyplażowych ścieżek i mostków przekierowano trasę Camino de Santiago właśnie na plażę. Po dwóch godzinach czytania przeszłam więc jej całą szerokość, oto Camino na miarę moich możliwości.

Coraz częściej spotykam na ulicach pielgrzymów. Plecaki, trekkingowe kijki, miękkie jasne kapelusze – nie sposób ich pomylić. Trafiłam nawet na psa pielgrzyma. Niewielki czarno-jasnobrązowy kundel w typie Misia, psa mojego dzieciństwa, prowadzony na szelkowej smyczy przez około trzydziestoletnią dziewczynę. Ona w pełnym rynsztunku pielgrzyma, a pies z ochraniaczami na łapkach, które zapobiegać chyba mają ocieraniu poduszek i pazurów. Ciekawe, ile kilometrów dziennie robi ta para. Czy naprawdę chcą dotrzeć do Santiago de Compostela? Czy schroniska dla pielgrzymów przyjmą psa? Poczułam do nich sympatię, może dlatego, że przypomniał mi się właśnie Misio, którego babcia dostała od jakiejś sąsiadki czy kuzynki zaraz po tym jak owdowiała. „Żebyś tak sama nie siedziała” powiedziała jej tamta, a Misio okazał się psem nad wyraz inteligentnym, samodzielnym i opiekuńczym. Mój pierwszy zwierzęcy towarzysz. Gdy mama i babcia szły w pole, stawiały wózek ze śpiącym niemowlęciem gdzieś w cieniu nieopodal, pod opieką Misia. Nie tylko nie pozwalał się zbliżyć osobom postronnym, ale alarmował gdy się budziłam, kwękałam lub gwałtownie poruszałam przez sen. Uwielbiał wycieczki do lasu, biegł wtedy za lub przed małym traktorkiem, który ciągnął wózek z pasażerami. Gdy Misio się zestarzał, zrobił się nagle agresywny, rzucał się na drób i inne psy, trzeba było w końcu pozbawić go swobody ruchów. Charakterystyczne terkotanie silnika traktorka wywoływało w nim wtedy prawdziwy szał, znowu chciał do lasu, na wycieczkę, poganiać za kuropatwami, przepłoszyć sarny, ale już go nie zabieraliśmy. To były smutne chwile, nie tylko pozbawione widoku rozradowanego psiaka biegnącego w polnym kurzu, ale przepełnione w dodatku tym przejmującym wyciem, które zostawialiśmy za sobą. Misio przeżył 14 lat, jak wszystkie nasze najukochańsze psy. Mam kilka zdjęć z nim, są to moje ulubione fotografie z dzieciństwa.

W świętym tygodniu

Skończyłam intensywny okres pracy, zaczęłam intensywny okres czytania. Miałam też gdzieś pojechać, ale jakoś mi się nie chce. Po kilku słonecznych dniach nad baskijskim wybrzeżem zapanowała nadmorska mgła, po hiszpańsku bruma, co brzmi tak podobnie do słowa bruja, czyli wiedźma. Mocne, wibrujące rrr, które tak trudno mi wymawiać.

Przez Bilbao przetaczają się procesje w kapturach Ku-Klux-Klanu. Resztki potęgi katolicyzmu, która panowała na Półwyspie. Niby zawsze jakoś byłam tego półświadoma, ale stykanie się z ludźmi, którzy pamiętają czasy, gdy kobieta nie mogła założyć konta bankowego bez zgody męża czy ojca, gdy nie było rozwodów, a urzędnicy do podejrzanych imion dopisywali „Maria”, żeby brzmiało godnie, daje sporo do myślenia. Co innego obskurancki katolicyzm w polskich wsiach i miasteczkach, co innego taki sam obskurancki katolicyzm podparty prawem i autorytetem wszechmocnego państwa. Kościół katolicki, jak każda organizacja uważająca swojego przywódcę za osobę z założenia nieomylną, jest totalitarny z założenia i nie ustąpi pola sam z siebie. A ludzie krzyczą, że grozi nam zaprowadzenie islamskiego szariatu, phi.

Tymczasem moja budapeszteńska alma mater walczy z kolejnym „miękkim” totalitarystą. Na ulice wychodzą tysiące ludzi. Pamiętam demonstracje sprzed 10 lat, widziałam wtedy Viktora Orbana przemawiającego na wiecach, dziś to przeciwko niemu przemawiają, być może na tych samych placach i w tych samych parkach. Tak oto toczy się ta historia, na naszych oczach się toczy. Nigdy do końca nie przewidzimy, gdzie będą punkty zapalne. ETA się rozbroiła w zeszłą sobotę, ochroniarze lokalnych polityków będą teraz pilnować kobiet-ofiar przemocy domowej, a służby tropić dżihadystów. A w osiemdziesiątą rocznicę bombardowania Gerniki pójdziemy wołać, że chcemy przyjąć wojennych uchodźców. Mamy internet i smartfony, a plakaty drukujemy w w kolorze, ale właściwie tak niewiele się zmieniło na tym świecie.

 

A za oknem nagle robi się 20 stopni i czuć pierwszy raz wiosenne powietrze. Nagła chęć na podróżowanie, na zmianę trybu życia. Kończę powoli czytać „Patrię” Aramburu i chyba nie chcę jej kończyć, bo za każdym razem mniej stron i mniej rozdziałów, z niepokojem odmierzam tę drobną część 640 stron, która mi została do końca. Nie może być zakończenia, bo po prostu go nie ma, opisywany proces nadal trwa – to chyba najlepsza rekomendacja dla książki dotyczącej teraźniejszości. Aktualnej aż do bólu, tak wiele wnoszącej w poznanie tych realiów. W dzień miłości było spotkanie na temat literatury i tłumaczenia. Publiczność w wielkiej sali z figurką Unamuno spoglądającego w stronę sceny z  balkonu przetrzebiona niczym w czasie jakiejś epidemii. Śmiałam się następnego dnia, gdy czytałam relację ze spotkania w gazecie, bo widziałam jak jej autor wychodzi przed czasem. Ja zostałam i po zakończeniu w nagrodę poszłam na piwo z dyskutantami, a potem jadłam niedobrego gofra z czekoladą na Arenalu, którego ławki wypełnione były całującymi się parami. Pierwsza ciepła noc tej przedwiosny.

W zeszłym tygodniu zadzwonił do mnie nestor literatury baskijskiej z prośbą o konsultację. Poznaliśmy się w grudniu z okazji wokółtłumaczeniowego spotkania. Powiedział do mnie wtedy: „Jeśli mnie gdzieś spotkasz, podejdź i się przywitaj, bo wiesz, ja jestem zwykle trochę zamotany, poza tym cierpię na krótkowzroczność i czasami nie zauważam ludzi”. Bardzo miły starszy pan w kolorowym swetrze, niezwykle otwarty i sympatyczny. Przeciwieństwo różnorakich nestorów literatury polskiej, z którymi się zetknęłam – zwykle niedostępnych, ironicznych, o zmarszczonej bujnej brwi, otoczonych nadopiekuńczymi towarzyszkami (nigdy nie zapomnę, jak jedna z nich przedstawiła mi się po prostu „Rymkiewiczowa”, bez imienia, i odniosłam wrażenie, że całe jej jestestwo zawarte jest w tych trzech literkach dodanych do nazwiska sławnego męża). No więc zadzwonił do mnie nestor literatury baskijskiej z prośbą o konsultację i gdy wysłałam mu wyniki mojej małej kwerendy z dwoma czy trzema zdaniami własnej interpretacji, wraz z serdecznymi podziękowaniami przesłał mi tekst, w którym mnie cytuje! Takie drobne radości.

Po tym bardzo osobistym kontakcie ze światem literackim włączył mi się znowu tryb przemyśleniowy i głównym tematem stały się kontakty międzyludzkie, a szczególnie przyjaźń. A szczególnie mniej lub bardziej burzliwe końce różnych przyjaźni. Nagle odgrzebuję z pamięci drobne z pozoru wydarzenia, po których już nie było tak jak wcześniej. Czasami to mnie się zapierano, czasami to ja się zapierałam. Jak mocne zawiązują się więzy, gdy zwykłym ludzkim odruchem wspierasz kogoś w bardzo trudnym momencie życia. I potem następuje kilka lat prawie nierozłączności. Gdzieś w sieci mignął mi nagłówek tekstu, że miłość jest przereklamowana, że istotą życia społecznego jest przyjaźń. Może dlatego, że to w przyjaźni dzielimy się wszystkim, co ważne i wysłuchujemy wszystkiego. W miłości niekoniecznie. Przyjaciół nie chcemy zmieniać, akceptujemy ich takich, jakimi są. Do przyjaciół zawsze wrócimy, nawet jeśli losy nas rozdzieliły na jakiś czas. W przyjaźni nie ma tajemnic, bo to co nie jest wypowiadane, nie ma w danej chwili relewancji, w miłości za to liczy się przede wszystkim całkowite odsłonięcie. W przyjaźni nie ma zawłaszczania. Troska wynikająca z przyjaźni jest bardziej autentyczna i ciąży mniej. A to wszystko napłynęło mi do głowy, bo moja przyjaciółka z samego rana wysłała mi krótką wiadomość: „Brieffreundin – Niemcy wszystko już nazwali”. Niezmierzone pokłady nienachalnego ciepła w lutowy poranek.

Dzieci

Wprawdzie o „post-prawdzie” zaczęto mówić głośniej dopiero w ostatnich miesiącach, ale ja już od lat obserwuję jej triumfalny pochód przez środki masowego przekazu i ludzkie umysły. W świecie, w którym króluje post-prawda, nie ma miejsca na zastanowienie, są tylko reakcje, emocje, klikalność i nagle okazuje się, że coś dzieje się od dzisiaj, od zeszłego tygodnia i jest sprawą niecierpiącą zwłoki. Banieczki w mediach społecznościowych poszerzają się i mielimy sobie jakiś temat, że o mój boże, jak tak można i że teraz już naprawdę trzeba coś zrobić.

Donald Trump zamknął granice dla obywateli kilku krajów. Nosz to skandal. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej od zawsze prowadzą politykę na wpół przymkniętych granic. Wiza turystyczna dla Polaków kosztuje coś około 500 złotych (dane sprzed kilku lat, może podnieśli), trzeba się umawiać z konsulem, dzwoniąc pod numer 0700…, a i tak nie gwarantuje ona wstępu na terytorium USA. Na amerykańskim lotnisku mają prawo cię przesłuchać, rozebrać, prześwietlić, przegrzebać twoje rzeczy, przeczytać twoje maile i jeśli im się nie spodoba to, co zobaczą, nie pójdziesz dalej, wracasz najbliższym samolotem do domu, nie masz szansy poinformować nawet tych, którzy na ciebie czekają na lotnisku.

Donald Trump trąbi (trumpi) o konieczności zbudowania muru na granicy z Meksykiem i cały świat skwierczy jak na patelni, że jak to możliwe, co to będzie… Jakby dotąd nie było tam żadnych ograniczeń niczym na jakiejś wewnętrznej granicy UE, dajmy na to między Francją a Hiszpanią, gdzie na niektórych drogach nie stoją już nawet tablice z nazwą państwa. Jakby nie było zasieków, patroli, strzelania, by zabić. Z Berlina nawet napisali do Trumpa, żeby się opamiętał, bo oni dobrze wiedzą, co znaczy żyć w cieniu muru. Mam nadzieję, że regularnie wysyłają takie listy do Izraela, gdzie budowa murów trwa w najlepsze, a przy tamtejszych kontrolach arabskiej ludności kontrole na Checkpoint Charlie to szczyt uprzejmości i dobrego wychowania.

O lamencie polskim, że PiS nie rządzi demokratycznie, po cichu wprowadza swoje zasady gry i w ogóle nie konsultuje się z obywatelami nie mam nawet ochoty już się rozpisywać, bo wszystkie rządy to robiły. Leszek Miller i Aleksander Kwaśniewski ochoczo dozwolili na torturowanie więźniów amerykańskiej armii i CIA na naszej tak zawsze spragnionej wolności ziemi. Wszystkie bez wyjątku rządy wprowadzały swoje zasady gry i unikały konsultacji z obywatelami, tyle że większość z nich umiała sobie zaskarbić łaski środków masowego przekazu i wykupić usługi specjalistów od PR, tak że bez mrugnięcia okiem wierzyliśmy, że nasze składki emerytalne muszą trafić w ręce OFE, nauczycieli trzeba zwolnić, a szpitale zamykać. Dzisiaj jest Misiewicz, wczoraj była Maja Rostowska, a wcześniej mnóstwo takich, o których już nie pamiętamy.

Smog wisiał nad naszymi miastami od zawsze i wiadomo było, że zabudowywanie terenów zielonych i brak polityki transportowej ograniczającej ruch samochodowy w mieście doprowadzi do zaostrzenia sytuacji. Redaktorzy oburzą się na skandaliczną wypowiedź ministra zdrowia (smog według niego to wydumany problem), a potem wsiądą w swoje samochody i pojadą na swoje zamknięte osiedla na obrzeżach miasta, starając się jak najsprawniej ominąć korki stworzone przez tysiące im podobnych „zatroskanych obywateli”. Maseczki smogowe jako dodatek do gazety na pewno sprzedadzą się świetnie, gdy podkręci się trochę atmosferę.

No i są jeszcze syryjskie dzieci. Dziesięcioro dzieci, które chciałby przyjąć Sopot, ale zamknięty w okowach swoich machinacji rząd na to nie zezwala. No bo jak dziesięcioro dzieci pojedzie do Sopotu, to może zaraz jakieś dwie, trzy rodziny trafią do Krakowa, a kolejny tuzin sierot do Słupska. Nie można pozwolić na żaden ludzki odruch, bo ludzkie odruchy potrafią zburzyć polityczne scenariusze. Więc znowu granie na emocjach, terroryzm, przywoływanie szwedzkich problemów z imigrantami, „nasze podatki”, „biedne polskie dzieci”. No i milczenie hierarchów w złotych karocach. Pożytecznych idiotów nie brakuje po każdej stronie politycznego sporu. Podobnie zresztą jest i w Hiszpanii, gdzie rząd centralny nie robi nic w sprawie przyjmowania uchodźców poza blokowaniem lokalnych inicjatyw. Sprawa dwójki aktywistów, którzy chcieli przywieźć z obozów greckich kilka osób, by zaczęły w Kraju Basków nowe życie, odbiła się głośnym echem, pokazując, że inicjatywy obywatelskie coraz bardziej tracą rację bytu w świecie, w którym rządzą nie do końca jasne racje stanu, bezpieczeństwa narodowego i politycznych zobowiązań na najwyższym szczeblu.

Jest wojna, jest śmierć i kalectwo. Są traumy, brud, głód i smród. W XXI wieku nie wzruszają nas obrazki cierpiących dzieci, może mamy już tego przesyt. Nie odrobiliśmy lekcji. Kilkadziesiąt lat temu, w latach trzydziestych XX wieku, gdy w Europie szalały nacjonalizmy i kryzys, tysiące dzieci uniknęło tego, co dziś w dobie Facebooka i Twittera spotyka dzieci w Syrii, Afganistanie i podobnych miejscach. Patrzę na półkę z książkami, „Mussche” Kirmena Uribe to opowieść o baskijskich dzieciach wywiezionych w czasie wojny domowej w Hiszpanii statkami do Belgii, gdzie przyjmowali ich prości ludzie. Ludzki odruch przyzwoitości. Eva Menasse opisuje w „Vienna” losy żydowskich chłopców, którzy jeszcze przed Anschlussem zostali wywiezieni do Anglii w ramach transportów humanitarnych. Trafiali przeważnie do tamtejszych rodzin, przeżyli, uczyli się i pracowali, wrócili po wojnie do domu. No i jeszcze „Lew, czarownica i stara szafa” C. S. Lewisa i ewakuacja londyńskich dzieci na wieś podczas bombardowań. Wydawałoby się, że ten najbardziej powszechny odruch – ratowanie dzieci – jest czymś wbitym głęboko nie tylko w kulturę, ale także w ludzki genotyp. Tyle że w czasach post-prawdy nic już nie jest pewne. A ludzkość coraz bardziej wydaje się zbędna na tej planecie.