Feeds:
Wpisy
Komentarze

The best of both worlds

W środku lata morze jest silne. Próby zanurzenia się kończą się ucieczką przed ogromną falą. Ciąg wody zabiera piasek spod stóp i dosłownie zwala z nóg. W dotknięte słońcem ciało uderza z całą siłą mieszanka wody i piasku. Gdy zakryje głowę, przez kilka sekund całe ciało skupia się na przetrwaniu, na nieoddychaniu, nieotwieraniu oczu, nierobieniu gwałtownych ruchów. Potem jest kilka sekund nie podniesienie się, poprawienie stroju, przetarcie oczu i odsunięcie włosów z twarzy. I decyzję, czy spróbować raz jeszcze. Czasami po takim rzuceniu na brzeg serce bije mocno i drżą kolana. Jednak morze nadal jest najpiękniejszą rzeczą, jaka mi się w życiu przydarzyła.

W środku lata są wyprawy na lody do Plentzii, Woody Allen kręcący swój najnowszy film w Donostii, podczas gdy ja piszę scenariusze na kolejne sezony mojego życia i bezsensownie zanurzam się w tłum turystów paradujących wzdłuż La Conchy. Nadzieje i rozczarowania kłębią się jednego popołudnia i przypominają mi o tym, jak niewygodna jest pozycja pomiędzy dwoma światami. Wieczorem, pod prysznicem, gdy staram się usunąć piasek spod biustu, mam chęć sięgnąć głębiej i wyciągnąć z serca wszystko to, co tam zalega. Resztki po uderzeniach fal. I tak stawiam zmienność morza nad spokój jezior i wartki jednokierunkowy ruch rzek. Opanowuję chęć ucieczki w inne miejsce; tam jak i tu nie będzie domu, bo nie było go w żadnym z poprzednich miejsc.

Reklamy

Pisarz, którego książkę ostatnio przetłumaczyłam, wygląda swojsko, jak człowiek z niewielkiego miasteczka, jakim w gruncie rzeczy jest. Poza Krajem Basków nigdy nie przyszłoby na myśl zaglądać do hotelowych kawiarni, ale tutaj jest to zazwyczaj jeszcze jedno miejsce, w którym można się spotkać i porozmawiać, wypić kawę lub wino, dlatego gwiazdki, napuszone nazwy i zewnętrzny blichtr już mnie nie onieśmielają. Podsuwam nawet zuchwały pomysł, by zaparkować na podziemnym parkingu dla hotelowych gości. Nikt nie kręci nosem, a my pozbywamy się problemu z szukaniem miejsca w centrum trzeciej baskijskiej stolicy, której w ogóle nie znam.

Pisarz, którego książkę ostatnio przetłumaczyłam, jest prawdziwym gawędziarzem. Chwyta każdy podsunięty temat jak ryba przynętę i zaczyna swoją opowieść, z dygresjami, anegdotami, pomocnymi metaforami. W tych rzadkich momentów, gdy chcemy dodać coś od siebie zauważam nawet lekką niecierpliwość pisarza, jakby nie przyszedł tutaj po cudze historie, tylko po to, by opowiedzieć własną.

Gdy Pisarz, którego książkę ostatnio przetłumaczyłam, znika za przeszklonymi drzwiami, a my zostajemy z nagraniem, drobnymi prezentami i rachunkiem, czuję, jak wreszcie odpływa ze mnie napięcie ostatnich miesięcy, a może nawet tych kilku lat, podczas których walczyłam o przetłumaczenie tej książki, a potem poświęcałam jej każdą chwilę, której nie musiałam przeznaczać na inne kwestie.

Podobnie, tyle że tym razem przez empatię, czuję się, gdy w kolejny przedletni piątek towarzyszę I. podczas egzaminu ustnego z angielskiego. Przez ostatnie miesiące spotykałyśmy się w każdy wtorek na baskijsko-angielską wymianę językową, podczas której odkryłam, jak wiele mamy wspólnego i jak miło spędzam z nią czas. Gdy w trakcie poegzaminacyjnej celebracji kieliszkiem wina rozmawiamy o naszych doświadczeniach zagranicznych, zdaję sobie nagle sprawę, jak wiele odwiedzonych miejsc uczyniłam w jakimś sensie moimi i jak bardzo mnie to wzbogaciło. Z tym większą radością odwiedzę wkrótce miejsce, z którego wyszłam, z przynależnymi mu rodzinnymi rytuałami, kotami i lipcowymi owocami, za które nie trzeba płacić.

Nie potrafię wypoczywać, doszłam do wniosku. Potrafię się lenić, prokrastynować, markować pracę, ale już dawno temu zapomniałam, jak się skutecznie wypoczywa, bez wyrzutów sumienia, bez lęku o przyszłość. Od miesięcy marzę o tym, żeby rzucić wyczerpującą pracę, albo chociaż dotrzeć do wakacji i o niej zapomnieć. Ale kiedy wakacje są za progiem, zmniejsza się obciążenie i powinnam z radością przywitać wolne popołudnia, budzę się przed świtem z nieznanego pochodzenia niepokojem. Tkwi we mnie drobnomieszczański etos ciężkiej pracy, bez której nie ma kołaczy. W połączeniu z syndromem oszusta, tym dławiącym poczuciem, że przecież nic takiego wartościowego nie robię i na niczym się nie znam, daje to wybuchową mieszankę, wywołującą zawstydzenie przed samą sobą i niezgodę na drobne luksusy. Ot, skończyłam przekład bardzo ważnej książki i poszłam na ubraniowe zakupy, w końcu wiosna za pasem, straciłam parę kilo i po prostu muszę odświeżyć garderobę. Nie umiałam się cieszyć tym momentem, nic mi się nie podobało, a ostatecznie wybrana bluza przy kasie okazała się egzemplarzem wycofanym ze sprzedaży. Zapisałam się więcna zabiegi kosmetyczne, których domaga się moje ciało, i na drugi dzień poczułam z tego powodu wyrzuty sumienia. Nawet spacer po plaży, w wietrze i deszczu, bo mamy przecież tylko drugą połowę maja, był jakiś taki pospieszny, niezbyt rozluźniający. Wyczekiwane od dawna najlepsze lody na wybrzeżu też nie smakowały. Być może stałam się już maszyną, produktem naszych czasów, pozbawionym pozytywnych emocji androidem, miotającym się między pięcioma-sześcioma pracami, który z żadnej nie potrafi zrezygnować, choć przecież to tylko pisanie i tłumaczenie przywróciłoby mu człowieczeństwo. Chciałabym umieć inaczej, w tym celu przeniosłam się nawet do krainy sjesty i długich wakacji, ale oczywiście to żadne remedium, bo nie chodzi o otoczenie, chodzi o to, co w środku. A tam syndrom oszusta i nieumiejętność wypoczywania. A tam chomik pędzący w środku bębenka, coraz szybciej, coraz lepiej, bo przecież nie można inaczej.

Paryż nie płonie

Tej nocy spłonęła paryska katedra Notre-Dame, co rzuciło wielu na kolana, ku modlitwom i pomstowaniu („oto ostatnie ostrzeżenie dla naszej cywilizacji, módl się za nami”). Może budzi to trochę więcej ztelewizowanych emocji niż pierwsze sceny ostatniego sezonu „Gry o tron”, ale niewiele więcej. Bardziej mnie jednak obeszło zamknięcie kościoła św. Mikołaja w Gdańsku, bo lubiłam go odwiedzać podczas wizyt nad Bałtykiem. Nie był oczywiście tak spektakularną świątynią, ale miał swój klimat i podobał mi się jego dziwny kadzidlano-wilgotny zapach. Jako jeden z nielicznych uniknął metodycznego zniszczenia podczas radzieckiego „wyzwalania”. Jedni mówią, że to dlatego, że Rosjanie nie ośmielili się ruszyć światyni pod wezwaniem tak potężnego w prawosławiu świętego, inni – że opat przyległego klasztoru udał się zawczasu z zapasem wódki do radzieckiego dowódcy. W każdym razie kościół przetrwał i wciśnięty w wąskie uliczki, obok targu i chyba najbardziej znanego baru mlecznego w Polsce, stanowił prawdziwy symbol średniowiecza, w którym przecież to, co duchowe, mieszało się z tym, co cielesne. Wzniosłe z prostym, a nawet prostackim. Nie wiem, czy potrafię to samo powiedzieć o katedrze Notre-Dame i jej podobnym obiektom z kolejkami turystów, wyśrubowanymi cenami wstępu, całą tą nadmuchaną merkantylną otoczką, która odbiera miejscom ich sacrum i nadmiernie wygładza ich profanum, jak byśmy byli na planie serialu i udawali, że mamy pod sobą smoka, którego później dokleją nam w programach do efektów specjalnych.

Ale, oczywiście, szkoda…

Ostatni dzień zimy

20 marca o 22.58 rozpoczyna się wiosna. Według prasy będzie trwała 92 i 18 godzin. 92 dni i 18 godzin radości, rozkwitu i ciepła. Chciałoby się. Na tę wiosnę zakupiłam zapasy książek, w tym sporo powieści polskich pisarek, o których ostatnio było głośno. Myśliwski i Twardoch nadal czekają i wcale mi się nie chce do nich sięgać. Na razie.

W ostatni zimowy weekend mała wycieczka po baskijskich portach rybackich: Mutriku, Ondarroa, Lekeitio. W tym pierwszym piliśmy lokalne txakoli „Sagarmina” w położonej wysoko tawernie z widokiem na port, zjedliśmy pyszną kolację przy głównym placu i napotkaliśmy liczne koty i nawet jednego szczura! W tym drugim wspięliśmy się do sanktuarium Virgen de Antigua i zwiedziliśmy cmentarz. Zaskoczyła nas syrena, która brzmiała jak na alarm. Właściciel lokalu, w którym zjedliśmy obiad (jako jedyni klienci), wyjaśnił, że w ten sposób ogłasza się przypłynięcie statku z rybami, a liczba sygnałów oznacza rodzaj przywiezionej ryby. To był akurat txitxarro (przestałam szukać polskich nazw dla kantabrysjkich ryb, gdy okazało się, że jest ich tak dużo, że chyba żaden słownik nie jest w stanie wszystkich ogarnąć). Potem 120 zakrętów po wysokich klifach do Lekeitio i tam spontaniczne spotkanie ze znajomym. Na koniec porządna ulewa na trasie do domu. Mutila zadowolony, że wymienił niedawno wycieraczkę na przedniej szybie.

Muszę częściej robić takie wycieczki. Cieszyć się tym, że nie trzeba się nigdzie spieszyć, a jedynym wysiłkiem jest wspinaczka po stromych kamiennych ulicach i dokończenie przepysznego deseru po obfitym posiłku.

W świetle

Słońce króluje od tygodnia, stopniowo podnosząc temperaturę do przyjemnych 20 stopni. Weekend z wizytami na plaży – pierwsze przeczucie lata, bo dużo ludzi i problemy z parkowaniem. W sobotni wieczór na ulice Starego Miasta w Bilbao także wyległy tłumy. Trzeba się od nowa przyzwyczajać do zgiełku i takiej zwykłej radości z życia, która cechuje cieplejszą porę roku.

Trzeba się od nowa przyzwyczajać do zwykłej radości życia, wyjść z kokona obowiązków i rozkładów dnia. Jednego poranka wybrać się do kawiarni nad rzeką i mieć dylemat: zostać w środku i oglądać relację z procesu katalońskich independystów czy wyjść na zewnątrz i delektować się słońcem. Słońce wygrywa, udaje się nawet napisać parę słów w jego cieple – po raz pierwszy od dawna.

Po raz pierwszy od dawna samotny spacer po plaży. Gdy myślę o tym, że idziemy w stronę lata, nie mogę opanować pewnego podniecenia. Gdy opadające słońce chowa się za wzgórzem, myślę sobie, że ludzkość zatoczyła koło. Przed milionami lat nasi protoplaści wyszli z oceanu i zasiedlili lądy,a teraz, po tysiącleciach wędrówki po odstępach interioru wracamy na plaże, im bliżej morza, tym lepiej, przyjemniej, bezpieczniej. Potem patrzę na księżyc, na ciemniejącym niebie odcina się samolot ze swoją smugą kondensacyjną. Leci jak rakieta kosmiczna, do góry, szybko, bez wahania. Gdybym popatrzyła z innego miejsca, zobaczyłabym rakietę lecącą na księżyc, a tak samolot mija satelitę i powoli niknie gdzieś w okolicach Gwiazdy Polarnej. Zbliża się lutowa pełnia, która ma przynieść wysokie przypływy.

Pierwszy powiew wiosny

Zimowa depresja minęła w oparach ciepłego mleka z miodem. Temperatura na zewnątrz podniosła się znacząco i wyszło słońce, co zaowocowało zmianą klimatu i kwitnieniem roślin. W wewnętrznym patio można obserwować strategie sąsiadów. Wyprali zimowe kurtki i flanelowe piżamy. Czy to sygnał podobny do tego, gdy zwierzęta domowe zaczynają zmieniać sierść i chętniej spędzać czas na dworze?

Wiosna powoduje u mnie obezwładniające napady popołudniowego snu w tych rzadkich momentach, gdy mogę sobie pozwolić na chwilę relaksu. Do tego zwiększone zapotrzebowanie na czekoladę z orzechami, w tym tygodniu zjadałam już dwie, trzecia czeka na odpowiednią chwilę. Nawet znowu chce mi się gotować, więc zapakowałam lodówkę różnymi rodzajami mięs i teraz wymyślam do nich dodatki.

Sezon na truskawki nie zacznie sie na dobre, dopóki z warzywniaków nie znikną ostatnie owoce kaki. Po truskawkach będą czereśnie, a potem figi. Gdy skończą się figi, pojawią się kaki. A potem truskawki.

Obiecałam sobie, że każdego pierwszego dnia miesiąca zrobię coś dla siebie. 1 lutego zjadłam samotny obiad w restauracji. Nie gotowałam, nie odgrzewałam, nie zmywałam. Potem poszłam popatrzeć na rzekę.