Feeds:
Wpisy
Komentarze

Zima kontratakuje

Zima kontraktuje kolejne dostawy śniegu i mrożącego krew w żyłach deszczu.

Zima kontrkalkuluje upływ czasu i zdecydowanie nie chce opuszczać półkuli północnej, mimo że kalendarze, trochę nazbyt optymistycznie, opiewają dziś nadejście wiosny.

Zima kumuluje godziny spędzone w łóżku, pod zbawczo otulającą kołdrą zwaną nordycką, z nieodłącznym kindlem w prawej ręce i szklanką ciepłego mleka w zasięgu lewej.

Hitem tego sezonu są kurtki zimowe marki Geographically Norway, szczególnie te we wściekle białym kolorze.

A było już tak pięknie… Były już dni bez kurtki, spacery po plaży, wiatr z południa i nieustępliwe słońce, słońce, słońce.

Skończyło się, jak ręką odjął. Teraz jest mrok, wilgoć i brak światełka w tunelu. Prognozy zapowiadają, że nie pojawi się ono do końca tygodnia.

 

Reklamy

Dzień

W niedzielę G. wrócił z drugiego krańca Półwyspu, gdzie zajmował się swoją mamą, której problemy zdrowotne ostatnio się zaostrzyły, aż do niedużego wylewu. Jestem bardzo zmęczony, powiedział, nie wiesz, jak to jest, gdy 24 godziny na dobę jesteś na każde zawołanie. Prowadzisz kilka razy w nocy do łazienki, rozbierasz i ubierasz, przygotowujesz posiłki, których ona i tak nie chce jeść i trzeba stać i wmuszać i przekonywać. Jestem zmęczony, wyjaśnił, nie miałem przez te dwa tygodnie czasu na nic, tylko pół godziny porannej kawy i gazet w kawiarni, a i to ciągle z myślą, że może mnie w tej chwili potrzebuje i że zaraz trzeba wracać. Nie wiesz, jakie to męczące – rzucił na koniec z westchnieniem. Mężczyźni, tak jak kobiety wymagają współczucia, więc staram się je z siebie wykrzesać i nawet mi się to udaje, choć ciągle z tyłu głowy mam taką myśl, że to przecież wieloletnia codzienność milionów kobiet. Gdzieś w głębi duszy cieszę się, że doświadczył tego na własnej skórze, bo może lepiej teraz zrozumie, czym jest tzw. praca domowa i opiekuńcza, czym jest los tylu kobiet – robiących to za darmo we własnym domu lub za pieniądze w cudzym, z własnej woli lub ze społecznego czy ekonomicznego przymusu. W szlachetnym mieście na P. na placu przed ratuszem stoi pomnik dzielnych hutników z Altos Hornos. Wczoraj ktoś ubrał ich w kuchenne fartuchy i wcisnął do ręki miotły i zmiotki. A oto dzielne praczki z nieodległych terenów górniczych. Ta po prawej to Dolores Ibarruri, La Pasionaria.

Znalezione obrazy dla zapytania dolores ibarruri en el lavadero

Koniec zimy?

Burzliwy miesiąc luty dobiega końca, wszystko powoli się prostuje i wychodzi na nowe ścieżki. Na zakończenie szlachetne miasto na P. przykrył mokry śnieg. Taka drobna anomalia pogodowa. Ale także w meteorologii zapowiadają ogromną zmianę – od jutra gwałtowny skok temperatury ku wiośnie. Szkoda tylko tych owocowych drzewek, które zakwitły jakiś czas temu. Ciekawe, czy zawiązki owoców przetrwały ostatnie chłody…

Nie wszystko i nie zawsze przetrwa, dlatego konieczna jest elastyczność i gotowość na niespodziewane. Kiedy jęczałam na początku miesiąca, że jestem w dołku, stresie i żyję w złych przeczuciach oraz wśród potrzaskanych złudzeń nie przypuszczałam, że w ostatnim jego dniu będę zaczynać nową pracę, wprowadzać nową współlokatorkę i przede wszystkim widzieć wszystko zupełnie inaczej. Nie powinno mnie to jednak dziwić. Takie rzeczy dzieją się w końcu, gdy nadchodzi wiosna, również ta kalendarzowa czy klimatyczna.

That Old Bilbao Moon…

Superksiężyc wisiał naprzeciwko Mostu Wiszącego, a ja wpatrywałam się w niego z tarasu widokowego na rzeką. Czy wreszcie odejdzie ten jego zaburzający wpływ, który w ostatnich tygodniach zaogniał najdrobniejsze rzeczy i wszystko zamieniał w sprawę życia i śmierci. W tamtą jasną noc siedziałam jeszcze chwilę przy zewnętrznym stoliku nowej kawiarni naprzeciwko bazyliki, piłam wino i starając się nie zmarznąć, podziwiałam cienie na średniowiecznych fasadach budynków. Gdzie się podziała beztroska i umiejętność cieszenia się takimi chwilami? Wszystko zostało jakby zmrożone arktycznym powietrzem, jak trudno nagle jest na nowo uwierzyć w wiosnę. Superksiężyc potrafi wyssać wszystkie sensy, pomyślałam, tak jak przesuwa oceaniczne masy wody. Od dzieciństwa ziemski satelita wydawał mi się złowrogi. Potem go oswoiłam, nawet polubiłam jego światło w pełni, chociaż twarz, którą na nim wtedy widać, nigdy się nie uśmiecha. W świetle księżyca nikt nikogo nie przytula, nikt się nie wygłupia. Są tylko bezsenne noce i wycie psów. Na szczęście regularnie nadchodzi nów.

 

 

Sen o wodzie

Fale atakujące wybrzeże Zatoki Biskajskiej wdarły się do mojego snu. Śniłam, że byłam w Nowym Jorku i wybrałam się na jedną z okolicznych plaż. Mimo że było gorąco, nikt nie wchodził do wody. Przykuło to moją uwagę i usilnie wypatrywałam śmiałków. Leżałam na dwóch żółtych ręcznikach, dość daleko od linii wody i głównie zajmowałam się czytaniem na kindlu. Nagle zrobiło się ciemno i zobaczyłam ogromne masy wody unoszące się nad plażą. Próbowałam zgarnąć moje rzeczy i uciec wyżej, ale jak to w snach, moje ruchy były powolne i nieskoordynowane. Woda uderzyła, ale nie pamiętam uczucia zmoczenia, podtapiania. Wstałam i rozejrzałam się po plaży. Upstrzona była poszarpanymi skrawkami czarnych worków na śmieci. Woda wróciła do morza, a ja rzuciłam się na poszukiwanie mojego dobytku. Nagle zaroiło się od służb, ktoś zapytał mnie o nazwisko i triumfalnie wręczył połowę mojego portfela z dokumentami. A karty bankowe?, zapytałam. Policjant z ociąganiem wyjął je z kieszeni. A potem było już tylko krążenie od stanowiska do stanowiska, gdzie zbierano rozsypane, połamane i porwane rzeczy plażowiczów, wedle kategorii. Nie było tłoku, pracownicy byli wyrozumiali, chętnie wdawali się w pogawędki, byli pomocni. Jak ja teraz trafię do mojego nowojorskiego hotelu?, pytałam. Nie mam klucza, nie pamiętam adresu ani jak tam dotrzeć. Podprowadzono mnie do stanowiska z kluczami i starałam się sobie przypomnieć, ile ich miałam w każdym pęczku – tym hotelowym i tym domowym. Dłuższą chwilę spędziłam z panią od sprzętu elektronicznego. Bardzo martwiłam się o mojego kindla. Przerażała mnie wizja dni bez lektury. Czy ja w ogóle mam ze sobą jakieś książki? Przerażało mnie, że nie odzyskam go przed wylotem do Europy. Poszukiwania mogą potrwać nawet trzy tygodnie, powiedziała ta miła pani od sprzętu elektronicznego, a ja miałam bilet na najbliższy wtorek. Po chwili dotarło do mnie, że nie mam też komórki, gdzie trzymałam dane o locie i wszystkie ważne informacje. Jednak utrata telefonu nie bolała tak jak utrata kindla. Pamiętałam w tym śnie, jak trzymam kindla jedną ręką, drugą chwytam ręczniki, a nade mną wznosi się czarna masa wody. Jak łatwo musiał mi się wyśliznąć z ręki. Wie pani, miał taką grubą czerwoną okładkę. To dobrze, ucieszyła się pani, łatwiej go znajdziemy, a okładka na pewno go ochroniła przed uderzeniem. Pokazała mi też inne urządzenie, rozerwane na pół jak kartonowe pudełko. Nikt tam nie mówił o skutkach zamoczenia i ja też ogóle o tym nie myślałam.

To jeden z licznych ostatnio snów, w których jestem w podróży, pojawia się morze i muszę stawić czoła jakimś niecodziennym okolicznościom. Czasem czegoś zapominam, czasem się spóźniam, czasem nie mogę się porozumieć. Pakuję się w ostatniej chwili. Sny wyraźne, intensywne, zadziwiająca rzeczywiste. Niewypuszczające tak łatwo ze swoje świata, gdy o świcie dzwoni budzik.

Być może to, że każdy nowy rok zaczynamy w hałasie, pijaństwie i dręczeniu zwierząt, w dodatku głupio się z tego ciesząc, sprawia, że przez cały rok musimy żyć w świecie wstrząsanym wszelkimi nieszczęściami i głupotami. Uszy kota są bardziej spiczaste niż zwykle, a jego sierść zmierzwiona, jakby został właśnie wytarmoszony przez tuzin rąk, a przecież nie dał się za bardzo dotknąć w ostatnich godzinach. Na szczęście kanonady nie trwały długo, wśród nocnej ciszy rozlegają się już tylko pojedyncze wybuchy. Nie zakończyły się jeszcze konkurencyjne sylwestry w telewizorach tego domu, gdy kot podszedł i zaczął się łasić, a wygłaskany, położył się na podłodze i zajął porządkowaniem nastroszonych włosów.

Był emocjonalny kryzys, ale szybko przeminął, może dzięki kąpieli w lawendzie. Rozwiesiłam pranie i poustawiałam kosmetyki, kupowane w ostatnich dniach wręcz impulsywnie, bez namysłu i rozwagi, a nawet bez większej przyjemności. Dokończyłam czytanie dwóch książek, zapisałam je w notesiku i podliczyłam tegoroczny urobek – 74. Dobra średnia ostatnich lat. Zdrzemnęłam się, zjadałam obiad, zjadłam kolację, wypiłam trzy kieliszki wina. Nic specjalnego. Przelotnie w telewizorze bełkotliwe, pozbawione sensu i treści wyznania ludzi, których owczy pęd goni na zimne ulice wielkich miast, w tłok, hałas i niechciane towarzystwo (czego chcesz życzyć naszym widzom na nowy rok? życzę wszystkim wszystkiego najlepszego).

W zaciszu ja odnotowuję kolejny krok do przodu. Przyznam, że nieustannie wierzę w postęp.

Świ

W Rodzinnym Mieście spadł śnieg i przed dwa dni trzeba było uważać, bo ślisko. Ten świerk rosnący przed domem obrodził szyszkami i poczułam, że natura wyręczyła nas w tym roku w ozdabianiu drzewek. Niestety, nikt więcej tego nie poczuł i odbyły się rytualne nerwy i spory wokół choinki. Za świerkiem majaczą wieże kościoła, z których na miasto groźnie spoglądają dwaj baskijscy święci: Ignacy Loyola i Franciszek Ksawery.

Wcześniej Warszawa w łapskach smoga. Od razu katar i metaliczny posmak w ustach jak po lizaniu starej, brudnej baterii. Szaro, mroczno, zimno i ponuro. Spotkania i chwilowe powroty do dawnego. Wrzenie Świata już nie jest tak fajne jak kiedyś – nie wiem nawet, dlaczego. Może po prostu coś się przesunęło i już nie ma feelingu między mną a pewnymi miejscami. Na szczęście został feeling międzyludzki. Wracam do tutejszych spraw z pełną naturalnością, rozdaję turrony, słucham historii, głaskam psy, koty i dzieci. Zamknięcie kolejnego cyklu i otwarcie nowego.