Feeds:
Wpisy
Komentarze

W świetle

Słońce króluje od tygodnia, stopniowo podnosząc temperaturę do przyjemnych 20 stopni. Weekend z wizytami na plaży – pierwsze przeczucie lata, bo dużo ludzi i problemy z parkowaniem. W sobotni wieczór na ulice Starego Miasta w Bilbao także wyległy tłumy. Trzeba się od nowa przyzwyczajać do zgiełku i takiej zwykłej radości z życia, która cechuje cieplejszą porę roku.

Trzeba się od nowa przyzwyczajać do zwykłej radości życia, wyjść z kokona obowiązków i rozkładów dnia. Jednego poranka wybrać się do kawiarni nad rzeką i mieć dylemat: zostać w środku i oglądać relację z procesu katalońskich independystów czy wyjść na zewnątrz i delektować się słońcem. Słońce wygrywa, udaje się nawet napisać parę słów w jego cieple – po raz pierwszy od dawna.

Po raz pierwszy od dawna samotny spacer po plaży. Gdy myślę o tym, że idziemy w stronę lata, nie mogę opanować pewnego podniecenia. Gdy opadające słońce chowa się za wzgórzem, myślę sobie, że ludzkość zatoczyła koło. Przed milionami lat nasi protoplaści wyszli z oceanu i zasiedlili lądy,a teraz, po tysiącleciach wędrówki po odstępach interioru wracamy na plaże, im bliżej morza, tym lepiej, przyjemniej, bezpieczniej. Potem patrzę na księżyc, na ciemniejącym niebie odcina się samolot ze swoją smugą kondensacyjną. Leci jak rakieta kosmiczna, do góry, szybko, bez wahania. Gdybym popatrzyła z innego miejsca, zobaczyłabym rakietę lecącą na księżyc, a tak samolot mija satelitę i powoli niknie gdzieś w okolicach Gwiazdy Polarnej. Zbliża się lutowa pełnia, która ma przynieść wysokie przypływy.

Reklamy

Pierwszy powiew wiosny

Zimowa depresja minęła w oparach ciepłego mleka z miodem. Temperatura na zewnątrz podniosła się znacząco i wyszło słońce, co zaowocowało zmianą klimatu i kwitnieniem roślin. W wewnętrznym patio można obserwować strategie sąsiadów. Wyprali zimowe kurtki i flanelowe piżamy. Czy to sygnał podobny do tego, gdy zwierzęta domowe zaczynają zmieniać sierść i chętniej spędzać czas na dworze?

Wiosna powoduje u mnie obezwładniające napady popołudniowego snu w tych rzadkich momentach, gdy mogę sobie pozwolić na chwilę relaksu. Do tego zwiększone zapotrzebowanie na czekoladę z orzechami, w tym tygodniu zjadałam już dwie, trzecia czeka na odpowiednią chwilę. Nawet znowu chce mi się gotować, więc zapakowałam lodówkę różnymi rodzajami mięs i teraz wymyślam do nich dodatki.

Sezon na truskawki nie zacznie sie na dobre, dopóki z warzywniaków nie znikną ostatnie owoce kaki. Po truskawkach będą czereśnie, a potem figi. Gdy skończą się figi, pojawią się kaki. A potem truskawki.

Obiecałam sobie, że każdego pierwszego dnia miesiąca zrobię coś dla siebie. 1 lutego zjadłam samotny obiad w restauracji. Nie gotowałam, nie odgrzewałam, nie zmywałam. Potem poszłam popatrzeć na rzekę.

Zimowe sny i zjawy

Śniło mi się, że straciłam nogę, a raczej pół nogi, odcięto mi ją pod kolanem. Choć nie, straciłam nogę, nagle stałam się bezużyteczna i zależna. Tyle że nikt się mną nie przejął, nikt nie chciał się mną zajmować. W końcu mama zrobiła to prawie z przymusu i kazała mi skakać na jednej nodze między pomieszczeniami, a nawet piętrami („mogłabyś w końcu zejść na obiad”). Ryjek z wielką niechęcią jeździł do biblioteki sprawdzać mi cytaty do tłumaczenia. Czekałam na protezę, a kiedy dotarła, zdałam sobie sprawę, że jest praktycznie bezużyteczna. Maskowała tylko brak nogi, ale i tak nie mogłam chodzić ani nawet stać. Pomyślałam, że z jej powodu nikt mi nie ustąpi miejsca w autobusie.

To tylko jeden z serii szarpiących snów, po których czasami trudno się uspokoić. Za oknem wiatr i deszcz, w ciele resztki poważnego przeziębienia, przez które boleśnie przeszłam dwa tygodnie temu. Dużo zbędnych gestów. Jakoś tak trudno jest cieszyć się czymkolwiek. Czepiam się więc szczegółów. Choćby biletu zamienionego w papierowy stateczek, który dziś przed południem ktoś zostawił w barce Mostu Wiszącego. Jego burtę ozdabiały linie kodu kreskowego. Wiem, że jak poproszę, będzie mi dane, tylko chwilowo nie wiem, o co prosić.

Poświąteczne palpitacje

W tych dniach przedawkowałam słodycze i wino, z krwi zrobił mi się słodko-oleisty ulepek, który krąży z trudem, wywołując nocami przyspieszone bicie serca. Piątki środy czy niedziele – wszystko jedno, ten świąteczny tydzień z kawałkiem jest jak zaplątany sen, w którym panuje nadmiar i co chwila przydarzają się zadziwiające przejścia czasowo-przestrzenne. Za oknem szarość i chłodna plucha, najgorsza z możliwych pogoda, skracająca jeszcze bardziej i tak już krótkie dni. Są za to choinkowe lampki i aksamitne w dotyku koty, do tego jeszcze rozgrzewające substancje nakładane na ciało w zaciszu łazienki.

Przeczytałam 102 książki i mnóstwo cudzych czytelniczych podsumowań. Nadal nie czytam literatury amerykańskiej, tak modnych w ostatnim roku (i poprzednich) autorów zza oceanu, nadal czytam mnóstwo non-fiction i cieszę się z debiutów (Karolina Bednarz, Maria Hawranek i Szymon Opryszek, Marcelina Szumer-Brysz, Iwona Szelezińska) i powrotów (Małgorzata Rejmer, Ilona Wiśniewska, Beata Chomątowska, Tomasz Pindel). To był rok wielu czytelniczych radości – poznałam głębiej Bernarda Atxagę i Ramira Pinillę, zapoznałam się z prozą Giocondy Belli, Martyny Bundy, Egona Hostovskyego (w przekładzie Andrzeja Jagodzińskiego), Goli Taraghi (w przekładzie Doroty Słapy), Dragana Velikicia (wersja polska Aleksandry Wielemborek), Alessandra Baricca (spolszczyła Lucyna Rodziewicz-Doktór), reportażami Martina Caparrósa (w przekładzie Marty Szafrańskiej-Brandt), nową pozycją Sergia del Moliny i fascynującym esejem Edurne Porteli o przemocy – i zdecydowanie chcę więcej tych autorek i autorów. Poznałam też trochę książek o Islandii, a także parę skandynawskich powieści (dzięki przekładom Iwony Zimnickiej i Justyny Czechowskiej i Jacka Godka, Elżbiety Ptaszyńskiej) – impulsywnie pociąga mnie tamta literatura, choć nie zawsze trafia w mój gust. I tak, mam już za sobą pięć tomów Knausgarda, chwilami nawet mnie kusi, żeby zacząć szósty, ale jednak nie mogę się zdecydować. Rozczarowały mnie powieść „Głośniej niż śnieg” Stefana Hertmansa (przeł. Alicja Oczko) (ale i tak przeczytam „Nawróconą”, bo „Wojna i terpentyna” bardzo mi się podobała i nie skreślam tego autora), „Ośme życie (dla Brilki)” Nino Haratashvili (przeł. Urszula Poprawska), którą miałam na swojej liście jeszcze w czasach, gdy abonowałam w bibliotece Instytutu Goethego „New Books in German”, a także „1947. Świat zaczyna się teraz” Elizabeth Asbrink (przeł. Natalia Kołaczek). A teraz pora wyczekiwać na to, co ukaże się w 2019 roku, a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będzie w tym jedna ważna dla mnie osobiście książka.

Ostatnie dni przed spodziewanym szczęśliwym lądowaniem w Warszawie. Jedną ręką kończę korekty, drugą piszę raporty na temat uczniów, trzecią zabezpieczam butelki, które zabiorę ze sobą, natomiast w ustach przeżuwam świeżutkie polvorony. Wyjęłam zimową kurtkę – do tej pory nie miałam okazji – wygrzebałam rękawiczki. Przełożyłam monety i karty bankowe w portfelu. Zapisałam sprawy do załatwienia w styczniu, bo święta to teraz dla mnie czas głębokiego resetu, moment, w którym totalnie się znieczulam na codzienne bieżączki. Szykuję się na ponowne spotkania z różnymi ważnymi osobami, w tym moją fryzjerką i moją kosmetyczką.

Ciepło-chłodny bardzo zmienny dzień z silnym południowym wiatrem i malowniczymi chmurami. Zawsze przed wyjazdem wpatruję się uważniej w tutejszy krajobraz, żeby go zapamiętać i żeby nie zapomnieć, dlaczego nie wrócę do smogu i długich szarych miesięcy w nijakich miastach. Rano Ryjek ostrzega o przekroczonych normach czystości powietrza. Odpisuję, że być może wkrótce będzie można prosić o azyl klimatyczny.

Scenki z życia wzięte

Idę szybkim krokiem przez Park Technologiczny, zwany Doliną Krzemową Bilbao, gdzie między spłowiałą już zielenią późnojesiennych wzgórz położone są nowoczesne płaskie biurowce i ciche o tej porze parkingi. Patrzę na samolot opadający w stronę lotniska, a moich nozdrzy dobiega zapach jesiennego dymu i pieczonych ziemniaków. Za chwilę wejdę do betonowo-szklanego budynku w typie BUW i znowu przełączę używany język. Zapamiętuję tę chwilę, w której stare spotyka się z nowym.

Sobotni wieczór w Hondaribii, na samej granicy hiszpańsko-francuskiej, którą na moście granicznym między Irun i Hendaye oznaczają jednak jako granicę między dwoma baskijskimi prowincjami: Gipuzkoa i Lapurdi. Idę przez stare miasto, pełne starych budynków. Ten moment, gdy zapadł już zmierzch, ale wąskie uliczki nie są jeszcze dobrze oświetlone, a oczy nie przyzwyczaiły się do blasku latarni. Zza zakrętu dobiega przyjemny jazz, wciskający się w ciszę, która panuje w takich miasteczkach tuż przed tym, jak ich ulice opanuje gwar sobotniego barowania. Idę za muzyką i natykam się na otwarte drzwi do wąskiej pracowni. Dostrzegam siedzącego na krześle malarza przed obrazem. Jest obrócony do mnie profilem, z pędzlem na wysokości twarzy, odchyla się do tyłu, z zastanowieniem przyglądając się swojemu dziełu. Ciepło tej scenki wciska się w wieczorny listopadowy chłód wyłożonych ciemnym kamieniem uliczek.

Na plaży w Hendaye, w pełnym listopadowym słońcu, zdejmuję kurtkę i bluzę i rzucam się na piasek. Jest niesamowicie ciepło jak na tę porę roku. Patrzę na błękit nade mną i słucham dudnienia oceanu, myśląc sobie, że w takich chwilach nie trzeba już nic więcej, cały pozostały świat mógłby zniknąć. W oddali widać jak na pełnym morzu tworzą się wysokie fale, które ciągną się długo w stronę wybrzeża, dumnie unosząc swe białe grzywy. W wodzie aż kłębi się od surferów. Są też nieliczni odważni amatorzy kąpieli, głównie dzieci. Jedna z matek paraduje po piasku w górze bikini, czarnych legginsach i futerkowych kozaczkach. Lato się przegryza z zimą.

Piątkowy wieczór w Portugalete. Zaczyna się jedenastodniowa euskaraldia, akcja promująca język baskijski na ulicach. Gdy odbieram swój pakiet, kobieta zza stolika, widząc tak dziwne imię i nazwisko na liście, zadaje mi oczywiste pytanie i następuje zwykła w takich sytuacjach scenka. „Nongoa zara?”, pyta. „Poloniakoa”, odpowiadam i widzę na jej twarzy wyraz podziwu i fascynacji, do którego się już przyzwyczaiłam. Najszerszym uśmiechem tutaj obdarzają mnie osoby baskijskojęzyczne, gdy uświadamiają sobie, że ta dziewczyna z dalekiego kraju stara się mówić po ichniemu i czasami całkiem nieźle jej to wychodzi.

Potem w małej grupce znajomych pod pełnym księżycem chodzimy od baru do baru, pijemy wino i piwo, rozmawiamy dwujęzycznie, mówimy o podróżniczych planach. Wyższość karnawału w Kadyksie nad Wielkanocą w Sewilli. Wspominam mój pierwszy pobyt na południu Hiszpanii, to było w kwietniu. Zabrałam wtedy letnie sukienki, a potem cały tydzień chodziłam w jednym swetrze.

 

Listopadowo…

W Dniu Wszystkich Świętych nie byłam na cmentarzu. Który to już rok omija mnie jesienna melancholia tego najpiękniejszego święta w roku? Na wyświetlaczu telefonu widzę moją roześmianą Babcię. Cieszy się, bo skończyła 92 lata. „Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że tyle pożyję, przy tym życiu, jakie miałam, to bym go wyśmiała”, mówi. Zaraz jednak dodaje: „Młodość miałam wesołą. Cieszyłam się moimi dziećmi, cieszyłam się wszystkim. Przychodzili koledzy, przychodziły koleżanki. A ja zawsze starałam się, żeby była herbata i ciasto, żeby zostali miło przyjęci”. Patrzę na jej pomarszczoną twarz i myślę sobie, że głęboko we mnie też jest ta radość z powodu drobiazgów, która sprawia, że trwam i przetrwam wiele. Nie tylko kolejne deszczowe dni na wybrzeżu.