Feeds:
Wpisy
Komentarze

Ponieważ tej jesieni brakuje mi ciepła, podczas krótkiego pobytu w Warszawie kupiłam kurtkę, która przypomina kokon. To wożenie się w tę i we wte – pierniki w jedną stronę, turrony w drugą. Marzy mi się wyrwanie poza tę trasę, podróż do Grecji albo Irlandii. Na razie jednak intensywnie robię na budowie tego mostu.

 

Jesień

Lato do samego końca. W sobotnią noc w Lekeitio, nad samym morzem, słucham koncertu jazzowego, w porywistym południowym wietrze, pod gwiazdami i przyjaznym okiem nieodległej latarni morskiej. W niedzielne południe tradycyjnie na czwarte piętro dobiega gwar uliczny i zapach smażonych kalmarów.

Powoli wszystko zaczyna się od nowa. Zajęcia, praca, tydzień wypełniony do ostatniego kwadransa. Na pierwszym spotkaniu klubu czytelniczego natknęłam się na dwadzieścia kobiet w wieku okołoemerytalnym i rozbawionego pisarza w roli prowadzącego. Teraz penetruję biblioteki prowincji w poszukiwaniu zadanych lektur i sprawia mi to radość.

W ostatnim tygodniu lata na prawie pustej plaży zanurzałam się w nadal ciepłe morze, a potem, korzystając z pełniowego odpływu, przeszłam przez rzekę i z bliska przyjrzałam się skałom. Są tam od setek tysięcy, może milionów lat, niezmienne – może raz na jakiś, bardzo długi zresztą, czas odrywa się ich kawałek i zalega na piasku, pod wodą, pod porostami i muszlami, których właściciele dawno już obeschli w środku. Porusza mnie ta niezmienność i obojętność na to, co wokół. Na przypływy i odpływy, gwizdek ratownika, sztormy i galerny, statki oczekujące na wejście do portu. W upalny dzień kamienie odparowują sól i stoję tam sobie w tej lekkiej mgiełce, stopy zapadają się w miękkim piasku, i obserwuję, jak rzeka uparcie toczy swe wody do morza. W takich chwilach wiem, że jesteśmy tylko częścią przyrody – wylegującymi się na nasłonecznionym brzegu ssakami, pożerającymi dojrzałe figi. Ta świadomość daje mi mnóstwo siły w te ostatnie dni lata, u progu jesieni, która, jak zawsze, może przynieść wszystko.

The best of both worlds

W środku lata morze jest silne. Próby zanurzenia się kończą się ucieczką przed ogromną falą. Ciąg wody zabiera piasek spod stóp i dosłownie zwala z nóg. W dotknięte słońcem ciało uderza z całą siłą mieszanka wody i piasku. Gdy zakryje głowę, przez kilka sekund całe ciało skupia się na przetrwaniu, na nieoddychaniu, nieotwieraniu oczu, nierobieniu gwałtownych ruchów. Potem jest kilka sekund nie podniesienie się, poprawienie stroju, przetarcie oczu i odsunięcie włosów z twarzy. I decyzję, czy spróbować raz jeszcze. Czasami po takim rzuceniu na brzeg serce bije mocno i drżą kolana. Jednak morze nadal jest najpiękniejszą rzeczą, jaka mi się w życiu przydarzyła.

W środku lata są wyprawy na lody do Plentzii, Woody Allen kręcący swój najnowszy film w Donostii, podczas gdy ja piszę scenariusze na kolejne sezony mojego życia i bezsensownie zanurzam się w tłum turystów paradujących wzdłuż La Conchy. Nadzieje i rozczarowania kłębią się jednego popołudnia i przypominają mi o tym, jak niewygodna jest pozycja pomiędzy dwoma światami. Wieczorem, pod prysznicem, gdy staram się usunąć piasek spod biustu, mam chęć sięgnąć głębiej i wyciągnąć z serca wszystko to, co tam zalega. Resztki po uderzeniach fal. I tak stawiam zmienność morza nad spokój jezior i wartki jednokierunkowy ruch rzek. Opanowuję chęć ucieczki w inne miejsce; tam jak i tu nie będzie domu, bo nie było go w żadnym z poprzednich miejsc.

Pisarz, którego książkę ostatnio przetłumaczyłam, wygląda swojsko, jak człowiek z niewielkiego miasteczka, jakim w gruncie rzeczy jest. Poza Krajem Basków nigdy nie przyszłoby na myśl zaglądać do hotelowych kawiarni, ale tutaj jest to zazwyczaj jeszcze jedno miejsce, w którym można się spotkać i porozmawiać, wypić kawę lub wino, dlatego gwiazdki, napuszone nazwy i zewnętrzny blichtr już mnie nie onieśmielają. Podsuwam nawet zuchwały pomysł, by zaparkować na podziemnym parkingu dla hotelowych gości. Nikt nie kręci nosem, a my pozbywamy się problemu z szukaniem miejsca w centrum trzeciej baskijskiej stolicy, której w ogóle nie znam.

Pisarz, którego książkę ostatnio przetłumaczyłam, jest prawdziwym gawędziarzem. Chwyta każdy podsunięty temat jak ryba przynętę i zaczyna swoją opowieść, z dygresjami, anegdotami, pomocnymi metaforami. W tych rzadkich momentów, gdy chcemy dodać coś od siebie zauważam nawet lekką niecierpliwość pisarza, jakby nie przyszedł tutaj po cudze historie, tylko po to, by opowiedzieć własną.

Gdy Pisarz, którego książkę ostatnio przetłumaczyłam, znika za przeszklonymi drzwiami, a my zostajemy z nagraniem, drobnymi prezentami i rachunkiem, czuję, jak wreszcie odpływa ze mnie napięcie ostatnich miesięcy, a może nawet tych kilku lat, podczas których walczyłam o przetłumaczenie tej książki, a potem poświęcałam jej każdą chwilę, której nie musiałam przeznaczać na inne kwestie.

Podobnie, tyle że tym razem przez empatię, czuję się, gdy w kolejny przedletni piątek towarzyszę I. podczas egzaminu ustnego z angielskiego. Przez ostatnie miesiące spotykałyśmy się w każdy wtorek na baskijsko-angielską wymianę językową, podczas której odkryłam, jak wiele mamy wspólnego i jak miło spędzam z nią czas. Gdy w trakcie poegzaminacyjnej celebracji kieliszkiem wina rozmawiamy o naszych doświadczeniach zagranicznych, zdaję sobie nagle sprawę, jak wiele odwiedzonych miejsc uczyniłam w jakimś sensie moimi i jak bardzo mnie to wzbogaciło. Z tym większą radością odwiedzę wkrótce miejsce, z którego wyszłam, z przynależnymi mu rodzinnymi rytuałami, kotami i lipcowymi owocami, za które nie trzeba płacić.

Nie potrafię wypoczywać, doszłam do wniosku. Potrafię się lenić, prokrastynować, markować pracę, ale już dawno temu zapomniałam, jak się skutecznie wypoczywa, bez wyrzutów sumienia, bez lęku o przyszłość. Od miesięcy marzę o tym, żeby rzucić wyczerpującą pracę, albo chociaż dotrzeć do wakacji i o niej zapomnieć. Ale kiedy wakacje są za progiem, zmniejsza się obciążenie i powinnam z radością przywitać wolne popołudnia, budzę się przed świtem z nieznanego pochodzenia niepokojem. Tkwi we mnie drobnomieszczański etos ciężkiej pracy, bez której nie ma kołaczy. W połączeniu z syndromem oszusta, tym dławiącym poczuciem, że przecież nic takiego wartościowego nie robię i na niczym się nie znam, daje to wybuchową mieszankę, wywołującą zawstydzenie przed samą sobą i niezgodę na drobne luksusy. Ot, skończyłam przekład bardzo ważnej książki i poszłam na ubraniowe zakupy, w końcu wiosna za pasem, straciłam parę kilo i po prostu muszę odświeżyć garderobę. Nie umiałam się cieszyć tym momentem, nic mi się nie podobało, a ostatecznie wybrana bluza przy kasie okazała się egzemplarzem wycofanym ze sprzedaży. Zapisałam się więcna zabiegi kosmetyczne, których domaga się moje ciało, i na drugi dzień poczułam z tego powodu wyrzuty sumienia. Nawet spacer po plaży, w wietrze i deszczu, bo mamy przecież tylko drugą połowę maja, był jakiś taki pospieszny, niezbyt rozluźniający. Wyczekiwane od dawna najlepsze lody na wybrzeżu też nie smakowały. Być może stałam się już maszyną, produktem naszych czasów, pozbawionym pozytywnych emocji androidem, miotającym się między pięcioma-sześcioma pracami, który z żadnej nie potrafi zrezygnować, choć przecież to tylko pisanie i tłumaczenie przywróciłoby mu człowieczeństwo. Chciałabym umieć inaczej, w tym celu przeniosłam się nawet do krainy sjesty i długich wakacji, ale oczywiście to żadne remedium, bo nie chodzi o otoczenie, chodzi o to, co w środku. A tam syndrom oszusta i nieumiejętność wypoczywania. A tam chomik pędzący w środku bębenka, coraz szybciej, coraz lepiej, bo przecież nie można inaczej.

Paryż nie płonie

Tej nocy spłonęła paryska katedra Notre-Dame, co rzuciło wielu na kolana, ku modlitwom i pomstowaniu („oto ostatnie ostrzeżenie dla naszej cywilizacji, módl się za nami”). Może budzi to trochę więcej ztelewizowanych emocji niż pierwsze sceny ostatniego sezonu „Gry o tron”, ale niewiele więcej. Bardziej mnie jednak obeszło zamknięcie kościoła św. Mikołaja w Gdańsku, bo lubiłam go odwiedzać podczas wizyt nad Bałtykiem. Nie był oczywiście tak spektakularną świątynią, ale miał swój klimat i podobał mi się jego dziwny kadzidlano-wilgotny zapach. Jako jeden z nielicznych uniknął metodycznego zniszczenia podczas radzieckiego „wyzwalania”. Jedni mówią, że to dlatego, że Rosjanie nie ośmielili się ruszyć światyni pod wezwaniem tak potężnego w prawosławiu świętego, inni – że opat przyległego klasztoru udał się zawczasu z zapasem wódki do radzieckiego dowódcy. W każdym razie kościół przetrwał i wciśnięty w wąskie uliczki, obok targu i chyba najbardziej znanego baru mlecznego w Polsce, stanowił prawdziwy symbol średniowiecza, w którym przecież to, co duchowe, mieszało się z tym, co cielesne. Wzniosłe z prostym, a nawet prostackim. Nie wiem, czy potrafię to samo powiedzieć o katedrze Notre-Dame i jej podobnym obiektom z kolejkami turystów, wyśrubowanymi cenami wstępu, całą tą nadmuchaną merkantylną otoczką, która odbiera miejscom ich sacrum i nadmiernie wygładza ich profanum, jak byśmy byli na planie serialu i udawali, że mamy pod sobą smoka, którego później dokleją nam w programach do efektów specjalnych.

Ale, oczywiście, szkoda…

Ostatni dzień zimy

20 marca o 22.58 rozpoczyna się wiosna. Według prasy będzie trwała 92 i 18 godzin. 92 dni i 18 godzin radości, rozkwitu i ciepła. Chciałoby się. Na tę wiosnę zakupiłam zapasy książek, w tym sporo powieści polskich pisarek, o których ostatnio było głośno. Myśliwski i Twardoch nadal czekają i wcale mi się nie chce do nich sięgać. Na razie.

W ostatni zimowy weekend mała wycieczka po baskijskich portach rybackich: Mutriku, Ondarroa, Lekeitio. W tym pierwszym piliśmy lokalne txakoli „Sagarmina” w położonej wysoko tawernie z widokiem na port, zjedliśmy pyszną kolację przy głównym placu i napotkaliśmy liczne koty i nawet jednego szczura! W tym drugim wspięliśmy się do sanktuarium Virgen de Antigua i zwiedziliśmy cmentarz. Zaskoczyła nas syrena, która brzmiała jak na alarm. Właściciel lokalu, w którym zjedliśmy obiad (jako jedyni klienci), wyjaśnił, że w ten sposób ogłasza się przypłynięcie statku z rybami, a liczba sygnałów oznacza rodzaj przywiezionej ryby. To był akurat txitxarro (przestałam szukać polskich nazw dla kantabrysjkich ryb, gdy okazało się, że jest ich tak dużo, że chyba żaden słownik nie jest w stanie wszystkich ogarnąć). Potem 120 zakrętów po wysokich klifach do Lekeitio i tam spontaniczne spotkanie ze znajomym. Na koniec porządna ulewa na trasie do domu. Mutila zadowolony, że wymienił niedawno wycieraczkę na przedniej szybie.

Muszę częściej robić takie wycieczki. Cieszyć się tym, że nie trzeba się nigdzie spieszyć, a jedynym wysiłkiem jest wspinaczka po stromych kamiennych ulicach i dokończenie przepysznego deseru po obfitym posiłku.