Feeds:
Wpisy
Komentarze

Hego haizea

Wiatr z południa przyniósł dwudziestostopniową temperaturę pod koniec listopada. Wpadam z jednych problemów zdrowotnych w drugie – wszystko przez skutki uboczne leków, które co jakiś czas wymieniam, choć tak naprawdę myślę, że dają mi się we znaki ostatnie intensywne dwa lata mojego życia. Pani w aptece zapytała mnie o imię i skąd jestem, czytała fragmenty ulotek i pocieszająco pokazywała, że „to naprawdę malutkie tableteczki”. Nienawidzę połykania dużych piguł.

Przedobiedni spacer wzdłuż rzeki. Niebieskie niebo i silny wiatr. Samoloty podejrzanie nisko podchodzą do lądowania, do portu wpływa prom z Anglii, a rzeka płynie jak trzeba – czyli wpływa do morza – zaś podmuchy tworzą na powierzchni lekkie fale. Mamy odpływ, ptaki przysiadają na pokrytych muszlami kamieniach, staruszkowie na ławkach wstawiają twarze do słońca. Od ponad roku odbywam regularnie ten spacer i ciągle mi się to nie nudzi. Zawsze będzie coś innego – jakiś statek albo jacht w ujściu rzeki, inne falowanie, światło, spektakl chmur ciągnących wzdłuż wybrzeża, cicha rywalizacja ptaków i rybaków, zapach wody zależny od pływów i wiatrów (dziś ciągnęło słoną wodą zastoinową z portu).

W ostatnich tygodniach niekończący się szereg zajmujących lektur – w godzinach nocnych, zaraz po powrocie z pracy i rytuale kolacji i prysznica, aż do zaśnięcia. Podróżuję kindlem po całym świecie, przeskakując ze Stambułu na Grenlandię i z powrotem do Wiednia, potem z Goteborga na Pacyfik, zahaczając o baskijskie wybrzeże, tak znajome, lecz nadal odkrywane. Całe bogactwo świata ujęte w literkowym kodzie, jedyny sens, którego nigdy nie przyszło mi do głowy kwestionować.

Reklamy

Zimno. Tydzień temu był dzień pierwszego jesiennego swetra, a wkrótce potem na właściwe tory sprowadził mnie katar. Weekend wygrzewania się i czytania, zakończony obejrzeniem ciurkiem siedmiu odcinków „Watahy” po hiszpańsku. Chwilami mam melancholijny nastrój, gdy myślę o granicach przekładalności albo nieuchronnych zmianach, które czekają mnie, gdy na Święta pojadę w rodzinne strony. Kiedy myślało się z nadzieją o przyszłości, łatwiej było znieść, że stałe elementy świata przechodziły do przeszłości. Ale tamten młodzieńczy czas już minął, a wraz z nim różne inne bolączki. Choćby cudza hipokryzja mnie już tak nie boli. W lekturach głównie obce, odległe światy, budzące zdrową, choć pewnie krótkotrwałą fascynację. Nagle sięgam po autobiografię (w formie wywiadu) Świetlickiego czy „Zapiski z gospody” Kertesza i wracają stare, znajome światy, ale jakby inaczej. Przefiltrowane przez to, co pomiędzy. Mimo że je rozumiem, nie mogę już się tak wczuwać w poholocaustowe lęki Kertesza, bo dużo czytałam o Palestynie. Nie warto mieć autorytetów, prędzej czy później cię zdradzą albo ty zostaniesz zmuszona zdradzić ich.

W kotle

Lato w październiku dobiegło końca, gdy tylko dotarły na nasze wybrzeże pyły z pożarów w Galicji i Portugalii. Skutki katalońskiej historii nie są tak fizycznie odczuwalne, ale kumulują się w sferze ducha. „Spain is different” mówi mój kolega, gdy dzielę się z nim moim niedowierzaniem. Nie mogę uwierzyć, że w „normalnym” zdawałoby się kraju można wsadzić do więzienia za opozycyjną działalność polityczną. I co zarzucają Sanchezowi i Cuixartowi, pytam. „Zdradę”, brzmi odpowiedź i właściwie nie ma już czego dodawać, bo przecież korupcja zdradą nie jest, dlatego zięć królewski, skazany prawomocnym wyrokiem na kilka lat pozbawienia wolności, nadal mieszka w swojej szwajcarskiej posiadłości, a politycy rządzącej partii, mieniący się teraz Patriotami przez duże P, cieszą się lewymi milionami. Nie popadajmy jednak w demagogię, są to rzeczy oczywiste i mówienie o nich jest nużące, więc zbędne. Podkręcajmy atmosferę, może wreszcie porządnie się zbuntują, sięgną po środki ostateczne i zrobimy im artykuł 155 albo nawet drogę baskijską, pozamykamy gazety, zdelegalizujemy partie polityczne, zabierzemy środki ze zbiórek publicznych, a za każdą opinię niezgodną z naszymi poglądami postraszymy zarzutem o podżeganie do terroryzmu. Uparci są, nie rzucają jeszcze cegłami i nie podpalają bankomatów, za co moglibyśmy zesłać ich do więzień na Kanarach z solidnymi wyrokami, nie wdają się w bójki z funkcjonariuszami Guardia Civil po cywilnemu, w barach o świcie, za co moglibyśmy prowadzić roczne śledztwo przez wszystkie prokuratorskie instancje tego państwa. Przecież zawsze powtarzaliśmy, że nie będziemy rozmawiać, dopóki będzie przemoc, więc na wszelki wypadek sami ją stosujemy, żeby nie zarzucono nam kłamstwa, przynajmniej nie w tym tygodniu, bo nawet złotouści politycy nie muszą non stop mijać się z prawdą.

Wrzesień – kronika

Powolny powrót z trybu wakacyjnego (bo przecież nie wakacji). Codziennie o jedną sprawę, jeden e-mail, jeden telefon więcej. Śledzę z uwagę prognozy pogodowe, wyłuskując dni potencjalnie plażowe. Nigdy dosyć.

Z okazji ciągnącego się cały rok świętowania 20-lecia Muzeum Guggenheima wszyscy mieszkańcy prowincji (prawie milion osób, szacuje prasa) dostaną darmowe bilety do zrealizowania w październiku. Kalendarz zapełnia się nieśmiało kulturalnymi planami na jesień. Spotkania z pisarzami, przedstawienia teatralne, koncerty, weekendowe wypady. Jednak w tym roku jakoś tak bez przekonania. Z niechęcią i ociąganiem pozwalam latu odejść do przeszłości (będą jeszcze dni plażowe, na pewno).

Tak tu sobie żyjemy jesiennym powrotem do codzienności, wypełnianiem kalendarzy i planowaniem, rząd baskijski przysyła informacje, że zwróci koszty kursów językowych, prowincja Bizkaia dba o bezpieczeństwo i czystość na swoich plażach, podczas gdy za ścianą trwają głośne przygotowania do wyprowadzki. Czy nagle okaże się, że mieszkam w państwie, które się rozpada? I jak się będzie rozpadać?

Przez góry i lasy

Pierwszy przystanek: Gipuzkoa, Oñati. Miasteczko zwane „baskijskim Toledo”, pełne renesansowych domów-pałaców, z pierwszym ufundowanym na tych ziemiach uniwersytetem (1543 r.) i kilkoma klasztorami. Sanktuarium Matki Boskiej Arantzazu wznosi się wysoko nad miastem. 14 kilometrów krętą drogą, między pastwiskami i ostrymi przepaściami. Budynek powstał w latach pięćdziesiątych i jest w niepokojący sposób nowoczesny. W krypcie abstrakcyjne murale z lat osiemdziesiątych, z krwistoczerwonym Chrystusem-rewolucjonistą w samym centrum. No i rzeźby 14 apostołów Oteizy na fasadzie, które ponoć musiały przeczekać kilkanaście lat porzucone przy drodze, gdyż władzom kościelnym nie spodobała się ich nowoczesna forma. Dwaj sędziwi franciszkanie, z którymi ucinamy sobie pogawędkę na tarasach widokowych, dzielą się opowieściami z gorączkowością ludzi rzadko mającymi okazję porozmawiać z kimś z zewnątrz. Brat Fermín ożywia się, gdy przechodzimy na baskijski. Nic dziwnego, myślę potem, to, poza wszystkim, język jego dzieciństwa, do którego jego ponad dziewięćdziesięcioletni umysł wraca jak do bezpiecznej przystani pełnej dobrych skojarzeń.

Drugi przystanek: Nawarra. Leitza. Wtulone w górską dolinę niewielkie miasteczko pełne politycznych napisów. W piątkowy wieczór czwórka czy może piątka manifestantów w sprawie więźniów stoi przy rondzie ze swoimi plakatami z takim samym cichym zaangażowaniem jak te kilkadziesiąt osób co środę w moim miasteczku albo kilkusetosobowy pochód, który widziałam kiedyś w Donostii. W barach trwa pintxo-pote i do taniego piwa dodają niewyróżniające się niczym przekąski. Rano samochód zastawił nam najbardziej znany mieszkaniec miasta – Iñaki Perurena, mistrz w podnoszeniu kamieni, a także aktor, poeta, bertsolari i… właściciel sklepu mięsnego położonego przy głównym rondzie w miasteczku.

Trzeci przystanek. Nawarra. Pamplona/Iruñea. Spontaniczna wizyta w stolicy, której dotąd nie odwiedziłam. Krótki spacer przez główny plac i uliczki Starego Miasta. W samo południe przechodzi tamtędy głośna manifestacja na rzecz uchodźców. Tego samego dnia Barcelona demonstruje, że nie boi się terrorystów. Między samochodami na poziomie -1 parkingu podziemnego odgrodzono fragmenty murów rzymskich.

Czwarty przystanek. Nawarra. Roncesvalles/Orreaga. Szlak przez Pireneje i spore natężenie pielgrzymów na Camino de Santiago. Robię sobie zdjęcie z drogowskazem: „Santiago de Compostela 790”. Wstęp do kaplicy, gdzie złożono szczątki króla Nawarry Sancho Mocnego kosztuje 2,50 euro, ale warto było. W kaplicy złożono także łańcuchy, które rzeczony król przywiózł ponoć z bitwy pod Navas de Tolosa – gdzie wraz z władcami Kastylii i Aragonii odniósł znaczące zwycięstwo nad Maurami. Łańcuchy te są przedstawione w herbie Nawarry, choć historycy spierają się, czy to właśnie za czasów Sancha doszło do jego zmiany. Sancho, Santiago i Roland (ten od Pieśni) są nadal żywymi bohaterami tego miejsca i nakładają się jeden na drugiego w uroczym historycznym palimpseście.

Piąty przystanek. Dolna Nawarra. Arnéguy/Arnegi. Senne miasteczko graniczne. Pijemy piwo w jedynym otwartym wieczorem barze przy samym granicznym moście i słuchamy tak szemrzącego strumienia, jak i opowieści z czasów kontrabandy („to największy kontrabandzista z okolicy, siedział nawet w więzieniu”) i kolejek tirów. Tutejszy baskijski, dodatkowo zakrapiany mocnym alkoholem, sprawia mi problemy. Przypominam sobie przekraczanie granic w czasach wiz i paszportów. W nocy burza. Rano góry parują przyjemnie i trzeba ściągnąć wodę z szyb samochodu.

Szósty przystanek. Dolna Nawarra. St. Jean Pied-de-Porte/Donibane Garazi. Piękne średniowieczne miasteczko. Punkt początkowy Camino de Santiago – w biurze pielgrzyma słyszę w jednym momencie kilka języków i zapowiedź pracownicy (po angielsku), że zaraz przyjdzie koleżanka, która zna niemiecki i wszystko pielgrzymowi wytłumaczy. Sama mówię językami, starając się używać francuskiego, którego przecież tak naprawdę nie znam, i przechodząc płynnie w hiszpański lub baskijski. W barze przed kościołem jemy naleśniki, pijemy kawę i obserwujemy, jak po skończonej mszy ksiądz o dalekowschodnich rysach żegna się w drzwiach z parafianami. Światowe metropolie mogą mieć nawet niespełna dwa tysiące mieszkańców, myślę sobie, gdy ogarnia mnie nagle wielka ochota, by kiedyś spędzić w tym miejscu trochę więcej czasu.

A potem już z Pirenejów, trochę wzdłuż rzeki Nive i przez Azkaine do St. Jean-de-Luze na kantabryjskie wybrzeże, gdzie pada wściekły deszcz. Wzdłuż plaży w Hendaye, przez most graniczny na Bidasoi, gdzie tabliczka z napisem „Espagne” jak zawsze zamazana i zaklejona, za to dobrze widać drogowskaz informujący, że wjeżdża się do prowincji Gipuzkoa. Trzy dni tak obfitujące w bodźce i wrażenia, że wydaje mi się, jakby minęło więcej czasu.

Sierpniowa magma

W samym środku high season media pełne są utyskiwań na zalew turystów. Zamknięcie lub ograniczenie popularnych destynacji takich jak Egipt, Tunezja czy Turcja sprawiło, że Hiszpania przeżywa nienotowany dotąd najazd w sezonie letnim. W Katalonii i na Balearach pojawiły się grupy miejskiej partyzantki antyturystycznej, a w San Sebastian już późną wiosną czyjeś ręce uporczywie wymazywały na murach „Tourists go home”.

1 sierpnia byłam na dwóch lokalnych plażach – na jednej z nich było pięć, na drugiej z piętnaście osób (chyba policzyłam ich z ratownikami), słońce lekko przypiekało, woda miała przyjemną temperaturę, wszystko czyste, ze śmietnikami w zasięgu krótkiej przebieżki i darmowymi toaletami. Dwa dni wcześniej byliśmy na innej plaży, bardziej kurortowej. Zachmurzone niebo sprawiło, że do wody weszli chyba tylko obcokrajowcy i surferzy. Tak więc high season może mieć różne oblicza. Dość to pocieszające.

W popularnym kurorcie Asturii w samym środku długiego weekendu mieliśmy problem z zaparkowaniem, ale gdy wreszcie znaleźliśmy miejsce, zapłaciliśmy tylko dwa euro za postój do końca dnia. „Ludzie tutaj nie umieją w zdzierstwo czy co” – pomyślałam sobie, myśląc o high season nad Bałtykiem i cenach tamtejszych parkingów. Kawa i piwo kosztowały tyle samo co w barze na mojej zwyczajnej, niekurortowej ulicy. Jedynym minusem były nieposprzątane stoliki. Pocztówki były artystyczne, zrezygnowałam z wysłania ich rodzinie, bo co zrozumieją z widoczku na porośnięte trawą skały albo wyrwanej z kontekstu maryjnej figurki. Zrozumiałam wtedy, jak mocno jestem już turystycznie uwarunkowana. Na pamiątkę zabrałam idealnie jajowatego otoczaka z plaży.

Turystyka jest fajna, bo poznawanie świata jest fajne. Ale turystyka masowa sprawia, że traci się szanse na poznawanie świata, na zetknięcie z innym. Wszystko staje się sztampowe i męczące. Nie ma już miejsca na te drobne gesty, jak to, że kucharz z baru z sąsiedniej ulicy, widząc cudzoziemców z plecaczkami, sam z siebie proponuje szybsze otwarcie kuchni („jak tylko przyjdzie dziewczyna i przyniosą chleb”), a potem w ramach przystawki zaprasza na grzyby w piwnym sosie, żeby się nam czekanie na kolację nie dłużyło. Tyle że ten kucharz jest współwłaścicielem baru, nie odpowiada przed abstrakcyjnymi radami nadzorczymi międzynarodowych firm, które patrzą tylko na słupki w excelu i rzucają samoloty i promocje tam, gdzie podpowiedzą im algorytmy.

Może Chińczycy dobrze to wymyślili. Budują u siebie repliki europejskich miast, które stały się atrakcją turystyczną. Muszą tylko bardziej wypromować te miejsca, sypnąć publiczne pieniądze liniom lotniczym i sieciom hotelarskim. Do jaskini Altamira nikt od lat nie może wejść, bo oddech zwiedzających niszczył naskalne rysunki. Tak więc obok zbudowano replikę jaskini i tam kończą turyści. Pewnie większości jest wszystko jedno, a niektórzy może nawet się nie zorientowali. Pozwólmy Chińczykom budować nowe Barcelony i Kordowy, Wenecje i Florencje, nawet Paryże czy Carcassonne. Może dzięki temu oryginały zejdą ze ścieżki przekształcenia się w nic niemówiące disneylandy. Bo komu mają cokolwiek mówić, gdy nikt nie słucha, odhaczając kolejne „must see” z długiej wakacyjnej listy.

W Mieście Po Drugiej Stronie Rzeki wzmożony ruch ogromnych statków wycieczkowych. Na początku ich przytłaczający ogrom mnie fascynował. Teraz już nuży. Podczas gdy jachty, statki rybackie i wielkie kontenerowce, wpływające do portu Bilbao generują jakiś ruch, tamte wycieczkowce sprawiają wrażenie nieruchomych. Pojawiają się rano, znikają wieczorem. Nie w żadnej kontynuacji, żadnego śladu. Gdzie podziewają się ich liczni pasażerowie? W ogóle schodzą do portu, udają się na plażę do okolicznych barów? Czy autokary wiozą ich prosto do Bilbao na spacer i zakupy na Gran Via? A może decydują się zostać w labiryncie barów, basenów i dyskotek wielkiego miasta-statku? Wyrwani z kontekstu, sformatowani, pozbawieni szans poznania czegoś poza linią krajobrazu. Czy kiedykolwiek ktoś z nich wjechał na wzgórze Artxanda i zrozumiał, dlaczego Bilbao nazywane jest przez tubylców Botxo (czyli w wolnym tłumaczeniu: dziura)? Podróż była zawsze dotykaniem, macaniem, próbowaniem, spotykaniem – i tego wszystkiego konsekwencjami. Oferując wszystkim swobodę podróżowania, jednocześnie się im tę swobodę odbiera. Nie ma prostego rozwiązania tej zawiłej sytuacji.

Z plaży

Każdy kraj ma swoje przełamania sezonu ogórkowego. W Hiszpanii są to rekordowe fale upałów (które zresztą nie przechodzą poza Góry Kantabryjskie) oraz kolejne z niezliczonych afer korupcyjnych, w Polsce uliczna walka z rządowymi planami zmian w sądownictwie. Niemcy mają zdaje się jakieś powodzie, na Bałkanach szaleją pożary, Brytyjczykom z myśli nie schodzi nadchodzący Brexit. Serwisy informacyjne sprawiają wrażenie, jakby sezon urlopowy jeszcze na dobre się nie zaczął, mimo że sierpień tuż tuż.

Letnie zabawy z oceanem. Odpływ sprawia, że do wody wchodzi się długie minuty, przemierzając niezliczone metry, tracąc z oczu rozłożony na plaży ręcznik. Woda jest przyjemna, fale silne, ratownicy czujni. Potem morze wraca. Każde podniesienie oczu to zmiana sytuacji. Czasami, przy silniejszym falowaniu, morze wlewa się głęboko w piasek, zalewając ręczniki i torby. Nigdy moje. Odkąd nie grywam w gry komputerowe,  stosuję niezliczone strategie w sytuacjach z życia codziennego.