Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Kwiecień 2016

I nagle stała się wiosna. Wychodzę bez kurtki i bez szalika, brodzę po morzu i wystawiam się na promienie słońca. Przypominam sobie wszystkie strategie ucieczkowe. A potem konfrontuję się, stawiam czoła, prowadzę niekończące się dysputy, obliczam podatki i wypełniam ćwiczenia. Tipi-tapa, krok za krokiem.

Od początku kwietnia tkwimy tutaj w ciągnącym się kryzysie. Na wszystkich frontach załamania, poważne rozmowy, konfrontacje. Zniknęła gdzieś radość marcowych tygodni, zniknął wypoczynek ferii wielkanocnych. Zniknęła radość nauki i nauczania. Nie wiem, czy to niepokojąca bioenergia nowych osób, które dołączyły do naszej grupy, czy też fakt, że z dnia na dzień dodano nam nauczycieli i przykręcono śrubę, zaburzając naturalny rytm, w jakim pracowaliśmy. Czy może zmęczenie życiem w tej nieco sztucznej rzeczywistości. W każdym razie nagle wybuchło wiele spraw. Po dwóch tygodniach niefajnych dni i trudnych sytuacji uznałam, że pora ruszyć na samotną wyprawę. Miałam szczęście, koleżanka zostawiła mi do dyspozycji swoje mieszkanie w miejscowości nad morzem. Przemaszerowałam wybrzeże kilkakrotnie w tą i z powrotem, w słońcu i deszczu, zmoczyłam stopy i buty, zapisałam trzy stronice drobnym maczkiem, wypiłam kilka piw, wykąpałam się w wygodnej wannie i wyspałam w wygodnym łóżku. Spojrzałam na Kraj Basków z dystansu, z Kantabrii, zastanawiając się nad moimi z nim relacjami. A potem przyjechał po mnie biały mercedes, Athletic wygrał mecz ligowy, przemaszerowaliśmy we dwójkę inną plażę, zjedliśmy kolejną wspólną pizzę, przedyskutowaliśmy już chyba wszystko, chociaż wiem, że jeszcze będziemy dyskutować, bo nie umiemy współistnieć bez tych niekończących się rozmów, które nie zostawiają już miejsca na inne rzeczy. Jesteśmy trochę jak ryby szamoczące się w płytkiej przybrzeżnej wodzie, czekające na przypływ i na powrót do normalności. Na spokój i radość unoszenia się w oceanie możliwości.

Read Full Post »

Salamanka

Jasne, stare budynki z piaskowca w ostrym słońcu i porywistym wietrze. Dwie przylepione do siebie katedry – stara (romańska) i nowa (gotycka). Stara jest ciekawsza. Ze ścian przezierają fragmenty kolorowych fresków. W środku było dojmująco zimno.

Najpiękniejszy okazał się malutki romański kościół św. Marka, w kształcie rotundy, praktycznie pozbawiony okien. W środku dwunastowieczna figurka Maryi, Matki Świata, z Dzieciątkiem. Prymitywna i wzruszająca urocza. Weźcie sobie gałązki, które pozostały z niedzieli palmowej, mówi starsza parafianka, ożywiona nagle naszymi pytaniami i tym, że jestem z Polski.

Księgarnie i antykwariaty z książkami, których nie widziałam na oczy, chociaż wiedziałam, że istnieją. Nie mogłam nie kupić „Dejemos hablar al viento” Onettiego, być może przez tę intensywną dysputę na wietrze. Tam, na mesecie, starłam się z kolejnymi lękami, wyśniłam je potem, wracając we śnie do miejsca, które kiedyś było moim azylem. W piątek rozpoczął się powrót do domów, niczym otwieranie kolejnych rosyjskich matrioszek. Gdy autobus wjeżdżał wieczorem do Bilbao, poczułam się jak u siebie. Podróż nie liczy się jako podróż, jeśli nie odczuwa się powrotu jako powrotu do domu.

Read Full Post »