Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Listopad 2013

Wieczna prokrastynacja. Co miałam zrobić wczoraj, zrobię jutro. Dni płyną, notki na blogu się nie kumulują, wiatr wieje. Czytam Prousta i nie czytam innych książek. Nie czytam „Balladyn i romansów” Kaprowicza, nie czytam „Leonor” Poniatowskiej, nie czytam Rafaela Chibresa ani Eugena Ruge (nawet go nie wypożyczyłam z biblioteki!). Nie czytam nowego numeru polskiej edycji „Le Monde Diplomatique” (co napisawszy, przypomniałam sobie, że znowu nie uczę się francuskiego). Praca, sen, czytanie Prousta. Czasem jakieś spotkanie lub kąpiel. Rzadko kino. Czytanie Prousta. Minimalistyczne zakupy i cierpliwe czekanie z obiadem na Ryjka (który gotuje). Zarywanie nocy, bo czytam Prousta. Śni mi się pani Swann sunąca przez park, śni mi się „żurek” u margrabiny de Villeparisis, śnią mi się powozy i teatry. Śni mi się Boy-Żeleński w ostatniej chwili wyciągany z pociągu deportacyjnego przez Wandę Wasilewską. Ach, gdyby go Sowieci wywieźli, może nie zginąłby z rąk Niemców i dokończył tłumaczenie „W poszukiwaniu straconego czasu”.

Read Full Post »

Przez ostatnie dwa tygodnie dużo pracowałam i rzeczy zewnętrzne przemykały jakby obok mnie. Tak, popłakałam się z bezsilności, widząc niepodległościową zadymę, tych zamaskowanych bandziorów siejących zniszczenie. Tak, popłakałam się ze śmiechu, czytając kolejne poważne wypowiedzi sugerujące, że przyczyną wszelkiego zła jest tęcza i że najlepiej oswoić ją w jedyny znany w tym kraju sposób: ubiałoczerwonić, upolakowić. Kolejna odsłona zjawiska znanego z nagłówków internetowych: Katastrofa w Indiach/Peru/Kanadzie. Tysiące rannych/setki zabitych. Nie ucierpiał żaden Polak/Wśród zakładników mogą być Polacy. Jakieś wydarzenie jest ważne, o ile bierze w nim udział, lub nie bierze – w przedziwnej logice katastrofowych njusów, jakiś Polak (może być w ostateczności Polka, to częściej w wiadomościach sportowych). Czasami mam wrażenie, że Polska jest jakimś miejscem uprzywilejowanym. Jakby udało jej się wśliznąć na głowę żółwia podtrzymującego Ziemię i teraz może z dystansu patrzeć na problemy tego świata (o ile nie trafi się na jego powierzchni, np. na Filipinach jakiś zagubiony Polak). Doris Lessing umarła, ale w Polsce jej książki nadal kurzą się na półkach z przecenami, nikt nie chce dyskontować zwiększonej popularności zmarłej pisarki. A może jesteśmy już tak daleko od wszystkich zjawisk tego świata, że u nas popularność pisarza nie zwiększa się po jego śmierci? Albo dotyczy to tylko polityków? W Warszawie trwa szczyt klimatyczny, ale dziwnym trafem nie wydaje się to za bardzo interesować naszych władz czy gadających głów. W końcu problemy świata nie są naszymi problemami. Na głowę żółwia nie trafią tajfuny i powodzie. A jeśli przypadkiem nas zaczepią, wyślemy przeciwko nim husarię pod tęczą biało-czerwoną.

Read Full Post »

Dzisiaj

Teraz miały nastąpić wpisy historiozoficzne zatytułowane 7 listopada, 9 listopada, 11 listopada. Początek listopada naznaczony jest datami ciężkiego kalibru. Wprawdzie lampki i znicze już pogasły, ale wieńce trzymają się dobrze. Jednak zamysł upadł – zajęłam się pracą i czytaniem Pilcha. Wykańczanie tłumaczenia pozbawiło mnie czasu na pisanie, a „Wiele demonów” diametralnie zmieniło nastrój. Szukam ostatnio śladów, że polska powieść nie umarła, że żyje i czasami nawet kopnie. Ogólnie nie jest chyba dobrze*. Na szczęście Pilch wrócił do formy i jego ostatnia książka, solidna, opasła, z plejadą interesujących bohaterów, czyta się świetnie. Zwłaszcza gdy oswoimy się z tym lekko archaizującym językiem, pozwolimy wyprowadzić się poza czas i przejdziemy do porządku dziennego nad koniecznością zmagania się z niedopowiedzeniami. Pilch zgrabnie wchodzi w konwencję realizmu magicznego i przerabia ją po swojemu. Sigła staje się Macondo. Akcja niby dzieje się w czasach stalinowskich, ale próżno szukać twardego osadzenia w jakiejś epoce, autor (narrator?) swobodnie płynie w świecie przedstawionym, nadając mu cechy uniwersalne. Wiemy przecież, że Sigła to Wisła (jest i Czantoria, i Zameczek prezydenta Mościckiego, i zgrupowania sportowców), ale to nie jest tylko opowieść o krainie Pilchowego dzieciństwa. To głęboka wędrówka we własną wyobraźnię, we własne lęki, podniety i obrzydzenia, rozpisana przy tym na wiele głosów. Pilch jest szczery, nie kreuje siebie na siłę, jako narrator jest nieobecny, ukryty pod liczbą mnogą, którą tak chętnie posługują się pisarze, gdy chcą przekazać zbiorowe doświadczenia. Jednocześnie, choć partie napisane kursywą mają sugerować, że to tylko twórcza gra wyobraźni, czuć w tych opowieściach konkretne przeżycia, noszą one piętno autora. I mimo magicznego sztafażu, opowieści z tej książki wciągają jak dobry serial, jak świetna dziewiętnastowieczna powieść w odcinkach. Chce się więcej i więcej, chce się zakończenia niezakończonych wątków. Z żalem wyszłam z Sigły, ciągle jestem pod jej urokiem.

* Zupełnie przypadkiem natrafiam w książce „Kawior i popiół” Marci Shore na opinię Andrzeja Stawara z lat dwudziestych, iż po pierwszej wojnie światowej polska proza „została daleko za poezją” i że zdaniem tego krytyka świadczy to o prymitywizmie literackiej kultury w Polsce lat dwudziestych. Zastanawiam się teraz nad trafnością tej wypowiedzi i nad tym, czy przypadkiem nie obowiązuje to także dla literatury polskiej przełomu tysiącleci…

Read Full Post »

3 listopada

W niedzielne przedpołudnie przechodzę obok włączonego telewizora i moją uwagę przykuwa trumna na lawecie. Pogrzeb Tadeusza Mazowieckiego miał charakter państwowy, więc nie obyło się bez wojska. Jednak brzydki samochód bojowy, jakby ściągnięty w pośpiechu z afgańskich pustyń, oraz ciągnięta przez niego laweta z armatą, wydały mi się wielkim dysonansem przy ostatnim pożegnaniu człowieka, który w Jugosławii napiętnował zbrodnie wojenne i bezczynność sprowadzonych tam międzynarodowych sił zbrojnych. Utożsamianie państwa z wojskiem wydało mi się nagle anachronizmem. Tradycje patriotyczne ucieleśnianie przez Kasztankę i wąs Piłsudskiego, przez ułanów i szwoleżerów czy przez małych powstańców wcale nie są mi bliskie, szczególnie dzisiaj, gdy zagrożeniem jest raczej wszechwładza korporacji i monopoli, względnie obcych służb, które uparły się przeszukiwać wszystko w poszukiwaniu terrorystów. Musimy na nowo wymyślić nie tylko cele naszej polityki, nie tylko jej środki, nie tylko sposoby sprawowania władzy, ale także narodową (może jednak inaczej – społecznościową) mitologię. Przestać strzelać na rozkaz na cmentarzach, to w sumie z niczym dobrym się nie kojarzy.

Read Full Post »

1 listopada

Cmentarze w słońcu. Nieodmiennie żałuję, że już nie ma woskowych zniczy z otwartym ogniem, które dawały ciepło, zapach i czyniły atmosferę. Wraz z zamknięciem płomyczków pod szkłem i blachą wszystko jakby wychłódło, stało się odległe i niewiele znaczące. Przebiegliśmy alejkami, przystając tu i tam, mówiąc dzień dobry, stawiając i przesuwając, łamiąc kolejne zapałki. Dopiero na sam koniec udało mi się uchwycić sens tego wszystkiego. Stałam z Babcią i Wujkiem – jej dziewięćdziesięcioletnim bratem – nad grobem ich rodziców, moich pradziadków, podczas gdy alejkami hałaśliwe przetaczała się tradycyjna procesja i powiedziałam, że znalazłam w zdigitalizowanych archiwach akt stanu cywilnego informację, że pradziadkowie pobrali się w 1904 roku. Prawie 110 lat temu. Wywołało to falę wspomnień – o pradziadkach, o domu rodzinnym, o ciotkach i kuzynach, o kulturze wiejskiej, o gruszach i polowaniu na zające. Procesja niepostrzeżenie się skończyła i nie zdążyłam dowiedzieć się, czy sporna łąka będąca wianem mej prababki została w końcu sprzedana czy nie. Ale płomień na moment wystrzelił w górę, nieznani mi ludzie z dawnych czasów znów stali się bliscy. Sens tego święta, podtrzymanie pamięci, został zachowany.

Read Full Post »