Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Akademizm’ Category

Zadanie na dziś: Dobrze zakończyć luty, który odkąd nie wyjeżdżam na zimowe wakacje z Ryjkiem w czasie przerwy międzysemestralnej, potrafi mi się strasznie dłużyć. Kupiłam sukienkę, zjadłam obiad i zaśmiałam się nad wydanym kilka miesięcy temu baskijskim tłumaczeniem „Chrystusa z karabinem” Kapuścińskiego. Przekład jest autorstwa osoby, która nie zna polskiego i został zrobiony na podstawie przekładu hiszpańskiego. W dodatku na stronie redakcyjnej okropny błąd w nazwie Wydawnictwa Czytelnik.

Read Full Post »

Tej nocy spłonęła paryska katedra Notre-Dame, co rzuciło wielu na kolana, ku modlitwom i pomstowaniu („oto ostatnie ostrzeżenie dla naszej cywilizacji, módl się za nami”). Może budzi to trochę więcej ztelewizowanych emocji niż pierwsze sceny ostatniego sezonu „Gry o tron”, ale niewiele więcej. Bardziej mnie jednak obeszło zamknięcie kościoła św. Mikołaja w Gdańsku, bo lubiłam go odwiedzać podczas wizyt nad Bałtykiem. Nie był oczywiście tak spektakularną świątynią, ale miał swój klimat i podobał mi się jego dziwny kadzidlano-wilgotny zapach. Jako jeden z nielicznych uniknął metodycznego zniszczenia podczas radzieckiego „wyzwalania”. Jedni mówią, że to dlatego, że Rosjanie nie ośmielili się ruszyć światyni pod wezwaniem tak potężnego w prawosławiu świętego, inni – że opat przyległego klasztoru udał się zawczasu z zapasem wódki do radzieckiego dowódcy. W każdym razie kościół przetrwał i wciśnięty w wąskie uliczki, obok targu i chyba najbardziej znanego baru mlecznego w Polsce, stanowił prawdziwy symbol średniowiecza, w którym przecież to, co duchowe, mieszało się z tym, co cielesne. Wzniosłe z prostym, a nawet prostackim. Nie wiem, czy potrafię to samo powiedzieć o katedrze Notre-Dame i jej podobnym obiektom z kolejkami turystów, wyśrubowanymi cenami wstępu, całą tą nadmuchaną merkantylną otoczką, która odbiera miejscom ich sacrum i nadmiernie wygładza ich profanum, jak byśmy byli na planie serialu i udawali, że mamy pod sobą smoka, którego później dokleją nam w programach do efektów specjalnych.

Ale, oczywiście, szkoda…

Read Full Post »

W tych dniach przedawkowałam słodycze i wino, z krwi zrobił mi się słodko-oleisty ulepek, który krąży z trudem, wywołując nocami przyspieszone bicie serca. Piątki środy czy niedziele – wszystko jedno, ten świąteczny tydzień z kawałkiem jest jak zaplątany sen, w którym panuje nadmiar i co chwila przydarzają się zadziwiające przejścia czasowo-przestrzenne. Za oknem szarość i chłodna plucha, najgorsza z możliwych pogoda, skracająca jeszcze bardziej i tak już krótkie dni. Są za to choinkowe lampki i aksamitne w dotyku koty, do tego jeszcze rozgrzewające substancje nakładane na ciało w zaciszu łazienki.

Przeczytałam 102 książki i mnóstwo cudzych czytelniczych podsumowań. Nadal nie czytam literatury amerykańskiej, tak modnych w ostatnim roku (i poprzednich) autorów zza oceanu, nadal czytam mnóstwo non-fiction i cieszę się z debiutów (Karolina Bednarz, Maria Hawranek i Szymon Opryszek, Marcelina Szumer-Brysz, Iwona Szelezińska) i powrotów (Małgorzata Rejmer, Ilona Wiśniewska, Beata Chomątowska, Tomasz Pindel). To był rok wielu czytelniczych radości – poznałam głębiej Bernarda Atxagę i Ramira Pinillę, zapoznałam się z prozą Giocondy Belli, Martyny Bundy, Egona Hostovskyego (w przekładzie Andrzeja Jagodzińskiego), Goli Taraghi (w przekładzie Doroty Słapy), Dragana Velikicia (wersja polska Aleksandry Wielemborek), Alessandra Baricca (spolszczyła Lucyna Rodziewicz-Doktór), reportażami Martina Caparrósa (w przekładzie Marty Szafrańskiej-Brandt), nową pozycją Sergia del Moliny i fascynującym esejem Edurne Porteli o przemocy – i zdecydowanie chcę więcej tych autorek i autorów. Poznałam też trochę książek o Islandii, a także parę skandynawskich powieści (dzięki przekładom Iwony Zimnickiej i Justyny Czechowskiej i Jacka Godka, Elżbiety Ptaszyńskiej) – impulsywnie pociąga mnie tamta literatura, choć nie zawsze trafia w mój gust. I tak, mam już za sobą pięć tomów Knausgarda, chwilami nawet mnie kusi, żeby zacząć szósty, ale jednak nie mogę się zdecydować. Rozczarowały mnie powieść „Głośniej niż śnieg” Stefana Hertmansa (przeł. Alicja Oczko) (ale i tak przeczytam „Nawróconą”, bo „Wojna i terpentyna” bardzo mi się podobała i nie skreślam tego autora), „Ośme życie (dla Brilki)” Nino Haratashvili (przeł. Urszula Poprawska), którą miałam na swojej liście jeszcze w czasach, gdy abonowałam w bibliotece Instytutu Goethego „New Books in German”, a także „1947. Świat zaczyna się teraz” Elizabeth Asbrink (przeł. Natalia Kołaczek). A teraz pora wyczekiwać na to, co ukaże się w 2019 roku, a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będzie w tym jedna ważna dla mnie osobiście książka.

Read Full Post »

Żółtości

Żółty jest od lat symbolem pamięci o powstaniu w getcie warszawskim. W kwietniu nadchodzi pora na żonkile i te właśnie kwiaty, kupione na warszawskich straganach, przynosił Marek Edelman i jego naśladowcy pod pomnik getta. Bywałam tam również ja, na placu przed pomnikiem nie stał jeszcze wielki budynek Polin, a izraelskie wycieczki były czymś niezwykle egzotycznym. W oparach wczesnej wiosny po skwerku biegały pieski, a ich właścicielki wystawiały ku słońcu obrzmiałe nogi. Na Muranowie panowała zawsze jakaś taka wypełniona dźwiękami tła cisza, jakby samo powietrze ściskało za gardło. A teraz pamięć o getcie wylewa się na całe miasto, żonkile w postaci kartonowych przypinek opanowują wszystkie dzielnice, wyją syreny, wycieczki szturmują Polin. Intymna pamięć stała się pamięcią oficjalną, taka jest naturalna kolej rzeczy.

Dociera do mnie analogia między warszawskim żonkilem a katalońską żółtą wstążeczką, symbolem pewnego sprzeciwu. Podczas sobotniego meczu finałowego Pucharu Króla policja rekwirowała nie tylko flagi i wymalowane hasła, lecz także żółte koszulki. To brzmi absurdalnie i wręcz nie do wiary, ale pamiętam jeszcze lekturę Dziennika Klemperera, te pierwsze nakazy i zakazy też tak wyglądały, dziwacznie, z pozoru nieszkodliwie, bo nie dotykały większości. Dlatego też niewielu się burzyło, a potem nie było już za bardzo jak się burzyć. Drobne kroki – jak od kilku żonkili do oficjalnych wieńców w cieniu wielkiego muzeum. Można je jednak poczynić w różnych kierunkach, nie zapominajmy o tym.

Read Full Post »

Dzień

W niedzielę G. wrócił z drugiego krańca Półwyspu, gdzie zajmował się swoją mamą, której problemy zdrowotne ostatnio się zaostrzyły, aż do niedużego wylewu. Jestem bardzo zmęczony, powiedział, nie wiesz, jak to jest, gdy 24 godziny na dobę jesteś na każde zawołanie. Prowadzisz kilka razy w nocy do łazienki, rozbierasz i ubierasz, przygotowujesz posiłki, których ona i tak nie chce jeść i trzeba stać i wmuszać i przekonywać. Jestem zmęczony, wyjaśnił, nie miałem przez te dwa tygodnie czasu na nic, tylko pół godziny porannej kawy i gazet w kawiarni, a i to ciągle z myślą, że może mnie w tej chwili potrzebuje i że zaraz trzeba wracać. Nie wiesz, jakie to męczące – rzucił na koniec z westchnieniem. Mężczyźni, tak jak kobiety wymagają współczucia, więc staram się je z siebie wykrzesać i nawet mi się to udaje, choć ciągle z tyłu głowy mam taką myśl, że to przecież wieloletnia codzienność milionów kobiet. Gdzieś w głębi duszy cieszę się, że doświadczył tego na własnej skórze, bo może lepiej teraz zrozumie, czym jest tzw. praca domowa i opiekuńcza, czym jest los tylu kobiet – robiących to za darmo we własnym domu lub za pieniądze w cudzym, z własnej woli lub ze społecznego czy ekonomicznego przymusu. W szlachetnym mieście na P. na placu przed ratuszem stoi pomnik dzielnych hutników z Altos Hornos. Wczoraj ktoś ubrał ich w kuchenne fartuchy i wcisnął do ręki miotły i zmiotki. A oto dzielne praczki z nieodległych terenów górniczych. Ta po prawej to Dolores Ibarruri, La Pasionaria.

Znalezione obrazy dla zapytania dolores ibarruri en el lavadero

Read Full Post »

Pisz

W samochodzie w drodze do klimatycznej knajpy na klifie, mekki młodych, szukających weekendowego odpoczynku mieszkańców Bilbao i okolic wywiązuje się ni z tego ni z owego rozmowa o prawdopodobności fikcji. Jeśli książka ma sprawiać wrażenie opartej na rzeczywistych wydarzeniach, na prawdziwych losach prawdziwych postaci czasami trzeba usuwać z niej nagromadzenie szczęśliwych zbiegów okoliczności, nieprawdopodobnych przypadków, zbyt gładko rozwiązujących się problemów, niezliczonych analogii między wydarzeniami itp. Ale kiedy popatrzymy na życie, to w zasadzie jest ono tego wszystkiego pełne. Wracam chętnie do słów Eugena Ruge, które wypowiedział na spotkaniu w Warszawie. W książce opartej na losach własnej rodziny uśmiercił wuja, który wraz z ojcem spędził wojenne lata w uralskim łagrze, podczas gdy tak naprawdę obaj cali i zdrowi wrócili do Niemiec. Jednak znający przytłaczające wskaźniki śmiertelności w radzieckich obozach czytelnik stanie się podejrzliwy. Co to za bajeczka, którą stara się nam wcisnąć autor, przecież to książka oparta na „prawdziwych losach prawdziwych ludzi”. Trudno pozbyć się tej podejrzliwości. Myślę, że wraz z rozplenioną w literaturze autofikcją straciliśmy jako czytelnicy swoisty leap of faith, pełne zawierzenie autorowi, chcemy wszystko sprawdzać, wszystko weryfikować z rocznikiem statystycznym i wspomnieniami „świadków” czy choćby „postświadków”. O tym, jak pięknie potrafimy się jednak dać oszukać, opowiada genialny „Oszust” Cercasa. Nie ma najprawdziwszej prawdy biograficznej, wszystko jest autokreacją. Czasami dość daleko posuniętą. Jakimś wyjściem z sytuacji może być gotowość do nieustannego zadziwienia. Nieprawdopodobne jest prawdopodobne, wydarza się i dodaje życiu tak bardzo potrzebnej magii. Jak bardzo nieprawdopodobnie brzmi, że ja i ty, dwoje ludzi z odległych zakątków kontynentu z różnych środowisk, którzy właściwie nie wiadomo dlaczego się w tym życiu spotkali, jeździ sobie po tym wybrzeżu, w dodatku w tym klasycznym samochodzie i z baskijskim beretem pod tylną szybą, wygląda to na historię z filmu, pełną plastycznych wyróżników i symboli, przyczynków do tęsknot, których tak naprawdę nie mamy. A jednak to jest nasze życie i właściwie nawet tego nie zauważamy. Nie widzimy w tym materiału na książkę, ale w sumie dlaczego nie?

Read Full Post »

Dzieci

Wprawdzie o „post-prawdzie” zaczęto mówić głośniej dopiero w ostatnich miesiącach, ale ja już od lat obserwuję jej triumfalny pochód przez środki masowego przekazu i ludzkie umysły. W świecie, w którym króluje post-prawda, nie ma miejsca na zastanowienie, są tylko reakcje, emocje, klikalność i nagle okazuje się, że coś dzieje się od dzisiaj, od zeszłego tygodnia i jest sprawą niecierpiącą zwłoki. Banieczki w mediach społecznościowych poszerzają się i mielimy sobie jakiś temat, że o mój boże, jak tak można i że teraz już naprawdę trzeba coś zrobić.

Donald Trump zamknął granice dla obywateli kilku krajów. Nosz to skandal. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej od zawsze prowadzą politykę na wpół przymkniętych granic. Wiza turystyczna dla Polaków kosztuje coś około 500 złotych (dane sprzed kilku lat, może podnieśli), trzeba się umawiać z konsulem, dzwoniąc pod numer 0700…, a i tak nie gwarantuje ona wstępu na terytorium USA. Na amerykańskim lotnisku mają prawo cię przesłuchać, rozebrać, prześwietlić, przegrzebać twoje rzeczy, przeczytać twoje maile i jeśli im się nie spodoba to, co zobaczą, nie pójdziesz dalej, wracasz najbliższym samolotem do domu, nie masz szansy poinformować nawet tych, którzy na ciebie czekają na lotnisku.

Donald Trump trąbi (trumpi) o konieczności zbudowania muru na granicy z Meksykiem i cały świat skwierczy jak na patelni, że jak to możliwe, co to będzie… Jakby dotąd nie było tam żadnych ograniczeń niczym na jakiejś wewnętrznej granicy UE, dajmy na to między Francją a Hiszpanią, gdzie na niektórych drogach nie stoją już nawet tablice z nazwą państwa. Jakby nie było zasieków, patroli, strzelania, by zabić. Z Berlina nawet napisali do Trumpa, żeby się opamiętał, bo oni dobrze wiedzą, co znaczy żyć w cieniu muru. Mam nadzieję, że regularnie wysyłają takie listy do Izraela, gdzie budowa murów trwa w najlepsze, a przy tamtejszych kontrolach arabskiej ludności kontrole na Checkpoint Charlie to szczyt uprzejmości i dobrego wychowania.

O lamencie polskim, że PiS nie rządzi demokratycznie, po cichu wprowadza swoje zasady gry i w ogóle nie konsultuje się z obywatelami nie mam nawet ochoty już się rozpisywać, bo wszystkie rządy to robiły. Leszek Miller i Aleksander Kwaśniewski ochoczo dozwolili na torturowanie więźniów amerykańskiej armii i CIA na naszej tak zawsze spragnionej wolności ziemi. Wszystkie bez wyjątku rządy wprowadzały swoje zasady gry i unikały konsultacji z obywatelami, tyle że większość z nich umiała sobie zaskarbić łaski środków masowego przekazu i wykupić usługi specjalistów od PR, tak że bez mrugnięcia okiem wierzyliśmy, że nasze składki emerytalne muszą trafić w ręce OFE, nauczycieli trzeba zwolnić, a szpitale zamykać. Dzisiaj jest Misiewicz, wczoraj była Maja Rostowska, a wcześniej mnóstwo takich, o których już nie pamiętamy.

Smog wisiał nad naszymi miastami od zawsze i wiadomo było, że zabudowywanie terenów zielonych i brak polityki transportowej ograniczającej ruch samochodowy w mieście doprowadzi do zaostrzenia sytuacji. Redaktorzy oburzą się na skandaliczną wypowiedź ministra zdrowia (smog według niego to wydumany problem), a potem wsiądą w swoje samochody i pojadą na swoje zamknięte osiedla na obrzeżach miasta, starając się jak najsprawniej ominąć korki stworzone przez tysiące im podobnych „zatroskanych obywateli”. Maseczki smogowe jako dodatek do gazety na pewno sprzedadzą się świetnie, gdy podkręci się trochę atmosferę.

No i są jeszcze syryjskie dzieci. Dziesięcioro dzieci, które chciałby przyjąć Sopot, ale zamknięty w okowach swoich machinacji rząd na to nie zezwala. No bo jak dziesięcioro dzieci pojedzie do Sopotu, to może zaraz jakieś dwie, trzy rodziny trafią do Krakowa, a kolejny tuzin sierot do Słupska. Nie można pozwolić na żaden ludzki odruch, bo ludzkie odruchy potrafią zburzyć polityczne scenariusze. Więc znowu granie na emocjach, terroryzm, przywoływanie szwedzkich problemów z imigrantami, „nasze podatki”, „biedne polskie dzieci”. No i milczenie hierarchów w złotych karocach. Pożytecznych idiotów nie brakuje po każdej stronie politycznego sporu. Podobnie zresztą jest i w Hiszpanii, gdzie rząd centralny nie robi nic w sprawie przyjmowania uchodźców poza blokowaniem lokalnych inicjatyw. Sprawa dwójki aktywistów, którzy chcieli przywieźć z obozów greckich kilka osób, by zaczęły w Kraju Basków nowe życie, odbiła się głośnym echem, pokazując, że inicjatywy obywatelskie coraz bardziej tracą rację bytu w świecie, w którym rządzą nie do końca jasne racje stanu, bezpieczeństwa narodowego i politycznych zobowiązań na najwyższym szczeblu.

Jest wojna, jest śmierć i kalectwo. Są traumy, brud, głód i smród. W XXI wieku nie wzruszają nas obrazki cierpiących dzieci, może mamy już tego przesyt. Nie odrobiliśmy lekcji. Kilkadziesiąt lat temu, w latach trzydziestych XX wieku, gdy w Europie szalały nacjonalizmy i kryzys, tysiące dzieci uniknęło tego, co dziś w dobie Facebooka i Twittera spotyka dzieci w Syrii, Afganistanie i podobnych miejscach. Patrzę na półkę z książkami, „Mussche” Kirmena Uribe to opowieść o baskijskich dzieciach wywiezionych w czasie wojny domowej w Hiszpanii statkami do Belgii, gdzie przyjmowali ich prości ludzie. Ludzki odruch przyzwoitości. Eva Menasse opisuje w „Vienna” losy żydowskich chłopców, którzy jeszcze przed Anschlussem zostali wywiezieni do Anglii w ramach transportów humanitarnych. Trafiali przeważnie do tamtejszych rodzin, przeżyli, uczyli się i pracowali, wrócili po wojnie do domu. No i jeszcze „Lew, czarownica i stara szafa” C. S. Lewisa i ewakuacja londyńskich dzieci na wieś podczas bombardowań. Wydawałoby się, że ten najbardziej powszechny odruch – ratowanie dzieci – jest czymś wbitym głęboko nie tylko w kulturę, ale także w ludzki genotyp. Tyle że w czasach post-prawdy nic już nie jest pewne. A ludzkość coraz bardziej wydaje się zbędna na tej planecie.

Read Full Post »

Znowu Stany Zjednoczone przykuwają uwagę całego świata i jeszcze raz ten upadający kraj (czytaliście choćby George’a Packera) trzęsie się w posadach, grożąc, że pociągnie za sobą w otchłań nas wszystkich. Stąd może te spontanicznie wyrażane pomysły emigracji na księżyc czy Marsa, które przetoczyły się przez facebook na początku tygodnia. Nieustannie zadziwia mnie, że ludzie w swej masie są tak bezkrytyczni, ale w gruncie rzeczy nie wiem, dlaczego miałabym się spodziewać, że będzie inaczej. Mur na granicy z Meksykiem nie powstanie, bo chce tego Donald Trump, on jest już faktem. Tak jak faktem jest Guantanamo, wysyłanie broni w różne zakątki świata, popieranie różnych opcji, które chcą zaprowadzić swój porządek szerząc zniszczenie. A teraz wygrał Trump, i ludzie w swej masie powtarzają, że będzie wojna. Czy wojnę powoduje głośne i wyraźne mówienie tego, o czym do tej pory mówiło się cicho, w kuluarach, w zamkniętym gronie?

Powyborcze protesty stały się już normą. W Polsce powstał KOD, nowy rząd Rajoya też wyprowadził ludzi na ulicę, teraz to samo dzieje się po wyborze Trumpa. Jeśli dodać do tego postbrexitowy szok na Wyspach, to można się zastanowić, co zostało z przedstawicielstwa w demokracji przedstawicielskiej, w której tu na Zachodzie żyjemy. Wydawało nam się, że jeśli delegujemy podejmowanie decyzji w ręce wybranych przedstawicieli, którzy opierać się będą na decyzjach ekspertów, to świat będzie kręcił się gładko i zawsze do przodu. Tak bardzo skupiliśmy się na procedurach wybierania przedstawicieli i uwierzytelniania ekspertów, że straciliśmy z oczu tych, którzy naprawdę ich wybierają i uwierzytelniają. Zapatrzeni w cyferki PKB i wzrostu gospodarczego nie zwracaliśmy uwagi na ich problemy, troski i lęki. Więc nam wybrali innych przedstawicieli, a za tamtymi przyszli inni eksperci. A ci dawni przedstawiciele i eksperci, straciwszy nagle swą wiarygodność w oczach ludzi w swojej masie oraz władzę nadawaną im przez procedury, nagle tak mali się stali, tak żałośni. Chwieją się i szarpią, próbują ratować resztki dawnych snów o potędze i przewodzeniu. Rozpad i zniszczenie. To, co przyjdzie teraz, to, co się rodzi jako odpowiedź na ten cały kryzys polityczny i ekonomiczny, jest ciekawe. Ale i groźne. Czy dyplomaci zebrani na mocarstwowym kongresie berlińskim w 1878 roku sądzili, że dożyją totalnej wojny, która zmiecie porządek, w ramach którego się obracali? Symptomów im nie brakowało, ale czy w ogóle chciało im się je dostrzegać?

[Mam wrażenie, że po upadku bloku komunistycznego przestaliśmy czytać Orwella, a tak naprawdę dopiero teraz jego dystopia jest tak wyraźnie aktualna.]

Read Full Post »

The tempest

Pierwsza wiosenna burza przyłapała mnie na porządkowaniu małego pokoju w dużym mieszkaniu po sporym remoncie. B. myła okno w salonie. Po czterech miesiącach wysiłków intelektualnych i interpersonalnych dobrze nam zrobiło to popołudnie sensownej pracy fizycznej. Potem otworzyliśmy trzy piwa i paczkę jamón serrano. I jeszcze zrobiliśmy mały nocny rajd po barach. Wyłączenie się, zresetowanie, w niektórych kręgach nazywają to weekendem.

Nadeszła faza zmęczenia napompowaną rzeczyiwstością. Z codziennych nadających sens życiu aktywności: z nauki języka, z tłumaczenia, z literatury robią nam tutaj prawie religię. Pora przywrócić hierarchię i nadać odpowiednią ważność rzeczom ważnym. Porozmawiać sobie o literaturze i naszej pracy bez tego zadęcia, bez hashtagów „itzulzaile berriak” i „Donostia capital cultural de Europa”. Wymyślić koszulki z napisem „I speak euskera, what’s your superpower?”. Pojechać na plażę, bo w tym kraje istnieją plaże i pora by zaistniały wolne popołudnia.

Po najokrutniejszym miesiącu wrócił zapał i zachwyt. Nadeszła pora chłonięcia struktur przez tekst. Bo to nie jest już tylko przyswajanie, to chłonięcie wszystkimi porami i komórkami ciała. Wróciło odkrywanie. Znowu działa moja językowa intuicja. Gdy dziennikarz pyta nas, co nam się podoba w baskijskim, to odpowiadam zgodnie z prawdą, że jego precyzja i zwięzłość. Mogłabym dodać, że szczególnie mocno odczuwam to po okrągłych i pustych frazesach, którymi go przed chwilą raczono, ale się powstrzymuję, ostatni wysiłek piątkowego popołudnia.

Read Full Post »

Tożsamości

W weekendowym mieszkaniu zasypiałam, słuchając Mikela Urdangarina. Chwytliwe gitarowe dźwięki i słowa w języku, którego jeszcze nie znam. Wstałam jako pierwsza, już był dzień. Tutejsze poranki wyznacza hałas odsuwanych zewnętrznych żaluzji. Jadłam śniadanie i starałam się odgadnąć, skąd dochodzą – z sąsiedniego pokoju czy innego mieszkania.

Nad nami mieszka znajomy Vladimira. Vladimir pracuje w naszej szkole, w zeszły poniedziałek otwierał mi drzwi, bo musiałam być wcześniej, żeby jeszcze przed zajęciami popracować. Vladimir jest Rumunem pochodzenia rosyjskiego, który mówi po serbsku i przewraca oczami na pytanie, czy nauczył się trochę baskijskiego. Erika, nasza nauczycielka, mówi o sobie, że nie jest Hiszpanką, oczywiście mega szybkim hiszpańskim, za którym chwilami nie nadążam. Gorka, kolega z grupy, jest Baskiem, ale prawie całe życie spędził w Andaluzji. Usłyszałam, jak inni mówią o nim „Gorka, el andaluz”, co brzmi jak oksymoron, bo Gorka to typowe imię baskijskie. Jego matka przejechała pociągiem całą Hiszpanię, tylko z jego starszym bratem u boku, by urodzić go w Bilbao. „Czy to ważne dla was, gdzie się urodziliście?”, pytam. „Dla niektórych tak”.

Ja urodziłam się w krainie ciężkich zim, w którym od jakiegoś czasu nie chcę już mieszkać. Z wielu powodów. Moje słowiańsko-bałtyckie koleżanki mówią, że zawsze uważały Polaków za naród wywyższający się i drażliwy na swoim punkcie. W odpowiedzi rzucam dowcip o tym jak dzieciak wraca ze szkoły i pyta ojca, czy to prawda, że ludzie pochodzą od małp. „A Polacy też?”. „Polacy od King-Kongów, synu”. Salwy śmiechu, potem chwila rozmowy o patriotyzmie. Patriotyzmie kraju urodzenia i patriotyzmie języka. Ja wyznaję ten drugi. Skoro mam mój język, mam pewną tożsamość, którą nabyłam w szkole i w życiu rodzinnym, możliwość uczestniczenia w pewnej kulturze. Ale dzięki innym językom mogę do pewnego stopnia uczestniczyć w innych kulturach i nabywać dodatkowe tożsamości. Nigdy nie będą one pełne, bo już nigdy nie przejdę przez formacyjny etap szkoły i wychowania rodzinnego. Ale rację ma Erika, gdy mówi, że Euskaltegia (szkoła języka baskijskiego) to miejsce, w którym produkuje się Basków. Miejsce urodzenia jest drugorzędne. Nie zamierzam umierać za żaden kraj ani żaden naród, ale są dni, gdy za źle postawiony przecinek jestem gotowa udusić. Tak błędy ortograficzne, jak i grafomania bolą mnie w każdym języku.

Read Full Post »

Gdy w piątek trzynastego wyszłam z metra, zdziwiłam się, bo na patelni sprzedawano biało-czerwone szaliki z napisem Polska. Jak to, pomyślałam, przecież marsz niepodległości już był, czyżby znowu mnie coś ominęło. Dopiero po chwili przypomniałam sobie, że wieczorem reprezentacja Polski grała na Narodowym z Islandią. Straciłam trochę rachubę dni oraz zainteresowanie tym meczem, gdy znowu nie udało nam się kupić biletów. Jestem w stanie znieść barwy narodowe i plemienne emocje tylko przy okazji futbolu – to była moja druga myśl.

Potem były dyskusje o pesymizmie Rafaela Chirbesa, o tym, jak piętnował on hiszpańską hipokryzję, rozpad więzi społecznych, sprzedajność polityków i intelektualistów. Zaprotestowałam, że widzę w tym raczej realizm niż pesymizm. Sama przechodzę już na pozycje krytykowania bez wnoszenia niczego pozytywnego, bo przestałam wierzyć, że inny świat jest możliwy. Może w jakichś drobnych przejawach, w urządzeniu paru spraw bardziej po mojej myśli, ale nie moralnie, nie organizacyjnie. Nie wierzę już w rewolucję, a raczej pokładam jeszcze jakieś nadzieje w samej rewolucji, w tym, że zaistnieje, ale nie mam złudzeń, że to, co nastąpi potem będzie znacząco lepsze niż to, co mamy teraz. Po prostu władza, środki masowego rażenia, wpływy, bogactwa przejdą w inne ręce. I dopóki one będą istniały, istnieć będzie pokusa, by z nich skorzystać dla własnego, nie wspólnego dobra. Dobro wspólne z siedmioma miliardami ludzi?, nie wyobrażam sobie.

Katalończycy chcą tak bardzo niepodległości, bo ktoś tak zorganizował ich plemienne emocje, zaszłości historyczne i obecną sytuację, by poczuli, że tylko tworząc własne państwo, doznają oczyszczenia. Racjonalne argumenty, przewidywania skutków i konieczność przejścia przez liczne komplikacje już ich przed tym nie powstrzymają. Nad organizowaniem tych emocji czuwa szeroka grupa u władzy, która widzi w tym przede wszystkim własne interesy. Niektórzy idą za potrzebami portfela, inni za wyznawaną ideologią, jeszcze inni po prostu lubią chaos, bo w chaosie robi się najlepsze interesy, zyskuje największe wpływy. Ta grupa nie ma nic wspólnego z ponurą organizacją, która w najnowszym Bondzie zdaje się poruszać za wszystkie sznurki, nie chodzi o mafijne struktury i grozę celowości okrutnych działań. Niczego takiego tam nie ma, to tylko bardzo rozbudowany efekt motyla i bardzo ludzkie dążenie do własnych korzyści.

Zanim krzykniemy, że wszyscy jesteśmy paryżanami, zanim zapalimy w oknie świeczkę i zmienimy zdjęcie profilowe na facebooku, zastanówmy się, komu jest na rękę chaos, który panuje na Bliskim Wschodzie i powoli wkracza do Europy. Jak wiele grup nacisku, interesów i politycznych gier doprowadziło do tego, że syci obywatele Zachodu boją się już nie tylko o swoją ekonomiczną egzystencję, ale także o swoje życie. Patrząc w przeszłość, postarajmy się przewidzieć przyszłość i dostrzec, kto najwięcej straci na rozognianiu tego konfliktu cywilizacji, w jakim niby żyjemy. Czy nie będziemy to my, zwykli szarzy obywatele, którym stopniowo odbiera się prawa, przywileje i poczucie bezpieczeństwa w imię prawa, ochrony przywilejów i zachowania bezpieczeństwa? A kto najwięcej zyska? Czyż nie ci, którzy i tak już tworzą prawo pod siebie, zagarnęli wszystkie przywileje i dbają tylko o własne bezpieczeństwo (kosztem innych)? Ale znowu – nie ma takiej organizacji, są tylko luźno powiązane ze sobą grupy nacisku, interesów, wyraziciele pędu ku własnym korzyściom. I ta ukryta przed mało wnikliwym okiem bezcelowość tych wszystkich działań jest właśnie najbardziej przerażająca. Przecież gdy już wymrze cała ludzkość, ale jakimś cudem zachowane zostaną źródła energii, postawione przez nas komputery nadal będą analizować dane i przeprowadzać finansowe transakcje wysokich częstotliwości, mnożąc aktywa konsorcjów i zwiększając shareholder value. Nasze samojeżdżące samochody nadal będą poruszać się po ulicach wymarłych miast, a kamery monitoringu je obserwować. Nie będzie nikogo zamkniętego w schronie, kto tym wszystkim będzie sterował. Nikt nie jest na tyle szalony, by dążyć do zagłady własnego gatunku. A nawet nie jest to kwestia szaleństwa, tylko po prostu mechanizmów dostosowawczych zapisanych w naszym DNA w toku ewolucji. To wszystko to tylko rozbudowany efekt motyla i wynik tego bardzo ludzkiego dążenia do własnych korzyści.

Nie ma dobrych recept na obecną sytuację. Pozostaje nam oprzeć się na tych dobrych emocjach, na empatii, na szczerej gotowości do poznawania Innego po to, by nie postrzegać go tylko jako zagrożenia. Pozostaje tylko obserwacja, wyciąganie wniosków i przede wszystkim ta zdrowa dawka realizmu, która nie pozwoli nam na ten bezmyślny pęd po trupach ku nowym wspaniałym światom, które przecież nigdy nie zaistnieją.

Read Full Post »

gombr

Z korespondencji z Antonim Słonimskim.

Mój blog też ma dwie takie same litery w nazwie…

Read Full Post »

Przed ciszą

Nie było mnie chwilę w tych zwykłych przejawach świata, w których żyję, i gdy wróciłam, okazało się, że Adrian Zandberg stał się bohaterem mediów i Partia Razem zyskała znacząco na rozpoznawalności. Rozbudziło to we mnie poczucie, że jest nadzieja dla tego smętnego, staczającego się ku zimie kraju. I wychodzi ona od mojego pokolenia, od mojego środowiska i z mojego zestawu współdzielonych przekonań. Zaskakująco dużo nazwisk na listach Razem to ludzie, z którymi gdzieś tam się zetknęłam. Przeszliśmy przez podobne ścieżki intelektualne, choć niekoniecznie w tych samych miejscach i w tym samym czasie. Przypominają mi się zimowe popołudnia i wieczory w budynku KP3 (na studiach ciągle była zima, mam wrażenie, taka pluchowata jak ostatnie dni), seminaria z filozofii społecznej w sali 13, głębokie dyskusje, z których niewiele rozumiałam, ale które były dla mnie ważne, bo dawały mi świadomość, że są rzeczy istotniejsze niż te, wokół których miał ponoć kręcić się mój świat. Oczywiście w mniemaniu innych. Matka mojej współlokatorki powiedziała kiedyś do mojej mamy, że się niepokoi, bo zmieniłam się, odkąd zaczęłam studiować filozofię. Stałam się taka krytyczna. I to był pierwszy raz w życiu, gdy mama ostro stanęła po mojej stronie. Pewnie zrobiła to instynktownie, ale do dzisiaj to pamiętam i jestem jej wdzięczna.

Seminaria w sali 13 to głównie seminarium szekspirowsko-brechtowskie profesora Ochockiego, gdzie pisałam moją pracę magisterską i gdzie intelektualny ton nadawała Ewa Majewska. Dziś doktor Ewa Majewska, kandydatka Razem z Warszawy. Będzie to więc na poły głos sentymentalny.

Read Full Post »

Konserwatywna, wręcz obskurancka fundacja zajęła się dyscyplinowaniem bezdzietnych kobiet w powszechnie znanym spocie. W sukurs przyszła jej „Gazeta Wyborcza”, która opublikowała w Dużym Formacie rozmowę z profesorem Piotrem Jędrzejczakiem na temat męskiej płodności. No bo równouprawnienie, skoro tamci czepili się kobiet, my czepimy się mężczyzn. Ale problem leży tak naprawdę gdzie indziej.

Zadziwia mnie ten daleko posunięty biologizm. Tak jakby ludzkość nie miała żadnego innego celu niż rozmnażanie się. Ta dziwna walka o przedłużenie gatunku stawia nas w jednym rzędzie z najpospolitszą bakterią. Po 200 tysiącach lat  homo sapiens dzisiejszy biologicznie przypomina homo sapiensa z czasów pierwotnych. Najbardziej istotne zmiany, jak przejście do postawy wyprostowanej, rozwój mózgu, zmiany zachowań seksualnych, komunikacja mową artykułowaną etc. dokonały się na długo przed tym nim pojawił się pierwszy przedstawiciel tego gatunku. Ale to człowiek zaludnił wszystkie kontynenty, podporządkował sobie inne zwierzęta i rośliny i stworzył złożoną cywilizację. Nawet w kosmos poleciał. Dzisiaj liczba przedstawicieli naszego gatunku sięga 7 miliardów żyjących jednostek. To całkiem spory ciężar do udźwignięcia dla naszej planety. Rozprzestrzenianie się homo sapiens dzieje się także ze szkodą dla innych gatunków – zwierząt, roślin, nawet wirusów i bakterii, niszczone i zatruwane są całe ekosystemy, te, które jeszcze jakoś funkcjonują uginają się pod ciężarem naszej obecności (popatrzcie tylko na turystycznie rozwinięte wybrzeża mórz ciepłych). Nawoływanie do bezmyślnego powiększania rzeszy naszych następców uważam więc za ekologicznie błędne.

Homo sapiens ze swoim rozwiniętym mózgiem, językiem jako środkiem komunikowania się oraz niespotykaną wśród innych gatunków wrażliwością na świat zewnętrzny (co nazywamy posiadaniem duszy), rozwinął także tzw. kulturę. Zalicza się do niej tak poezję saficzną, jak niemieckie filmy porno, tak zamki nad Loarą, jak odkrywkowe kopalnie pod Bełchatowem, płatny urlop wychowawczy i obozy koncentracyjne. W pewnym momencie zaczął przekształcać swoje otoczenie i robi to do dzisiaj, na coraz większą skalę. Jedną z cech homo sapiens, która sprawia, że jeszcze wszyscy tu żyjemy, jest jego zdolność do autorefleksji, do przemyślenia skutków swoich działań i gotowości do ich naprawienia. Dlatego w Europie nie padają już kwaśne deszcze, niewolnictwo zostało w końcu zdelegalizowane na całym świecie (z praktyką jest oczywiście różnie) i powstał choćby Trybunał Sprawiedliwości w Hadze. Nie wiem, czy też tak macie, ale ja czasami patrzę sobie w ścianę bloku naprzeciwko i myślę o tym, ile ludzi, ile pomysłów, ile eksperymentów trzeba było, by powstała taka właśnie rama H. Ta nasza kultura sprawiła też, że biologia mniej nas wiąże – umiemy leczyć ciężkie choroby, przeszczepiać organy, wiemy, jak ważne jest zdrowe odżywianie i higiena pracy, możemy sterować prokreacją nie tylko naszą własną, ale też naszych domowych i gospodarskich zwierząt.

No więc jesteś sobie człowiekiem, dajmy na to płci żeńskiej, siedzisz sobie przed komputerem (sprytne urządzenie), podłączona do wiedzy całego świata, bo właśnie tłumaczysz mądrą książkę z języka, którym posługują się jacyś nieznani ci w sumie ludzie gdzieś w innym zakątku świata, i którego zgłębienie już zajęło ci dwadzieścia kilka lat życia i wiesz, że będzie zgłębiać go jeszcze kolejne lata, tak jak inne obszary wiedzy, do których jeszcze nie dotarłaś, odwiedzać różne miejsca na świecie, gdzie jeszcze nie byłaś (niech będzie Tokio i Paryż, albo Lizbona i Buenos Aires), i nagle dowiadujesz się, że to wszystko chuj, bo przecież nie zrobiłaś (i nigdy nie zrobisz) tej jednej rzeczy – nie urodziłaś dziecka.

Nie garb się, nie noś tak grzywki, schudnij, przytyj, uśmiechaj się, nie pokazuj zębów, nie rób kariery, nie siedź w domu z dzieckiem, nie krzycz dzieckiem pod cudzymi oknami, nie kupuj tu, żyj ekologicznie, biegaj, nie przeciążaj stawów, nie krzyżuj rąk na piersiach, gdy wszyscy wokół je unoszą i prostują, i słuchaj się nas, my wiemy najlepiej.

Read Full Post »

Ku 2015

Natchniona przez nameste, przejrzałam uważnie listę przeczytanych w odchodzącym roku książek. Nie ma wśród niej powieści polskich, chęć przeczytania tak licznych w ostatnich miesiącach nowości nie przebiła się przez medialne smrodki, które rozlały się wokół czołowych postaci lokalnego światka literackiego. Skupiłam się na non-fiction, wśród ważnych pozycji wymienię „Prześnioną rewolucję” Ledera, „Zajeździmy kobyłę historii” Modzelewskiego oraz biografię Vargasa Llosy, którą napisał Tomasz Pindel. Z moich prywatnych odkryć tego roku – Austriaczka Eva Menasse (w oryginale), Michael Crumney (w tłumaczeniu Michała Alenowicza). Dużo radości miałam z czytania Henry’ego Jamesa (w oryginale), zwłaszcza „The Europeans”, ale też „The Portrait of a Lady”, aż poległam gdzieś w jednej czwartej „The Golden Bowl” i nie sięgnęłam po kolejne. W tym roku zgłębiałam też Carlosa Fuentesa (w tłumaczeniach) oraz Antonio Muñoza Molinę i Mario Benedettiego (obydwaj zarówno w tłumaczeniach, jak i w oryginale). Zaczęłam też przypominać sobie Heinricha Bölla. W przyszłym roku czekam na „Anatomię chwili” Javiera Cercasa (tłum. Ewa Zaleska) oraz ciąg dalszy „Mojej walki” Karla Ove Knausgarda (tłum. Iwona Zimnicka). W ramach nadrabiania zaległości chcę poznać bliżej Sebalda oraz Virginię Woolf. Być może także przypomnieć sobie (i nadrobić) Zadie Smith. Mam też plan wyjść w jakieś bardziej egzotyczne literatury, na przykład – to nie żart, każdy ma swoją terra incognita – francuską lub włoską. A najciekawsze pozycje rejestrować na blogu z mojej biblioteki, który właśnie odprywatyzowałam, więc zapraszam.

Read Full Post »

Ostatnia granica

Są takie wieczory, gdy nie trzeba robić niczego pilnego, a czytanie jakoś nie wciąga. Wtedy można sobie obejrzeć film, zwykle jakiś znany, za bardzo nieabsorbujący intelektualnie, z wartką akcją, dzięki której czas płynie szybko ku północy i momentowi, kiedy rozsądek podpowiada, że pora spać. Dwa ostatnie takie wieczory spędziłam oglądając, po raz drugi albo trzeci zresztą, najnowsze filmy z serii „Star Trek”. A potem wybiła północ i zwinięta w kulkę, zawinięta w kołdrę i koc bezskutecznie czekałam na sen. Sięgnęłam po sprawdzoną metodę, stosuję ją od lat bez mała trzydziestu, ostatnio bardzo rzadko, bo rzadko zdarzają mi się ostatnio problemy z zasypianiem. Ale to była właśnie taka noc. Więc umysłem i duszą będąc jeszcze w świecie przedstawionym „Star Treka”, zaczęłam snuć alternatywną opowieść, w której inkorporuję siebie w tamten świat, na pokład statku kosmicznego „Enterprise”. Zwykle to działa – na ogół bez problemu wkomponowuję się w świat przeczytanej książki albo obejrzanego filmu, bawiąc się wyobrażonymi historiami do momentu aż moja podświadomość nie przejmie kontroli nad tą opowieścią, zmieniając ją w zwykłe sny. Ale tym razem nie zarysowałam nawet ram, bo poległam na wyobrażeniu sobie własnej roli w świecie „Star Treka”. Staram się jednak zachować w tych zabawach integralność siebie samej, mojego charakteru, roli społecznej, sytuacji zawodowej, wieku i wreszcie przekonań. No więc na pokładzie „Enterprise” nie mogłam znaleźć miejsca ani wśród dowódców (nie ten charakter), ani mechaników (nie te zdolności), ani personelu naukowego. To ostatnie nieco mnie zaskoczyło. Czyżby w świecie „Star Treka” nie było miejsca dla filozofów? Czyżby, jak w tym koszmarze, który przeżywałam na lekcjach ontologii na pierwszym roku studiów, swobodną myśl zastąpiły ciągi równań z kwantyfikatorami i sigmami? Nauka świata „Star Treka” jest do bólu pragmatyczna, wpisana w schematy i potrzeby techniczne – nawet psychologia, lingwistyka straciły swój wymiar humanistyczny. Historia jest zbędna, bo czas jest plastyczny, a literatury nie ma, bo skoszarowane na statku społeczeństwo jej nie potrzebuje, ma przecież piękne widoki z kosmosu i możliwość przeżycia przygody. Pozostałam więc na ziemi i w końcu zasnęłam.

Read Full Post »

Nobel

„Nigdy nie napisał książki dłuższej niż 200 stron. Czy powieściopisarz Patrick Modiano zasłużył na Nobla?” – pyta portal wyborcza.pl. „Jeszcze w czwartek rano książki Patricka Modiano można było kupić w internecie za kilka złotych” – dodaje w innym artykule. Nieznany, nieczytany, niedoceniany, nienotowany na listach bestsellerów ani w rubrykach towarzyskich, nieanalizowany w tygodnikach, niezapraszany na festiwale i obchody (mówię oczywiście o Polsce). Wydaje się, że otwiera tu się morze możliwości, ale ja odczuwam głównie przepaść. Nie znam francuskiego, mimo licznych prób zmierzenia się z tym językiem, brakuje mi chyba zdolności i samozaparcia, by nauczyć się go na tyle, by czytać książki. Literatura francuska pozostanie dla mnie terra incognita. Ale przecież nie tylko ona. Literatury wszystkich języków, których nie znam, pozostaną dla mnie terra incognita. Ale przecież nawet z autorów piszących po hiszpańsku i po niemiecku, których czytam namiętnie, z każdym rokiem więcej, poznaję tylko wycinek. Bezmiar zadrukowanych kartek we wszechświecie – radość i trwoga. Może coś wartościowego ominęłam, nie zauważyłam, bo okładka była niezachęcająca, rozmiar nieznaczny, wydanie broszurowe, szybko zniknęło z księgarni, nikt nie napisał kilku ciepłych słów ani w prasie, ani w internecie. Ilu jeszcze przyszłych noblistów leży w koszykach z nadrukiem „tania książka” w zagraconych antykwariatach? Ile dzieł nie przeczytamy, bo nie zainteresują się nim polscy wydawcy? A jednocześnie księgarnie pełne są przysłowiowych Greyów i wynurzeń różnych celebrytek.

Ostatnio zwierzyłam się G. z pomysłu poprowadzenia dodatkowego bloga o książkach, jakie czytam. Potem gadaliśmy, jak zwykle, o piłce nożnej. „Wiesz – mówi on – powinnaś założyć bloga o futbolu. To by było coś, nie ma u nas takiego bloga, który prowadziłaby kobieta i to jeszcze tak obeznana”. Odparłam, że musiałabym wtedy oglądać zdecydowanie więcej meczów, a na to szkoda mi czasu, bo wolę czytać książki.

Read Full Post »

Czwartkowe wieczory

W Muzeum Narodowym można się nabawić paranoi. Strażniczki sal odziane w granatowe mundurogarsonki nie spuszczają cię z oka. Wchodzisz do sali, w której na pozór nikogo nie ma. Nagle, jak w grze komputerowej, z ustawionego w kącie, niewidocznego na pierwszy rzut oka krzesła podnosi się ona. Mierzy cię wzrokiem. Dziwna sytuacja – jestem raczej dobrze wychowana, nauczono mnie, że gdy się wchodzi do pomieszczenia, gdzie ktoś już jest, trzeba powiedzieć dzień dobry. Dzień dobry w muzealnych salach brzmi jednak nienaturalnie, więc w każdym przejściu między pomieszczeniami tłumię ten wyuczony odruch. Podłoga skrzypi, obcasy stukają. Każdy mój krok odbija się echem między obrazami. Ale to nie wszystko. Każde kilka stuknięć i skrzypnięć wywołanych przez mnie znajduje swoje echo w skrzypnięciach i stuknięciach strażniczki. Śledzi mnie, myślę, podejrzewa o złe zamiary, wyczekuje na zamach na polską kulturę, który bohatersko udaremni i dostanie uścisk dłoni pani minister oraz nagrodę pieniężną w postaci bonów do tesco. Napinam się, usztywniam postawę, zastanawiam się, czy przypadkiem, gdy tak stoję przed jednym obrazem, nie przybieram niekorzystnej postawy, nie dostaję wypiętego brzucha lub garba, co nie służy mojemu publicznemu wizerunkowi. Więc wolę iść powoli dalej. Cień skrzypi i stuka za mną. Zaraz! – moje myśli dawno już odpłynęły od Chełmońskich i Malczewskich – strażniczka widzi przecież, że nie poświęcam dziełom sztuki należytej uwagi, że tylko prześlizguję się po nich wzrokiem, nie podchodzę nawet bliżej – bo to dodatkowe stuknięcia i skrzypnięcia – by przeczytać drobniutkie podpisy ogłaszające wszem i wobec, któż autorem, jaki tytuł i technika, rok wydania, pardon namalowania, etc. Widzi mnie i ocenia – garbata, pokraczna, cera nieświeża (światło mi też nie służy) i w ogóle nie ma pietyzmu dla sztuki, robi to nie z miłości dla malarstwa polskiego i obcego, portretów książąt i hrabin, lecz dla pozoru, że taka kulturalna,  po to, by pochwalić się na facebooku taka i owaka była w Muzeum Narodowym i dostać setki lajków, by napisać notkę na blogu z recenzją wystawy, recenzją wystawy!, nawet nie przeczytała tekstu wprowadzającego przy wejściu, bo idzie w ogóle od tyłu i teksty wprowadzające znajdują się zawsze za jej plecami. Idę dalej, pomijam teksty wprowadzające, podłoga skrzypi, buty stukają, a za mną cień stukający i skrzypiący. Dobrze, że jest światło. Ile jeszcze tych sal i obrazów? Czy warto wchodzić do tej małej po lewej, narażać się na skrzypnięcia i ocenę kolejnej strażniczki? Może tam z boku siedzi jakaś wredniejsza, może nawet chrząknie znacząco, mrożąc mi krew w żyłach. Nic nie zapamiętam z tych obrazów i tekstów wprowadzających. Zgubiłam się zresztą, z galerii malarstwa polskiego przeszłam niespodziewanie do galerii portretu dworskiego i narasta we mnie bunt, bo nie lubię tego hiperpoprawnego malarstwa XVIII i XIX wieku, tych portretów spasionych dam i naiwnych pejzażyków, nie znoszę impresjonizmu, nie rusza mnie Malczewski. W galerii sztuki średniowiecznej było ładniej, ciekawiej. Obstawa bardziej dyskretna, chowała się za wielkimi ołtarzami, a podłoga z kafli nie skrzypiała. Światło też jakieś takie bardziej ludzkie i piękne rzeczy tam pokazują. Legenda św. Jadwigi Śląskiej w obrazkach, kolejne Katarzyny Aleksandryjskie i Barbary z wieżyczką. Jan Chrzciciel pokazuje palcem na trzymanego w drugiej ręce baranka niczym piłkarze na facebookowych zdjęciach pokazują na siebie nawzajem. Nawet głowę tak delikatnie przechylił i minę stosowną zrobił. Na wystawie masońskiej też jakoś tak przytulniej, wkomponowali w nią dźwięki, a ludzie ośmielali się nawet półgłosem rozmawiać i nikt nie zabił ich wzrokiem. Chodźmy do tych mumii, dyryguje wreszcie Ryjek. Wieczór ze sztuką zamykamy solidną porcją lodów. Należy nam się.

Read Full Post »

Przez Serbię i Bośnię też przeszły nawalne deszcze spowodowane słynnym „niżem genueńskim”. W efekcie doszło do największej od czasu rozpoczęcia pomiarów powodzi w tym rejonie. Zalane miasta i tereny uprawne, zagrożone elektrownie, ewakuowani ludzie, 20 ofiar śmiertelnych, stan wyjątkowy wprowadzony przez rząd, wykupiona woda butelkowana w Belgradzie, pomoc UE, Rosji, Izraela, apel serbskiego premiera o pomoc całego świata – na ratunek teraz i odbudowę potem. Dowiedziałam się o tym z facebookowych wpisów serbskich znajomych. Nie napisały o tym polskie portale, ale to mnie nie dziwi. Przejrzałam więc portale czołowych gazet w językach, które znam. Nie znalazłam najmniejszej wzmianki. Zajrzałam więc na anglojęzyczny serwis Russia Today, faktycznie umieścił informację o bałkańskiej powodzi na czołówce, zaraz za doniesieniami z Ukrainy. Po raz kolejny Europa odwraca się od Serbii, pomija milczeniem nie tylko jej problemy, a nawet jej istnienie. W zeszłym roku wszystkie media emocjonowały się przechodzeniem fali powodziowej na Dunaju. Przestała być interesująca gdy minęła Budapeszt, a przecież dalej też są naddunajskie miasta – Novi Sad i Belgrad, gdzie także układano worki z piaskiem i gdzie wody przelewały się przez wały.

Serbia – chory człowiek Europy, ze swoją zagmatwaną sceną polityczną, starzejącym się społeczeństwem, kłopotami gospodarczymi, zacofaniem industrialnym, i całym bolesnym spadkiem po Miloszeviciu, interesująca tylko, gdy do Trybunału w Hadze trafi jakiś zbrodniarz (ale i to coraz mniej). Bośnia – zapomniana ofiara politycznej nieudolności Europy, państwo na wpół kolonialne, niemogące wyjść z impasu zafundowanego przez układ w Dayton i podtrzymywanego przez kuriozalny układ administracyjny, dający sporo władzy narzuconemu z zewnątrz Wysokiemu Komisarzowi. Co nas to obchodzi? Odwróciliśmy się plecami od tego skrawka świata. Przypomnimy sobie pewnie tylko o strzałach na sarajewskiej ulicy, które zapoczątkowały I wojnę światową, bo przecież I wojna światowa to sprawa ogólnoeuropejska, ale czy ktoś jeszcze pamięta, o co chodziło Gavrile Principowi?

Przejrzenie różnych zachodnich serwisów dotyczących wiadomości z zagranicy świetnie pokazuje imperatywy polityczne i kulturowe powiązania poszczególnych społeczeństw. Brytyjczycy piszą głównie o wyborach w Indiach, Hiszpanie o zamieszkach w Brazylii, Niemcy dają pełny „coverage” tragedii w tureckiej kopalni, Polacy zajmują się tylko Ukrainą i Rosją oraz Watykanem i puszczają michałki w stylu śmierci ministra Laosu w katastrofie lotniczej (może kluczem jest tu powiązanie polityk-katastrofa lotnicza), i okazuje się, że tak niewiele wiemy o sobie nawzajem: Polacy o Hiszpanach, Hiszpanie o Niemcach, Niemcy o Brytyjczykach, Brytyjczycy o Grekach, Grecy o Holendrach. Tak jakby kraje europejskie również stały plecami do siebie, patrząc tylko w stronę swojego kręgu zainteresowania. Może to jest, choćby częściowo, trafna metafora tzw. wspólnej polityki europejskiej?

PS. Po południu pojawiły się pierwsze agencyjne informacje po bałkańskiej powodzi w polskim i brytyjskim internecie.

Read Full Post »

Po książkach

„Wielu ogląda, mało kto kupuje” – podsumowuje madrycką Noc Książek jeden ze sprzedawców. Czy ludzi naprawdę nie stać już na książki? Czy nie mogą wysupłać kilkudziesięciu euro na parę woluminów? A w Polsce choćby jakichś 150 zł? Jak to jest, że sprzedaż książek spada, ale nietanie przecież lokale gastronomiczne prosperują? W Warszawie za cenę książki można dostać jakieś dwie kawy i ciastko w jednej z sieciówek. Albo trzy piwa w modnym lokalu. Czy chodzi tylko o modę, a raczej brak mody na czytanie? Patrzę właśnie na mój prywatny zbiór około 700 woluminów (nie liczę tych, co zostały w domu rodzinnym) w kontekście przeprowadzki i doznaję nagłej iluminacji. W świecie, który wymusza mobilność nie ma miejsca na trzymanie obfitych księgozbiorów. W ciasnych mieszkaniach na kredyt na 30 lat, gdzie czasem nie mieści się dziecko, nie ma miejsca na bibliotekę. Społeczeństwa niepewne jutra nie będą gromadzić książek. Tak, wiem, że są e-booki, które docelowo pewnie zniwelują te problemy. Ale e-book to książka innego rodzaju, książka, którą nie można się podzielić, która nie kreuje przestrzeni społecznej. Książka zależna od jakichś serwerów Bóg wie gdzie, od dostaw energii i niezawodności sprzętu. Niepewność więc pozostaje. Czy społeczeństwo, które utraciło wiarę w postęp może jeszcze spokojnie oddawać się lekturze?

Read Full Post »

Older Posts »