Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Obserwacje’ Category

Wstałam jak zwykle przed ósmą. Po dziewiątej w chłodnej kuchni przygotowałam sobie kawę. Wyciągnęłam ostatni karton mleka odtłuszczonego, jedynego dostępnego w supermarkecie w czasach strajku transportowców. Ostatni karton, więc trzeba znowu pójść na zakupy. W pokoju rozbabrane od trzech dni łóżko, nie było czasu pościelić. Jak co poniedziałek obiecuję sobie, że ten tydzień będzie inny, mniej zabiegany, bardziej refleksyjny, spokojniejszy, długi wdech i jeszcze dłuższy wydech, jak na zajęciach z jogi. Kiedy wczoraj po raz pierwszy od czasów prepandemicznych wychodziłam obejrzeć mecz na stadionie, z kieszeni kurtki, w których obok zużytych chusteczek mam teraz mnóstwo maseczek, wyjęłam dwa kamyczki z plaży sprzed ponad miesiąca. Trzeba będzie jednak kupić tę książkę o ludobójstwie; lektury wyznaczają mi ostatnio klub czytelniczy, kurs feministyczny i medialne doniesienia. Obiecuję sobie, że to będzie inny tydzień i odpisuję na leżącego od piątku maila. Obiecuję sobie, że to będzie inny tydzień i otwieram od roku nieodwiedzaną stronę.

Read Full Post »

10 kwietnia, znowu

Są takie chwile, kiedy zdaję sobie sprawę, że pewne rzeczy się zmieniły. Na przykład gdy podczas jazdy windą wyrywam siwy włos z głowy. Prawie podczas każdej jazdy windą dostrzegam jeden i w tej krótkiej podróży na czwarte piętro staram się go pozbyć. Wiem jednak, że następnego dnia, gdy znowu spojrzę w windziane lustro, zauważę kolejny. I będzie ich coraz więcej, w pewnym momencie przestanę je wyrywać. Od 15 miesięcy nie malowałam włosów, nie chce mi się.

Od roku ze środków masowego przekazu wylewa się śmierć. Wielu z nas dotyka też z bliska. W nocy rozmawiam z Ryjkiem o tym, że jako społeczeństwo już nie jesteśmy w stanie przeżywać czegoś takiego jak w kwietniu 2010 roku, tamta zbiorowa żałoba jest niemożliwa. Katastrofa samolotu i nagła, przedwczesna śmierć blisko setki osób była szokująca w 2010 roku, w 2021, w dobie przepełnionych szpitali, opóźnionych diagnoz, niemożności godnego pożegnania, śmierć stała się czymś zwykłym i do pewnego stopnia oswojonym.

Kiedy zmarł 99-letni małżonek brytyjskiej królowej, tamtejsze media nieco bezrefleksyjnie zastosowały swoje zwykłe sztuczki. Wywoływanie poczucia żałoby w odbiorcach, chwalenie zmarłego, publikacja hołdów i kondolencji, czasami zupełnie od czapy, przerywanie programów, zmiana ramówki, nieustanny strumień obrazów w stonowanych kolorach i nastrojach. „Zmarł ważny człowiek dla narodu, podpora ciężkopracującej królowej, człowiek, który gdyby nie został małżonkiem następczyni tronu, stałby się wybitnym lordem mórz, jedyny mężczyzna w Wielkiej Brytanii, któremu odmówiono prawa przekazania dzieciom własnego nazwiska, sportowiec i modernizator”. Pustka tego typu laurek staje się boleśnie widoczna w dobie kryzysu covidowego, który w dodatku nie pozwala na przeprowadzenie hucznych uroczystości pogrzebowych od dziesięcioleci zapisanym w planie Forth Bridge. Zmarł pozbawiony ojczyzny arystokrata, który wprawdzie udzielał się w marynarce w czasie II wojny, ale szybko przeszedł na pozycję bon vivanta żyjącego w wygodnych pałacach, znanego ze swoich mało wymyślnych żartów. Ożenił się z dziedziczką tronu Windsoru i myślał, że będzie głową rodziny jak każdy mężczyzna w tamtej epoce, a nie tylko błękitno-krwistym gwarantem przedłużenia rodu, niczym dawne księżniczki z poszczególnych europejskich stajni od wieków wysyłane na obce dwory, by rodzić i milczeć? Kiedy kilka tygodni temu ratowano jego starcze serce, ilu młodszym od niego Brytyjczykom wstrzymano ważne operacje z powodu covidowego obłożenia szpitali? Jak czcić 99-letnie życie, gdy problem, przed którym stoi całe społeczeństwo, polega na tym, że tak wielu może nie mieć szans przeżycia nawet połowy tego?

Pandemia przeorała nasz świat, zakwestionowała wiele spraw, nad którymi dotąd być może się nie zastanawialiśmy albo zastanawialiśmy się za mało. Jak puste okazują się wielkanocne rytuały, gdy zmartwychwstanie jest ciągle odsuwane w czasie. Nic dziwnego, że liczba niedowiarków rośnie i nikt już nie słucha Marii Magdaleny i drugiej Marii niosących dobrą nowinę. Jakąkolwiek nowinę.

Read Full Post »

Klocki Lego

Wrócił klub czytelniczy, ale druga sesja została niespodziewanie odwołana z niewyjaśnionych uczestniczkom przyczyn. Pierwsze spotkanie było trochę dziwne. Zamiast w tradycyjnym kręgu, siedziałyśmy jak w tramwaju, a nawet w trzech równoległych tramwajach, tyle że w przepisowej odległości 1,5 metra od siebie. Prowadząca zasiadła zaś za pulpitem i nie udawało jej się rozwiązać problemu okularów – po chwili patrzenia przez nie na dalsze rzędy, przestawała widzieć cokolwiek z powodu odmaseczkowego parowania. Gdy je zdejmowała widziała tylko pierwsze trzy osoby. Ale nikomu z nas nie było łatwo, co odczuwało się też w dość skąpej dyskusji.

Problematyka pisania i czytania w czasie pandemii. W gruncie rzeczy, ile można czytać, czasami trzeba przeżyć też coś innego, coś własnego – podróż, spotkanie z ogromną grupą przyjaciół, szaloną noc w knajpach, spontaniczny spacer o północy, gdy zaczyna się wiosna i wieje wiatr z południa. Pandemia odarła nas ze wszystkich tych rzeczy oraz ze spontaniczności. Zanim zrobisz coś niecodziennego, musisz sprawdzić, czy jest to w ogóle dozwolone i pod jakimi warunkami. Stoisz sztywno w tym zdystansowanym kręgu, oddychasz ciężko i z poczuciem winy, że maseczkę nosisz już drugi dzień, patrzysz na zegarek, czy wyrobisz się ze wszystkim przed godziną policyjną. I co JEŚLI NIE? (600 euro kary).

Trudno jest pisać. Słowa są jakieś takie gumiaste, nie układają się. Jak klocki Lego, którym brakuje połowy elementów. Może rok w ciągłej gotowości, czujności i skupieniu powoduje, że kreatywność spada? Jak dziwić się światu, gdy wszystko jest dziwne? Jak podziwiać drobne wykwity codzienności, gdy przytłacza nas ona swoją masą? A idee tylko bolą ostatnio, trwa nieustanna walka o prawa kobiet (w Polsce), demokrację (w USA i nie tylko), wolność (W Hiszpanii), życie wreszcie (wszędzie). Czuję się wezwana do składania świadectwa, ale tak naprawdę nie wiem, o czym miałabym świadczyć. A w ogólnym rozrachunku tworzysz coś, budujesz, zakładasz rodzinę, piszesz, bo liczysz, że coś po tobie zostanie.

Ale potem nadchodzi iberyjska wiosna. Można iść w słońcu i wzdłuż morza, bo pozwolono odwiedzać sąsiednie miasteczka w celach socjoekonomicznych (cokolwiek to znaczy, dla mnie spacer z przyjaciółką do Starego Portu w Algorcie). Ponad linią maseczki wyskoczyły mi pierwsze tegoroczne piegi. Zwołuję zlot czarownic – reaktywacja po pięciu latach – i znowu chce mi się pisać do wydawców w sprawie świetnych autorek i autorów, także tych tworzących w języku, w którym często powtarza się literka x i dlatego tekst w nim wygląda jak mapa wyspy skarbów (licencja Elizabeth Macklin). Zapisuję się na jakieś egzaminy i cierpliwie przerzucam ćwiczenia. No i są jeszcze mecze – już dawno futbol nie dawał mi tyle radości. Za mną przedostatni odcinek niezbyt mądrego, ale okropnie wciągającego serialu, co za ulga. Zostałam też właścicielką mojego pierwszego na obczyźnie regału Billy.

Read Full Post »

Końcówka 2020 roku jest smutna i wietrzna, naznaczona bliższymi lub dalszymi śmierciami. Nigdy przedtem nie umarło tyle osób w moim otoczeniu. Nigdy przedtem nie miałam blisko siebie tylu świeżo osieroconych osób.

Kilka tygodni temu odbyłam ekspresową podróż na południe Hiszpanii – znad Morza Kantabryjskiego prosto nad Cieśninę Gibraltarską. 12 godzin przez puste drogi. Zostało mi kilka niezapomnianych obrazów. Zamglona pustka przy wjeździe na autostradę A1 w kierunku Madrytu, w której migające zielone i czerwone światła potęgowały wrażenie krajobrazu poatomowego. Niesprzątnięty stolik w jednej z nielicznych otwartych przydrożnych knajp zaraz za Somosierrą – tak jakby kelner, który nie miał nic do roboty, chciał jak najdłużej zachować wspomnienie po gościach, którzy już dawno odjechali. W wielkiej toalecie byłam sama i mogłam swobodnie nasmarować ramię kremem przeciwbólowym – kilka dni wcześniej doznałam kontuzji i kilka godzin w samochodzie zaczynało dawać mi się we znaki. Niepokojąco szeroki krajobraz La Manchy – długa, prosta, usypiająca droga z hopkami, na której cierpiałam już straszne bóle i łykałam paracetamol jak głupia. Wzgórza porośnięte drzewami oliwkowymi w okolicy Jaen. Zachód słońca nad zamkniętą Granadą barwiący jej białe domy na różowo. Wreszcie ciemność sugerująca wody Morza Śródziemnego na autostradzie wzdłuż Costa del Sol. Od dawna chciałam odbyć tę podróż, ale nie w takich okolicznościach. Nie po to, by zakończyć ją kilkudniowym poznawaniem wszystkich możliwych dróg z domu do szpitala i wreszcie pogrzebem. Nie po to, by znosić listopadowy i grudniowy wiatr i deszcz, od którego nie da się uciec na piątym piętrze z widokiem na morze i Skałę Gibraltarską. Są też jasne punkty: rodzinne spotkania, spacery po całym miasteczku, z którego można wyjść tylko przez granicę z Gibraltarem – już dawno z taką intensywnością nie używałam paszportu. Słońce jest też inne. Każdy słoneczny poranek to ogromna dawka energii dostarczana prosto do łóżka, która rekompensuje z naddatkiem deszczowe dni, gdy trudno się na czymkolwiek skupić. Za kilka dni odbędę podróż powrotną i powoli zanurzę się w spokój Bożego Narodzenia w odosobnieniu.

Read Full Post »

Światłocienie

Gdy nastała pora deszczowa i spadły temperatury, sięgnęłam po dawno nieużywane kurtki i buty. W kieszeniach okryć wierzchnich odłożonych na parę miesięcy zawsze znajduję ślady poprzedniego sezonu – na przykład bilety warszawskiej komunikacji miejskiej, paragon z cukierni, karteczkę z sygnaturą książki, którą chciałam wypożyczyć z biblioteki. Tym razem były to plastikowe rękawiczki, bez których wiosną nie można było wejść do sklepu, oraz cukier dodawany do kawy na wynos w piekarni Bertiz. Przymykam oczy i przypominam sobie tamten spokój, ciszę panującą na ulicach, moją codzienną jogę i pracę nad tłumaczeniem, które dziś właśnie ma swoją premierę.

Nie umiem nie pisać o pandemii.

W „Mapie” Barbary Sadurskiej natykam się na ślad epidemii cholery w czasach Rembrandta – który jest zresztą jednym z bohaterów powieści. Zdaję sobie w tym momencie sprawę, że nigdy nie zwracałam większej uwagi na te dżumy i hiszpanki. Były prawie jak transparentny środek literacki – chcesz wybić połowę bohaterów, wprowadź epidemię, stwórz sceny, w których na ulice masowo wynosi się owinięte w szmaty trupy, a nad wszystkim niech unosi się dym i bicie dzwonów. Jakie to proste.

Umieszczenie przez Sadurską akcji w domu Rembrandta oraz opis tworzenia akwafort przypomniały mi o Rembrandtowskiej wystawie w Muzeum Sztuk Pięknych w Budapeszcie. Kupiłam wtedy w muzealnym sklepiku kilka reprodukcji jego rycin. Mam nadzieję, że leżą w jakimś pudełku w piwnicy rodzinnego domu.

Za oknem lunęło. Ciało automatycznie zapada się w sobie, kurczy, mięśnie ściągają się. Pora zamknąć ostatnie uchylone okno w mieszkaniu, wyciągnąć dodatkowy koc. Dopada mnie senność, której nie udaje mi się zwalczyć kawą ani dodatkową godziną snu w nocy. Doroczne marzenie, by najeść się igliwia i przespać zimę, tym razem ma więcej sensu. Gdybyśmy wszyscy to zrobili, pandemia by się definitywnie skończyła, prawda?

Read Full Post »

Kiedy mieszkałam z Ryjkiem i z Ryjkiem wyjeżdżałam na wakacje, rano dopijałam resztki mleka z kartonu, żeby się nie zmarnowało. Przypominam to sobie lata później podczas nalewania mleka do porannej kawy, kiedy nie mieszkam już z Ryjkiem i nie wyjeżdżam na żadne wakacje. Być może od czterech lat jestem na nieustających wakacjach – włącza mi się wrodzone polskie cierpiętnictwo, które z każdej radości życia czyni powód do winy. Bo co zrobiłam, by zasłużyć sobie na te spontaniczne popołudniowe wypady na plażę, podczas których można położyć się na ciepłej fali i popatrzeć na pasące się na zielonym wzgórzu owce?

Ostatnio gdy nie mogłam zasnąć, zaczęłam wymieniać baskijskie miejscowości na kolejne litery alfabetu. Zacięłam się przy C, bo w baskijskim nie używa się tej litery, więc nie ma miejscowości od niej się zaczynającej. Przebiegałam w myślach całą mapę, zapędziłam się do Nawarry i Francji, ale mimo to nie mogłam znaleźć żadnej. Już chciałam sama się oszukać i wstawić hiszpańską wersję Karrantzy (Carranza), ale zaraz pomyślałam, że będę miała problem na K, bo tej litery nie używa się w hiszpańskim. Ostatecznie w desperacji wrzuciłam Castro-Urdiales, wprawdzie leży w Kantabrii, ale mieszka w nim dużo Basków. I spokojnie mogłam wymieniać dalej: Durango, Derio, Deba, Donostia… Zasypiałam, a potem budziłam się i żeby ponownie zasnąć, wracałam do przerwanej litanii. I tak kilka razy – budziła mnie burza, budziły mnie dziwne zwierzęce odgłosy (może to był lis i w końcu znam odpowiedź na pytanie: What does the fox say?), budziły ptaki o świcie ale nie doszłam do Z. A rano spojrzałam na południe, ku mesecie za tą górą.

 

Read Full Post »

11 dni po rozpoczęciu kwarantanny widać już, że wychodzimy z etapu romantycznego. Od oglądania oper, sprzątania dawno zapomnianych zakamarków mieszkań, spotkań przy winie za pośrednictwem skype’a, przesyłania śmiesznych filmików i konspiracyjnych spotkań w kolejce do supermarketu przechodzimy do etapu znużenia i zniechęcenia, podlanego niepewnością i lękiem o przyszłość.

Praca i szkoła weszły do domu i wydaje się, że nieźle się zadomowiły. System edukacji publicznej na siłę podtrzymuje fikcję pt. dokończymy ten rok szkolny nieludzkim wysiłkiem swoich żołnierzy – uczniów, rodziców i nauczycieli. Poprowadziłam jedną lekcję przez Zooma i zmęczyłam się tym bardziej niż podwójną lekcją na żywo. Mam już pracę, którą wykonuję w domu, i z niechęcią przyjęłam wtargnięcie tu tej drugiej. Moje nauczanie wynika z potrzeby wychodzenia i przebywania z ludźmi. Podczas zajęć nakręcam się, gestykuluję, nawiązuję kontakt wzrokowy. Mam taką zgraną grupę dziesięciolatków – nasze lekcje to prawdziwa symfonia, w której jestem dyrygentką, krążącą po sali, wskazującą fragmenty partytury, dającą przestrzeń nieśmiałemu, cichemu instrumentowi lub ucinającą zbyt głośne solo innego. Oczywiście są też młodociane orkiestry, w których głównie latają nuty, a ja mogę najwyżej stukać batutą w pulpit, albo takie, w których solista czuje się ważniejszy od dyrygenta, a wiolonczele przez całą próbę kakafonicznie kłócą się z kontrabasami. Jednak nawet tam uda się czasami zagrać jakiś fragment w miarę poprawnie i z polotem albo zgodnie wysłuchać dobrej solówki. Zaczyna mi trochę tego brakować. Zwłaszcza że w tym roku wreszcie przystosowałam się, pozbyłam kompleksów i naprawdę polubiłam nauczanie.

Nie jest łatwo skupić się na pracy, gdy brakuje odskoczni w postaci spaceru nad rzeką, wina ze znajomymi, comiesięcznych baskijskich śpiewów na starówce, futbolu. Gdy całe życie toczy się między sypialnią, balkonem i gabinetem, z małym przystankiem w kuchni czy łazience. Paradoksalnie w tej izolacji pozbawiliśmy się możliwości odizolowania się od problemów, jakimi dociska nas świat zewnętrzny. Nie pojadę z kindlem na plażę, nie przebiegnę się dla uspokojenia myśli po lesie, nie siądę nad kawą i ciastkiem w kawiarni z widokiem na tramwaj. Co najgorsze, nie przytulę się do nikogo, żeby uspokoić nerwowe bicie serca.

Nadal wychodzimy na balkony o 20, żeby oklaskami podziękować tym, którzy walczą z koronawirusem na pierwszej linii. Mam wrażenie, że oklaski są dłuższe, choć mniej frenetyczne. Lokalna policja zmieniła komunikat o zakazie wychodzenia z domu na hymn naszego miasteczka, kojarzący się z fiestami, beztroską zabawą. Wszystko, żeby podnieść na duchu. Od kilku dni mój sąsiad z naprzeciwka majstruje coś na drabinie przy oknach – podejrzewam, że cierpliwie odmalowuje żaluzje od wewnątrz, deseczka za deseczką. Każdy ma swoje metody na radzenie sobie z zamknięciem.

Read Full Post »

Jeszcze tydzień temu wychodziłyśmy na ulice na rzecz praw kobiet. W ciągu kilku dni na społeczeństwo w Kraju Basków spadło przejście na telepracę, zamknięcie szkół, potem barów, wreszcie zakaz wychodzenia z domów. Oczywiście zakaz nie dotyczy tych, którzy idą do pracy, do lekarza, po zakupy lub opiekować się osobą niesamodzielną. W niedzielne popołudnie wyludnionymi uliczkami mojego miasteczka przejeżdżał samochód lokalnej policji, nadając komunikat o obowiązku pozostania w domu. Kilka godzin policja zrobiła nalot na pobliską plażę, rozganiając spacerowiczów korzystających ze słońca.

Było słońce, więc koło południa zainaugurowałam sezon balkonowy. Wczoraj był zaś ostatni spacer, ostatnie wino, ostatnie śniadanie w zaprzyjaźnionym barze. A także sprawny rajd po sklepach. Nie przesadziłam z zakupami, choć na pewno były bardziej przemyślane niż zwykle. Nie boję się zamknięcia, mam wprawę w pracy z domu, zapas książek, no i balkon.

Jeszcze tydzień temu taki scenariusz wydawał się nierealny, martwiłam się głównie tym, czy Ryjek będzie mogła przyjechać do mnie na Wielkanoc i zbliżającym się Euro. Dziś te problemy stały się odległe, zwłaszcza że cały dzień śledzę podróż powrotną do Polski przyjaciół, których zamknięcie granic złapało w przeddzień wylotu z Wietnamu do Warszawy. Teraz najważniejsze jest przetrwanie kolejnych dni bez zachorowania i w dobrym stanie psychicznym, wyrobienie sobie rutyny, szczególnie jeśli chodzi o ćwiczenia fizyczne. Wiele osób napisało, ja też napisałam. Umówiłam się na skype-wine na jutro. W lekturach „Wirus paniki” i „Paragraf 22”.

 

Read Full Post »

Jesień

Lato do samego końca. W sobotnią noc w Lekeitio, nad samym morzem, słucham koncertu jazzowego, w porywistym południowym wietrze, pod gwiazdami i przyjaznym okiem nieodległej latarni morskiej. W niedzielne południe tradycyjnie na czwarte piętro dobiega gwar uliczny i zapach smażonych kalmarów.

Powoli wszystko zaczyna się od nowa. Zajęcia, praca, tydzień wypełniony do ostatniego kwadransa. Na pierwszym spotkaniu klubu czytelniczego natknęłam się na dwadzieścia kobiet w wieku okołoemerytalnym i rozbawionego pisarza w roli prowadzącego. Teraz penetruję biblioteki prowincji w poszukiwaniu zadanych lektur i sprawia mi to radość.

W ostatnim tygodniu lata na prawie pustej plaży zanurzałam się w nadal ciepłe morze, a potem, korzystając z pełniowego odpływu, przeszłam przez rzekę i z bliska przyjrzałam się skałom. Są tam od setek tysięcy, może milionów lat, niezmienne – może raz na jakiś, bardzo długi zresztą, czas odrywa się ich kawałek i zalega na piasku, pod wodą, pod porostami i muszlami, których właściciele dawno już obeschli w środku. Porusza mnie ta niezmienność i obojętność na to, co wokół. Na przypływy i odpływy, gwizdek ratownika, sztormy i galerny, statki oczekujące na wejście do portu. W upalny dzień kamienie odparowują sól i stoję tam sobie w tej lekkiej mgiełce, stopy zapadają się w miękkim piasku, i obserwuję, jak rzeka uparcie toczy swe wody do morza. W takich chwilach wiem, że jesteśmy tylko częścią przyrody – wylegującymi się na nasłonecznionym brzegu ssakami, pożerającymi dojrzałe figi. Ta świadomość daje mi mnóstwo siły w te ostatnie dni lata, u progu jesieni, która, jak zawsze, może przynieść wszystko.

Read Full Post »

Pisarz, którego książkę ostatnio przetłumaczyłam, wygląda swojsko, jak człowiek z niewielkiego miasteczka, jakim w gruncie rzeczy jest. Poza Krajem Basków nigdy nie przyszłoby na myśl zaglądać do hotelowych kawiarni, ale tutaj jest to zazwyczaj jeszcze jedno miejsce, w którym można się spotkać i porozmawiać, wypić kawę lub wino, dlatego gwiazdki, napuszone nazwy i zewnętrzny blichtr już mnie nie onieśmielają. Podsuwam nawet zuchwały pomysł, by zaparkować na podziemnym parkingu dla hotelowych gości. Nikt nie kręci nosem, a my pozbywamy się problemu z szukaniem miejsca w centrum trzeciej baskijskiej stolicy, której w ogóle nie znam.

Pisarz, którego książkę ostatnio przetłumaczyłam, jest prawdziwym gawędziarzem. Chwyta każdy podsunięty temat jak ryba przynętę i zaczyna swoją opowieść, z dygresjami, anegdotami, pomocnymi metaforami. W tych rzadkich momentów, gdy chcemy dodać coś od siebie zauważam nawet lekką niecierpliwość pisarza, jakby nie przyszedł tutaj po cudze historie, tylko po to, by opowiedzieć własną.

Gdy Pisarz, którego książkę ostatnio przetłumaczyłam, znika za przeszklonymi drzwiami, a my zostajemy z nagraniem, drobnymi prezentami i rachunkiem, czuję, jak wreszcie odpływa ze mnie napięcie ostatnich miesięcy, a może nawet tych kilku lat, podczas których walczyłam o przetłumaczenie tej książki, a potem poświęcałam jej każdą chwilę, której nie musiałam przeznaczać na inne kwestie.

Podobnie, tyle że tym razem przez empatię, czuję się, gdy w kolejny przedletni piątek towarzyszę I. podczas egzaminu ustnego z angielskiego. Przez ostatnie miesiące spotykałyśmy się w każdy wtorek na baskijsko-angielską wymianę językową, podczas której odkryłam, jak wiele mamy wspólnego i jak miło spędzam z nią czas. Gdy w trakcie poegzaminacyjnej celebracji kieliszkiem wina rozmawiamy o naszych doświadczeniach zagranicznych, zdaję sobie nagle sprawę, jak wiele odwiedzonych miejsc uczyniłam w jakimś sensie moimi i jak bardzo mnie to wzbogaciło. Z tym większą radością odwiedzę wkrótce miejsce, z którego wyszłam, z przynależnymi mu rodzinnymi rytuałami, kotami i lipcowymi owocami, za które nie trzeba płacić.

Read Full Post »

Listopadowo…

W Dniu Wszystkich Świętych nie byłam na cmentarzu. Który to już rok omija mnie jesienna melancholia tego najpiękniejszego święta w roku? Na wyświetlaczu telefonu widzę moją roześmianą Babcię. Cieszy się, bo skończyła 92 lata. „Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że tyle pożyję, przy tym życiu, jakie miałam, to bym go wyśmiała”, mówi. Zaraz jednak dodaje: „Młodość miałam wesołą. Cieszyłam się moimi dziećmi, cieszyłam się wszystkim. Przychodzili koledzy, przychodziły koleżanki. A ja zawsze starałam się, żeby była herbata i ciasto, żeby zostali miło przyjęci”. Patrzę na jej pomarszczoną twarz i myślę sobie, że głęboko we mnie też jest ta radość z powodu drobiazgów, która sprawia, że trwam i przetrwam wiele. Nie tylko kolejne deszczowe dni na wybrzeżu.

Read Full Post »

Zaćmionego księżyca nie było widać na kantabryjskim wybrzeżu, za to można było podziwiać silny odpływ na tle odległego portu i latarni morskiej mrugającej z innej prowincji. Potem śniłam o o chodzeniu po grząskim piasku i powrocie wody w postaci ogromnych ciemnych fal. Tego lata mnóstwo pracy, mało plaży, skończyła się gorączka futbolowa i pochłaniam teraz sagi i powieści, bo coś trzeba robić z upalnymi wieczorami.

Na dzień hiszpańskości wybieram się do palimpsestu Hiszpanii: Segovia, Avila, El Escorial, Valle de los Caidos. Coraz więcej chęci, by znowu pobawić się w badanie historii, posłuchać kamiennych murów i zamkniętych w nich duchów.

Read Full Post »

Temperatura znacząco się obniżyła. Kilka dni deszczu, dziś słońce, ale powietrze ostre, schodzi od otaczających nas gór. W piątkowe popołudnie zostałyśmy wysiedlone do wynajętego dla nas czterech, uczestniczek programu, mieszkania w samym sercu Amorebiety. Wspaniale, wreszcie mogłam pójść spać, nie otulając się ściśle kocem. Podejście do ogrzewania w internacie jest dość specyficzne: niby są kaloryfery, ale wyłącza się je w ciągu dnia w całym budynku, co przy wszechobecnej ostatnio wilgoci zupełnie nie ma sensu. Więc marzniemy, dziwiąc się kolegom w koszulkach z krótkim rękawem.

Miłe panie z Instytutu Baskijskiego przyjechały, popaplały, zrobiły sobie z nami zdjęcie i zostawiły nas w niepewności co do szczegółów programu naszego pobytu. Wiec organizujemy się na własną rękę, skupiając się na nauce, życiu towarzyskim i rozrywkach. Czwartkowy rajd po barach zdaje się być tutejszą tradycją. Ale ja czuję już lekki przesyt tym ciągłym byciem z innymi. Nie leży to w mojej naturze. Starałam się to wytłumaczyć koledze wytypowanemu do odprowadzenia mnie do szkoły, gdy już odechciało mi się wizyty w kolejnym barze. Miałam nadzieję na trzeźwiący spacer ze słuchawkami w uszach, dostałam kawałki historii cudzego życia, co też nie było w sumie złe. Przystosowuję się tu w zasadzie do wszystkiego, czasami tylko potrzebuję więcej czasu. I gdybym miała podsumować, co czuję, powiedziałabym, że jestem naprawdę szczęśliwa. Takim spokojnym szczęściem, w którym rozpoznaje się braki i niedostatki, ale nie urastają one do rangi problemów. Być może dlatego, że znacznie łatwiej pokryć je czymś innym. Brakiem trosk materialnych. Słońcem. Dobrym jedzeniem i kieliszeczkiem wybornego txakoli. Albo zapowiedzianym spacerem.

Read Full Post »

„In Zeiten des abnehmenden Lichts” Eugena Ruge przeczytałam jakieś dwa lata temu dzięki bibliotece Instytutu Goethego w Warszawie, która ostatnimi czasy stała się dla mnie kopalnią świetnej współczesnej beletrystyki. Niemieckojęzycznej. W kręgach wydawniczych krąży opinia, że współczesna literatura niemiecka się nie sprzedaje, jest niezrozumiana, nie budzi zainteresowania publiczności. Więc na zasadzie samospełniającej się przepowiedni tej literatury nie wydajemy, a jeśli już to jakoś tak pokątnie, wybiórczo, bez rozgłosu, bez debaty. Chlubne wyjątki to Bernhard i Sebald, ale uważam, że trudno w drugim dziesięcioleciu XXI wieku nazwać ich „pisarzami współczesnymi”.

Książka Eugena Ruge została wyróżniona w 2011 roku Niemiecką Nagrodą Książkową i stała się bestsellerem, szybko sprzedanym na europejskie rynki. Interesowałam się tą pozycją w mych wydawniczych peregrynacjach, więc wiedziałam, że została też kupiona w Polsce, że Instytut Goethego przyznał dotację na jej tłumaczenie i że przełoży ją Ryszard Wojnakowski – tłumacz wybitny i zarazem przyjaciel autora.

Wczoraj zobaczyłam polskie tłumaczenie w bibliotece IG i po powrocie do domu ruszyłam w internet, bo jak to, wyszła taka książka, a ja nic o tym nie wiem? Nie widziałam jej w żadnej księgarni, nie przeczytałam żadnego artykułu. „El Pais” poświęcił weekendowy magazyn upadkowi muru berlińskiego, był wywiad z Noteboomem, artykuł Munoza Moliny o historii w literaturze, artykuł o literaturze enerdowskiej i jej losach po 1989 r. A u nas jakoś cicho, a przecież od września (sprawdzam) na rynku jest książka „W czasach gdy ubywało światła” Eugena Ruge – świetny przyczynek do dyskusji o upadku muru, bo część jej akcji dzieje się tuż przed 8 listopada 1989 r.

Jak położyć niezwykle ważną i interesującą książkę? Wydać ją w niewłaściwym wydawnictwie, w niewłaściwej serii. Rozesłać do naiwniutkich blogerek, żeby jej recenzja tkwiła między Zafonami i post-Kalicińskimi. Totalnie zaniedbać poważną promocję w poważnej prasie i poważnym internecie. Nie ściągnąć autora na targi ani żaden jesienny festiwal. Nie zainspirować debaty o upadku muru w 25. rocznicę tego wydarzenia, choć książka opowiada o historii, o NRD, o zmiennych losach niemieckich komunistów i ich lepszym lub gorszym przystosowaniu się do biegu wydarzeń. Zrobić wreszcie fatalną, sztampową okładkę. Ale wszystko to są pochodne wydania w niewłaściwym wydawnictwie, w niewłaściwej serii. Skutecznie ukryć arcydzieło między czytadłami – musi być na to dodatkowy krąg w piekle Dantego.

I jeszcze muszę: Przeszukując internet, natknęłam się na te blogi pseudoliterackie, wśród których rozesłano książkę. Przerażające, że gusty czytelnicze w tym kraju mają niby kreować osoby, które nie rozumieją, że w latach 40. niemieccy komuniści nie zwiedzali sobie Meksyku, tylko przebywali tam na wygnaniu, które razi nielinearna narracja i które najwidoczniej nie rozumieją zamysłu beletryzowania autobiografii i historii rodzinnej. Im książka się więc nie podoba, ale dla mnie to jedna z ważniejszych pozycji, jakie czytałam w ostatnich latach. I jeszcze do niej na pewno wrócę. Polecam, przeczytajcie.

Read Full Post »

Paraplu

I nagle jest już zimno. Niezbędność kurtek i butów. Wieczorne dogrzewanie się kąpielą i kocami, tak typowy dla września chłód mieszkania. Lekkie drapanie w gardle i ścisk serca pod łopatką. Na Sadach Żoliborskich odurzająco pachnie gnijącymi jabłkami, chusta oplata mi włosy, kasztany w każdej kieszeni. W tym roku podnoszę tylko jeden podczas jednego przejścia, nie chcę być zachłanna, obiecałam sobie. Przez empik zamówiłam małe niemieckie książki i stałam długo wśród zabawek i czekolad, czekając na reakcję systemu.

Read Full Post »

Prapoczątki

W tym tygodniu na mojej ulicy dwa ostre hamowania zakończone stuknięciem. Efektów nie dojrzałam, bo liście trzymają się mocno. Prolongata lata. W Tatrach jeszcze bardziej widoczna, bo tam od miesięcy popołudniami pada spokojny deszcz i skutecznie konserwuje zieleń. Widziałam czarnobrewe góralki zamaszyście roznoszące talerze. Widziałam dziewczynkę, która przypomniała mi mnie samą sprzed trzydziestu lat. Też miałam takie wyraziste, ciemne brwi i chodziłam z chmurną miną po Krupówkach. Ponoć podczas tamtego pobytu rodzice poczęli Ryjka, tak jak mnie poczęli podczas swej podróży poślubnej do Zakopanego trzy lata wcześniej. Ona ma w żyłach krew kozic, a ja jestem tylko czarnobrewa.

Read Full Post »

Sny podróżne

Śniło mi się, że byłam nieprzygotowana do podróży. Najpierw na podjeździe pod domem czekał na mnie polski bus, a ja miotałam się po pokojach, zbierając pospiesznie wszystkie rzeczy, które uznałam za potrzebne. Taki mały plecak? – zapytał ktoś z widzów. Gdzie ja właściwie jadę? Na koniec zgubiłam numer rezerwacji. Potem jechałam tramwajem przez Polskę do Gdańska. Stamtąd miałam tani samolot do Anglii, gdzie miałam wsiąść na statek do Ameryki. Będąc już w Anglii, szukałam w internecie (co ciekawe, jakby zainstalowanym w folderze reklamowym formatu A4) informacji o moim rejsie. Nie mogłam znaleźć stron, a kiedy je znalazłam, nie chciały się załadować. Okazało się, że zapomniałam biletów, które kupiłam wcześniej i które mi przesłano. Został w Warszawie, w niebieskim pudełku na ważne rzeczy. A potem była wreszcie podróż w grupie młodych hałaśliwych ludzi. Bałam się opuścić środek transportu (nie wiem, jaki), żeby nie odjechał beze mnie i nie zostawił w środku niczego.

Read Full Post »

Przez ostatnie dwa tygodnie dużo pracowałam i rzeczy zewnętrzne przemykały jakby obok mnie. Tak, popłakałam się z bezsilności, widząc niepodległościową zadymę, tych zamaskowanych bandziorów siejących zniszczenie. Tak, popłakałam się ze śmiechu, czytając kolejne poważne wypowiedzi sugerujące, że przyczyną wszelkiego zła jest tęcza i że najlepiej oswoić ją w jedyny znany w tym kraju sposób: ubiałoczerwonić, upolakowić. Kolejna odsłona zjawiska znanego z nagłówków internetowych: Katastrofa w Indiach/Peru/Kanadzie. Tysiące rannych/setki zabitych. Nie ucierpiał żaden Polak/Wśród zakładników mogą być Polacy. Jakieś wydarzenie jest ważne, o ile bierze w nim udział, lub nie bierze – w przedziwnej logice katastrofowych njusów, jakiś Polak (może być w ostateczności Polka, to częściej w wiadomościach sportowych). Czasami mam wrażenie, że Polska jest jakimś miejscem uprzywilejowanym. Jakby udało jej się wśliznąć na głowę żółwia podtrzymującego Ziemię i teraz może z dystansu patrzeć na problemy tego świata (o ile nie trafi się na jego powierzchni, np. na Filipinach jakiś zagubiony Polak). Doris Lessing umarła, ale w Polsce jej książki nadal kurzą się na półkach z przecenami, nikt nie chce dyskontować zwiększonej popularności zmarłej pisarki. A może jesteśmy już tak daleko od wszystkich zjawisk tego świata, że u nas popularność pisarza nie zwiększa się po jego śmierci? Albo dotyczy to tylko polityków? W Warszawie trwa szczyt klimatyczny, ale dziwnym trafem nie wydaje się to za bardzo interesować naszych władz czy gadających głów. W końcu problemy świata nie są naszymi problemami. Na głowę żółwia nie trafią tajfuny i powodzie. A jeśli przypadkiem nas zaczepią, wyślemy przeciwko nim husarię pod tęczą biało-czerwoną.

Read Full Post »

Zbigniew Romaszewski wyrokiem warszawskiego sądu uzyskał prawo do zadośćuczynienia (w wysokości 192 tys. złotych) oraz odszkodowania (48 tys. złotych) za krzywdę w postaci wyroku sądu wojskowego z 1983 roku, który skazał go na 4 i pół roku więzienia za zorganizowanie podziemnego Radia Solidarność. W sumie 240 tys. złotych. Romaszewski określił ten sądowy werdykt jako „wyrównanie patologii panujących w Polsce”. Artykuł z Gazety Wyborczej zestawia tę wypowiedź z informacją, że były senator ma „zaledwie” 4 tysiące złotych emerytury, a jego żona 1700 zł i że zasądzone im pieniądze mają stanowić istotną pomoc w ostatnich latach ich życia.

Blisko 6 tysięcy złotych emerytury na parę małżonków to kwota, o której nie śnią nawet tysiące par emeryckich w Polsce. Wypowiedź ta pokazuje więc, że człowiek, który przez ponad dwadzieścia lat zasiadał w ławach polskiego parlamentu nie ma świadomości, w jakich warunkach żyją zwykli obywatele.

Ale problem leży znacznie głębiej. Trzecia Rzeczpospolita w ostatnich latach stworzyła akty prawne, które pozwalają ubiegać się o odszkodowania działaczom wolnościowym z okresu PRL. Muszą oni jedynie wnieść sprawę do sądu, tak jak zrobił to Romaszewski. Tekst ustawy, do jakiej dotarłam ogranicza jednak kwotę zadośćuczynienia do 25 tys. złotych. O resztę trzeba ubiegać się w oparciu o inne akty prawne. Zainteresowało mnie, czy rodziny ofiar na przykład z kopalni Wujek lub zabitych przez wojsko w Grudniu ’70 otrzymały jakieś odszkodowania po 1989 roku. Owszem, w 2009 roku przyjęto ustawę o zadośćuczynieniu rodzinom ofiar zbiorowych wystąpień wolnościowych w latach 1956—1989, która daje każdemu członkowi rodziny (małżonkowi, dzieciom i rodzicom) prawo do 50 tysięcy złotych, o ile złożą do stosownego organu wniosek do roku 2019 oraz jeśli nie otrzymali z tego tytułu płatnej jednorazowo renty specjalnej.

50 tys. za gwałtowną śmierć osoby bliskiej wobec 240 tys. za 3 lata więzienia (Romaszewski nie odsiedział całego wyroku). To problem pewnej nierówności. Jest jeszcze kwestia tego, że senator Romaszewski jest osobą powszechnie znaną i jego sprawa od początku był sprawą dość głośną. Wdowa po górniku z kopalni być może nie wie, jakie odszkodowanie jej przysługuje, nie wie, że mogłaby walczyć w sądzie o więcej, nie ma znajomych prawników ani technicznego wsparcia. Za to toczący się przez lata proces o sprawców śmierci górników w kopalni Wujek mógł odebrać jej wszelką nadzieję na dochodzenie sprawiedliwości w polskim sądzie.

Czy sprawiedliwym jest przyznanie senatorowi Romaszewskiemu 240 tys. złotych na „godne życie”, gdy inny organ tego samego państwa, Narodowy Fundusz Zdrowia, odmówił innemu działaczowi Solidarności z lat 80., Edwardowi Kubisiowskiemu sfinansowania drogiej terapii nowotworowej. Kubisiowski zmarł w wyniku choroby w 2011 roku, a miesiąc później prezydent przyznał mu Krzyż Wolności i Solidarności, co zszokowało rodzinę. Jak to możliwe, że mój tato dostał za walkę o wolną Polskę Krzyż Solidarności, a tej solidarności zabrakło, gdy zachorował? – pyta córka Kubisiowskiego. Oczywiście, procedury NFZ to co innego niż ustawa o zadośćuczynieniach i niezawisłe decyzje sądu, ale nie możemy zapominać, o co walczyli działacze solidarnościowi jak Romaszewski i Kubisiowski. Czy nie była to przypadkiem Polska sprawiedliwa, troszcząca się o wszystkich swych obywateli, egalitarna i demokratyczna? Czy zasada solidarności nie polega na tym, że ci, którzy mogą i mają pochylają się nad tymi, którzy nie mogą i nie mają? Że tworzy się instytucje, które wspierają najsłabszych? Czy nie o to chodziło KOR-owi, w którym aktywnie działał Romaszewski? Pomóc opuszczonym, osamotnionym, potraktowanym brutalnie i niesprawiedliwie?

Jak szybko o tym zapomniano, siedząc w ławach parlamentarnych, w miękkich fotelach ministrów i rad nadzorczych spółek skarbu państwa, jeżdżąc służbowymi limuzynami, chodząc na bankiety, korzystając z nowej Polski, podczas gdy rodziny ofiar z kopalni Wujek pogrążały się w biedzie i marazmie razem z całym Śląskiem, a robotnicy ze stoczni gdańskiej musieli stawiać czoła kolejnym zwolnieniom. To pęknięcie trwa do dziś i się pogłębia wraz z pogłębiającymi się nierównościami społecznymi.

Problematyka krzywd i rekompensat jest jedną z najbardziej skomplikowanych. Kiedy oddaje się kamienice zagrabione dekretem Bieruta zapomina się o rolnikach, którzy głodowali obciążeni tzw. dostawami obowiązkowymi. Kiedy przyznaje się ordery działaczom opozycji, zapomina się o ludziach, którzy w trudnych warunkach PRL-u ciężko pracowali, budując, jak tylko się dało, dobrobyt swojego kraju. Taką litanię można ciągnąć w nieskończoność. Kiedy myślach o tym, wydaje mi się, że jest tylko jedno wyjście: zaniechać wszelkich zwrotów i odszkodowań, skupiając się na budowaniu prawdziwie solidarnego społeczeństwa, z równym dostępem do wszystkiego. Być może gdybyśmy nie widzieli, jak NFZ dopuszcza do śmierci Kubisiowskiego, nie raziło by nas tak bardzo odszkodowanie dla Romaszewskiego. Być może gdybyśmy wiedzieli, że robotnicy stoczniowi, którzy brali udział w strajkach cieszą się się takim samym poważaniem jak były senator i mają prawo do takiej samej emerytury, uznalibyśmy pobyt w więzieniu Romaszewskiego za przyczynek do wypłacenia pewnej rekompensaty.

Liczę, że Romaszewski zostanie zapamiętany jako opozycjonista, który zmonetyzował swoje cierpienia, mimo że wolna Polska zapewniła mu najwyższe zaszczyty (fotel senatora, ordery, znaczenie). I że kiedyś tak postawa, jak jego, będzie przyczyną szerokiego potępienia. Przynajmniej tak szerokiego jak potępienie poetów za koniunkturalne wiersze.

Read Full Post »

Ostatni weekend wakacji – piekny, intensywny, słoneczny i wesoły. Były przeróżne gry i zabawy, sporty i rozmowy. Leżenie na słońcu i wycieczka rowerowa. A na deser jeszcze w poniedziałek rano spacer po starówce w Zamościu. Wszystko dobre i własciwe. A 3 września świat przyspieszył swe obroty. Na ulice prowincjonalnego miasteczka wyległy tłumy, przybyło pojazdów na drogach i spraw do załatwienia. Mam w lodówce resztki pysznego jedzenia, dwa zabunkrowane piwa, a na dworze dzikiego kotka do towarzystwa. Skończyły się gry i zabawy. Jutro podążę ku światu, wrócił z wakacji, rozpakowuje się – chc też dostać od niego jakiś ładny souvenir na tę jesień.

Read Full Post »

Older Posts »