Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Luty 2013

Żegnaj, zimo!

Pora już na panią, mroźna królowo. Spływaj ku południowej półkuli, gdzie, jak donosi znajomy, który właśnie wrócił z Ameryki, lato wchodzi w pani kompetencje i sypnęło śniegiem na Puna de Atacama. My już dość się nacieszyliśmy mrozem i białym puchem, ulepiliśmy wszystkie bałwany i rozjechaliśmy te nieliczne górki, które się jeszcze ostały w okolicy. Wypiliśmy hektolitry grzańca i spaliliśmy gigawaty energii do ogrzania naszych domostw, ostatnich schronień. Fajnie było, przyznaję, ale na panią już czas, pani zimo. Chcemy już pochować futra i czapki, zdecydować, czy w tym roku wyrzucić wreszcie te przeżarte solą kozaki, chcemy pokazać światu nasze szyje i włosy (ja moje już odpowiednio przycięłam i pomalowałam) oraz kostki. Przydałoby się wreszcie trochę pospacerować i pobiegać, więc jak będziesz odchodzić, nie zapomnij zabrać ze sobą tych stert śniegu i lodu, bo nam tu przeszkadzają. Sople też delikatnie zgarnij, namnożyło ich się ostatnio. Byłaś z nami wystarczająco długo, od końca października, razem zjedliśmy już prawie wszystkie zapasy. Zostało tylko kilka słoiczków dżemu i kiszona kapusta, a do pierwszych nowalijek jeszcze daleko. Tak więc, pani zimo, do zobaczenia w grudniu i nawet jeśli czegoś zapomnisz, to proszę, już się nie wracaj. A, i odsłoń nam wreszcie słońce!

Read Full Post »

W mieście śnieg przysypany cynamonem zamienił się w śnieg przysypany kakaem. Natomiast daleko, na wschodnich rubieżach, nadal  urokliwie bieli pola. Dołącz do tego odrobinę słońca, które w dodatku grzeje, i masz już podstawowy zestaw wywołujący chęć do życia i oczekiwanie na wiosnę. „Już tylko 10 dni do końca lutego” – mówi, nieco nieściśle, moja Babcia – „a marzec to już właściwie wiosna”. Nowy, przygarnięty kotek Mamy (jeden z tych dwóch dzikich z okołobożonarodzeniowej notki) kończy już się marcować. Ma wielkie oczy i czuje respekt przede mną i przed Ryjkiem. Za Mamą biega jak pies. Wieczory spędzałam częściowo na mrużeniu do niego oczu, częściowo na czytaniu Joanny Bator i Jaime Gil de Biedmy. Znów dotykałam sensu i bezsensu, wiem, jak pachną i chyba domyślam się już, co z nimi robić.

Read Full Post »

Przysypane piachem warstwy śniegu na ławkach wyglądają jak ciastko posypane cynamonem. Mam naglą ochotę na coś słodkiego, więc mimochodem zjadam pączka na świeżym powietrzu. Słońce wesoło skrzy się na mlecznych trawnikach. Przez chwilę, bo zaraz pokrywa je brudnawa śmietana, a ja myślę sobie, że dawno nie ukręciłam kogla-mogla.

Read Full Post »

Dlaczego?

„Być może powinienem powiedzieć coś więcej o tym, dlaczego nie piszę. Wielu ludzi mnie o to pyta i jak sam siebie o to pytam. A pytanie, dlaczego nie piszę, w nieunikniony sposób prowadzi do kwestii znacznie bardziej frapującej: dlaczego pisałem? W końcu to czytanie jest czymś normalnym, nie pisanie. Mam dwie ulubione odpowiedzi. Po pierwsze, dlatego że moją poezją próbowałem bezwiednie nadać sobie jakąś tożsamość, a kiedy ją sobie nadałem i utrwaliłem, nie mam potrzeby wkładania do każdego wiersza całego siebie, a właśnie to mnie pociągało w pisaniu. Po drugie, dlatego że to wszystko było pomyłką: sądziłem, że chce być poetą, ale tak naprawdę chciałem być wierszem. I częściowo, niestety, mi się to udało. Jak każdy w miarę porządnie napisany wiersz, cierpię teraz na brak wewnętrznej wolności, cały jestem potrzebą i uwewnętrznionym poddanym tego gwałtownego tyrana, tego nieustannie czuwającego, wszechwiedzącego i wszechobecnego Wielkiego Brata – Mnie”.

Jaime Gil de Biedma na okładce zbioru jego poezji „Las personas de verbo” [Seix Barral: Barcelona 1993].

 

U podstaw mojego pisania stoi irracjonalny lęk, że skończą mi się teksty do czytania. Byłam jeszcze małą dziewczynką i już nękało mnie przeczucie horror vacui, podsycane skończonością półek w szkolnej bibliotece. Nie znałam wtedy świata. Nie wiedziałam, ile napisano, wydano i rzucono na pożarcie czytelnikowi. Nie rozumiałam też jeszcze, że czytanie jest aktywnością zupełnie inną niż czytanie i że nie da się przeczytać własnego tekstu tak jak czyta się cudzy. Dzisiaj myślę, że ten mój lęk był podświadomym wyrażeniem gotowości do poszerzania świata liter. W ten sposób, stawałam się wspólniczką i swoim potencjalnym zaangażowaniem gwarantowałam dalsze istnienie społeczności piszących. Cała jestem podporządkowana czytaniu jako nadrzędnej funkcji. Być może podświadomie po to uczyłam się języków – by móc czytać więcej. I po to zostałam tłumaczką – by inni też mogli czytać więcej. A pisanie to najwyższy poziom służby czytaniu? A może po prostu wynik tego, że mam coś do opowiedzenia?

Read Full Post »

Absurdystan

„Tramwaj przejechał pieszego na Ochocie. Był pijany”.
Prawie codziennie natykam się na jakiś absurd. Jestem jakoś na nie wyczulona, nie potrafię nie dostrzegać.
Rozbawiła mnie historia ze stoczniowym styropianem. Oto młody artysta (żeby było śmieszniej nosi pretensjonalny pseudonim, sugerujący, że jest obcokrajowcem) jedzie do gdańskiej stoczni po Temat. Natyka się tam na bryłę styropianu. Uruchamia się w nim to nasze piękne skojarzenie styropian – opozycja. Artysta dopytuje stoczniowców, którzy mówią, że w tej wielkiej bryle styropianu spali strajkujący robotnicy. Artysta pragnie „ocalić i zabezpieczyć” historyczną bryłę, niestety, okazuje się, że blok styropianu został przewieziony do stoczni przez innego artystę i nie jest autentycznym legowiskiem dawnych bohaterów. „Wrobili mnie” – mówi artysta o pretensjonalnym pseudonimie i postanawia pozbyć się styropianu.

Kurtyna.

A co w kuluarach? Styropian jako znak został zawłaszczony przez intelektualistów (w tym także artystów), stał się dla nich synonimem opozycyjności, strajków, Solidarności wreszcie. A jednak intelektualiści nie zadowalają się posiadaniem samych symboli. Oni chcą zawłaszczyć całą historię, dlatego jeżdżą do tej Stoczni Gdańskiej, kolebki, obudowują ją centrami solidarności i galeriami sztuki, obsypują fajerwerkami podczas rocznicowych koncertów. A w stoczni nadal pracują stoczniowcy, chociaż coraz ich mniej i od lat mainstreamowa opinia publiczna kibicuje ich postępującemu rugowaniu. Artysta nr 1 w 2010 roku przywiózł symbol do kolebki i zrobił happening. Artysta nr 2 (ten o pretensjonalnym pseudonimie) w 2012 roku przyjechał do stoczni, zobaczył styropian, uruchomił swoje skojarzenia i chciał zrobić akcję artystyczną. Ale padł ofiarą żartu. Stoczniowcy nabrali go na jego własne życzenie, używając jego intelektualnych kategorii.
„Kiedy zrozumiałem, że mnie wrobiono, byłem tym autentycznie załamany. Zainwestowałem w ocalenie tego obiektu swój czas i pieniądze, zbierałem kawałki, które się odłamały. Poczułem się, jakby mi ktoś wylał wiadro zimnej wody na głowę” – mówi artysta. I ja go trochę rozumiem. Być może także rozumieją go stoczniowcy, którzy to samo mogą powiedzieć o sytuacji, w której to oni zostali oszukani. Po tym, jak zainwestowali swój czas i pieniądze (których w czasie strajku nie zarobili), okazało się, że wywalczyli system, w którym stali się ludźmi zbędnymi. W tym drobnym „a kuku” w stronę artysty, przedstawiciela Tych, Co Wiedzą, Chronią Dziedzictwo i Nagłaśniają Rolę Solidarności ze strony prostego stoczniowego robotnika jest naprawdę coś dialektycznego.

I poza wszystkim jest w tej opowieści zdrowa dawka absurdu. Podkreślana przez takie detale jak obco brzmiący pseudonim artystyczny czy plany umieszczenia bryły styropianu na brukselskim Placu Solidarności. Taki miś na miarę naszych możliwości.

Read Full Post »

Bohaterowie książek biograficznych, które ostatnio czytam, prowadzili dzienniki, utrzymywali obfitą korespondencje z licznymi odbiorcami, którą w dodatku starali się archiwizować i nawet kopiować. W ten sposób wyprodukowali mnóstwo materiału źródłowego, który można teraz badać pod różnymi kątem. A szczególnie grzebać w ludzkich emocjach, sposobach podtrzymywania relacji, wreszcie w ich kłopotach finansowych i towarzyskich. Odsłania się tam walka o uznanie, próby zapobieżenia ujawnieniu niewygodnych informacji, kreowania własnego wizerunku, ale też wizerunku zmarłych już bliskich. Widać też próby zdobycia uznania ze strony „świata” w oparciu o jeden malutki otrzymany liścik od pewnej sławy, o plotkę, o przelotne spotkanie w popularnym miejscu. Chwilami wręcz rozczula mnie ta nadmierna produkcja słów, opisywanie najbardziej trywialnych wydarzeń. Ale też mam respekt dla zawierzenia w potęgę słowa, dzięki któremu wiemy o tym wszystkim z pierwszej ręki.
Wygłosiłam kilka tygodni temu gościnny referat na nowożytniczym seminarium, przysłuchiwałam się debacie metodologicznej  i zagrzebałam się w jakieś książki o XVIII wieku, którego nigdy nie leżał w obszarze moich zainteresowań. Historyk we mnie nie umiera, chociaż, jak zawsze, daleka jestem od „gorączki archiwów” i ciągle czuję niechęć do tutejszej nobliwości uniwersyteckiego uprawiania tej nauki. Ale kilka miesięcy temu gdzieś w książce zupełnie o czymś innym, która leży do tej pory niedoczytana na rosnącej kupce tych niedoczytanych, przeczytałam jakąś wzmiankę, poszperałam i dotarłam do fascynującej postaci, a potem do interesującego środowiska i tak teraz czytam i zamierzam czytać o rewolucji francuskiej, o przed- i porewolucyjnej Europie, włącza się filozof we mnie i jeszcze inaczej patrzę na Kanta i szperam po tekstach brytyjskich adwersarzach Burke’a i chyba nie ma dnia, bym o tym nie myślała. To jest jak choroba. Łapie się bakcyla i za chwilę nie sposób już policzyć ognisk zapalnych.

Read Full Post »