Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Luty 2009

Zwolnili mnie z pracy. Ni stąd ni zowąd dostałam do ręki papierek i stek bzdurnych w gruncie rzeczy wyjasnień. Redukcja etatów, zwolnienia grpowe, spółka giełdowa. Przez ostatni rok angażowałam się w pracę, przychodziłam do pracy na dziwne godziny i w dziwne dni. Za to zostałam wytypowana do zwolnienia. Ponoć byłam „najmniej dyspozycyjna”. Pewnie dlatego, że zwracałam uwagę na przepisy kodeksu pracy. Ośmielałam się mieć własne zdanie. Ponoć „znam języki, i jestem taka, że najlepiej ze wszystkich sobie teraz poradzę”. Czyli dział pozbywa się swojego najlepszego pracownika? A raczej jego etatu, bo przecież mogę nadal „przychodzić na umowę o dzieło”. Ot taki postkapitalizm w polskim wydaniu…

Jednocześnie czuję się wykorzystana i wręcz wydymana oraz wolna. Postrzegam tę sytuację jako od dawna wyczekiwany impuls. Mam nagle liczne plany i perspektywę dwumiesięcznych wakacji opłaconych przez wyznaczoną mi odprawę. Wreszcie się wyśpię. Będę miała czas na czytanie. Pojadę jeszcze w kilka miejsc. Skończę pisać pracę magisterską. Wymyślę, co robić dalej, a raczej pociągnę pewne tematy i pomysły. Wszystko nagle się przewartościowuje. Rozszerza. Wiosna zapowiada się interesująco. Jeszcze tylko muszę pozbyć się tego niepotrzebnego resentymentu i poczucia skrzywdzenia. I przyswoić sobie nauczkę, by nie angażować się za bardzo w generowanie zysków nieludzkich korporacji.

Read Full Post »

Hitch-hiking

U progu wiosny wybieram się na nieodległe południe w ramach urlopu. Będę chodzić sobie po barokowych i gotyckich kościołach. Pić miejscowe piwa i mówić językami, które znam i troche tymi, których nie znam. Cieszę się na samą podróż. Na jazdę pociągiem. Na widoki za oknem autobusu. Na włóczenie się po miastach, na które wreszcie będę miała czas. Muszę odetchnąć od przedłużajacej się zimowej zgnilizny. Od coraz bardziej zapętlonej atmosfery w pracy. Od myślenia o kryzysie, rozstaniach, rachunkach, spotkaniach oficjalnych i mniej. Od siebie, jaka jestem tu i teraz, a raczej ostatnio.

A na lato dostałam wstępne zaproszenie na wspólny wyjazd do Rzymu. Chcę podróżować, planuję wyjazdy, układam listy miejsc do odwiedzenia. A potem siedzę dwa bite miesiące w Warszawie, kursując na codziennej trasie praca-dom z małymi odchyłami w stronę zajęć i nielicznych spotkań towarzyskich. Najgorsze, ze pomalutku staje się to bardziej kwestią mentalności niż braku czasu i pieniędzy…

Read Full Post »

Backlash

Obserwuję od miesięcy dojrzewanie bliskich mi kobiet. I jestem zafascynowana zmianami, jakie w nich zachodzą. Tym, jak osiągają kolejne etapy. Jak od miotania się pomiędzy „muszę” i „chcę”, poszerzają zakres tego drugiego. Nie w tym nic z tupania nóżką i ekstatycznego rzucania się w wir wydarzeń. CZemu towarzyszy głęboki namysł nad każdym krokiem, który jednak nie blokuje tychże kroków. Ryjek2, najbliższa mi, zmieniła się w ciągu pół roku ze zbuntowanej dziewczynki w zdecydowaną młodą kobietę. Moje przyjaciółki same odpowiedzialnie sterują swoim życiem – jakie to inne od tego, co pamiętam z początku studiów, gdy prawie wszystkie dziewczyny z mojego otoczenia istniały tylko jako jedna połówka swojego związku. I pytały swego lubego na przykład, czy mogą dziś wyjść z koleżankami na piwo.

Te zmiany mi się podobają, ale jednoczesnie stawiają przede mną pytanie, na jakim sama jestem etapie. Od tego samego pół roku czuję, że niewiele idę do przodu. Świadomość takiego dreptania w miejscu jest frustrująca, ale wcale nie daje mi impulsu, by ruszyć do przodu. Albo w bok. Gdziekolwiek. Czuję się wyjątkowo zapętlona w codzienności. Czuję czasem, że tracę to, co przez lata w sobie pielęgnowałam i co było dobre. Widzę coraz więcej sztampowych zachowań, które nie wiem, skąd mi się wzięły. Jeszcze pamiętam, na szczęście, że ta osoba, która z satysfakcją przelewa kilkaset złotych miesięcznie na konto oszczędnościowe, za to nie ma czasu pójść do kina, na pewno nie jest mną. Więc, gdzie jest ja?

Read Full Post »

Powrót zimy

No bo niby dlaczego by nie. Jest ledwo 19 lutego, niegdyś około tej daty baraszkowało się na śniegu w środku zimowych ferii. I był wielki zawód, jeśli tego śniegu brakowało. A teraz sypie do woli. Mróz jest raczej symboliczny. Wszystko da się znieść. Przestałam tęsknić za wiosną. Chwilowo, ale przestałam. Dni płyną leniwie, wręcz dostojnie.

Jeżeli mamy grupę A i grupę B o zbliżonej liczebności, których członkowie z natury rzeczy mają ze sobą kontakty seksualne i pytamy o liczbę partnerów, która dla grupy A wynosi  średnio 10, a dla grupy B 3, to czy wysnuwamy z tego wniosek, że któraś z grup kłamie? Nie, zakładamy istnienie grupy C, z którą osobniki grupy A także mogą utrzymymwać takie kontakty. Tylko po to, żeby statystyka trzymała się kupy.

Grupa A to mężczyzni, grupa B kobiety, a C to prostytutki. Jak widać, pewne nurty socjologii skłonne są wyodrębniać prostytutki od kobiet. Czy wyjaśnianie rzeczywistości liczbami ma sens? Jeśli tak, to idę zaopiekować się moim statystycznym 1,3 dziecka (sprawdzając uprzednio, czy statystycznie większe szanse są na to, że jest ono niemowlakiem niż nastolatkiem).

Powyższa wątpliwość nasunęła mi się podczas czytania wywiadu z pewnym antropologiem w „Wysokich Obcasach”. rozmowę z panem antropologiem przeprowadza mężczyzna, kilka stron dalej rozmowę z panią seksuolożką przeprowadza kobieta. Wiara w parytety też jest złudna.

Read Full Post »

Jest poniedziałek

Wstaję rano, żeby przygotować wiadomości dla ludzi, ktorzy też wstają rano. Dlatego muszę wstać wcześniej od nich. Ponieważ ja wstaję rano i jadę do pracy, a takich jak ja jest sporo, inni też muszą wstać rano, żeby przygotować im chleb, autobus, odsnieżyć drogę, sprzątnąć śmietnik. Ponieważ ludzie wstają tak rano do swojej pracy, muszą wysyłać dzieci do szkoły o tej samej porze. Więc kolejne rzesze nauczycieli, konserwatorów szkolnych, sprzątaczek, kierowców autobusów, sklepikarzy muszą wstawać wcześniej. Mam wrażenie, ze co jakiś czas granica wczesnego wstawania się przesuwa bardziej w noc. Zresztą coraz więcej ludzi pracuje w trybie, który niegdyś był „przywilejem” policjantów, lekarzy i pielęgniarek, hutników i ekip prowadzących dalekobieżne pociągi. Dodatkowo konieczność dojazdu sprawia, że wstają jeszcze wcześniej, by dojechać do pracy. Więc sklepikarze i kierowcy autobusów wyruszają odpowiednio wcześniej. Wcześniej i wcześniej i wcześniej… Sen stał się już towarem luksusowym.

Świat jest absurdalny. Nawet kiedy wydaje się, że jest jakaś zdroworozsądkowa zasada, która nim rządzi, to znajdzie się odpowiadający jej paragraf 22. Książkę Hellera pożarłam przez weekend, podlewając wyśmienitym sosem złożonym z partyjek „Osadników z Catanu” i popijając wieczornym smarowaniem się olejkami. Wolne weekendy to rzecz nawet lepsza od dłuższego snu rano.

Read Full Post »

Film Zelenki „Bracia Karamazow” cieszy się moim zdaniem zasłużoną popularnością. Początkowo myślałam, że to polska inteligencka skłonność do wielbienia czeskiego filmu połączona z faktem, że jego akcja dzieje się w Nowej Hucie, sprawia, że jest o nim głośno. Ale kiedy po wczorajszym seansie zobaczyłam tłumy czekające na następny, wiedziałam, że czeka ich prawdziwa kinowa uczta.

Bo ten film jest w gruncie rzeczy prosty i w tej prostocie zarazem genialny. Zaczyna się leniwie od niewybrednych gagów czeskich aktorów, którzy grają… czeskich aktorów i polsko-czeskich nieporozumień językowych. A także kulturowych. Ale potem jest tylko lepiej. Zagrane z wielką werwą i talentem przedstawienie „Braci Karamazow”, a raczej tylko próba generalna przed właściwym przedstawieniem, przeplata się z ludzką „prawdziwą” tragedią. Wszystko w fabrycznej, obskurnej, ale zarazem fascynującej scenerii.

Zestawienie rozbuchanego dramatyzmu powieści Dostojewskiego ze spokojnym, z pozoru przynajmniej, znoszeniem przeciwności losu – i tych mniejszych i tych wielkich – broni się znakomicie. Podobnie jak splątanie akcji sztuki z życiem codziennym. Dostojewski zadaje swoje górnolotne pytania i stawia „przeklęte problemy”, a tuż obok zwyczajne życie je ilustruje. Wielką zaletą filmu jest to, że to zestawienie i splątanie jest nienachalne, wręcz naturalne, podane z legendarnym już czeskim dystansem, ale wcale nie kpiarsko.

Czeski teatr i polska rzeczywistość to kolejna para pozornych przeciwieństw, które w tym filmie idealnie współgrają. Ivan Trojan, który gra Ivana Trojana, który występuje w roli Fiodora Karamazowa (swoją drogą jest w niej niesamowity!) udaje, że nie wie, kto to jest Wałęsa. A w jednej ze scen sztuki, gdy ma plunąć na ikonę, dostaje w ręce portret Jana Pawła II. Pełne napięcia wahanie i w końcu splunięcie jest udawane i wykonane z zażenowaniem, które rozbija kulminację oryginalnej sceny. Ale nadaje dodatkowy sens scenie filmowej. Zadziwiające, jak dobrze zagrał Zelenka na polskich emocjach. Jak świetnie wykorzystał symbolikę historii Nowej Huty. Z wyczuciem i talentem niespotykanym w żadnym polskim filmie zahaczającym o tematykę martyrologiczną.

Tematem tego filmu jest tak naprawdę aktualność sztuki. A osadzenie jej w ponurych halach huty ma pokazać kolejny kontrast. Dwa różne światy – przemysłowy pragmatyzm i teatralne uduchowienie też się zgrabnie przeplatają. Aktorzy mają swoje ludzkie problemy, a niepozorny pracownik huty przeżywa dramat rodem z Dostojewskiego. Ale to oni w scenach swego przedstawienia odgrywają jego emocje. Ten sam pracownik pokazując aktorowi miejsce, gdzie „hartuje się stal”, mówi, że to jest piekło. Fizyczne, ale zapewne porównywalne z tym duchowym. Pozornie nieistotna scena próby dwojga młodych baletmistrzów na tle hutniczych wnętrz swym pięknem wyciska łzy z oczu. Sztuka jest rzeczywistością i rzeczywistość jest pełna sztuki. Żartobliwie ilustruje tę tezę klamra filmu – informacja o tym, że niemieccy literaturoznawcy zaprosili na konferencję naukową prawnuka Dostojewskiego, bo był on dla nich symbolem rosyjskiej literatury. Tenże prawnuk pisarza myślał tylko o tym, żeby sobie za honorarium konferencyjne sprowadzić mercedesa benza. Na poważnie zaś widzimy to, gdy okazuje się, że uduchowiony Alosza Karamazow jest grany przez dość nieczułego aktora, a okrutna Gruszeńka pokazuje nam swoje prywatne oblicze wrażliwej kobiety. No i Ivan Trojan w cywilu kompletnie nie jest tak demoniczny, jak grana przez niego postać. 

Na koniec łyżka dziecu do tej beczki miodu. Akcja filmu prowadzona jest doskonale, napięcie narasta z każdą sceną, dramatyzm odgrywanej sztuki także, a teatr coraz bardziej splata się z rzeczywistością. I tylko sama ostatnia scena się według mnie nie broni. Jest zbyt dosłowna, zbyt sztampowa i kompletnie nie wynika z wcześniejszych. Trochę tutaj Zelenka pojechał za daleko, choć może w swoim projekcie artystycznym widział tego uzasadnienie. Ja go nie widzę i dlatego wyszłam z kina nieco zbita z tropu. Bez spodziewanego przez cały seans katarhis. A szkoda.

Za to Ryjek2 powiedziała, że ma teraz wielką ochotę przeczytać „Braci Karamazow”. Bo sama akcja powieści została w tym filmie apetycznie zarysowana. I to także uważam za jego wielki plus.

Read Full Post »

Wczoraj był słoneczny dzień i wybraliśmy się z G. na mały spacer po białołęckich łąkach. Często we snach dojmujące wrażenie wywiera na mnie bycie na krawędzi miasta. W miejscu, gdzie ostatnie bloki graniczą z pustymi polami. Ale tylko we snach jest to takie przerażające, w rzeczywistości sprawia o wiele mniejsze wrażenie. Chociaż nie wyobrażam sobie mieszkania na samym krańcu miasta w wielkich blokach, nijak przystających do otoczenia. Odwilż była i błoto wypełzło na chodniki i ulice. Może to trochę przez te samochody parkujące na rozjeżdzonych byłych trawnikach. Widok przypomniał mi parking przy cmentarzu we wsi, gdzie mieszka moja Babcia. No i ten luty bardziej taki klasyczny listopad przypomina.

A na łąkach były psy i jeden lis. Łabędzie i kaczki pluskały się leniwie w Wiśle. Pod okiem licznych spacerowiczów czuły się pewnie bezpiecznie. Za to nocą lis zebrał żniwo, o czym świadczyły łabędzie pióra pokrywające wał przeciwpowodziowy.

A kiedy przyjdzie wiosna, będę dużo spacerowała. I będę miała więcej siły. Na wszystko.

Read Full Post »

Credo

Loguję się na wordpress, serwis chcę bym podała język, w jakim będę tutaj pisać. Rozwijam listę i w oczy uderza mnie Gaelic, Galician. Języki mniejszości z krańców Europy. Jest więc lingwistyczny pozytyw rzeczywistości wirtualnej. Dzięki internetowi można rozpropagować, choćby minimalnie, zanikający język. Z kilku tysięcy ostatnich użytkowników takiej mowy, niech kilkudziesięciu dostanie dostęp do internetu i pisze. Najlepiej teksty o zróżnicowanej tematyce i w różnych rejestrach językowych. Nawet gdy wszelkie wysiłki na rzecz zachowania języka pójdą na marne, dopóki istnieje google, jest szansa na odrestaurowanie go. Zakładam, może trochę zbyt optymistycznie, że ostatni użytkownicy umierających języków są piśmienni. Tylko dlaczego więc ich języki giną? Może pora na rozszerzenie kategorii piśmienności – są więc staropiśmienni, gorliwi nieofici, niedbali użytkownicy, profani, grafomani, miksiarze, wtórni analfabeci i wreszcie pismacy. A na sam koniec osobna kategoria dla młodzieży używającej raz dużych raz małych liter. Mistrzostwo oryginalności.

Sama jestem gorliwą neofitką każdego języka, który zaczynam opanowywać. Wzorem mym są staropiśmienni, a przeciwnikiem ideologicznym pismacy, których się wszędzie ostatnio namnożyło. Nie tylko w sieci. Wierzę w internet jako demokratyczne medium, ale to nie znaczy, że można go dowolnie używać. Myślę, że życie jest bezustannym colloqium. Tylko czasem okazuje się, że rozmawiamy sami ze sobą.

Read Full Post »