Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Sierpień 2017

Pierwszy przystanek: Gipuzkoa, Oñati. Miasteczko zwane „baskijskim Toledo”, pełne renesansowych domów-pałaców, z pierwszym ufundowanym na tych ziemiach uniwersytetem (1543 r.) i kilkoma klasztorami. Sanktuarium Matki Boskiej Arantzazu wznosi się wysoko nad miastem. 14 kilometrów krętą drogą, między pastwiskami i ostrymi przepaściami. Budynek powstał w latach pięćdziesiątych i jest w niepokojący sposób nowoczesny. W krypcie abstrakcyjne murale z lat osiemdziesiątych, z krwistoczerwonym Chrystusem-rewolucjonistą w samym centrum. No i rzeźby 14 apostołów Oteizy na fasadzie, które ponoć musiały przeczekać kilkanaście lat porzucone przy drodze, gdyż władzom kościelnym nie spodobała się ich nowoczesna forma. Dwaj sędziwi franciszkanie, z którymi ucinamy sobie pogawędkę na tarasach widokowych, dzielą się opowieściami z gorączkowością ludzi rzadko mającymi okazję porozmawiać z kimś z zewnątrz. Brat Fermín ożywia się, gdy przechodzimy na baskijski. Nic dziwnego, myślę potem, to, poza wszystkim, język jego dzieciństwa, do którego jego ponad dziewięćdziesięcioletni umysł wraca jak do bezpiecznej przystani pełnej dobrych skojarzeń.

Drugi przystanek: Nawarra. Leitza. Wtulone w górską dolinę niewielkie miasteczko pełne politycznych napisów. W piątkowy wieczór czwórka czy może piątka manifestantów w sprawie więźniów stoi przy rondzie ze swoimi plakatami z takim samym cichym zaangażowaniem jak te kilkadziesiąt osób co środę w moim miasteczku albo kilkusetosobowy pochód, który widziałam kiedyś w Donostii. W barach trwa pintxo-pote i do taniego piwa dodają niewyróżniające się niczym przekąski. Rano samochód zastawił nam najbardziej znany mieszkaniec miasta – Iñaki Perurena, mistrz w podnoszeniu kamieni, a także aktor, poeta, bertsolari i… właściciel sklepu mięsnego położonego przy głównym rondzie w miasteczku.

Trzeci przystanek. Nawarra. Pamplona/Iruñea. Spontaniczna wizyta w stolicy, której dotąd nie odwiedziłam. Krótki spacer przez główny plac i uliczki Starego Miasta. W samo południe przechodzi tamtędy głośna manifestacja na rzecz uchodźców. Tego samego dnia Barcelona demonstruje, że nie boi się terrorystów. Między samochodami na poziomie -1 parkingu podziemnego odgrodzono fragmenty murów rzymskich.

Czwarty przystanek. Nawarra. Roncesvalles/Orreaga. Szlak przez Pireneje i spore natężenie pielgrzymów na Camino de Santiago. Robię sobie zdjęcie z drogowskazem: „Santiago de Compostela 790”. Wstęp do kaplicy, gdzie złożono szczątki króla Nawarry Sancho Mocnego kosztuje 2,50 euro, ale warto było. W kaplicy złożono także łańcuchy, które rzeczony król przywiózł ponoć z bitwy pod Navas de Tolosa – gdzie wraz z władcami Kastylii i Aragonii odniósł znaczące zwycięstwo nad Maurami. Łańcuchy te są przedstawione w herbie Nawarry, choć historycy spierają się, czy to właśnie za czasów Sancha doszło do jego zmiany. Sancho, Santiago i Roland (ten od Pieśni) są nadal żywymi bohaterami tego miejsca i nakładają się jeden na drugiego w uroczym historycznym palimpseście.

Piąty przystanek. Dolna Nawarra. Arnéguy/Arnegi. Senne miasteczko graniczne. Pijemy piwo w jedynym otwartym wieczorem barze przy samym granicznym moście i słuchamy tak szemrzącego strumienia, jak i opowieści z czasów kontrabandy („to największy kontrabandzista z okolicy, siedział nawet w więzieniu”) i kolejek tirów. Tutejszy baskijski, dodatkowo zakrapiany mocnym alkoholem, sprawia mi problemy. Przypominam sobie przekraczanie granic w czasach wiz i paszportów. W nocy burza. Rano góry parują przyjemnie i trzeba ściągnąć wodę z szyb samochodu.

Szósty przystanek. Dolna Nawarra. St. Jean Pied-de-Porte/Donibane Garazi. Piękne średniowieczne miasteczko. Punkt początkowy Camino de Santiago – w biurze pielgrzyma słyszę w jednym momencie kilka języków i zapowiedź pracownicy (po angielsku), że zaraz przyjdzie koleżanka, która zna niemiecki i wszystko pielgrzymowi wytłumaczy. Sama mówię językami, starając się używać francuskiego, którego przecież tak naprawdę nie znam, i przechodząc płynnie w hiszpański lub baskijski. W barze przed kościołem jemy naleśniki, pijemy kawę i obserwujemy, jak po skończonej mszy ksiądz o dalekowschodnich rysach żegna się w drzwiach z parafianami. Światowe metropolie mogą mieć nawet niespełna dwa tysiące mieszkańców, myślę sobie, gdy ogarnia mnie nagle wielka ochota, by kiedyś spędzić w tym miejscu trochę więcej czasu.

A potem już z Pirenejów, trochę wzdłuż rzeki Nive i przez Azkaine do St. Jean-de-Luze na kantabryjskie wybrzeże, gdzie pada wściekły deszcz. Wzdłuż plaży w Hendaye, przez most graniczny na Bidasoi, gdzie tabliczka z napisem „Espagne” jak zawsze zamazana i zaklejona, za to dobrze widać drogowskaz informujący, że wjeżdża się do prowincji Gipuzkoa. Trzy dni tak obfitujące w bodźce i wrażenia, że wydaje mi się, jakby minęło więcej czasu.

Read Full Post »

W samym środku high season media pełne są utyskiwań na zalew turystów. Zamknięcie lub ograniczenie popularnych destynacji takich jak Egipt, Tunezja czy Turcja sprawiło, że Hiszpania przeżywa nienotowany dotąd najazd w sezonie letnim. W Katalonii i na Balearach pojawiły się grupy miejskiej partyzantki antyturystycznej, a w San Sebastian już późną wiosną czyjeś ręce uporczywie wymazywały na murach „Tourists go home”.

1 sierpnia byłam na dwóch lokalnych plażach – na jednej z nich było pięć, na drugiej z piętnaście osób (chyba policzyłam ich z ratownikami), słońce lekko przypiekało, woda miała przyjemną temperaturę, wszystko czyste, ze śmietnikami w zasięgu krótkiej przebieżki i darmowymi toaletami. Dwa dni wcześniej byliśmy na innej plaży, bardziej kurortowej. Zachmurzone niebo sprawiło, że do wody weszli chyba tylko obcokrajowcy i surferzy. Tak więc high season może mieć różne oblicza. Dość to pocieszające.

W popularnym kurorcie Asturii w samym środku długiego weekendu mieliśmy problem z zaparkowaniem, ale gdy wreszcie znaleźliśmy miejsce, zapłaciliśmy tylko dwa euro za postój do końca dnia. „Ludzie tutaj nie umieją w zdzierstwo czy co” – pomyślałam sobie, myśląc o high season nad Bałtykiem i cenach tamtejszych parkingów. Kawa i piwo kosztowały tyle samo co w barze na mojej zwyczajnej, niekurortowej ulicy. Jedynym minusem były nieposprzątane stoliki. Pocztówki były artystyczne, zrezygnowałam z wysłania ich rodzinie, bo co zrozumieją z widoczku na porośnięte trawą skały albo wyrwanej z kontekstu maryjnej figurki. Zrozumiałam wtedy, jak mocno jestem już turystycznie uwarunkowana. Na pamiątkę zabrałam idealnie jajowatego otoczaka z plaży.

Turystyka jest fajna, bo poznawanie świata jest fajne. Ale turystyka masowa sprawia, że traci się szanse na poznawanie świata, na zetknięcie z innym. Wszystko staje się sztampowe i męczące. Nie ma już miejsca na te drobne gesty, jak to, że kucharz z baru z sąsiedniej ulicy, widząc cudzoziemców z plecaczkami, sam z siebie proponuje szybsze otwarcie kuchni („jak tylko przyjdzie dziewczyna i przyniosą chleb”), a potem w ramach przystawki zaprasza na grzyby w piwnym sosie, żeby się nam czekanie na kolację nie dłużyło. Tyle że ten kucharz jest współwłaścicielem baru, nie odpowiada przed abstrakcyjnymi radami nadzorczymi międzynarodowych firm, które patrzą tylko na słupki w excelu i rzucają samoloty i promocje tam, gdzie podpowiedzą im algorytmy.

Może Chińczycy dobrze to wymyślili. Budują u siebie repliki europejskich miast, które stały się atrakcją turystyczną. Muszą tylko bardziej wypromować te miejsca, sypnąć publiczne pieniądze liniom lotniczym i sieciom hotelarskim. Do jaskini Altamira nikt od lat nie może wejść, bo oddech zwiedzających niszczył naskalne rysunki. Tak więc obok zbudowano replikę jaskini i tam kończą turyści. Pewnie większości jest wszystko jedno, a niektórzy może nawet się nie zorientowali. Pozwólmy Chińczykom budować nowe Barcelony i Kordowy, Wenecje i Florencje, nawet Paryże czy Carcassonne. Może dzięki temu oryginały zejdą ze ścieżki przekształcenia się w nic niemówiące disneylandy. Bo komu mają cokolwiek mówić, gdy nikt nie słucha, odhaczając kolejne „must see” z długiej wakacyjnej listy.

W Mieście Po Drugiej Stronie Rzeki wzmożony ruch ogromnych statków wycieczkowych. Na początku ich przytłaczający ogrom mnie fascynował. Teraz już nuży. Podczas gdy jachty, statki rybackie i wielkie kontenerowce, wpływające do portu Bilbao generują jakiś ruch, tamte wycieczkowce sprawiają wrażenie nieruchomych. Pojawiają się rano, znikają wieczorem. Nie w żadnej kontynuacji, żadnego śladu. Gdzie podziewają się ich liczni pasażerowie? W ogóle schodzą do portu, udają się na plażę do okolicznych barów? Czy autokary wiozą ich prosto do Bilbao na spacer i zakupy na Gran Via? A może decydują się zostać w labiryncie barów, basenów i dyskotek wielkiego miasta-statku? Wyrwani z kontekstu, sformatowani, pozbawieni szans poznania czegoś poza linią krajobrazu. Czy kiedykolwiek ktoś z nich wjechał na wzgórze Artxanda i zrozumiał, dlaczego Bilbao nazywane jest przez tubylców Botxo (czyli w wolnym tłumaczeniu: dziura)? Podróż była zawsze dotykaniem, macaniem, próbowaniem, spotykaniem – i tego wszystkiego konsekwencjami. Oferując wszystkim swobodę podróżowania, jednocześnie się im tę swobodę odbiera. Nie ma prostego rozwiązania tej zawiłej sytuacji.

Read Full Post »