Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Marzec 2020

11 dni po rozpoczęciu kwarantanny widać już, że wychodzimy z etapu romantycznego. Od oglądania oper, sprzątania dawno zapomnianych zakamarków mieszkań, spotkań przy winie za pośrednictwem skype’a, przesyłania śmiesznych filmików i konspiracyjnych spotkań w kolejce do supermarketu przechodzimy do etapu znużenia i zniechęcenia, podlanego niepewnością i lękiem o przyszłość.

Praca i szkoła weszły do domu i wydaje się, że nieźle się zadomowiły. System edukacji publicznej na siłę podtrzymuje fikcję pt. dokończymy ten rok szkolny nieludzkim wysiłkiem swoich żołnierzy – uczniów, rodziców i nauczycieli. Poprowadziłam jedną lekcję przez Zooma i zmęczyłam się tym bardziej niż podwójną lekcją na żywo. Mam już pracę, którą wykonuję w domu, i z niechęcią przyjęłam wtargnięcie tu tej drugiej. Moje nauczanie wynika z potrzeby wychodzenia i przebywania z ludźmi. Podczas zajęć nakręcam się, gestykuluję, nawiązuję kontakt wzrokowy. Mam taką zgraną grupę dziesięciolatków – nasze lekcje to prawdziwa symfonia, w której jestem dyrygentką, krążącą po sali, wskazującą fragmenty partytury, dającą przestrzeń nieśmiałemu, cichemu instrumentowi lub ucinającą zbyt głośne solo innego. Oczywiście są też młodociane orkiestry, w których głównie latają nuty, a ja mogę najwyżej stukać batutą w pulpit, albo takie, w których solista czuje się ważniejszy od dyrygenta, a wiolonczele przez całą próbę kakafonicznie kłócą się z kontrabasami. Jednak nawet tam uda się czasami zagrać jakiś fragment w miarę poprawnie i z polotem albo zgodnie wysłuchać dobrej solówki. Zaczyna mi trochę tego brakować. Zwłaszcza że w tym roku wreszcie przystosowałam się, pozbyłam kompleksów i naprawdę polubiłam nauczanie.

Nie jest łatwo skupić się na pracy, gdy brakuje odskoczni w postaci spaceru nad rzeką, wina ze znajomymi, comiesięcznych baskijskich śpiewów na starówce, futbolu. Gdy całe życie toczy się między sypialnią, balkonem i gabinetem, z małym przystankiem w kuchni czy łazience. Paradoksalnie w tej izolacji pozbawiliśmy się możliwości odizolowania się od problemów, jakimi dociska nas świat zewnętrzny. Nie pojadę z kindlem na plażę, nie przebiegnę się dla uspokojenia myśli po lesie, nie siądę nad kawą i ciastkiem w kawiarni z widokiem na tramwaj. Co najgorsze, nie przytulę się do nikogo, żeby uspokoić nerwowe bicie serca.

Nadal wychodzimy na balkony o 20, żeby oklaskami podziękować tym, którzy walczą z koronawirusem na pierwszej linii. Mam wrażenie, że oklaski są dłuższe, choć mniej frenetyczne. Lokalna policja zmieniła komunikat o zakazie wychodzenia z domu na hymn naszego miasteczka, kojarzący się z fiestami, beztroską zabawą. Wszystko, żeby podnieść na duchu. Od kilku dni mój sąsiad z naprzeciwka majstruje coś na drabinie przy oknach – podejrzewam, że cierpliwie odmalowuje żaluzje od wewnątrz, deseczka za deseczką. Każdy ma swoje metody na radzenie sobie z zamknięciem.

Read Full Post »

Koronawiosna

Zarzuciłam kronikę kwarantanny, bo o czym tu pisać? Każdy dzień jest taki sam, po pięciu musiałam na moment zerwać z narzuconą sobie rutyną i odpocząć, bo przecież odpoczywam też w czasach normalnych. Za oknem wiosna i podrygi dzieci sąsiadów na balkonach. Chodzą słuchy, że to się przedłuży ponad planowane pierwotnie dwa tygodnie, musimy uzbroić się w jeszcze więcej cierpliwości.

Rutyna porannego wstawania, porannej pracy i półgodzinnej jogi na zakończenie tego kawałka dnia. Potem wyjście do sklepu – codziennie innego, przygotowanie obiadu, zjedzenie obiadu, pozmywanie po obiedzie. Wreszcie popołudniowa lektura lub popołudniowa praca. A na koniec dnia rozmowy, krótsze i dłuższe, zawsze dobre i interesujące. Człowiek jest zwierzęciem społecznym i w tej sytuacji jest to bardziej widoczne niż zwykle.

Zastanawia mnie, z jaką łatwością przeszliśmy od tego, co dotąd było dla nas normalne, do zamknięcia i obostrzeń. Ustawiamy się w rozrzedzone milczące kolejki, wchodzimy do sklepu pojedynczo, rozmawiamy w pewnej odległości jedno od drugiego. Bez mrugnięcia okiem przyjęliśmy zamknięcie knajp czy odwołanie wizyt i zabiegów. Dobrze jest nie myśleć o parkach i plażach, nie wspominać ulubionych miejsc w sąsiednich miastach, ale nie da się przecież cały czas oglądać seriali, czytać albo spać. Życie toczy się dalej, sens nadal istnieje, wiosna ponownie nadeszła.

Read Full Post »

Spadł deszcz i zrobiło się zimno. Balkon chwilowo wyłączony z użytku. Za to zaplanowałam wyjścia do sklepu i ze śmieciami. Stanęłam karnie w rozproszonej kolejce do supermarketu, a potem kazano mi wydezynfekować ręce i założyć rękawiczki. Dreszcz przeszedł mnie, gdy opustoszałymi ulicami przejeżdżała policja ze swoim komunikatem.

Od rana przychodnie są zamknięte dla zwykłych wizyt, przyjmują tylko w nagłych przypadkach i na niezbędne zabiegi.

Od jutra zaczynam prowadzić lekcje online. Z tego powodu jestem w jakichś nowych whatsappowych grupach i mam wrażenie, że życie społeczne zupełnie przeniosło się do internetu. Dziś po raz pierwszy zastanawiałam się przez chwilę, czy wytrzymam psychicznie długotrwałą izolację (i odgłosy wydawane przez sąsiadów).

Read Full Post »

Jeszcze tydzień temu wychodziłyśmy na ulice na rzecz praw kobiet. W ciągu kilku dni na społeczeństwo w Kraju Basków spadło przejście na telepracę, zamknięcie szkół, potem barów, wreszcie zakaz wychodzenia z domów. Oczywiście zakaz nie dotyczy tych, którzy idą do pracy, do lekarza, po zakupy lub opiekować się osobą niesamodzielną. W niedzielne popołudnie wyludnionymi uliczkami mojego miasteczka przejeżdżał samochód lokalnej policji, nadając komunikat o obowiązku pozostania w domu. Kilka godzin policja zrobiła nalot na pobliską plażę, rozganiając spacerowiczów korzystających ze słońca.

Było słońce, więc koło południa zainaugurowałam sezon balkonowy. Wczoraj był zaś ostatni spacer, ostatnie wino, ostatnie śniadanie w zaprzyjaźnionym barze. A także sprawny rajd po sklepach. Nie przesadziłam z zakupami, choć na pewno były bardziej przemyślane niż zwykle. Nie boję się zamknięcia, mam wprawę w pracy z domu, zapas książek, no i balkon.

Jeszcze tydzień temu taki scenariusz wydawał się nierealny, martwiłam się głównie tym, czy Ryjek będzie mogła przyjechać do mnie na Wielkanoc i zbliżającym się Euro. Dziś te problemy stały się odległe, zwłaszcza że cały dzień śledzę podróż powrotną do Polski przyjaciół, których zamknięcie granic złapało w przeddzień wylotu z Wietnamu do Warszawy. Teraz najważniejsze jest przetrwanie kolejnych dni bez zachorowania i w dobrym stanie psychicznym, wyrobienie sobie rutyny, szczególnie jeśli chodzi o ćwiczenia fizyczne. Wiele osób napisało, ja też napisałam. Umówiłam się na skype-wine na jutro. W lekturach „Wirus paniki” i „Paragraf 22”.

 

Read Full Post »

Negua joan da

WhatsApp, pierwsza w nocy. Pio dopytuje, czy atak koronawirusa pokrzyżuje nasze plany na Euro. Bilety na mecze zakupione, podróż zorganizowana, od czasu do czasu gdy myślę o tej wizycie ogarnia mnie ekscytacja. Potem chodzę po Bilbao i patrzę na miasto oczami tych, którzy widzą je pierwszy raz. Nadal pamiętam tamto wrażenie, jakie zrobiło na mnie Muzeum Guggenheima, gdy autobus, który wiózł mnie z lotniska, wyłonił się z tunelu Artxandy i wjechał na most.

Przez blisko godzinę Pio i ja wymieniamy się wiadomościami – komentujemy nasze lektury, wspominamy coś o futbolu i piciu alkoholu, nagle mam ochotę mu napisać, że przepraszam, ale muszę już przerwać, bo chcę jeszcze przed zaśnięciem powyobrażać sobie ciąg dalszy „Dumy i uprzedzenia” – tak ostatnio utulam się do snu. Ale Pio wypowiada nagle intymną myśl, nazywa pewien lęk, który jest także moim udziałem. Nie sposób teraz porzucić rozmowy, nabiera ona cech terapeutycznych, jak zawsze gdy ktoś inny wyrzuci z siebie to, co nas trapi.

Następnego dnia włóczę się bez celu po Bilbao. Z premedytacją nie docieram na jedyne w tym miesiącu spotkanie klubu czytelniczego (i tak nie przeczytałam zadanej lektury). Zaglądam do kawiarni i bibliotek, nie nawiązuję żadnych międzyludzkich relacji, nie zważam na nawracający deszcz. Czuję się pusto i lekko. Wieczorem, trochę niechcący, z kieliszkiem szampana w ręku trafię na grupowe zdjęcie z barowej celebracji wejścia Athletiku do finału pucharu.

Zima sobie poszła.

 

Read Full Post »