Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Październik 2013

Absolut

Każdy kolejny ciepły dzień jak codzienne odraczanie wyroku. Jesień dawno nie była tak ładna i zdradliwa. Niepewność w słońcu wobec każdego silniejszego podmuchu wiatru. Wkładanie i zdejmowanie kurtek.
W 35. rok życia wkroczyłam z zawrotami głowy. Dziwne to uczucie siedzieć i nagle mieć wrażenie, że działa jakaś siła dośrodkowa, jak w przyspieszającym samochodzie. A kilka dni wcześniej na obrzeża mej niewielkiej galaktyki dotarła śmierć, dotknęła młodego poety i pozostawiła dojmujące przeczucie własnej śmiertelności. Znowu czytam o wszechświecie i boskich cząsteczkach, o tej kosmicznej zagadce, dlaczego zaistniał świat i ludzkość zaistniała. Dlaczego z koktajlu energii wybuchły skały i wieżowce, trawy i ubezpieczenie społeczne, holokaust i koty jedzące spokojnie surową wątróbkę. Zastanawia mnie ten początek i to, co przed nim. Nie wierzę w Boga Genesis, nie wierzę w Pierwszego Poruszyciela, jeżeli uznaję jakąś siłę to jest to raczej biblijny Jahwe, do którego można zwrócić się z trudną sprawą i powiedzieć jak Anna, żona Elkany, panie, daj mi dziecko, i zostać wysłuchaną, urodzić Samuela, oddać go do światyni i zniknąć w odmętach Księgi Królewskiej. Ale gniew Jahwe, jak i jego łaska, może nadejść każdego dnia. Czasami zbyt łatwo zapominam, że trzeba wypatrywać anioła z mieczem w dłoni, nie zagrzewać miejsca w raju. To nie jest kwestia dobra czy zła we mnie, to wszystko efekt przypadku i nieporozumienia.

Read Full Post »

Dwa wrażenia po warszawskim referendum:
1. Polska polityka wymaga natychmiastowego odbetonowania. Ustawianie całego życia politycznego wokół sporu Kaczyński-Tusk, PO-PiS czy Smoleńsk-modernizacja paraliżuje wszelkie działania polityczne i blokuje możliwość jakiejkolwiek odmiany. Poważne problemy Warszawy – prywatyzacja komunalnych spółek, upadek edukacji samorządowej, fatalne zarządzanie transportem miejskim, nieudolne prowadzenie inwestycji (nie mówią tylko o metrze i drogach, ale o Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Teatrze Rozmaitości, Muzeum Historii Żydów Polskich), brak wizji rozwoju miasta i deweloperska samowolka – zostały przysłonięte przez polityczne zapasy, straszenie PiS-em i szukanie haków na Guziała. Mam nadzieję, że inicjatywa referendalna przerodzi się w coś stałego i skutecznego, w siłę gotową wystawić mocną listę w wyborach samorządowych i zaproponować warszawiakom nowy program. Ale to jeszcze pieśń przyszłości, oby nieodległej.
2. Wszechobecne nawoływanie do niebrania udziału w referendum uważam za dotkliwą porażkę demokracji. Pamiętam przez mgłę rok 1989. Ten 4 czerwca, który prezydent Komorowski chciał w pewnym momencie uczynić świętem narodowym. Tamte wybory były tylko częściowo wolne, tylko częściowo miały odzwierciedlać nastroje społeczeństwa. Ale pamiętam, jaki wiązał się z tym powiew wolności, którym emanowali moi rodzice, gdy całą rodziną udaliśmy się do urny. Pamiętam, jak mnie dziesięciolatce i Ryjkowi sześciolatce powtarzali, jakie to dla nich ważne, że mogą wreszcie swobodnie zadecydować. Tamte półwolne wybory zmieniły nasz kraj, chociaż frekwencja w nich nie była porywająca. Ale ludzie na moment przekonali się, że mogą wyrazić swoje zdanie i mają jakiś wpływ. Gdy prezydent, premier, czołowi politycy głównych partii i wpływowi publicyści przekonują, by zaniechać udziału w akcie wyborczym, a więc nie wykorzystać możliwości wywarcia jakiegokolwiek wpływu, tylko dlatego, że wynik ma dużą szansę być niezgodny z ich oczekiwaniami, czuję się oszukana. Jak dziecko, któremu powiedziano, że św. Mikołaj nie istnieje. Więc możemy iść do urn i betonować dalej scenę polityczną ku chwale tych, co w pięknych gmachach, na państwowych posadach, ale tylko wtedy, gdy oni nam na to pozwolą. Prezydent stawia przed swym Pałacem czekoladowego orła i mówi mi o patriotyzmie i demokracji i że mam kochać swój kraj. Ale ja już dostałam lekcję patriotyzmu i demokracji 4 czerwca 1989 roku, gdy rodzice zaprowadzili mnie do lokalu wyborczego i pozwolili wrzucić ich kartki do urny. Od chwili wejścia w pełnoletność biorę udział we wszystkich wyborach – gdy nie mam na kogo głosować, zaciskam zęby i skreślam wszystkich – studiuję listy wyborcze, myślę o priorytetach i przekonaniach. Ciągle z poczuciem, że oddany przeze mnie głos się nie liczy, bo rzadko popierany przeze mnie komitet wygrywa, wchodzi, dostaje szansę robienia swojej polityki. Ale ja jednak przy następnej okazji znowu wychodzę z domu i spełniam swój obywatelski obowiązek. Mam wielki szacunek dla tych, którzy dzisiaj wyszli, by zagłosować przeciwko odwołaniu, wiedząc, że ich udział może zaszkodzić obecnej prezydent Warszawy. Nie dali sobie zamydlić oczu i wzięli karty do głosowania we własne ręce. Bo na głównie na tej aktywności polega nasza demokracja (dla mnie wielka szkoda, że częściej nie możemy o różnych sprawach zadecydować na drodze bezpośredniego głosowania w referendum).

Read Full Post »

W trakcie krótkiego półurlopu łyknęłam „Wyznaję” Jaume Cabré. To świetna powieść. Blisko 800 stron, wciągające historie, ciekawy pomysł formalny, ale przede wszystkim to spełnienie marzeń nas, intelektualistów/erudytów. Po pierwsze, mamy bohatera, który jest tym wszystkim, kim my byśmy chcieli być. Zna kilkanaście języków, prawie perfekcyjnie gra na skrzypcach, czyta trudne książki i rozmyśla o naprawdę ważnych sprawach, prowadzi zajęcia naukowe, ale jest na marginesie uniwersytetu, nie interesują go rozgrywki personalne, walka o granty, punkty i habilitację. Jest bogaty z domu i nie musi pracować. Ba, nie musi martwić się o źródła swojego dochodu, bo ma zaufanego plenipotenta i chętnych na zakup rodzinnego sklepu z drogimi gratami. Niestraszne mu kryzysy finansowe i widmo bezrobocia. Ma wypełnione książkami mieszkanie (opis układania jego biblioteki przyprawił mnie o zazdrość, naprawdę), które odkurza mu regularnie nieinwazyjna pomoc domowa. Jego ukochana jest utalentowaną rysowniczką, sporadyczna kochanka pracuje na uniwersytecie, a najbliższy przyjaciel to znany skrzypek. Szczerze powiem, że kupiłam tę idyllę. Naprawdę podobała mi się książka. Nic w niej nie zgrzytało, nie brakowało żadnych wyjaśnień i dopowiedzeń ani nie było ich zbyt dużo.
A jednak po kilku dnia od ostatniego zamknięcia tego dzieła zaczęły nachodzić mnie wątpliwości. Przede wszystkim dotyczące strony etycznej powieści. Bohater dywaguje o złu, pisze nawet o nim obszerny esej (oczywiście entuzjastycznie przyjęty), ale de facto nie poświęca mu żadnej głębszej osobistej refleksji. Zło go okrąża – źli są jego rodzice, źli są naziści, źli są frankiści i inkwizytorzy, zły jest świat Katalonii po wojnie domowej, zły jest świat średniowiecznego chłopstwa, ale on sam, światły Adrian, jest ponad to wszystko. Tkwi wśród książek i mądrych zdań, ale jest niezdolny do jakiegokolwiek poruszenia kondycją człowieka – jest ona dla niego tylko sferą dywagacji.
Teraz odczytuję tę powieść jako przestrogę przed zamknięciem w bibliotece, w tej wieży z kości słoniowej własnej wiedzy, samowiedzy i wynikającej z nich pychy. Intelektualista, który zamyka się na świat, nie jest intelektualistą, lecz tylko kolekcjonerem. Tak jak ojciec Adriana był kolekcjonerem pięknych i drogich przedmiotów, z których nie robił większego użytku, tak Adrian kolekcjonuje swoją wiedzę i umiejętności, ale są one czymś pustym, przydatnym może jedynie do napisania książek, którymi wszyscy się zachwycają, choć niektórzy przyznają, że ich nie czytali. Przemyślenia Adriana nie wzbudzają żadnego fermentu, nie wywołują polemiki, tak naprawdę nie generują nawet zrozumienia. Cała ta wiedza nie uchroniła bohatera od kolejnych porażek, a przede wszystkim nie uchroniła go przed przedwczesną śmiercią za życia, przed mentalną degradacją.
Cabré podsuwa nam różne odpowiedzi na stawiane w tekście pytania, ale to tylko zasłona dymna kryjąca fakt, że nie ma on żadnej odpowiedzi. Żeby to ukryć buduje nam świat idealny, zaokrąglony, zamknięty i skutecznie sprzedaje jako spójną wizję. Założę się, że to jest właśnie taka literatura, jaką miał na myśli Michnik, gdy powiedział, wręczając Nike Joannie Bator, że on jest za Polską literatury przeciwstawioną Polsce smoleńskiej.
Bator, podobnie jak Cabre, chciała upakować do swojej nagrodzonej powieści wszystko, co przyszło jej do głowy. Tylko że w jej przypadku szydło wychodzi z worka jeszcze przed zakończeniem lektury, dla mnie czar prysł, gdy pojawiła się bibliotekarka-transseksualistka. Cabré jest na tym polu jednak sprawniejszy. Obie powieści dokumentują niejako najbardziej odjechane przykłady ludzkiej niegodziwości, ale nie dają nam szansy na przeżycie katharsis.

Na półurlopie łyknęłam jeszcze „Bukareszt” Małgorzaty Rejmer. Mam wrażenie, że dzisiejszy reportaż jednak lepiej oddaje prawdę o świecie niż dzisiejsza powieść. Może dlatego, że nie sili się na sztuczny rozmach i naśladowanie Tomasza Manna. Chyba nikt już nie napisze „Buddenbrooków”, mała forma trzyma się detalu i z niego wywodzi uogólniające wnioski. Najlepsze partie „Wyznaję” to właśnie drobne poboczne historie, takie w duchu nieco bolañowskim. Niepotrzebnie na koniec układają się w wyraźną, zamkniętą całość. To już czytelnik powinien sam sobie dopowiedzieć (albo nie).

Read Full Post »