Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Impresjonizm’ Category

Miesiąc później

Życie w kwarantannie złapało swój rytm. Codzienną jogę wydłużam nawet do 50 minut, włączyłam sesje czytania w słońcu dochodzącym na czwarte piętro. Co wieczór o 20 spotykam się na balkonie z sąsiadami i razem oklaskujemy służbę zdrowia. Wydaje mi się, że mniej chodzi o służbę zdrowia, a bardziej o to, żeby mieć jakiś stały punkt dnia i poczuć, że dookoła są inni ludzie w tej samej sytuacji. Od kilku dni po aplauzie sanitarnym z budynku naprzeciwko rozlega się trąbka, której nie widać (bo trębacz stoi na balkonie za rogiem). „What a wonderful world” brzmiało naprawdę pięknie, zwłaszcza w te ciepłe wieczory, gdy zachodzące słońce rozpalało niebo na różowo.

Minęły cztery tygodnie kwarantanny, nadeszła Wielkanoc i połączyłam się z tymi, z którymi kiedyś spędzałam te święta. Dobry powód, żeby włożyć coś elegantszego niż legginsy i bluzy, w których chodzę po domu i na zakupy. Dobry powód, żeby po raz pierwszy od czterech tygodni położyć na twarz puder. W ogóle rzeczy dawniej na swój sposób oczywiste muszą teraz udowodnić swoją użyteczność. Czy naprawdę jestem taką fanką piwa z sokiem cytrynowym, skoro ani razu w tej kwarantannie go nie kupiłam? Jak spokojnie można żyć bez futbolu.

Literatura nie musi niczego udowadniać, świetnie spełnia swoją funkcję wartościowego wypełniacza godzin i dni. Rodzina i przyjaciele też tu są, choć tylko online, a nasze rozmowy często stają się bardziej filozoficzne niż kiedyś. Umycie zasyfionego okna w kuchni sprawiło mi więcej satysfakcji niż podpisanie umowy na przekład książki nominowanej do Nagrody Bookera. Olga Tokarczuk pisała o tym, że świata ostatnio było już wręcz za dużo (zwłaszcza dla niej po noblu), wszystko działo się za szybko, a kwarantanna pozwoliła nam zwolnić i odetchnąć. Mogłabym skupić się na rzeczach, których mi brakuje, na odwołanych mistrzostwach Europy i przesuniętych rodzinnych wizytach, na niemożliwych spacerach, niedostępnych lasach i plażach, na teoriach spiskowych i lękach o przyszłość, ale wolę skupiać się na tym, co pozytywne. Na oddychaniu i wieczornym myciu zębów, o którym tak często kiedyś zapominałam. Na zdjęciach zatoki przesyłanych przez przyjaciółkę mieszkającą w wysokim bloku na wzgórzu. Na życzliwych kasjerkach w okolicznym markecie i na tym, że gdy stoisz w długiej kolejce na zewnątrz można poobserwować pluskające się w fontannie gołębie. Świat znowu wróci, prędki i prężny jak zawsze, stawiający swoje wymagania i podpuszczający do oczekiwań. Ten sam, choć pewnie jakoś tam inny. Tymczasem jednak lubię ciszę za oknem i doceniam to, że nie muszę nigdzie biec i rozpychać się łokciami. Nawet gdy do rodzinnej bańki puka śmierć, nie zamykam oczu na dobre strony tej pandemii. Historia Hioba staje się w tych czasach bardziej zrozumiała.

Read Full Post »

20 marca o 22.58 rozpoczyna się wiosna. Według prasy będzie trwała 92 i 18 godzin. 92 dni i 18 godzin radości, rozkwitu i ciepła. Chciałoby się. Na tę wiosnę zakupiłam zapasy książek, w tym sporo powieści polskich pisarek, o których ostatnio było głośno. Myśliwski i Twardoch nadal czekają i wcale mi się nie chce do nich sięgać. Na razie.

W ostatni zimowy weekend mała wycieczka po baskijskich portach rybackich: Mutriku, Ondarroa, Lekeitio. W tym pierwszym piliśmy lokalne txakoli „Sagarmina” w położonej wysoko tawernie z widokiem na port, zjedliśmy pyszną kolację przy głównym placu i napotkaliśmy liczne koty i nawet jednego szczura! W tym drugim wspięliśmy się do sanktuarium Virgen de Antigua i zwiedziliśmy cmentarz. Zaskoczyła nas syrena, która brzmiała jak na alarm. Właściciel lokalu, w którym zjedliśmy obiad (jako jedyni klienci), wyjaśnił, że w ten sposób ogłasza się przypłynięcie statku z rybami, a liczba sygnałów oznacza rodzaj przywiezionej ryby. To był akurat txitxarro (przestałam szukać polskich nazw dla kantabrysjkich ryb, gdy okazało się, że jest ich tak dużo, że chyba żaden słownik nie jest w stanie wszystkich ogarnąć). Potem 120 zakrętów po wysokich klifach do Lekeitio i tam spontaniczne spotkanie ze znajomym. Na koniec porządna ulewa na trasie do domu. Mutila zadowolony, że wymienił niedawno wycieraczkę na przedniej szybie.

Muszę częściej robić takie wycieczki. Cieszyć się tym, że nie trzeba się nigdzie spieszyć, a jedynym wysiłkiem jest wspinaczka po stromych kamiennych ulicach i dokończenie przepysznego deseru po obfitym posiłku.

Read Full Post »

Zimowa depresja minęła w oparach ciepłego mleka z miodem. Temperatura na zewnątrz podniosła się znacząco i wyszło słońce, co zaowocowało zmianą klimatu i kwitnieniem roślin. W wewnętrznym patio można obserwować strategie sąsiadów. Wyprali zimowe kurtki i flanelowe piżamy. Czy to sygnał podobny do tego, gdy zwierzęta domowe zaczynają zmieniać sierść i chętniej spędzać czas na dworze?

Wiosna powoduje u mnie obezwładniające napady popołudniowego snu w tych rzadkich momentach, gdy mogę sobie pozwolić na chwilę relaksu. Do tego zwiększone zapotrzebowanie na czekoladę z orzechami, w tym tygodniu zjadałam już dwie, trzecia czeka na odpowiednią chwilę. Nawet znowu chce mi się gotować, więc zapakowałam lodówkę różnymi rodzajami mięs i teraz wymyślam do nich dodatki.

Sezon na truskawki nie zacznie sie na dobre, dopóki z warzywniaków nie znikną ostatnie owoce kaki. Po truskawkach będą czereśnie, a potem figi. Gdy skończą się figi, pojawią się kaki. A potem truskawki.

Obiecałam sobie, że każdego pierwszego dnia miesiąca zrobię coś dla siebie. 1 lutego zjadłam samotny obiad w restauracji. Nie gotowałam, nie odgrzewałam, nie zmywałam. Potem poszłam popatrzeć na rzekę.

Read Full Post »

Idę szybkim krokiem przez Park Technologiczny, zwany Doliną Krzemową Bilbao, gdzie między spłowiałą już zielenią późnojesiennych wzgórz położone są nowoczesne płaskie biurowce i ciche o tej porze parkingi. Patrzę na samolot opadający w stronę lotniska, a moich nozdrzy dobiega zapach jesiennego dymu i pieczonych ziemniaków. Za chwilę wejdę do betonowo-szklanego budynku w typie BUW i znowu przełączę używany język. Zapamiętuję tę chwilę, w której stare spotyka się z nowym.

Sobotni wieczór w Hondaribii, na samej granicy hiszpańsko-francuskiej, którą na moście granicznym między Irun i Hendaye oznaczają jednak jako granicę między dwoma baskijskimi prowincjami: Gipuzkoa i Lapurdi. Idę przez stare miasto, pełne starych budynków. Ten moment, gdy zapadł już zmierzch, ale wąskie uliczki nie są jeszcze dobrze oświetlone, a oczy nie przyzwyczaiły się do blasku latarni. Zza zakrętu dobiega przyjemny jazz, wciskający się w ciszę, która panuje w takich miasteczkach tuż przed tym, jak ich ulice opanuje gwar sobotniego barowania. Idę za muzyką i natykam się na otwarte drzwi do wąskiej pracowni. Dostrzegam siedzącego na krześle malarza przed obrazem. Jest obrócony do mnie profilem, z pędzlem na wysokości twarzy, odchyla się do tyłu, z zastanowieniem przyglądając się swojemu dziełu. Ciepło tej scenki wciska się w wieczorny listopadowy chłód wyłożonych ciemnym kamieniem uliczek.

Na plaży w Hendaye, w pełnym listopadowym słońcu, zdejmuję kurtkę i bluzę i rzucam się na piasek. Jest niesamowicie ciepło jak na tę porę roku. Patrzę na błękit nade mną i słucham dudnienia oceanu, myśląc sobie, że w takich chwilach nie trzeba już nic więcej, cały pozostały świat mógłby zniknąć. W oddali widać jak na pełnym morzu tworzą się wysokie fale, które ciągną się długo w stronę wybrzeża, dumnie unosząc swe białe grzywy. W wodzie aż kłębi się od surferów. Są też nieliczni odważni amatorzy kąpieli, głównie dzieci. Jedna z matek paraduje po piasku w górze bikini, czarnych legginsach i futerkowych kozaczkach. Lato się przegryza z zimą.

Piątkowy wieczór w Portugalete. Zaczyna się jedenastodniowa euskaraldia, akcja promująca język baskijski na ulicach. Gdy odbieram swój pakiet, kobieta zza stolika, widząc tak dziwne imię i nazwisko na liście, zadaje mi oczywiste pytanie i następuje zwykła w takich sytuacjach scenka. „Nongoa zara?”, pyta. „Poloniakoa”, odpowiadam i widzę na jej twarzy wyraz podziwu i fascynacji, do którego się już przyzwyczaiłam. Najszerszym uśmiechem tutaj obdarzają mnie osoby baskijskojęzyczne, gdy uświadamiają sobie, że ta dziewczyna z dalekiego kraju stara się mówić po ichniemu i czasami całkiem nieźle jej to wychodzi.

Potem w małej grupce znajomych pod pełnym księżycem chodzimy od baru do baru, pijemy wino i piwo, rozmawiamy dwujęzycznie, mówimy o podróżniczych planach. Wyższość karnawału w Kadyksie nad Wielkanocą w Sewilli. Wspominam mój pierwszy pobyt na południu Hiszpanii, to było w kwietniu. Zabrałam wtedy letnie sukienki, a potem cały tydzień chodziłam w jednym swetrze.

 

Read Full Post »

Pomiędzy dwoma byłymi huraganami morze jest zaskakująco spokojne i napływa ciepły wiatr z południa. San Juan de Gaztelugatxe, miejsce, które zyskało sobie sławę z powodu swojego występu „Gry o Tron” było pełne turystów. Tradycja głosi, że każdy, kto wespnie się po tych ponad 300 kamiennych schodach, powinien zabić w dzwon zamkniętego kościółka. Miało to sens jeszcze niedawno, gdy ten mały cypelek był atrakcją lokalną i nie musiał dźwigać kroków paru tysięcy turystów dziennie. Teraz po męczącej wędrówce w upale i tłoku nie da się wysiedzieć dłuższej chwili w tak upragnionym celu, ponieważ dzwon bije non stop, zanieczyszczając spokojne wybrzeże tym hałasem.

Spokojniej było tydzień później podczas wyprawy na stronę kantabryjską. Najpierw spacer po kilkukilometrowej plaży w Laredo (tak długie plaże są w tych okolicach ewenementem), potem przeprawa stateczkiem do Santoñi, gdzie rzeczywiści na nadmorskiej promenadzie pyszni się pomnik admirała Carrero Blanco, pozostałość dawnej epoki. Odkrywamy też innego syna tego miasteczka – Juana de la Cosę, który był właścicielem Santa Maríi, towarzyszem Kolumba, współodkrywcą Nowego Świata i autorem pierwszej mapy globu zawierającej Amerykę. Nie ma już czasu na wspinaczkę do tutejszych latarni morskich, tak więc przeprawiamy się z powrotem, by wypić urodzinowe wino na cypelku w Laredo i obserwować, jak zmieniający się wiatr wzmaga falowanie.

W międzyczasie dużo pracy i stresu związanego z nowymi wyzwaniami i okolicznościami. Śpię mało, jem pospiesznie, więcej się przemieszczam i poznaję nowe trasy lokalnych autobusów. Czasami, gdy mam już wszystkiego dosyć, przypominam sobie, że jest morze i różne możliwości. Na przykład zwiedzanie nieznanych dotąd plaż i oddawanie się w opiekę ciepłemu jeszcze wiatrowi.

Read Full Post »

Weekendowa wycieczka do La Riojy. Między zarośniętymi winoroślą polami o czerwonej ziemi średniowieczne budynki z jasnego kamienia. Królestwo Najery – stąd wyszli późniejsi królowie Nawarry, Kastylii i Aragonii. W San Millan de Congolla zwiedzamy niegdysiejszy klasztor benedyktynów (obecnie mieszka w nim resztka augustianów-misjonarzy, resztę wielkiego budynku zajął imponujący hotel). Tam właśnie w księdze zwanej Glossas Emilianienses odkryto pierwsze zabytki piśmiennictwa kastylijskiego i baskijskiego. Wprawdzie niektórzy naukowcy odebrali ostatnio palmę pierwszeństwa tym kastylijskim zapiskom na marginesie, inni nie do końca zgadzają się z tym, czy mamy do czynienia ze starokastylijskim, jednak w klasztorze powstało prestiżowe Centro de la Lengua, gdzie na sympozjach zbierają się lingwiści i historycy, by nad tymi sprawami debatować. Atmosfera na pewno temu sprzyja, bo mury są stare (obecny budynek datowany jest na XVII wiek), biblioteka bogata, a spokojna okolica dodatkowo obfituje w dobre wino. Czego chcieć więcej od życia?

La Rioja Alta to miejsce, w którym przeplatają się wpływy kastylijskie i baskijskie – jak to widać na przykładzie tych różnojęzycznych glos. Gdy w sobotę spacerowałam między winnicami, jak szalona robiąc zdjęcia winnym gronom w ostatnim momencie przed zbiorami, wiał silny i bardzo ciepły wiatr z południa. Następnego dnia napłynęły mokre chmury z północy, przynosząc chłód atlantyckiego cyklonu. Ta różnorodność musi wpływać na tutejsze wino, z którym ponoć nie mogą się równać inne na półwyspie. Coś w tym jest, szczególnie zasmakowałam w lekkim clarete, które smakuje jak ambrozja i w żaden sposób nie uderza do głowy.

La Rioja to nie tylko kolebka języka, ale także miejsce, w którym skupia się iberyjski charakter – idealna mieszanka pracowitości z relaksem, do której moja polska natura nadal nie może się przyzwyczaić. Celebrowanie przedłużających się posiłków, którym obowiązkowo towarzyszą wino i kawa. Ogólne rozluźnienie i brak pośpiechu. To, że na wąskiej drodze prowadzącej przez miasteczko zatrzymują się obok siebie jadące w przeciwnych kierunkach samochody, by ich kierowcy mogli zamienić kilka niezobowiązujących zdań. Nikomu nie przeszkadza, że tamują ruch, klaksony służą tu tylko pozdrawianiu.

La Rioja jest też częścią tzw. Laponii Iberyjskiej, miejsca, gdzie dochodzi do powolnego obumierania miasteczek. W Cordovin mieszka na stałe nieco ponad setka ludzi, w tym kilkoro dzieci. Sporo jest opuszczonych budynków, a także takich bardziej okazałych, świadectw winiarskich fortun, których budowa z różnych względów nigdy nie została ukończona. Okazałego frontonu na wzgórzu pozazdrościłaby niejedna miejscowość w Kraju Basków, ale bawi się tam tylko rodzina portugalskich Romów, z których dwójka dzieci jest widocznie upośledzona. Puste huśtawki lekko kołyszą się na wietrze, w tle widać jesienny czerwony krajobraz. Krzaki winorośli są niskie, niepozorne, jak małe traktorki, które przewożą zbiory.

Read Full Post »

W obcej dzielnicy w swoim dawnym mieście. Choć byłam już tu kiedyś, znam tylko drogę w jedną stronę, ku tramwajom. Od świtu nasłuchuję jednostajnego szumu z warszawskich arterii i tych nagle dziwnie brzmiących głosów mówiących po polsku. W nocy zaczęłam czytać „Sonnenberg” Vargi i skończyło się na wodzeniu palcem po telefonie po niegdyś mojej dzielnicy Zugló w Budapeszcie. Mieszkałam tam na Amerikai utca, chodziłam wzdłuż torów tramwajowych do najstarszej linii metra na kontynencie, przy której jesienią sprzedawano pieczone kasztany. Czytając książkę, nie mogłam się powstrzymać przed wymawianiem głośno nazw. Kiràly utca, Blaha Lujza ter, Thökoly ut, Varosliget. Lektury jakoś tak odbijają rzeczywistość, bo ostatnio pomyślałam, że wracam do Warszawy, jakbym wracała do Budapesztu, z lekką ciekawością (odnoszącą się zresztą do innych spraw i rzeczy), z pewnością siebie cechującą tych, co dobrze znają miasto, ale bez poczucia, że wracam do domu. Ten skurcz serca obecnie zarezerwowany jest dla widoku ujścia rzeki Nervión z samolotu zataczającego koło nad Morzem Kantabryjskim (w innych miejscach znanym jako Zatoka Biskajska).

Lektury jakoś tak odbijają rzeczywistość, pomyślałam, gdy samolot zniżał lot nad Zurychem, gdzie czekała mnie niefortunna przesiadka (mój bagaż został w Szwajcarii), a ja podniosłam właśnie wzrok znad „Co ja mam z tym wszystkim wspólnego?” Sachy Batthanyego, mieszkańca Zurychu, który tropi losy swej rodziny sprzed 70 lat i w tym celu jeździ od Budapesztu po Syberię i Buenos Aires. Na mapce, jaką wyświetlano nam na pokładzie, cała ta szeroko pojęta Europa Środkowa i Wschodnia niepokojąco się zlewa, jakby na wschód od Renu brakowało już jakichkolwiek naturalnych granic. Wydaje się, że z Krakowa do Kiszyniowa są tylko dwa kroki, podobnie jak z Belgradu do Monachium.

Sam Zurych widziany z góry jest tak piękny, że aż niemożliwy. Wygląda trochę jak dekoracja, co mnie niepokoi, bo czuję się, jakbym nigdy nie miała oswoić takiego miejsca. Przypominam sobie czytane w czasach studenckich opowiadania Dürrenmatta albo opisywane przez Batthanyego estetyczne boksy dla prostytutek w Zurychu. Brudy tego świata zwykle skrywają się pod gładką estetyką. Nie mogę przestać o tym myśleć, gdy ruchomy chodnik przewozi mnie obok reklam zegarków i biżuterii, stosów kolorowych czekolad i skrzących się w ostrym sztucznym świetle butelek. Nie mogę przestać o tym myśleć, gdy elegancka pracownica linii lotniczych waży walizki podręczne za pomocą precyzyjnej ręcznej wagi, jaką Brat mnie czasem wspiera przed wylotem i wtedy dokonujemy przy okazji dorocznego ważenia kotów. ‚Das ist aber zu schwer”, upiera się, zasłaniając własnym ciałem bramkę prowadzącą do upragnionego samolotu kobiecie w średnim wieku, która przeszła już przecież przez te wszystkie kolejki, kontrole, pozbyła się wszystkiego, co zabronione, pokazała wszystkie dokumenty, zdjęła buty i odzież wierzchnią, być może dała się obmacać, a teraz ma kilo, może dwa więcej w walizce. Co zrobić w obliczu takiej zbrodni? Czy ja ukrywałbym Żydów, pyta w swej książce Batthany (dowiem się o tym już na pokładzie samolotu do Warszawy) i udziela odpowiedzi przeczącej. A ja nagle wiem, z czym kojarzy mi się lotniskowa kontrola bezpieczeństwa, to całe wybebeszanie bagaży, odbieranie rzeczy ostrych i płynnych, zdejmowanie butów, surowe spojrzenia strażników, zagubione staruszki, płaczące dzieci.

Dotarłam do Warszawy, by stwierdzić, że cały mój dobytek mieści się w torbie na ramieniu: dokumenty, pieniądze, elektronika, chusteczki i paczka z dwoma kawałkami keksu. Na szczęście zjawił się Pio i mój pobyt mogłam zacząć od wizyty w Galerii Mokotów. W domu Ryjka (chwilowo bez Ryjka, który zdobywa jakieś szczyty w Ladakhu) podlałam kwiaty i wyszukałam sobie za dużą piżamę. Na stole obok listu, kluczy i obiecanej drobnej gotówki znalazłam stosik kart zniżkowych do różnych przybytków i rozczuliła mnie karta kina Wisła, którą przed laty kupiłyśmy na spółkę. Tak jak rozczulił mnie opis dzielnicy Zugló u Vargi. Może nie wracam do domu, ale lubię wracać.

Read Full Post »

Dwa brzegi

Nocą obejrzałam dwa dokumenty o baskijskim rocku z lat 80. i 90. Industrialne Bilbao z okolicznymi miejscowościami, w których rytm życia wyznaczały niegdyś fabryki, stocznie i kopalnie, wygląda jak industrialna Anglia. Zaistniało także silne podobieństwo (kontra)kulturowe – punk, ostry i prosty rock, hasło no future, zamiłowanie do heroiny. Ta ostatnia przetrzebiła ponoć całe pokolenie. Gdy puściły obyczajowe tamy dyktatury, wszystko stało się dozwolone, a kryzys sprawił, że dobrze już odkarmieni chłopcy i dziewczęta z generacji baby-boomers nie mieli co ze sobą zrobić. W ten świat zagubienia, beznadziei i buzujących hormonów wśliznęła się heroina z jednej strony, a z drugiej ETA.

Jeden z dokumentów nosi tytuł „160 metros” – jest to szerokość rzeki Nervión na jej ostatnim odcinku, który czasami sobie przemierzam Mostem Wiszącym lub bareczką. Z Portugalete do Getxo na weekendowe spacery, w drodze na plaże, przez pewien czas także do pracy. Te dwie strony rzeki, spoglądające na siebie nawzajem, to dwa światy. O tym także mówią w dokumencie. Przemysłowe, pełne imigrantów z całej Hiszpanii, tradycyjnie socjalistyczne/komunistyczne lewe nabrzeże rzuciło się w objęcia radykalnego rocka i punka, podczas gdy eleganckie prawe nabrzeże, mieszczańskie przy rzece, rolnicze w głębi, tradycyjnie baskijskie, tworzyło raczej piosenki o chodzeniu na plażę i podrywaniu dziewczyn, a wycieczki na ostre imprezy po drugiej stronie rzeki uważano prawie za sport ekstremalny. Co ciekawe, ta odmienność obu nabrzeży nadal jest odczuwalna, choć zmieniły się okoliczności. Po lewej stronie mamy superport Bilbao, podczas gdy po prawej przybijają wielkie wycieczkowce i aż roi się od jachtów. Ludzie zachowują się bardziej powściągliwie po prawej stronie, gdzie króluje wystudiowana uprzejmość i pewna dyskrecja, zwyczajna dla burżuazji, podczas gdy po lewej wszystko jakby buzuje, jest żywsze i bardziej egalitarne. Portugalete to najgęściej zaludnione miasto w całej Hiszpanii, natomiast Getxo ma jeden z najwyższych dochodów na głowę mieszkańca. Ceny mieszkań, ceny piwa w barach – te 160 metrów robi ogromną różnicę. Jednocześnie z lewej strony zawsze widać jachty i eleganckie domy na nabrzeżu, a z prawej superport. Nie można się odwrócić od tego drugiego świata.

Read Full Post »

Superksiężyc wisiał naprzeciwko Mostu Wiszącego, a ja wpatrywałam się w niego z tarasu widokowego na rzeką. Czy wreszcie odejdzie ten jego zaburzający wpływ, który w ostatnich tygodniach zaogniał najdrobniejsze rzeczy i wszystko zamieniał w sprawę życia i śmierci. W tamtą jasną noc siedziałam jeszcze chwilę przy zewnętrznym stoliku nowej kawiarni naprzeciwko bazyliki, piłam wino i starając się nie zmarznąć, podziwiałam cienie na średniowiecznych fasadach budynków. Gdzie się podziała beztroska i umiejętność cieszenia się takimi chwilami? Wszystko zostało jakby zmrożone arktycznym powietrzem, jak trudno nagle jest na nowo uwierzyć w wiosnę. Superksiężyc potrafi wyssać wszystkie sensy, pomyślałam, tak jak przesuwa oceaniczne masy wody. Od dzieciństwa ziemski satelita wydawał mi się złowrogi. Potem go oswoiłam, nawet polubiłam jego światło w pełni, chociaż twarz, którą na nim wtedy widać, nigdy się nie uśmiecha. W świetle księżyca nikt nikogo nie przytula, nikt się nie wygłupia. Są tylko bezsenne noce i wycie psów. Na szczęście regularnie nadchodzi nów.

 

 

Read Full Post »

Świ

W Rodzinnym Mieście spadł śnieg i przed dwa dni trzeba było uważać, bo ślisko. Ten świerk rosnący przed domem obrodził szyszkami i poczułam, że natura wyręczyła nas w tym roku w ozdabianiu drzewek. Niestety, nikt więcej tego nie poczuł i odbyły się rytualne nerwy i spory wokół choinki. Za świerkiem majaczą wieże kościoła, z których na miasto groźnie spoglądają dwaj baskijscy święci: Ignacy Loyola i Franciszek Ksawery.

Wcześniej Warszawa w łapskach smoga. Od razu katar i metaliczny posmak w ustach jak po lizaniu starej, brudnej baterii. Szaro, mroczno, zimno i ponuro. Spotkania i chwilowe powroty do dawnego. Wrzenie Świata już nie jest tak fajne jak kiedyś – nie wiem nawet, dlaczego. Może po prostu coś się przesunęło i już nie ma feelingu między mną a pewnymi miejscami. Na szczęście został feeling międzyludzki. Wracam do tutejszych spraw z pełną naturalnością, rozdaję turrony, słucham historii, głaskam psy, koty i dzieci. Zamknięcie kolejnego cyklu i otwarcie nowego.

Read Full Post »

Hego haizea

Wiatr z południa przyniósł dwudziestostopniową temperaturę pod koniec listopada. Wpadam z jednych problemów zdrowotnych w drugie – wszystko przez skutki uboczne leków, które co jakiś czas wymieniam, choć tak naprawdę myślę, że dają mi się we znaki ostatnie intensywne dwa lata mojego życia. Pani w aptece zapytała mnie o imię i skąd jestem, czytała fragmenty ulotek i pocieszająco pokazywała, że „to naprawdę malutkie tableteczki”. Nienawidzę połykania dużych piguł.

Przedobiedni spacer wzdłuż rzeki. Niebieskie niebo i silny wiatr. Samoloty podejrzanie nisko podchodzą do lądowania, do portu wpływa prom z Anglii, a rzeka płynie jak trzeba – czyli wpływa do morza – zaś podmuchy tworzą na powierzchni lekkie fale. Mamy odpływ, ptaki przysiadają na pokrytych muszlami kamieniach, staruszkowie na ławkach wstawiają twarze do słońca. Od ponad roku odbywam regularnie ten spacer i ciągle mi się to nie nudzi. Zawsze będzie coś innego – jakiś statek albo jacht w ujściu rzeki, inne falowanie, światło, spektakl chmur ciągnących wzdłuż wybrzeża, cicha rywalizacja ptaków i rybaków, zapach wody zależny od pływów i wiatrów (dziś ciągnęło słoną wodą zastoinową z portu).

W ostatnich tygodniach niekończący się szereg zajmujących lektur – w godzinach nocnych, zaraz po powrocie z pracy i rytuale kolacji i prysznica, aż do zaśnięcia. Podróżuję kindlem po całym świecie, przeskakując ze Stambułu na Grenlandię i z powrotem do Wiednia, potem z Goteborga na Pacyfik, zahaczając o baskijskie wybrzeże, tak znajome, lecz nadal odkrywane. Całe bogactwo świata ujęte w literkowym kodzie, jedyny sens, którego nigdy nie przyszło mi do głowy kwestionować.

Read Full Post »

Powolny powrót z trybu wakacyjnego (bo przecież nie wakacji). Codziennie o jedną sprawę, jeden e-mail, jeden telefon więcej. Śledzę z uwagę prognozy pogodowe, wyłuskując dni potencjalnie plażowe. Nigdy dosyć.

Z okazji ciągnącego się cały rok świętowania 20-lecia Muzeum Guggenheima wszyscy mieszkańcy prowincji (prawie milion osób, szacuje prasa) dostaną darmowe bilety do zrealizowania w październiku. Kalendarz zapełnia się nieśmiało kulturalnymi planami na jesień. Spotkania z pisarzami, przedstawienia teatralne, koncerty, weekendowe wypady. Jednak w tym roku jakoś tak bez przekonania. Z niechęcią i ociąganiem pozwalam latu odejść do przeszłości (będą jeszcze dni plażowe, na pewno).

Tak tu sobie żyjemy jesiennym powrotem do codzienności, wypełnianiem kalendarzy i planowaniem, rząd baskijski przysyła informacje, że zwróci koszty kursów językowych, prowincja Bizkaia dba o bezpieczeństwo i czystość na swoich plażach, podczas gdy za ścianą trwają głośne przygotowania do wyprowadzki. Czy nagle okaże się, że mieszkam w państwie, które się rozpada? I jak się będzie rozpadać?

Read Full Post »

Pierwszy przystanek: Gipuzkoa, Oñati. Miasteczko zwane „baskijskim Toledo”, pełne renesansowych domów-pałaców, z pierwszym ufundowanym na tych ziemiach uniwersytetem (1543 r.) i kilkoma klasztorami. Sanktuarium Matki Boskiej Arantzazu wznosi się wysoko nad miastem. 14 kilometrów krętą drogą, między pastwiskami i ostrymi przepaściami. Budynek powstał w latach pięćdziesiątych i jest w niepokojący sposób nowoczesny. W krypcie abstrakcyjne murale z lat osiemdziesiątych, z krwistoczerwonym Chrystusem-rewolucjonistą w samym centrum. No i rzeźby 14 apostołów Oteizy na fasadzie, które ponoć musiały przeczekać kilkanaście lat porzucone przy drodze, gdyż władzom kościelnym nie spodobała się ich nowoczesna forma. Dwaj sędziwi franciszkanie, z którymi ucinamy sobie pogawędkę na tarasach widokowych, dzielą się opowieściami z gorączkowością ludzi rzadko mającymi okazję porozmawiać z kimś z zewnątrz. Brat Fermín ożywia się, gdy przechodzimy na baskijski. Nic dziwnego, myślę potem, to, poza wszystkim, język jego dzieciństwa, do którego jego ponad dziewięćdziesięcioletni umysł wraca jak do bezpiecznej przystani pełnej dobrych skojarzeń.

Drugi przystanek: Nawarra. Leitza. Wtulone w górską dolinę niewielkie miasteczko pełne politycznych napisów. W piątkowy wieczór czwórka czy może piątka manifestantów w sprawie więźniów stoi przy rondzie ze swoimi plakatami z takim samym cichym zaangażowaniem jak te kilkadziesiąt osób co środę w moim miasteczku albo kilkusetosobowy pochód, który widziałam kiedyś w Donostii. W barach trwa pintxo-pote i do taniego piwa dodają niewyróżniające się niczym przekąski. Rano samochód zastawił nam najbardziej znany mieszkaniec miasta – Iñaki Perurena, mistrz w podnoszeniu kamieni, a także aktor, poeta, bertsolari i… właściciel sklepu mięsnego położonego przy głównym rondzie w miasteczku.

Trzeci przystanek. Nawarra. Pamplona/Iruñea. Spontaniczna wizyta w stolicy, której dotąd nie odwiedziłam. Krótki spacer przez główny plac i uliczki Starego Miasta. W samo południe przechodzi tamtędy głośna manifestacja na rzecz uchodźców. Tego samego dnia Barcelona demonstruje, że nie boi się terrorystów. Między samochodami na poziomie -1 parkingu podziemnego odgrodzono fragmenty murów rzymskich.

Czwarty przystanek. Nawarra. Roncesvalles/Orreaga. Szlak przez Pireneje i spore natężenie pielgrzymów na Camino de Santiago. Robię sobie zdjęcie z drogowskazem: „Santiago de Compostela 790”. Wstęp do kaplicy, gdzie złożono szczątki króla Nawarry Sancho Mocnego kosztuje 2,50 euro, ale warto było. W kaplicy złożono także łańcuchy, które rzeczony król przywiózł ponoć z bitwy pod Navas de Tolosa – gdzie wraz z władcami Kastylii i Aragonii odniósł znaczące zwycięstwo nad Maurami. Łańcuchy te są przedstawione w herbie Nawarry, choć historycy spierają się, czy to właśnie za czasów Sancha doszło do jego zmiany. Sancho, Santiago i Roland (ten od Pieśni) są nadal żywymi bohaterami tego miejsca i nakładają się jeden na drugiego w uroczym historycznym palimpseście.

Piąty przystanek. Dolna Nawarra. Arnéguy/Arnegi. Senne miasteczko graniczne. Pijemy piwo w jedynym otwartym wieczorem barze przy samym granicznym moście i słuchamy tak szemrzącego strumienia, jak i opowieści z czasów kontrabandy („to największy kontrabandzista z okolicy, siedział nawet w więzieniu”) i kolejek tirów. Tutejszy baskijski, dodatkowo zakrapiany mocnym alkoholem, sprawia mi problemy. Przypominam sobie przekraczanie granic w czasach wiz i paszportów. W nocy burza. Rano góry parują przyjemnie i trzeba ściągnąć wodę z szyb samochodu.

Szósty przystanek. Dolna Nawarra. St. Jean Pied-de-Porte/Donibane Garazi. Piękne średniowieczne miasteczko. Punkt początkowy Camino de Santiago – w biurze pielgrzyma słyszę w jednym momencie kilka języków i zapowiedź pracownicy (po angielsku), że zaraz przyjdzie koleżanka, która zna niemiecki i wszystko pielgrzymowi wytłumaczy. Sama mówię językami, starając się używać francuskiego, którego przecież tak naprawdę nie znam, i przechodząc płynnie w hiszpański lub baskijski. W barze przed kościołem jemy naleśniki, pijemy kawę i obserwujemy, jak po skończonej mszy ksiądz o dalekowschodnich rysach żegna się w drzwiach z parafianami. Światowe metropolie mogą mieć nawet niespełna dwa tysiące mieszkańców, myślę sobie, gdy ogarnia mnie nagle wielka ochota, by kiedyś spędzić w tym miejscu trochę więcej czasu.

A potem już z Pirenejów, trochę wzdłuż rzeki Nive i przez Azkaine do St. Jean-de-Luze na kantabryjskie wybrzeże, gdzie pada wściekły deszcz. Wzdłuż plaży w Hendaye, przez most graniczny na Bidasoi, gdzie tabliczka z napisem „Espagne” jak zawsze zamazana i zaklejona, za to dobrze widać drogowskaz informujący, że wjeżdża się do prowincji Gipuzkoa. Trzy dni tak obfitujące w bodźce i wrażenia, że wydaje mi się, jakby minęło więcej czasu.

Read Full Post »

W samym środku high season media pełne są utyskiwań na zalew turystów. Zamknięcie lub ograniczenie popularnych destynacji takich jak Egipt, Tunezja czy Turcja sprawiło, że Hiszpania przeżywa nienotowany dotąd najazd w sezonie letnim. W Katalonii i na Balearach pojawiły się grupy miejskiej partyzantki antyturystycznej, a w San Sebastian już późną wiosną czyjeś ręce uporczywie wymazywały na murach „Tourists go home”.

1 sierpnia byłam na dwóch lokalnych plażach – na jednej z nich było pięć, na drugiej z piętnaście osób (chyba policzyłam ich z ratownikami), słońce lekko przypiekało, woda miała przyjemną temperaturę, wszystko czyste, ze śmietnikami w zasięgu krótkiej przebieżki i darmowymi toaletami. Dwa dni wcześniej byliśmy na innej plaży, bardziej kurortowej. Zachmurzone niebo sprawiło, że do wody weszli chyba tylko obcokrajowcy i surferzy. Tak więc high season może mieć różne oblicza. Dość to pocieszające.

W popularnym kurorcie Asturii w samym środku długiego weekendu mieliśmy problem z zaparkowaniem, ale gdy wreszcie znaleźliśmy miejsce, zapłaciliśmy tylko dwa euro za postój do końca dnia. „Ludzie tutaj nie umieją w zdzierstwo czy co” – pomyślałam sobie, myśląc o high season nad Bałtykiem i cenach tamtejszych parkingów. Kawa i piwo kosztowały tyle samo co w barze na mojej zwyczajnej, niekurortowej ulicy. Jedynym minusem były nieposprzątane stoliki. Pocztówki były artystyczne, zrezygnowałam z wysłania ich rodzinie, bo co zrozumieją z widoczku na porośnięte trawą skały albo wyrwanej z kontekstu maryjnej figurki. Zrozumiałam wtedy, jak mocno jestem już turystycznie uwarunkowana. Na pamiątkę zabrałam idealnie jajowatego otoczaka z plaży.

Turystyka jest fajna, bo poznawanie świata jest fajne. Ale turystyka masowa sprawia, że traci się szanse na poznawanie świata, na zetknięcie z innym. Wszystko staje się sztampowe i męczące. Nie ma już miejsca na te drobne gesty, jak to, że kucharz z baru z sąsiedniej ulicy, widząc cudzoziemców z plecaczkami, sam z siebie proponuje szybsze otwarcie kuchni („jak tylko przyjdzie dziewczyna i przyniosą chleb”), a potem w ramach przystawki zaprasza na grzyby w piwnym sosie, żeby się nam czekanie na kolację nie dłużyło. Tyle że ten kucharz jest współwłaścicielem baru, nie odpowiada przed abstrakcyjnymi radami nadzorczymi międzynarodowych firm, które patrzą tylko na słupki w excelu i rzucają samoloty i promocje tam, gdzie podpowiedzą im algorytmy.

Może Chińczycy dobrze to wymyślili. Budują u siebie repliki europejskich miast, które stały się atrakcją turystyczną. Muszą tylko bardziej wypromować te miejsca, sypnąć publiczne pieniądze liniom lotniczym i sieciom hotelarskim. Do jaskini Altamira nikt od lat nie może wejść, bo oddech zwiedzających niszczył naskalne rysunki. Tak więc obok zbudowano replikę jaskini i tam kończą turyści. Pewnie większości jest wszystko jedno, a niektórzy może nawet się nie zorientowali. Pozwólmy Chińczykom budować nowe Barcelony i Kordowy, Wenecje i Florencje, nawet Paryże czy Carcassonne. Może dzięki temu oryginały zejdą ze ścieżki przekształcenia się w nic niemówiące disneylandy. Bo komu mają cokolwiek mówić, gdy nikt nie słucha, odhaczając kolejne „must see” z długiej wakacyjnej listy.

W Mieście Po Drugiej Stronie Rzeki wzmożony ruch ogromnych statków wycieczkowych. Na początku ich przytłaczający ogrom mnie fascynował. Teraz już nuży. Podczas gdy jachty, statki rybackie i wielkie kontenerowce, wpływające do portu Bilbao generują jakiś ruch, tamte wycieczkowce sprawiają wrażenie nieruchomych. Pojawiają się rano, znikają wieczorem. Nie w żadnej kontynuacji, żadnego śladu. Gdzie podziewają się ich liczni pasażerowie? W ogóle schodzą do portu, udają się na plażę do okolicznych barów? Czy autokary wiozą ich prosto do Bilbao na spacer i zakupy na Gran Via? A może decydują się zostać w labiryncie barów, basenów i dyskotek wielkiego miasta-statku? Wyrwani z kontekstu, sformatowani, pozbawieni szans poznania czegoś poza linią krajobrazu. Czy kiedykolwiek ktoś z nich wjechał na wzgórze Artxanda i zrozumiał, dlaczego Bilbao nazywane jest przez tubylców Botxo (czyli w wolnym tłumaczeniu: dziura)? Podróż była zawsze dotykaniem, macaniem, próbowaniem, spotykaniem – i tego wszystkiego konsekwencjami. Oferując wszystkim swobodę podróżowania, jednocześnie się im tę swobodę odbiera. Nie ma prostego rozwiązania tej zawiłej sytuacji.

Read Full Post »

Pewnego dnia przemieściłam się z pochmurnego Bilbao do upalnej Saragossy. Podróż bez planu, bez potrzeby, bez towarzystwa. Gdy autobus zjechał w dolinę Ebro, znalazłam się w zupełnie innym świecie – to przedarcie się na drugą stronę systemu Góry Kantabryjskie zawsze przynosi tak wyraźną zmianę. Zmienia się krajobraz, klimat, powietrze, światło. Pojechałam do Aragonii zainspirowana nieco książką „La España vacía” Sergio del Moliny (zresztą autora z Saragossy), poczytnym tutaj eseju o hiszpańskim interiorze, miejscu suchym, pustym i stale się wyludniającym. Miejscu, gdzie życie skupia się w rzuconych na mesecie miastach i miasteczkach, których granice wyznaczone są tak wyraźnie, jakby ucięte, że gdy o tym myślę, przeszywa mnie niezrozumiały dreszcz. Niegdyś w moich snach pojawiał się koniec miasta – ostatnie bloki, za którymi już tylko pola i odległe hangary, brak oparcia nawet w linii drzew czy odległych wiejskich zabudowaniach. Śniłam tak o Warszawie, ale tak naprawdę dopiero w Aragonii się te senne obrazy urzeczywistniły. Nie wiem do końca, skąd bierze się ten niepokój. Czyżby z tego, że ucieczka z rzuconego na pustkowie miasta jest niemożliwa? Gdy wyjdziesz za linię ostatnich budynków, jesteś tak bardzo na widoku. Rozległa przestrzeń ma w sobie coś przerażającego i męczącego. Podróż przez Wielką Nizinę Węgierską czy hiszpańską Mesetę to ciągłe wpatrywanie się w oddalający się horyzont i przytłaczająca monotonność krajobrazu. W drodze powrotnej poczułam ulgę, gdy wreszcie autostrada (Autopista del Ebro) zagłębiła się w pofalowany krajobraz La Riojy z jej winnicami i narastającą w miarę zbliżania się do linii gór zielenią.

19 stopni rano w Bilbao, 36 po południu w Saragossie. Spacer w tym skwarze był prawie niemożliwy, trzeba było odczekać kilka godzin, co i rusz chowając się w kawiarniach, aż niebo się zamgliło, odcinając miasto od niemiłosiernego słońca. W dodatku pojawił się silny wiatr, przynoszący ulgę. Saragossa jest przystosowana do upałów. ulice wysadzono dającymi przyjemny cień drzewami, są ławki, na których można przysiąść, by złapać oddech i uzupełnić płyny, szerokie chodniki pozwalają skryć się w cieniu wysokich budynków. Spróbowałam pierwszych w tym roku morw prosto z drzewa – były średnio dojrzałe. W bazylice Virgen del Pilar odrzucający klimat imperialny i pozbawiona uroku barokowa dewocja. Za kaplicą stała spora kolejka czcicieli, którzy podchodzili do dziury w ścianie, za którą stała figurka Dziewicy Maryi na filarze. Klękali i całowali ten filar od tyłu, jakby niegodni ujrzenia podobizny Matki Boskiej. Było w tym coś mocno obskuranckiego i wstecznego, a zarazem stereotypowo hiszpańskiego. odebrało mi ochotę na wyszukiwanie fresków Goi na suficie kościoła.

Bazylika Pilar dominuje nad brzegiem Ebro i nad otaczającymi ją uliczkami historycznego centrum, które ma dwie twarze. Część położona po stronie prowadzącej ku średniowiecznego zamku królów aragońskich, jest nieco zapuszczona, wypełnione wąskimi, lekko śmierdzącymi uliczkami z kamienną zabudową. Natomiast część wiodąca ku Plaza de España wypełniona jest eleganckimi sklepami, klimatycznymi kawiarniami przy małych placykach. Jest wielkomiejska, dystyngowana, przywodzi na myśl Madryt czy Barcelonę. Ze swoimi 700 tysiącami mieszkańców Saragossa jest w końcu piątym co do wielkości miastem w Hiszpanii, a jej historyczność i położenie także nadają jej ważność. Co drugi mieszkaniec Aragonii mieszka w stolicy tej wspólnoty autonomicznej. Jej drugie co do wielkości miasto, Huesca, ma tylko około 50 tysięcy mieszkańców.

Pojechałam do Hueski drugiego dnia. Upał wydawał się lżejszy, może to wpływ widocznych w oddali gór, przedpirenejskiego pasma Sierra de Guara (nawet 2000 m.n.p.m.), mimo to po południu miasto było jak wymarłe. Nieliczne otwarte bary stanowiły jedyne schronienie, dzięki klimatyzowanym wnętrzom i nawilżanym ogródkom. Średniowieczne część Hueski położona jest na wzgórzu. Gotycka katedra stoi naprzeciwko też dość starego budynku ratusza. Dzieli je dosłownie z dwadzieścia metrów, przestrzeń z fontanną, kilkoma drzewami i jedną kawiarnią. W katedrze wspięłam się po 180 stopniach, bardzo wąskich, miejscami dość traumatycznych, i z wieży ogarnęłam wzrokiem cała Hueskę i jej okolice. Oczywiście puste. Na drodze łączącej to miasto z Saragossą (75 km) nie zauważyłam nawet żadnej stacji benzynowej. W przykatedralnym muzeum kilka ciekawych średniowiecznych obrazów i ozdobny, wykuty w białym kamieniu ołtarz. W samej katedrze było chłodno i cicho, spotkałam może troje, czworo innych zwiedzających. Znajduje się tam między innymi kaplica Św. Hieronima, patrona tłumaczy. Wrzucam 10 eurocentów, by zapalić samotną automatyczną świeczkę. Wprawdzie plakaty na ulicach  głosiły, że w mieście odbywa się akurat międzynarodowy festiwal filmowy, ale nie natrafiłam na żadne związane z tym ożywienie. Nauczyłam się pierwszego aragońskiego słowa: zerrau, czyli zamknięte i mogłoby to dobrze podsumować ten kilkugodzinny pobyt. Gdy po raz trzeci trafiłam na ten sam plac, uznałam, że poznałam już z grubsza miasto i mogę usiąść w chłodnym barze, zamówić zimną colę i oddać się czytaniu.

Trzeciego dnia była jeszcze bardziej gorąca Saragossa. Wizyta w Muzeum Goi i na średniowiecznym jarmarku, na którym można było zakupić różne ekologiczne produkty albo drewniane miecze. Mój podróżny outfit (oliwkowe spodnie i mały plecak) zmylił lekko podchmielonego strażnika ubranego w płócienne giezło. „Robisz Camino de Santiago?” zapytał dość natarczywie. Nie wiem, jaki produkt związany ze św. Jakubem chciał mi zaproponować, bo szybko przeszłam na zacienioną stronę, gdzie kupiłam naleśnika z bananem i czekoladą. To był mój obiad. Odpuściłam sobie powtórną wizytę w bazylice i powoli zaczęłam przemieszczać się w stronę dworca. Przeskalowany nowy budynek, godny wielkiej metropolii łączy dworzec kolejowy i autobusowy. W tym ogromie gubią się niezbyt często przyjeżdżające pociągi i autobusy, pasażerowie wydają się nieliczni. Przejście od wejścia od strony miasta ku okienkom biletowym zajmuje niespiesznym krokiem chyba z dziesięć minut. Pasażerowie udający się koleją szybkiej prędkości do Barcelony muszą przejść kontrolę bezpieczeństwa jak na lotnisku. Odnotowuję tylko dwie kafejki i jeden sklep pozornie z żywnością, który na drzwiach ma wypisany flamastrem na tekturze napis, że nie można w nim dostać wody ani żadnych napojów. W tym okrutnym upale sprawia to dość absurdalne wrażenie. O dziewiątej wieczorem w Bilbao wysiadam z autobusu i wreszcie odczuwam lekki chłód. Powietrze pachnie wiosną (nadal mamy wiosnę) i morzem. Następnego dnia fala upałów dotarła też na wybrzeże, ale tu mamy przynajmniej plaże. Teraz namacalnie rozumiem, dlaczego interior Półwyspu się wyludnia, podczas gdy na wybrzeżu ludności stale przybywa.

Była to też podróż do mojego własnego wnętrza. Trzy dni spędzone sama ze sobą, z wieczornymi lekturami, socjologicznymi i antropologicznymi obserwacjami, obcowania z odmiennością i nowością. Inny klimat, inne myśli, porządkowanie siebie w oderwaniu od codzienności, jakże dawno tego nie robiłam…

Read Full Post »

Zaczęło się od tego, że zaspałam, bo moja komórka się zablokowała. Nie zadzwonił budzik, nie dotarły ponaglające wiadomości i telefony. Obudziłam się o 9.20 i od razu zabrałam się za nadrabianie tej straconej godziny.

Poza tym nareszcie zrobiło się cieplej. Wczoraj pojawił się silny wiatr i rzeka wpływała do morza, jak trzeba. Dziś niebo jest zachmurzone i wszystko szykuje się na ulewne kantabryjskie deszcze. Za to temperatura sięgnie może nawet 20 stopni. Za kilka dni, więc nic nie jest pewne.

Na nocnym stoliku po nieużywanej stronie łóżka leży stosik wypożyczonych książek. Powieści, kryminały, biografie, eseje. Chciałabym jeszcze wyszarpnąć z każdego dnia kilka chwil więcej na czytanie. Jak na razie udaje mi się to na przeróżne wydarzenia kulturalne. Nie na darmo nazywają Bilbao stolicą świata – nie ma tygodnia, bym nie znalazła czegoś interesującego w ofercie kulturalnej. Zawsze też pozostają wypady na popołudniowe sesje praco-nauki z widokiem na surfistów w tle.

Read Full Post »

Sceny

Zima nastraja melancholijnie, ale zarazem wyostrza zmysły. Stąd biorą się pewnie te nieokreślone smutki. Nawet nie przygnębienia, ani tym bardziej tragedie. Po prostu czysty smutek. Smutno mi, gdy dostaję wiadomość, że znajomy znajomych organizuje transport kocy i rzeczy dla uchodźców na granicy serbsko-węgierskiej. Uświadamiam sobie, że wysyłaliśmy tam transporty jesienią 2015 roku i że sytuacja nie została rozwiązana, a nawet się zaostrzyła. Co mogę zrobić poza wysłaniem drobnej pomocy i oddaniem się temu smutkowi? Smutno mi, gdy w internecie wpadają mi w oczy zdjęcia zamarzniętych psów łańcuchowych. Smutno mi, gdy uliczny sprzedawca desperacko próbuje wcisnąć mi skarpety w różowe serduszka. Najbardziej może nawet smucą mnie te serduszka, dlatego zawsze noszę czarne, gładkie skarpety. Smutno mi, kiedy w metrze widzę taką scenkę: Kobieta z wózkiem, w wózku może roczna dziewczynka, jadą wraz ze mną kilka stacji. Siedzę naprzeciwko, a poza tym kobieta ma ładną sukienkę, od której nie mogę oderwać oczu. Jak jej się ta sukienka układa, gdy klęka przed wózkiem i pochyla się nad dzieckiem! Metro zatrzymuje się, mój wzrok przebiega szyby w poszukiwaniu nazwy stacji i prześlizguje się po wchodzących i wychodzących. Gdy wraca do wózka zauważa, że kobieta ruszyła w stronę drzwi, ale sama! Wyszła bez słowa, podczas gdy do pociągu wsiadł mężczyzna. Nachylił się nad dzieckiem ojcowskim gestem. Potem sprawdził wózek, a że u dołu jego kołderka była mokra (lało tego dnia), z zamyśleniem przejechał po niej ręką i wyciągnął telefon, by zrobić zdjęcie. Przez kilka stacji stał nad wózkiem, pisząc wiadomości, a ja stroiłam rozweselające miny do dziewczynki. Tylko nie wiem do końca, czy bardziej chciałam tym zająć ją czy siebie samą. Ponoć gdy jest ci smutno, trzeba ćwiczyć mięśnie twarzy. Rozciągnięte w wymuszonym uśmiechu wysyłają pozytywne informacje do mózgu. Jak mówił mądry rabin, jeśli nie jesteś szczęśliwy, zachowuj się jak człowiek szczęśliwy, a takim się staniesz. Tymczasem mamy chłodną, deszczową zimę i kiedy w kawiarnianym lustrze patrzę na własną twarz, widzę, że jestem zdolna tylko do melancholijnego uśmiechu.

Read Full Post »

Jeszcze więcej

Ostatnie dni listopada w promocyjnej pogodzie. Słoneczne ciepłe dni. W sobotę wycieczka na wybrzeże. W Bakio odbywał się biskajski konkurs putxer, czyli potraw przygotowywanych w wielkich garnkach, z jakich raczyli się w dawnych czasach pracownicy kolei. Gdzie byłaś w dniu, w którym świat dowiedział się o śmierci Fidela Castro? W Bakio. Jadłam tortillę w towarzystwie czterech mężczyzn, patrząc na morze. Obok odbywał się biskajski konkurs putxer i śpiewano moje ulubione baskijskie piosenki. Potem 230 schodów do kapliczki San Juan de Gaztelugatxe. Pogoda piękna, wiatr od interioru. Każdy, kto dociera na miejsce, bije w kościelny dzwon. Całe popołudnie po morzu niesie się ten dźwięk. „To jest właśnie Kraj Basków, wybrzeże i góry, a nie jakiś tam Guggenheim” – mówimy gościowi z Burgos, gdy po ponownym przebyciu 230 schodów wspinamy się w stronę samochodu. Zmierzch dopada nas w Bermeo. Zapach portu rybackiego nocą przywodzi na myśl odległe zamorskie krainy.

Read Full Post »

Plaża nad Wannsee (wstęp 5,5 euro) jak kurort  z czasów Reichu. Sama nie wiem, którego. Dawno nie chodziłam po tak mulistym dnie, przez chwilę żałowałam nawet, że nie mam moich butów do pływania.

Mnóstwo przejażdżek U-bahnem i S-bahnem, liczne trasy, zaskakujące przesiadki. Wagoniki z Bramą Brandenburską na oknach. W środku cały przekrój berlińskiego społeczeństwa – od tańczącego transwestyty o długich rudych włosach, po rosyjskich pijaczków, amerykańskich ekspatów, blond dziewczęta z rowerami, ciemnych chłopców z seksownymi brodami do ogorzałych emerytek z wózeczkami na kółkach pełnymi zakupów.

Dzień pierwszy: oswajanie miasta, spacer po Unter der Linden, selfie pod Bramą, zamieszkałyśmy w dzielnicy tureckiej i poczułam nagły atak obcości.

Dzień drugi: moderna, Gropius, berliński Żoliborz w różnych odsłonach, króliki na trawnikach między blokami, spacer przez lotnisko Tempelhof, tam także obowiązkowa currywurst, oddychanie miastem i to odwieczne szukanie własnego miejsca do życia, jak to w miastach, które nie są twoje, a w sumie mogłyby być.

Dzień trzeci: mur, holenderski przewodnik po podziemnych trasach, stacje widma, schrony przeciwbombowe, ucieczki w tunelach, zapamiętałam, że ikoniczny żołnierz NRD skaczący przez zasieki na stronę zachodnią do końca życia cierpiał na depresję i manię prześladowczą (Stasi mnie ściga).

Dzień czwarty: Ogród Botaniczny i plaża, upał i niemożność zaspokojenia pragnienia, zachód słońca nad rozlewiskami Haweli, myślę, że pora przenieść się do pierwszego świata.

Dzień piąty: znowu klasyka: Potsdamer Platz, Checkpoint Charlie, okolice dworca Zoo, zdjęcie pod Bundestagiem, Zum Deutschen Volke, zdjęcie pod pomnikiem Holokaustu, gdzie ochrona nie pozwala wchodzić na kamienne bloki (ale usiąść można).

I mimo tych wszystkich knajpek i najbardziej egzotycznych kuchni jakoś tak w porównaniu z Krajem Basków biednie i sztampowo. Widziałam wegetariański kebab. Nie wchodziłam.

Read Full Post »

Salamanka

Jasne, stare budynki z piaskowca w ostrym słońcu i porywistym wietrze. Dwie przylepione do siebie katedry – stara (romańska) i nowa (gotycka). Stara jest ciekawsza. Ze ścian przezierają fragmenty kolorowych fresków. W środku było dojmująco zimno.

Najpiękniejszy okazał się malutki romański kościół św. Marka, w kształcie rotundy, praktycznie pozbawiony okien. W środku dwunastowieczna figurka Maryi, Matki Świata, z Dzieciątkiem. Prymitywna i wzruszająca urocza. Weźcie sobie gałązki, które pozostały z niedzieli palmowej, mówi starsza parafianka, ożywiona nagle naszymi pytaniami i tym, że jestem z Polski.

Księgarnie i antykwariaty z książkami, których nie widziałam na oczy, chociaż wiedziałam, że istnieją. Nie mogłam nie kupić „Dejemos hablar al viento” Onettiego, być może przez tę intensywną dysputę na wietrze. Tam, na mesecie, starłam się z kolejnymi lękami, wyśniłam je potem, wracając we śnie do miejsca, które kiedyś było moim azylem. W piątek rozpoczął się powrót do domów, niczym otwieranie kolejnych rosyjskich matrioszek. Gdy autobus wjeżdżał wieczorem do Bilbao, poczułam się jak u siebie. Podróż nie liczy się jako podróż, jeśli nie odczuwa się powrotu jako powrotu do domu.

Read Full Post »

Older Posts »