Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Ekspresjonizm’ Category

A może zawsze już będzie takie właśnie lato.

Mija miesiąc od końca hiszpańskiej „desescalady” i otwarcia granic. Ponoć stoimy już w obliczu drugiej fali koronazakażeń.

Gdy po 50 dniach w domu pozwolono nam na spacery o wyznaczonych administracyjnie porach, ulice mojego miasteczka zapełniły się ludźmi, aż trudno było przejść. Pamiętam jeszcze tę niewysłowioną radość z ponownych spotkań, wspólne, nieco ukradkowe picie piwa z małych puszek zakupionych w chińskim sklepie spożywczym, w ciągłym ruchu, bo siadanie na ławkach i zatrzymywanie się na rogu było nadal niedozwolone. Pamiętam majową nocną zlewę, spędzoną pod gzymsem na sąsiedniej ulicy, kiedy nie można było przejść pod strugami deszczu, ale nawet nie chciało się uciekać, bo można było wdychać świeże powietrze i oglądać błyskawice na niebie, i to było piękne, i to było dobre. Pamiętam podniecenie związane z pierwszym dniem w sąsiedniej prowincji, podróż pociągiem – w maseczce, a jakże! – pierwszą opaleniznę, spóźnioną, już u progu lata, pierwsze popołudnie na plaży. Wszystko było zarazem nowe i dobrze znajome, smakowało trochę jak powrót do tego samego miejsca, gdzie co roku spędza się wakacje.

Spotykam się ze znajomymi, siadamy w pełnych ogródkach lokalnych knajp, pijemy wino i rozmawiamy o wakacyjnych planach, które znajdują się gdzieś między realnym a nierealnym. Opowiadamy sobie nawzajem o tym, jak trudno jest wrócić do zwykłego rytmu, jak trudno czasami przekonać siebie samą do dalszego spaceru, jak trudno – tym bardziej w obliczu rosnących zakażeń – zdecydować o sobotnim w wypadzie do Asturii, tak trudno, że nawet, kiedy wstajesz tego dnia rano, nadal nie wiesz, czy pojedziesz. Przekazujemy sobie historie z kwarantanny, o tym, jak kuzyn wybudził się po 40 dniach pod respiratorem i nie mógł uwierzyć, że świat się zatrzymał i w całej Hiszpanii nie działa ani jeden bar. O tym, jak po tylu miesiącach czuje się siostra, która przeszła covid w domu, bo szpitale były pełne poważniejszych przypadków. O tym, jak szesnastoletnia bratanica nie rozumie rodzicielskich zakazów, bo w końcu dla nastolatków liczy się tylko to, co teraz, i mają poczucie, że tracą jedyną szansą na świetną zabawę i spędzanie czasu z przyjaciółmi. Ciągle jeszcze trawimy tamten czas, jeszcze nie wiemy, jak to zapamiętamy. A przed nami rośnie niepewna przyszłość – sanitarnie, ekonomicznie, politycznie niepewna jesień, o zimie nie ma nawet co myśleć, tyle jeszcze może się wydarzyć.

Może jednak nigdy nie będzie takiego lata, bo sytuacja jest tak dynamiczna, że kolejne lato okaże się już zupełnie inne, a ponadto przyzwyczaimy się do rzeczy, na które teraz jeszcze patrzymy z niedowierzaniem. Tymczasem zostaje tylko cieszyć się każdym słonecznym dniem, póki nadal można jeździć na plażę, i jednak skusić się na wypad do Asturii – być może okaże się, że to ostatnia okazja tego lata.

Read Full Post »

Ciocia Ewa

Miała dziwne szczęście do znaczących dat. Urodziny 1 listopada, imieniny w Wigilię. Zmarła 1 maja. Ciocia Ewa, przyjaciółka Mamy, mama Mlecznej Siostry.

Serce na dłoni, a na pierwszy rzut oka diabeł wcielony. Zawsze nosiła mocny makijaż, po raz pierwszy zobaczyłam jej cienkie, jasne brwi, kiedy miałam 19 lat. Wielka, zażywna, energiczna. Kopciła jak smok. Gdy odbierała te wszystkie pilne telefony z pracy, w jednej chwili z wesołej Ewy sypiącej anegdotkami w gronie rodzinnym zamieniała się w furię, klęła na czym świat stoi swoje podopieczne, nieletnie pensjonariuszki zamkniętego zakładu, którym zachciało się ucieczki, próby samobójczej, bójki. Pokazała mi kiedyś laurki, jakie dziewczyny dały jej na zakończenie roku szkolnego. Naiwne kwiatki, zaskakująco dziecięce pismo, błędy ortograficzne i pełne uczucia zdania: „Była pani pierwszą osobą w moim życiu, która mnie wysłuchała”, „Bardzo mi pani pomogła”, „Tylko pani we mnie uwierzyła, kiedy wszyscy mnie opuścili”.

Kochała samochody i przede wszystkim zwierzęta. W ostatnich latach głównie koty – dokarmiała, przygarniała, znajdowała domy. W jej ciasnym mieszkaniu na parterze zawsze pełno było kudłatych przyjaciół. Czaiły się za firanką, wyłaniały nagle zza szafy. Kochała także morze. Jako że w mojej rodzinie nikt nie wykazuje takiego entuzjazmu dla fal i plaż, myślę, że wyssałam tę miłość z jej mlekiem, którym mnie kiedyś uraczyła (stąd mam Mleczną Siostrę). W dorosłym życiu zapraszała na niedzielne obiadki – proste ziemniaki i kotlety z surówką, lecz jakoś tak wyjątkowo dopieszczone. Ciocia Ewa chyba nie potrafiła czegoś robić, nie wkładając w to całej siebie.

Nie potrafię sobie wyobrazić jej ostatnich dni, nie dociera do mnie, że naprawdę odeszła. 2500 kilometrów odległości i cała ta nierealna koronasytuacja tego nie ułatwiają.

Ale może tak jest lepiej. Może lepiej zachować irracjonalne oczekiwanie, że któregoś dnia zawinie do nieodległego portu – rejs dookoła świata zawsze był jej marzeniem. Zabiorę ją wtedy na moją ulubioną plażę, kupimy sobie wielkie kolorowe parea od handlarzy obnośnych, bo ona wstydziła się pokazywać żylaki, siądziemy na piasku i znowu będę mogła słuchać jej historyjek.

Read Full Post »

Koronawiosna

Zarzuciłam kronikę kwarantanny, bo o czym tu pisać? Każdy dzień jest taki sam, po pięciu musiałam na moment zerwać z narzuconą sobie rutyną i odpocząć, bo przecież odpoczywam też w czasach normalnych. Za oknem wiosna i podrygi dzieci sąsiadów na balkonach. Chodzą słuchy, że to się przedłuży ponad planowane pierwotnie dwa tygodnie, musimy uzbroić się w jeszcze więcej cierpliwości.

Rutyna porannego wstawania, porannej pracy i półgodzinnej jogi na zakończenie tego kawałka dnia. Potem wyjście do sklepu – codziennie innego, przygotowanie obiadu, zjedzenie obiadu, pozmywanie po obiedzie. Wreszcie popołudniowa lektura lub popołudniowa praca. A na koniec dnia rozmowy, krótsze i dłuższe, zawsze dobre i interesujące. Człowiek jest zwierzęciem społecznym i w tej sytuacji jest to bardziej widoczne niż zwykle.

Zastanawia mnie, z jaką łatwością przeszliśmy od tego, co dotąd było dla nas normalne, do zamknięcia i obostrzeń. Ustawiamy się w rozrzedzone milczące kolejki, wchodzimy do sklepu pojedynczo, rozmawiamy w pewnej odległości jedno od drugiego. Bez mrugnięcia okiem przyjęliśmy zamknięcie knajp czy odwołanie wizyt i zabiegów. Dobrze jest nie myśleć o parkach i plażach, nie wspominać ulubionych miejsc w sąsiednich miastach, ale nie da się przecież cały czas oglądać seriali, czytać albo spać. Życie toczy się dalej, sens nadal istnieje, wiosna ponownie nadeszła.

Read Full Post »

Spadł deszcz i zrobiło się zimno. Balkon chwilowo wyłączony z użytku. Za to zaplanowałam wyjścia do sklepu i ze śmieciami. Stanęłam karnie w rozproszonej kolejce do supermarketu, a potem kazano mi wydezynfekować ręce i założyć rękawiczki. Dreszcz przeszedł mnie, gdy opustoszałymi ulicami przejeżdżała policja ze swoim komunikatem.

Od rana przychodnie są zamknięte dla zwykłych wizyt, przyjmują tylko w nagłych przypadkach i na niezbędne zabiegi.

Od jutra zaczynam prowadzić lekcje online. Z tego powodu jestem w jakichś nowych whatsappowych grupach i mam wrażenie, że życie społeczne zupełnie przeniosło się do internetu. Dziś po raz pierwszy zastanawiałam się przez chwilę, czy wytrzymam psychicznie długotrwałą izolację (i odgłosy wydawane przez sąsiadów).

Read Full Post »

Negua joan da

WhatsApp, pierwsza w nocy. Pio dopytuje, czy atak koronawirusa pokrzyżuje nasze plany na Euro. Bilety na mecze zakupione, podróż zorganizowana, od czasu do czasu gdy myślę o tej wizycie ogarnia mnie ekscytacja. Potem chodzę po Bilbao i patrzę na miasto oczami tych, którzy widzą je pierwszy raz. Nadal pamiętam tamto wrażenie, jakie zrobiło na mnie Muzeum Guggenheima, gdy autobus, który wiózł mnie z lotniska, wyłonił się z tunelu Artxandy i wjechał na most.

Przez blisko godzinę Pio i ja wymieniamy się wiadomościami – komentujemy nasze lektury, wspominamy coś o futbolu i piciu alkoholu, nagle mam ochotę mu napisać, że przepraszam, ale muszę już przerwać, bo chcę jeszcze przed zaśnięciem powyobrażać sobie ciąg dalszy „Dumy i uprzedzenia” – tak ostatnio utulam się do snu. Ale Pio wypowiada nagle intymną myśl, nazywa pewien lęk, który jest także moim udziałem. Nie sposób teraz porzucić rozmowy, nabiera ona cech terapeutycznych, jak zawsze gdy ktoś inny wyrzuci z siebie to, co nas trapi.

Następnego dnia włóczę się bez celu po Bilbao. Z premedytacją nie docieram na jedyne w tym miesiącu spotkanie klubu czytelniczego (i tak nie przeczytałam zadanej lektury). Zaglądam do kawiarni i bibliotek, nie nawiązuję żadnych międzyludzkich relacji, nie zważam na nawracający deszcz. Czuję się pusto i lekko. Wieczorem, trochę niechcący, z kieliszkiem szampana w ręku trafię na grupowe zdjęcie z barowej celebracji wejścia Athletiku do finału pucharu.

Zima sobie poszła.

 

Read Full Post »

Ponieważ tej jesieni brakuje mi ciepła, podczas krótkiego pobytu w Warszawie kupiłam kurtkę, która przypomina kokon. To wożenie się w tę i we wte – pierniki w jedną stronę, turrony w drugą. Marzy mi się wyrwanie poza tę trasę, podróż do Grecji albo Irlandii. Na razie jednak intensywnie robię na budowie tego mostu.

 

Read Full Post »

W środku lata morze jest silne. Próby zanurzenia się kończą się ucieczką przed ogromną falą. Ciąg wody zabiera piasek spod stóp i dosłownie zwala z nóg. W dotknięte słońcem ciało uderza z całą siłą mieszanka wody i piasku. Gdy zakryje głowę, przez kilka sekund całe ciało skupia się na przetrwaniu, na nieoddychaniu, nieotwieraniu oczu, nierobieniu gwałtownych ruchów. Potem jest kilka sekund nie podniesienie się, poprawienie stroju, przetarcie oczu i odsunięcie włosów z twarzy. I decyzję, czy spróbować raz jeszcze. Czasami po takim rzuceniu na brzeg serce bije mocno i drżą kolana. Jednak morze nadal jest najpiękniejszą rzeczą, jaka mi się w życiu przydarzyła.

W środku lata są wyprawy na lody do Plentzii, Woody Allen kręcący swój najnowszy film w Donostii, podczas gdy ja piszę scenariusze na kolejne sezony mojego życia i bezsensownie zanurzam się w tłum turystów paradujących wzdłuż La Conchy. Nadzieje i rozczarowania kłębią się jednego popołudnia i przypominają mi o tym, jak niewygodna jest pozycja pomiędzy dwoma światami. Wieczorem, pod prysznicem, gdy staram się usunąć piasek spod biustu, mam chęć sięgnąć głębiej i wyciągnąć z serca wszystko to, co tam zalega. Resztki po uderzeniach fal. I tak stawiam zmienność morza nad spokój jezior i wartki jednokierunkowy ruch rzek. Opanowuję chęć ucieczki w inne miejsce; tam jak i tu nie będzie domu, bo nie było go w żadnym z poprzednich miejsc.

Read Full Post »

Nie potrafię wypoczywać, doszłam do wniosku. Potrafię się lenić, prokrastynować, markować pracę, ale już dawno temu zapomniałam, jak się skutecznie wypoczywa, bez wyrzutów sumienia, bez lęku o przyszłość. Od miesięcy marzę o tym, żeby rzucić wyczerpującą pracę, albo chociaż dotrzeć do wakacji i o niej zapomnieć. Ale kiedy wakacje są za progiem, zmniejsza się obciążenie i powinnam z radością przywitać wolne popołudnia, budzę się przed świtem z nieznanego pochodzenia niepokojem. Tkwi we mnie drobnomieszczański etos ciężkiej pracy, bez której nie ma kołaczy. W połączeniu z syndromem oszusta, tym dławiącym poczuciem, że przecież nic takiego wartościowego nie robię i na niczym się nie znam, daje to wybuchową mieszankę, wywołującą zawstydzenie przed samą sobą i niezgodę na drobne luksusy. Ot, skończyłam przekład bardzo ważnej książki i poszłam na ubraniowe zakupy, w końcu wiosna za pasem, straciłam parę kilo i po prostu muszę odświeżyć garderobę. Nie umiałam się cieszyć tym momentem, nic mi się nie podobało, a ostatecznie wybrana bluza przy kasie okazała się egzemplarzem wycofanym ze sprzedaży. Zapisałam się więcna zabiegi kosmetyczne, których domaga się moje ciało, i na drugi dzień poczułam z tego powodu wyrzuty sumienia. Nawet spacer po plaży, w wietrze i deszczu, bo mamy przecież tylko drugą połowę maja, był jakiś taki pospieszny, niezbyt rozluźniający. Wyczekiwane od dawna najlepsze lody na wybrzeżu też nie smakowały. Być może stałam się już maszyną, produktem naszych czasów, pozbawionym pozytywnych emocji androidem, miotającym się między pięcioma-sześcioma pracami, który z żadnej nie potrafi zrezygnować, choć przecież to tylko pisanie i tłumaczenie przywróciłoby mu człowieczeństwo. Chciałabym umieć inaczej, w tym celu przeniosłam się nawet do krainy sjesty i długich wakacji, ale oczywiście to żadne remedium, bo nie chodzi o otoczenie, chodzi o to, co w środku. A tam syndrom oszusta i nieumiejętność wypoczywania. A tam chomik pędzący w środku bębenka, coraz szybciej, coraz lepiej, bo przecież nie można inaczej.

Read Full Post »

W świetle

Słońce króluje od tygodnia, stopniowo podnosząc temperaturę do przyjemnych 20 stopni. Weekend z wizytami na plaży – pierwsze przeczucie lata, bo dużo ludzi i problemy z parkowaniem. W sobotni wieczór na ulice Starego Miasta w Bilbao także wyległy tłumy. Trzeba się od nowa przyzwyczajać do zgiełku i takiej zwykłej radości z życia, która cechuje cieplejszą porę roku.

Trzeba się od nowa przyzwyczajać do zwykłej radości życia, wyjść z kokona obowiązków i rozkładów dnia. Jednego poranka wybrać się do kawiarni nad rzeką i mieć dylemat: zostać w środku i oglądać relację z procesu katalońskich independystów czy wyjść na zewnątrz i delektować się słońcem. Słońce wygrywa, udaje się nawet napisać parę słów w jego cieple – po raz pierwszy od dawna.

Po raz pierwszy od dawna samotny spacer po plaży. Gdy myślę o tym, że idziemy w stronę lata, nie mogę opanować pewnego podniecenia. Gdy opadające słońce chowa się za wzgórzem, myślę sobie, że ludzkość zatoczyła koło. Przed milionami lat nasi protoplaści wyszli z oceanu i zasiedlili lądy,a teraz, po tysiącleciach wędrówki po odstępach interioru wracamy na plaże, im bliżej morza, tym lepiej, przyjemniej, bezpieczniej. Potem patrzę na księżyc, na ciemniejącym niebie odcina się samolot ze swoją smugą kondensacyjną. Leci jak rakieta kosmiczna, do góry, szybko, bez wahania. Gdybym popatrzyła z innego miejsca, zobaczyłabym rakietę lecącą na księżyc, a tak samolot mija satelitę i powoli niknie gdzieś w okolicach Gwiazdy Polarnej. Zbliża się lutowa pełnia, która ma przynieść wysokie przypływy.

Read Full Post »

Ostatnie dni przed spodziewanym szczęśliwym lądowaniem w Warszawie. Jedną ręką kończę korekty, drugą piszę raporty na temat uczniów, trzecią zabezpieczam butelki, które zabiorę ze sobą, natomiast w ustach przeżuwam świeżutkie polvorony. Wyjęłam zimową kurtkę – do tej pory nie miałam okazji – wygrzebałam rękawiczki. Przełożyłam monety i karty bankowe w portfelu. Zapisałam sprawy do załatwienia w styczniu, bo święta to teraz dla mnie czas głębokiego resetu, moment, w którym totalnie się znieczulam na codzienne bieżączki. Szykuję się na ponowne spotkania z różnymi ważnymi osobami, w tym moją fryzjerką i moją kosmetyczką.

Ciepło-chłodny bardzo zmienny dzień z silnym południowym wiatrem i malowniczymi chmurami. Zawsze przed wyjazdem wpatruję się uważniej w tutejszy krajobraz, żeby go zapamiętać i żeby nie zapomnieć, dlaczego nie wrócę do smogu i długich szarych miesięcy w nijakich miastach. Rano Ryjek ostrzega o przekroczonych normach czystości powietrza. Odpisuję, że być może wkrótce będzie można prosić o azyl klimatyczny.

Read Full Post »

30 września

30 września 2018 roku jest niedziela, słońce świeci mocno i rozświetla zaczynające dopiero żółknąć baskijskie lasy. Mijam góry Triano i pałacyki Gordexoli, docieram do Doliny Ayala, gdzie na jednym ze zboczu zatrzymuję się w typowym baserri. Trzy budynki postawione wokół niewielkiego placyku, na którym szczekają uwiązane psy. Dom, obora i stodoła. Z trójki staruszków zostało tylko dwoje – wymierająca powoli generacja prawdziwych baseritarras, baskijskich chłopów, dumnych ze swego skrawka ziemi i jej owoców. Dwójce staruszków towarzyszą dwa psy, kilka kotów i krowa z małym cielątkiem. Są takie momenty, w których odzywa się moja chłopska krew i odżywają wspomnienia z dzieciństwa, wtedy dźwigam wiadra z wodą dla krowy, wchodzę moimi fancy sportowymi bucikami w gnój, który potem będę wydrapywać patyczkiem, głaskam cielaczka, piję dopiero co wydojone mleko i jem świeżo zrobiony ser. Jest końcówka niekończącego się lata, słońce przygrzewa mocno, ale z gór ciągnie już chłodem, zakładam moją nową fancy sportową bluzę i przemykam pomiędzy rozsypującymi się kamiennymi murkami. Czuję się analfabetką, gdy nie umiem odczytać, czy te murki to pozostałości domostw, czy też zwyczajne wyznaczniki granic. Gdy docieram do rozłożystego figowca pełnego soczystych owoców, łapię giętkie gałęzie i przyciągam do siebie w geście chwilowego przywłaszczenia. Nieustannie poszukuję własnego drzewa poznania dobrego i złego.

Read Full Post »

Mama zrobiła dżem śliwkowy i jabłkowy, a poranki są już chłodne. Mamy połowę września, lecz piękne lato trwa, jakby już miało tak być zawsze. Południe Europy szturmuje kolejna fala upałów, liczę na ostatnią sesję plażowania po powrocie.

Piszę dużo o pogodzie.

Intensywne dni w Warszawie, mnóstwo spotkań i interakcji. Nie dotarłam jeszcze do biblioteki Instytutu Goethego. Za to zupełnie przypadkiem trafiłam w miejsce z powtarzających się snów, w którym na jawie nigdy nie byłam. Warszawskie kawiarnie oferują naprawdę dobre ciasta, więc mam dużo cukru w organizmie i może nawet jestem na krawędzi lekko narkotycznego nim upojenia. Ale to jest dobre i jeszcze bezpieczne.

Skończy się niedługo.

Znowu czytam i kupuję papierowe książki. Taki prywatny powrót do przeszłości.

Jak na wakacje, to zakończyłam mnóstwo prac. Na horyzoncie zamajaczyły nowe projekty. Mimo tego niekończącego się lata, zaczął się kolejny cykl, można usiąść nad nowymi pomysłami z kromką chleba ze świeżym dżemem śliwkowym w ręku.

W międzyczasie ściągnęłam pierwszą w życiu aplikację sportową (i nie chodzi o oglądanie futbolu).

Read Full Post »

W rodzinnym domu dzielę się z kotami tłustą śmietaną, którą dodaję sobie do malin. Zimno się zrobiło i dopadł mnie ostry ból gardła ze stanami podgorączkowymi, który odsunął część spotkań na nieodległą przyszłość. Z niejaką ulgą udałam się „na łono”, gdzie domowy rosół, opatulanie kocami, dzbany ciepłego kompotu i herbaty i od pierwszej chwili towarzystwo Pręgi, którą udomawiałam trzy lata temu. Jestem jej pierwszym człowiekiem, tą, która chwyciła dzikiego kociaka, wyrywającego się, gryzącego i drapiącego. Dziś to kot przyjazny, łaszący się i tulący, lubiący nocą wyskakiwać przez okno w moim pokoju.

W Warszawie było mnóstwo dobrego. Starzy przyjaciele. Nowe dzieci i dzieci zadziwiająco wyrośnięte. Zimne piwo w knajpie podróżników. Dziwny letni napój w knajpie reportażystów. Samotne piątkowe popołudnie w barze mlecznym. W BUW-ie nadal wystawiają w toaletach ten pylący się papier toaletowy, za to są jakieś nowe kawiarnie. Zniknął zimny, kryty azbestem budynek lingwistyki.

Był też teatr i płakałam na monodramie „Tato wraca”, historii o niespełnionej miłości do okrutnego człowieka. Nie byłam jedyna. W pewnym momencie czułam, że do gardła podchodzi mi szloch i już miałam wstać i ukryć się za kulisami, bo to było najbliższe schronienie. Zdałam sobie sprawę, że teraz jakoś łatwiej mi płakać, może nawet łatwiej mi się uzewnętrzniać. A nocami czytałam „Sonnenberg” i palcem po telefonie snułam się po kolejnych budapeszteńskich dzielnicach.

Read Full Post »

Goście, goście i dużo aktywności. W międzyczasie wypady do pracy, ogarnianie spraw bieżących i inauguracja sezonu kąpielowego. Ocean przyjął mnie łagodnymi falami i chłodną jeszcze wodą. Dni umykają, prawie nie ma czasu na powolne rytuały, które zwykle wyznaczają mi bieg tygodnia. Jakie to wszystko odświeżające. Kumulują się nowe książki oraz tropy do prześledzenia – czekają na wakacje.

Read Full Post »

Koniec zimy?

Burzliwy miesiąc luty dobiega końca, wszystko powoli się prostuje i wychodzi na nowe ścieżki. Na zakończenie szlachetne miasto na P. przykrył mokry śnieg. Taka drobna anomalia pogodowa. Ale także w meteorologii zapowiadają ogromną zmianę – od jutra gwałtowny skok temperatury ku wiośnie. Szkoda tylko tych owocowych drzewek, które zakwitły jakiś czas temu. Ciekawe, czy zawiązki owoców przetrwały ostatnie chłody…

Nie wszystko i nie zawsze przetrwa, dlatego konieczna jest elastyczność i gotowość na niespodziewane. Kiedy jęczałam na początku miesiąca, że jestem w dołku, stresie i żyję w złych przeczuciach oraz wśród potrzaskanych złudzeń nie przypuszczałam, że w ostatnim jego dniu będę zaczynać nową pracę, wprowadzać nową współlokatorkę i przede wszystkim widzieć wszystko zupełnie inaczej. Nie powinno mnie to jednak dziwić. Takie rzeczy dzieją się w końcu, gdy nadchodzi wiosna, również ta kalendarzowa czy klimatyczna.

Read Full Post »

Zimno. Tydzień temu był dzień pierwszego jesiennego swetra, a wkrótce potem na właściwe tory sprowadził mnie katar. Weekend wygrzewania się i czytania, zakończony obejrzeniem ciurkiem siedmiu odcinków „Watahy” po hiszpańsku. Chwilami mam melancholijny nastrój, gdy myślę o granicach przekładalności albo nieuchronnych zmianach, które czekają mnie, gdy na Święta pojadę w rodzinne strony. Kiedy myślało się z nadzieją o przyszłości, łatwiej było znieść, że stałe elementy świata przechodziły do przeszłości. Ale tamten młodzieńczy czas już minął, a wraz z nim różne inne bolączki. Choćby cudza hipokryzja mnie już tak nie boli. W lekturach głównie obce, odległe światy, budzące zdrową, choć pewnie krótkotrwałą fascynację. Nagle sięgam po autobiografię (w formie wywiadu) Świetlickiego czy „Zapiski z gospody” Kertesza i wracają stare, znajome światy, ale jakby inaczej. Przefiltrowane przez to, co pomiędzy. Mimo że je rozumiem, nie mogę już się tak wczuwać w poholocaustowe lęki Kertesza, bo dużo czytałam o Palestynie. Nie warto mieć autorytetów, prędzej czy później cię zdradzą albo ty zostaniesz zmuszona zdradzić ich.

Read Full Post »

W niedzielę wielkanocną jechałam na plażę w Muskiz i uderzyła mnie zieleń, jaka opanowała mijaną dolinę. Wiosna w pełni, słońce wysoko – opalałam twarz, ale nic więcej, bo arktyczny wiatr z północnego wschodu sprawił, że nie można było odkryć ani kawałka ciała. Z powodu remontu parkingu i przyplażowych ścieżek i mostków przekierowano trasę Camino de Santiago właśnie na plażę. Po dwóch godzinach czytania przeszłam więc jej całą szerokość, oto Camino na miarę moich możliwości.

Coraz częściej spotykam na ulicach pielgrzymów. Plecaki, trekkingowe kijki, miękkie jasne kapelusze – nie sposób ich pomylić. Trafiłam nawet na psa pielgrzyma. Niewielki czarno-jasnobrązowy kundel w typie Misia, psa mojego dzieciństwa, prowadzony na szelkowej smyczy przez około trzydziestoletnią dziewczynę. Ona w pełnym rynsztunku pielgrzyma, a pies z ochraniaczami na łapkach, które zapobiegać chyba mają ocieraniu poduszek i pazurów. Ciekawe, ile kilometrów dziennie robi ta para. Czy naprawdę chcą dotrzeć do Santiago de Compostela? Czy schroniska dla pielgrzymów przyjmą psa? Poczułam do nich sympatię, może dlatego, że przypomniał mi się właśnie Misio, którego babcia dostała od jakiejś sąsiadki czy kuzynki zaraz po tym jak owdowiała. „Żebyś tak sama nie siedziała” powiedziała jej tamta, a Misio okazał się psem nad wyraz inteligentnym, samodzielnym i opiekuńczym. Mój pierwszy zwierzęcy towarzysz. Gdy mama i babcia szły w pole, stawiały wózek ze śpiącym niemowlęciem gdzieś w cieniu nieopodal, pod opieką Misia. Nie tylko nie pozwalał się zbliżyć osobom postronnym, ale alarmował gdy się budziłam, kwękałam lub gwałtownie poruszałam przez sen. Uwielbiał wycieczki do lasu, biegł wtedy za lub przed małym traktorkiem, który ciągnął wózek z pasażerami. Gdy Misio się zestarzał, zrobił się nagle agresywny, rzucał się na drób i inne psy, trzeba było w końcu pozbawić go swobody ruchów. Charakterystyczne terkotanie silnika traktorka wywoływało w nim wtedy prawdziwy szał, znowu chciał do lasu, na wycieczkę, poganiać za kuropatwami, przepłoszyć sarny, ale już go nie zabieraliśmy. To były smutne chwile, nie tylko pozbawione widoku rozradowanego psiaka biegnącego w polnym kurzu, ale przepełnione w dodatku tym przejmującym wyciem, które zostawialiśmy za sobą. Misio przeżył 14 lat, jak wszystkie nasze najukochańsze psy. Mam kilka zdjęć z nim, są to moje ulubione fotografie z dzieciństwa.

Read Full Post »

Skończyłam intensywny okres pracy, zaczęłam intensywny okres czytania. Miałam też gdzieś pojechać, ale jakoś mi się nie chce. Po kilku słonecznych dniach nad baskijskim wybrzeżem zapanowała nadmorska mgła, po hiszpańsku bruma, co brzmi tak podobnie do słowa bruja, czyli wiedźma. Mocne, wibrujące rrr, które tak trudno mi wymawiać.

Przez Bilbao przetaczają się procesje w kapturach Ku-Klux-Klanu. Resztki potęgi katolicyzmu, która panowała na Półwyspie. Niby zawsze jakoś byłam tego półświadoma, ale stykanie się z ludźmi, którzy pamiętają czasy, gdy kobieta nie mogła założyć konta bankowego bez zgody męża czy ojca, gdy nie było rozwodów, a urzędnicy do podejrzanych imion dopisywali „Maria”, żeby brzmiało godnie, daje sporo do myślenia. Co innego obskurancki katolicyzm w polskich wsiach i miasteczkach, co innego taki sam obskurancki katolicyzm podparty prawem i autorytetem wszechmocnego państwa. Kościół katolicki, jak każda organizacja uważająca swojego przywódcę za osobę z założenia nieomylną, jest totalitarny z założenia i nie ustąpi pola sam z siebie. A ludzie krzyczą, że grozi nam zaprowadzenie islamskiego szariatu, phi.

Tymczasem moja budapeszteńska alma mater walczy z kolejnym „miękkim” totalitarystą. Na ulice wychodzą tysiące ludzi. Pamiętam demonstracje sprzed 10 lat, widziałam wtedy Viktora Orbana przemawiającego na wiecach, dziś to przeciwko niemu przemawiają, być może na tych samych placach i w tych samych parkach. Tak oto toczy się ta historia, na naszych oczach się toczy. Nigdy do końca nie przewidzimy, gdzie będą punkty zapalne. ETA się rozbroiła w zeszłą sobotę, ochroniarze lokalnych polityków będą teraz pilnować kobiet-ofiar przemocy domowej, a służby tropić dżihadystów. A w osiemdziesiątą rocznicę bombardowania Gerniki pójdziemy wołać, że chcemy przyjąć wojennych uchodźców. Mamy internet i smartfony, a plakaty drukujemy w w kolorze, ale właściwie tak niewiele się zmieniło na tym świecie.

 

Read Full Post »

A za oknem nagle robi się 20 stopni i czuć pierwszy raz wiosenne powietrze. Nagła chęć na podróżowanie, na zmianę trybu życia. Kończę powoli czytać „Patrię” Aramburu i chyba nie chcę jej kończyć, bo za każdym razem mniej stron i mniej rozdziałów, z niepokojem odmierzam tę drobną część 640 stron, która mi została do końca. Nie może być zakończenia, bo po prostu go nie ma, opisywany proces nadal trwa – to chyba najlepsza rekomendacja dla książki dotyczącej teraźniejszości. Aktualnej aż do bólu, tak wiele wnoszącej w poznanie tych realiów. W dzień miłości było spotkanie na temat literatury i tłumaczenia. Publiczność w wielkiej sali z figurką Unamuno spoglądającego w stronę sceny z  balkonu przetrzebiona niczym w czasie jakiejś epidemii. Śmiałam się następnego dnia, gdy czytałam relację ze spotkania w gazecie, bo widziałam jak jej autor wychodzi przed czasem. Ja zostałam i po zakończeniu w nagrodę poszłam na piwo z dyskutantami, a potem jadłam niedobrego gofra z czekoladą na Arenalu, którego ławki wypełnione były całującymi się parami. Pierwsza ciepła noc tej przedwiosny.

Read Full Post »

W zeszłym tygodniu zadzwonił do mnie nestor literatury baskijskiej z prośbą o konsultację. Poznaliśmy się w grudniu z okazji wokółtłumaczeniowego spotkania. Powiedział do mnie wtedy: „Jeśli mnie gdzieś spotkasz, podejdź i się przywitaj, bo wiesz, ja jestem zwykle trochę zamotany, poza tym cierpię na krótkowzroczność i czasami nie zauważam ludzi”. Bardzo miły starszy pan w kolorowym swetrze, niezwykle otwarty i sympatyczny. Przeciwieństwo różnorakich nestorów literatury polskiej, z którymi się zetknęłam – zwykle niedostępnych, ironicznych, o zmarszczonej bujnej brwi, otoczonych nadopiekuńczymi towarzyszkami (nigdy nie zapomnę, jak jedna z nich przedstawiła mi się po prostu „Rymkiewiczowa”, bez imienia, i odniosłam wrażenie, że całe jej jestestwo zawarte jest w tych trzech literkach dodanych do nazwiska sławnego męża). No więc zadzwonił do mnie nestor literatury baskijskiej z prośbą o konsultację i gdy wysłałam mu wyniki mojej małej kwerendy z dwoma czy trzema zdaniami własnej interpretacji, wraz z serdecznymi podziękowaniami przesłał mi tekst, w którym mnie cytuje! Takie drobne radości.

Po tym bardzo osobistym kontakcie ze światem literackim włączył mi się znowu tryb przemyśleniowy i głównym tematem stały się kontakty międzyludzkie, a szczególnie przyjaźń. A szczególnie mniej lub bardziej burzliwe końce różnych przyjaźni. Nagle odgrzebuję z pamięci drobne z pozoru wydarzenia, po których już nie było tak jak wcześniej. Czasami to mnie się zapierano, czasami to ja się zapierałam. Jak mocne zawiązują się więzy, gdy zwykłym ludzkim odruchem wspierasz kogoś w bardzo trudnym momencie życia. I potem następuje kilka lat prawie nierozłączności. Gdzieś w sieci mignął mi nagłówek tekstu, że miłość jest przereklamowana, że istotą życia społecznego jest przyjaźń. Może dlatego, że to w przyjaźni dzielimy się wszystkim, co ważne i wysłuchujemy wszystkiego. W miłości niekoniecznie. Przyjaciół nie chcemy zmieniać, akceptujemy ich takich, jakimi są. Do przyjaciół zawsze wrócimy, nawet jeśli losy nas rozdzieliły na jakiś czas. W przyjaźni nie ma tajemnic, bo to co nie jest wypowiadane, nie ma w danej chwili relewancji, w miłości za to liczy się przede wszystkim całkowite odsłonięcie. W przyjaźni nie ma zawłaszczania. Troska wynikająca z przyjaźni jest bardziej autentyczna i ciąży mniej. A to wszystko napłynęło mi do głowy, bo moja przyjaciółka z samego rana wysłała mi krótką wiadomość: „Brieffreundin – Niemcy wszystko już nazwali”. Niezmierzone pokłady nienachalnego ciepła w lutowy poranek.

Read Full Post »

Older Posts »