Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Sierpień 2011

Duszny, cichy dzień. Zamglone lekko powietrze. Na ulicach weekendowe pustki. Hala Marymoncka na poły senna. Między półkami wolno przesuwają się stare kobiety o kulach. Niebo opadło kilka metrów niżej. Chmury kłębią się prawie na wyciągnięcie ręki. Idąc z zakupami, uśmiecham się przelotnie do dyżurującego strażaka, a potem z kawą mrożoną i lodami o smaku likieru pomarańczowego u boku zanurzam się w Chiny [T. Terzani, Zakazane wrota]. Nad głową stukają mi tłuczki do mięsa. Pora obiadowa.

Wiem, że wkrótce lipa stojąca za moim oknem zacznie tracić liście.

Read Full Post »

Angielskie zamieszki stanowczo wzbudziły w polskich mediach większe zainteresowanie niż protesty Greków, Hiszpanów czy Izraelczyków. Może zdecydowała o tym bliskość mentalna Wysp – na których zamieszkuje przecież wielu Polaków, a może „njusotwórczy” charakter tych zamieszek. Jest krwawo, jest gorąco. Londyn płonie. Co tu więcej przekazywać statystycznemu oglądaczowi i klikaczowi? I tak jest już przykuty do odbiornika.

Ale jednak polskie dziennikarstwo chce swoim odbiorcom wyjaśnić to, co się dzieje w Londynie. Dobrze naświetlić sytuację. Polskie komentarze jednak bardzo dużo miejsca poświęcały, jak zwykle, rasowemu aspektowi problemu, triumfalnie obwieszczając koniec brytyjskiego multi-kulti. Zresztą kwestie etniczne są bardzo ważne dla polskich dziennikarzy. Z radością wyciągnęli z brytyjskiej prasy informację o cudem uratowanej z pożaru Monice Kończyk. Dzisiaj, podsumowując wydarzenia ostatnich dni, okazało się, że osoby zatrzymane za udział w rabunku to nie tylko kolorowi imigranci z biednych dzielnic, nie tylko wyglądające na młodocianych gangsterów czarne chłopaki, ale zwykli obywatele – wszelkich ras i zawodów, nie pochodzących wyłącznie z grup o najniższym statusie społecznym.

„Po pięciu dniach od wybuchu szaleństwa w londyńskim Tottenham brytyjskie gazety zaczynają odsłaniać twarze bezimiennego dotąd zła. A to, co ujawniają, jest nie mniej przerażające od zdjęć rozwydrzonych wyrostków demolujących sklepy czy spalonych ulic Londynu.
Okazuje się, że kradzieży dopuszczali się także całkiem zwyczajni ludzie – mężczyźni i kobiety w różnym wieku i różnej profesji”.
http://wyborcza.pl/1,86762,10105959,Zlodzieje_i_meczennicy.html#ixzz1UnksU6fO

Czy to jest przerażające? Czy to tylko taka figura retoryczna? Dlaczego fakt, że nobliwe panie domu w średnim wieku, listonosz oraz absolwentki uniwersytetów rabowały ramię w ramię z karaibskimi i pakistańskimi chłopcami z gett jest przerażający? Bo nie możemy z taką łatwością odgrodzić się od tych „zwykłych” ludzi, którzy mają swoją normalną pracę, dom na kredyt, osiągnęli status społeczny zbliżony do naszego – polskich odbiorców prasy codziennej? Po wyjaśnienie takich zachowań trzeba by sięgnąć w stronę psychologii społecznej – psychologii tłumu, osobowości autorytarnej czy analizy społeczeństwa, w którym przywódczyni 30 lat temu powiedziała, że „there’s no such thing as society” i konsekwentnie rozbijała wszelkie formy społecznego zespolenia nienastawionego na zysk. Jak jednak wyjaśnić to „przerażenie” polskiego dziennikarza? Odpowiedź nasunęła mi się zupełnie przypadkiem. Przeczytałam w „Polityce” artykuł odsłaniający kulisy polskiej reakcji na najwyższym szczeblu na pucz Janajewa z 1991 roku. W wypowiedziach osób uczestniczących wówczas, lub przypatrujących się z bliska podejmowaniu kluczowych decyzji, przewija się jeden stały motyw. Strach przed uchodźcami, jacy mogliby napłynąc do Polski w wyniku wojny domowej w rozpadającym się ZSRR. Przypominam sobie, że na zajęciach z niemieckiego w 2003 roku, rozmawiając w ramach wprawek językowych o wojnie w Iraku, temat potencjalnych uchodźców przybywających do Polski stał się jednym z głównych minusów zaangażowania militarnego. Musiało to w jakiś sposób odzwierciedlać debatę publiczną tego czasu. I jeszcze dziś w 2011 roku, polscy dziennikarze z chirurgiczną precyzją informują o walkach londyńskich jak o starciach między poszczególnymi grupami etnicznymi. Ta precyzja sięga tak daleko, że podaje się nwet narodowość człowieka, który pomógł skaczącej z płonącego budynku Polce: „Polkę złapał w locie sąsiad – Rumun”. Nieważne, że sąsiad – ważne, że Rumun. Dlatego ksenofobicznie ustawionym umysłom polskich dziennikarzy trudno wyobrazić sobie, że zwykły John Brown i Margaret Smith – brytyjczycy z dziada pradziada wychowani z dala od dzielnic biedy też mogli w pewnym momencie rzucić się po plazmę do płonącego sklepu. Chociaż w domu mają już po dwie.

Read Full Post »

Po-morze

Została mi bułeczka z gdyńskiej Biopiekarni, piasek sypiący się obificie z ubrań, naszyjnik z jarmarku dominikańskiego i uchwycone aparatem zachody słońca na plaży. Tęskno mi za świeżym powiewem od morza i zapachem ryb od zatoki. Za trójmiejskimi budynkami z czerwonej cegły. Dawno tak dobrze nie wypoczywałam, wstając wcześnie i cały dzień spędzając na świeżym powietrzu. Bez komputera i z milczącym telefonem. W pełnym słońcu.

Półwysep Helski ma swój mikroklimat, nie tylko ten związany z przemieszczaniem się chmur. Krzaki dzikich róż na wydmach kojarzą mi się z dzieciństwem, łagodnością, wewnętrznym spokojem. Morze zawsze mnie koi. Nie dziwię się mieszkańcom Jastarni, że tak tłumnie uczestniczą we wszelkich nabożeństwach. Żyjąc między morzem a zatoką, tak blisko nieba i prawie jak na końcu świata, zdani na łaskę przyrody na tym wąskim skrawku ziemi wciśniętym w morze, muszą czuć absolut bardziej niż mieszkańcy hektycznych miast i dusznych wsi.

Chętnie powracam. Nie jest w stanie powstrzymać mnie własny kulturowy wstręt do wesołych miasteczek ani wysoka cena gofrów.

Read Full Post »