Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Kubizm’ Category

Nastal wrzesień i nadeszła pora powrotu zwykłego rytmu pracy i nauki. Na początek zderzyłam się ze szklanymi drzwiami biblioteki prowincji, w której chciałam założyć obóz na najbliższe miesiące. Pierwsza karteczka informowała, że godziny otwarcia to ni mniej ni więcej 8.30-13.30, druga pozbawiała resztek nadziei: „Biblioteka nieczynna do odwołania”. W okolicznych knajpach toczyło się tymczasem zwykłe wczesnopopołudniowe życie, pandemia czy nie, kawa albo kieliszek wina należą do zestawu obowiązkowego każdego uczciwego mieszkańca Bilbao.

Nim poszłam do przeorganizowanej Mediateki, gdzie połowa przestrzeni jest tymczasowo wyłączona z użytku oraz zniknęły dwie interesujące kolekcje, z których czerpałam interesujące książki o Baskach albo feminizmie, wstąpiłam do sieciowego sklepu odzieżowego, gdzie zakupiłam klon moich czerwonych spodni. Nie lubię kupować ubrań, muszę mieć na to odpowiedni nastrój, który zdarza się rzadko, nie znoszę tego uczucia, że nic, na co mnie stać, mi się nie podoba, a jeśli już mi się podoba, to źle na mnie leży. Dlatego gdy natrafię wreszcie na coś odpowiedniego, kupuję potem różnokolorowe klony. Sklepy odzieżowe coraz bardziej mnie przytłaczają, nie odnajduję już refugium nawet w second handach. Ustawiam się w kolejce zachowującej półtorametrowy dystans dzięki wyklejonym na podłodze żółtym liniom i przez te kilka minut mam nawracającą ochotę stamtąd wyjść. Nawet nie mogłam zmierzyć wybranych ubrań, bo przymierzalnia jest nieczynna z powodu pandemii, na szczęście chodzi o klony, wiem, że będą dobrze leżeć i wybrałam odpowiedni rozmiar.

Tak teraz żyjemy. Książki oddane do biblioteki przechodzą kwarantannę i trzeba dezynfekować po sobie miejsce przy stole, przymierzalnie są nieczynne, urzędnicy bankowi przyjmują w okienkach tylko przez trzy godziny dziennie, a lekarza trzeba najpierw telefonicznie przekonać, że twoja wizyta w przychodni jest konieczna. Za to nauczycielom powiedziano, że nie mają się czego bać, przecież gdy powrócą do swoich przepełnionych klas w słabo wentylowanych budynkach, będą mieli pod ręką żel antybakteryjny. Niech tylko pamiętają, żeby nie pozwalać uczniom mieszać się na korytarzach, to nic, że potem wszystkie te dzieciaki popędzą na ten sam plac zabaw, a młodzież w nadal nielegalnych grupach powyżej dziesięciu osób zasiądzie w parkach i na skwerkach. Pewnie rzeczy są ważniejsze niż inne, więc nie będzie klubu czytelniczego z dwudziestoma spokojnymi uczestniczkami raz na dwa tygodnie ani klimatycznej jogi w małej salce klubu burgaleskiego, sauna w strefie spa na basenie także została wyłączona „dla wspólnego dobra”, za to będzie tradycyjna szkoła, tradycyjna praca, tradycyjne napędzanie gospodarki niepohamowaną konsumpcją, tyle że w maseczce. Kupiłam dwa bilety na koncert, dostałam miejsca nr 4 i 8, te trzy pomiędzy nimi pozostaną puste.

Gdy spotykam się z przyjaciółką, której ojciec od początku pandemii walczy z rakiem, nigdy nie siadamy na krzesłach obok, tylko naprzeciwko, by stół skutecznie nas oddzielał, gdy zdejmiemy maseczki, by wychylić nasze piwo. Na plaży automatycznie rozłożyłyśmy ręczniki z nieco szerszą przerwą pomiędzy. Na koniec zwierzeń mówimy sobie „chciałabym cię przytulić” i zapewniamy się nawzajem, że niedługo to nastąpi i że potem nawet pojedziemy na upragnioną wycieczkę do Portugalii.

Read Full Post »

Zimowe sny i zjawy

Śniło mi się, że straciłam nogę, a raczej pół nogi, odcięto mi ją pod kolanem. Choć nie, straciłam nogę, nagle stałam się bezużyteczna i zależna. Tyle że nikt się mną nie przejął, nikt nie chciał się mną zajmować. W końcu mama zrobiła to prawie z przymusu i kazała mi skakać na jednej nodze między pomieszczeniami, a nawet piętrami („mogłabyś w końcu zejść na obiad”). Ryjek z wielką niechęcią jeździł do biblioteki sprawdzać mi cytaty do tłumaczenia. Czekałam na protezę, a kiedy dotarła, zdałam sobie sprawę, że jest praktycznie bezużyteczna. Maskowała tylko brak nogi, ale i tak nie mogłam chodzić ani nawet stać. Pomyślałam, że z jej powodu nikt mi nie ustąpi miejsca w autobusie.

To tylko jeden z serii szarpiących snów, po których czasami trudno się uspokoić. Za oknem wiatr i deszcz, w ciele resztki poważnego przeziębienia, przez które boleśnie przeszłam dwa tygodnie temu. Dużo zbędnych gestów. Jakoś tak trudno jest cieszyć się czymkolwiek. Czepiam się więc szczegółów. Choćby biletu zamienionego w papierowy stateczek, który dziś przed południem ktoś zostawił w barce Mostu Wiszącego. Jego burtę ozdabiały linie kodu kreskowego. Wiem, że jak poproszę, będzie mi dane, tylko chwilowo nie wiem, o co prosić.

Read Full Post »

Śluza

Skończył się miesiąc życia w cudzych domach (nawet jeśli formalnie mój), w cudzych wannach, na cudzych komputerach. Dzień wylotu jest jak śluza pomiędzy tym, co tu, a tym, co tam, czasem wyciszenia i zebrania drobiazgów. Upewniam się, czy wszystkie pliki trafiły na właściwie urządzenia, wrzucam na kindla „Zew włóczęgi”. Trochę mi jednak szkoda tych wakacji-niewakacji. Czułam się tu bardzo potrzebna.

Ale stęskniłam się za morzem i chcę już ruszyć z porcją jesiennych lektur i poszukiwań. Odbyć odkładane od dawna wycieczki. Zawsze gdy nadchodzi październik, nastaje pora układania i organizowania. Świat ponownie przyspiesza i wciąga w codzienność. Kiedyś nawet lubiłam to zapadnięcie się w rytuały, teraz jakoś inaczej odbieram cykliczność, bardziej falująco, z nadzieją na nowe doznania co pewien czas, na zaskoczenia. Może w ten sposób przygotowuję się na skutki zmian klimatycznych.

Śluza z walizek przewożących dobra stamtąd tu i odwrotnie. Przeciskanie się przez wąskie korytarze powietrzne Europy. Po drugiej stronie rozlewa się ocean do przemierzenia. Włóczęga trwa.

Read Full Post »

Maaaj preszuuus

W nocy desperackie ulewy – wiosna na wybrzeżu. Gdy tylko krótko przed południem wyszło słońce, sąsiedzi z nadzieją powywieszali pranie na mokrych jeszcze suszarkach w patio. Dzień wcześniej uporczywy deszcz – pilnowałam trasy biegu solidarnościowego z chorymi na Parkinsona i przemokły mi buty. Dwa dni temu niespodziewane przelotne opady – chodzenie po mieście na obcasach, jakiś dość przekombinowany koncert hiszpańskiego barda w największej sali koncertowej miasta. Mam wrażenie, że wszyscy oni brzmią tak samo.

Deszcz, chłód, drapanie w gardle. Niedzielne nieopanowane sjesty w obcej pościeli. Nowe pliki w kindlu i rozwijająca się miłość do lokalnego basenu. Zaczynają się długo wyczekiwane wizyty z dalekich krajów. Wycieczki na okoliczne lotniska, budowanie napięcia. Lato potrzebne od zaraz.

Read Full Post »

Zima kontratakuje

Zima kontraktuje kolejne dostawy śniegu i mrożącego krew w żyłach deszczu.

Zima kontrkalkuluje upływ czasu i zdecydowanie nie chce opuszczać półkuli północnej, mimo że kalendarze, trochę nazbyt optymistycznie, opiewają dziś nadejście wiosny.

Zima kumuluje godziny spędzone w łóżku, pod zbawczo otulającą kołdrą zwaną nordycką, z nieodłącznym kindlem w prawej ręce i szklanką ciepłego mleka w zasięgu lewej.

Hitem tego sezonu są kurtki zimowe marki Geographically Norway, szczególnie te we wściekle białym kolorze.

A było już tak pięknie… Były już dni bez kurtki, spacery po plaży, wiatr z południa i nieustępliwe słońce, słońce, słońce.

Skończyło się, jak ręką odjął. Teraz jest mrok, wilgoć i brak światełka w tunelu. Prognozy zapowiadają, że nie pojawi się ono do końca tygodnia.

 

Read Full Post »

Sen o wodzie

Fale atakujące wybrzeże Zatoki Biskajskiej wdarły się do mojego snu. Śniłam, że byłam w Nowym Jorku i wybrałam się na jedną z okolicznych plaż. Mimo że było gorąco, nikt nie wchodził do wody. Przykuło to moją uwagę i usilnie wypatrywałam śmiałków. Leżałam na dwóch żółtych ręcznikach, dość daleko od linii wody i głównie zajmowałam się czytaniem na kindlu. Nagle zrobiło się ciemno i zobaczyłam ogromne masy wody unoszące się nad plażą. Próbowałam zgarnąć moje rzeczy i uciec wyżej, ale jak to w snach, moje ruchy były powolne i nieskoordynowane. Woda uderzyła, ale nie pamiętam uczucia zmoczenia, podtapiania. Wstałam i rozejrzałam się po plaży. Upstrzona była poszarpanymi skrawkami czarnych worków na śmieci. Woda wróciła do morza, a ja rzuciłam się na poszukiwanie mojego dobytku. Nagle zaroiło się od służb, ktoś zapytał mnie o nazwisko i triumfalnie wręczył połowę mojego portfela z dokumentami. A karty bankowe?, zapytałam. Policjant z ociąganiem wyjął je z kieszeni. A potem było już tylko krążenie od stanowiska do stanowiska, gdzie zbierano rozsypane, połamane i porwane rzeczy plażowiczów, wedle kategorii. Nie było tłoku, pracownicy byli wyrozumiali, chętnie wdawali się w pogawędki, byli pomocni. Jak ja teraz trafię do mojego nowojorskiego hotelu?, pytałam. Nie mam klucza, nie pamiętam adresu ani jak tam dotrzeć. Podprowadzono mnie do stanowiska z kluczami i starałam się sobie przypomnieć, ile ich miałam w każdym pęczku – tym hotelowym i tym domowym. Dłuższą chwilę spędziłam z panią od sprzętu elektronicznego. Bardzo martwiłam się o mojego kindla. Przerażała mnie wizja dni bez lektury. Czy ja w ogóle mam ze sobą jakieś książki? Przerażało mnie, że nie odzyskam go przed wylotem do Europy. Poszukiwania mogą potrwać nawet trzy tygodnie, powiedziała ta miła pani od sprzętu elektronicznego, a ja miałam bilet na najbliższy wtorek. Po chwili dotarło do mnie, że nie mam też komórki, gdzie trzymałam dane o locie i wszystkie ważne informacje. Jednak utrata telefonu nie bolała tak jak utrata kindla. Pamiętałam w tym śnie, jak trzymam kindla jedną ręką, drugą chwytam ręczniki, a nade mną wznosi się czarna masa wody. Jak łatwo musiał mi się wyśliznąć z ręki. Wie pani, miał taką grubą czerwoną okładkę. To dobrze, ucieszyła się pani, łatwiej go znajdziemy, a okładka na pewno go ochroniła przed uderzeniem. Pokazała mi też inne urządzenie, rozerwane na pół jak kartonowe pudełko. Nikt tam nie mówił o skutkach zamoczenia i ja też ogóle o tym nie myślałam.

To jeden z licznych ostatnio snów, w których jestem w podróży, pojawia się morze i muszę stawić czoła jakimś niecodziennym okolicznościom. Czasem czegoś zapominam, czasem się spóźniam, czasem nie mogę się porozumieć. Pakuję się w ostatniej chwili. Sny wyraźne, intensywne, zadziwiająca rzeczywiste. Niewypuszczające tak łatwo ze swoje świata, gdy o świcie dzwoni budzik.

Read Full Post »

Być może to, że każdy nowy rok zaczynamy w hałasie, pijaństwie i dręczeniu zwierząt, w dodatku głupio się z tego ciesząc, sprawia, że przez cały rok musimy żyć w świecie wstrząsanym wszelkimi nieszczęściami i głupotami. Uszy kota są bardziej spiczaste niż zwykle, a jego sierść zmierzwiona, jakby został właśnie wytarmoszony przez tuzin rąk, a przecież nie dał się za bardzo dotknąć w ostatnich godzinach. Na szczęście kanonady nie trwały długo, wśród nocnej ciszy rozlegają się już tylko pojedyncze wybuchy. Nie zakończyły się jeszcze konkurencyjne sylwestry w telewizorach tego domu, gdy kot podszedł i zaczął się łasić, a wygłaskany, położył się na podłodze i zajął porządkowaniem nastroszonych włosów.

Był emocjonalny kryzys, ale szybko przeminął, może dzięki kąpieli w lawendzie. Rozwiesiłam pranie i poustawiałam kosmetyki, kupowane w ostatnich dniach wręcz impulsywnie, bez namysłu i rozwagi, a nawet bez większej przyjemności. Dokończyłam czytanie dwóch książek, zapisałam je w notesiku i podliczyłam tegoroczny urobek – 74. Dobra średnia ostatnich lat. Zdrzemnęłam się, zjadałam obiad, zjadłam kolację, wypiłam trzy kieliszki wina. Nic specjalnego. Przelotnie w telewizorze bełkotliwe, pozbawione sensu i treści wyznania ludzi, których owczy pęd goni na zimne ulice wielkich miast, w tłok, hałas i niechciane towarzystwo (czego chcesz życzyć naszym widzom na nowy rok? życzę wszystkim wszystkiego najlepszego).

W zaciszu ja odnotowuję kolejny krok do przodu. Przyznam, że nieustannie wierzę w postęp.

Read Full Post »

Gru

Na wybrzeżu kantabryjskim zimno i śnieg łamany przez grad. Na klatce schodowej ktoś uporczywie otwiera okno, które zamykam, gdy schodzę. Wszechobecna wilgoć. Nie wiedziałam, że mam taki ciepły sweter na dnie szafy.

Wszechobecna wilgoć i nie ma sensu nastawiać prania, dopóki temperatura się nie podniesie i nie wyjdzie słońce. Zaświecili świątecznymi ozdobami na ulicach i postawili budki, w których można napisać listy do św. Mikołaja, zwanego tutaj Olentzero. Najpierw poczułam bunt i usilną chęć czytania Bernharda. Ponieważ nie miałam żadnego pod ręką, zakupiłam odpowiedni plik .mobi – i przy okazji kilka mniej obrazoburczych (chyba).

Grudzień to czas zakupów, więc mam dwie nowe pary butów. Jak tylko zaczęłam w nich chodzić, poczułam potrzebę odnowienia reszty garderoby. Nie wiem, czy niemożność zrobienia prania też na to jakoś nie wpływa.

Jednak grudzień to również czas wyczerpującego oczekiwania na przełamanie ciemności. Za kilka tygodni będę wstawać za dnia, warto się trzymać tej myśli. W tym oczekiwaniu można pójść na dobry koncert i dać się ponieść muzyce, aż wstaną włosy na plecach. Czytać dużo z gorącym naparem imbirowym w ręku. Szukać ciepła gdzie tylko się da.

Read Full Post »

W kotle

Lato w październiku dobiegło końca, gdy tylko dotarły na nasze wybrzeże pyły z pożarów w Galicji i Portugalii. Skutki katalońskiej historii nie są tak fizycznie odczuwalne, ale kumulują się w sferze ducha. „Spain is different” mówi mój kolega, gdy dzielę się z nim moim niedowierzaniem. Nie mogę uwierzyć, że w „normalnym” zdawałoby się kraju można wsadzić do więzienia za opozycyjną działalność polityczną. I co zarzucają Sanchezowi i Cuixartowi, pytam. „Zdradę”, brzmi odpowiedź i właściwie nie ma już czego dodawać, bo przecież korupcja zdradą nie jest, dlatego zięć królewski, skazany prawomocnym wyrokiem na kilka lat pozbawienia wolności, nadal mieszka w swojej szwajcarskiej posiadłości, a politycy rządzącej partii, mieniący się teraz Patriotami przez duże P, cieszą się lewymi milionami. Nie popadajmy jednak w demagogię, są to rzeczy oczywiste i mówienie o nich jest nużące, więc zbędne. Podkręcajmy atmosferę, może wreszcie porządnie się zbuntują, sięgną po środki ostateczne i zrobimy im artykuł 155 albo nawet drogę baskijską, pozamykamy gazety, zdelegalizujemy partie polityczne, zabierzemy środki ze zbiórek publicznych, a za każdą opinię niezgodną z naszymi poglądami postraszymy zarzutem o podżeganie do terroryzmu. Uparci są, nie rzucają jeszcze cegłami i nie podpalają bankomatów, za co moglibyśmy zesłać ich do więzień na Kanarach z solidnymi wyrokami, nie wdają się w bójki z funkcjonariuszami Guardia Civil po cywilnemu, w barach o świcie, za co moglibyśmy prowadzić roczne śledztwo przez wszystkie prokuratorskie instancje tego państwa. Przecież zawsze powtarzaliśmy, że nie będziemy rozmawiać, dopóki będzie przemoc, więc na wszelki wypadek sami ją stosujemy, żeby nie zarzucono nam kłamstwa, przynajmniej nie w tym tygodniu, bo nawet złotouści politycy nie muszą non stop mijać się z prawdą.

Read Full Post »

Z plaży

Każdy kraj ma swoje przełamania sezonu ogórkowego. W Hiszpanii są to rekordowe fale upałów (które zresztą nie przechodzą poza Góry Kantabryjskie) oraz kolejne z niezliczonych afer korupcyjnych, w Polsce uliczna walka z rządowymi planami zmian w sądownictwie. Niemcy mają zdaje się jakieś powodzie, na Bałkanach szaleją pożary, Brytyjczykom z myśli nie schodzi nadchodzący Brexit. Serwisy informacyjne sprawiają wrażenie, jakby sezon urlopowy jeszcze na dobre się nie zaczął, mimo że sierpień tuż tuż.

Letnie zabawy z oceanem. Odpływ sprawia, że do wody wchodzi się długie minuty, przemierzając niezliczone metry, tracąc z oczu rozłożony na plaży ręcznik. Woda jest przyjemna, fale silne, ratownicy czujni. Potem morze wraca. Każde podniesienie oczu to zmiana sytuacji. Czasami, przy silniejszym falowaniu, morze wlewa się głęboko w piasek, zalewając ręczniki i torby. Nigdy moje. Odkąd nie grywam w gry komputerowe,  stosuję niezliczone strategie w sytuacjach z życia codziennego.

Read Full Post »

Jak tu złapać świąteczną atmosferę, gdy na dworze piękne słońce i temperatura sięgająca 20 stopni na plusie. Wprawdzie poprzyczepiali świąteczne ozdoby, uruchomili choinkowe iluminacje, ale to wszystko tak kosmiczne jest jak na zdjęciu, które Ryjek zrobiła swego czasu w Sewilli: lodowisko pod uginającymi się od owoców drzewkami pomarańczowymi. Nauczyłam się już reagować na te zdziwione miny – nie chodzi o to, że mnie nie rozumieją, tylko nie rozumieją tego, o czym opowiadam. Zdjęcie zawalonego śniegiem podwórka przechodzi z rąk do rąk przy wtórze ochów i achów. Mama twierdzi, że dam radę przetrwać kilka dni w Warszawie w lekkich kozaczkach. Wszystko dlatego, że nie chce jej się organizować wysyłki moich butów zimowych.

Read Full Post »

Na lewym brzegu

Nie ma nic bardziej naturalnego na świecie niż wieczorny spacer wzdłuż rzeki Nervión między Portugalete a Santurtzi, z widokiem na powoli rozpalające się światła Getxo. Od morza wieje ciepły delikatny wiatr, ten, który zawsze myli, bo sprawia, że rzeka „płynie” w przeciwną stronę. Barka mostu wiszącego przesuwa się niespiesznie od jednego brzegu do drugiego, wypluwając ludzi i samochody w regularnych odstępach. Spacerowicze, wędkarze, afrykańscy sprzedawcy butów i toreb i w samym środku tego wszystkiego ja, z moją muzyką w uszach, wypełniająca kawałek ciemniejącej przestrzeni, patrząca w stronę ujścia rzeki i migających świateł wejścia do portu.

Potem Polska wygrała 3:2 i przemieściłam się w stronę klubu jazzowego, gdzie czterech muzyków grało idealny podkład muzyczny dla tego wieczoru. Są takie momenty, kiedy naprawdę chce się żyć i chłonąć wszystko, bo wszystko jest dobre. Wahadełko przechyla się mocno w jedną stronę i nie chce się go powstrzymywać, choć może nie jest to mądre. A przecież nie jest idealnie, w tych dniach towarzyszy mi pewna kostropatość, nieforemna i szorstka. Kostropatość, którą starałam się niegdyś wygładzić, wypeelingować, nadać jej bardziej przyjazną formę. Obijam się znowu o jej kanty, ścieram skórę przy tych ostrzejszych kontaktach. Kostropatość pozostanie kostropatością, a mi pozostaje tylko nauczyć się akceptować jej istnienie.

Read Full Post »

Hasta la vista

Popatrzcie, jak umierają muchy. Chodzą niemrawo po szybach i firankach, a kiedy ich dotkniesz, spadają na podłogę i tkwią tam, czasami jeszcze pobrzękując skrzydełkami. Ale już bez tego wigoru, który charakteryzował je latem. Leżą tam aż ktoś litościwy je rozdepcze. (Śniło mi się zwierzę z wielką otwartą raną przez pół ciała, które mimo to jeszcze się ruszało, żyło i boleśnie milczało).

Koty przechodzą na tryb zimowy. Nie znikają już na cały dzień w ogrodzie, chętnie polegują w domu, domagają się więcej jedzenia. Przypomniały sobie, że istnieje drapak oraz różne ciepłe zakamarki. Zaprzyjaźniona 9-latka chce napisać książkę o tym, jak kotowate przejmują władzę nad światem. Gdy analizujemy poszczególne fragmenty fabuły, pytam ją, co się stanie z ludźmi w tej historii. Staną się gatunkiem wymarłym – brzmi odpowiedź – i będą pokazywani w muzeach z puszką coca-coli przed telewizorem. Nie ma innego wyjścia, myślę sobie, nie ma innego wyjścia.

W pierwszej połowie roku odbyłam podróż Warszawa-Bilbao-Warszawa, natchniona książką „Bilbao-New York-Bilbao”. Jutro znowu lotnisko. Kilka godzin w podróży (mały krok w skali wszechświata), a jaka wielka zmiana (duży krok w historii mojego życia).

Read Full Post »

Sen(s)

Całodzienny deszcz przypomniał, że lato nie trwa wiecznie. Nawet tam, na południu, już niedługo nie będzie można wychodzić bezkarnie na dwór z mokrymi włosami.
Zważyłam książki i zaraz potem kupiłam nowe e-booki, wybrałam część ubrań. Te drobne gesty przybliżające koniec czasu pomiędzy, wzmagające zarazem radość i lęk, co wcale się nie wyklucza.
W te ponure dni albo chce się zaszyć w kocu z książką, nie kontaktować się ze światem w cudownie spokojnej izolacji, albo płakać bez powodu. I to wcale się nie wyklucza. Na szczęście są obowiązki, koty, śmieci i zamówione przed wiekami wizyty u kosmetyczki.
Wysokie poprzeczki. Patrzę w kalendarz i przypominam sobie siebie sprzed roku. Byłam bardziej ufna, czasami zupełnie nieostrożna, podatna na wszystko.  Świat stał przede mną otworem.
Dziś też stoi, ale jeszcze nie odzyskałam pełni ufności, nabrałam ostrożności, a podatna jestem szczególnie na zranienie. Zwłaszcza jeśli ranią mnie własne myśli.
Jeśli nie będzie wzlotów, być może nie będzie też upadków. I nie trzeba będzie tych wysiłków, żeby się podnieść. Jestem jak ten niemiecki baron o trudnym nazwisku, wyciągam sama siebie za resztki tego, co ważne.
Jutro wyjdzie słońce, a ja wstanę, otrzepię się i wrócę nadawać sens.

Read Full Post »

Warszawski sen

W Warszawie najlepsze kawiarnie to te, tuż za oknami których przejeżdżają tramwaje. Wiedziałam to już w pierwszym roku mojego mieszkania w tym mieście, gdy lubiłam przesiadywać na pl. Zbawiciela – jeszcze w czasach przedhipsterskich – w bardzo oldschoolowej kawiarni-lodziarni Corso. Tramwaje wówczas były stare i mocno zgrzytały na zakręcie. Dziś usiadłam w sieciówce na pl. Narutowicza, której przez te wszystkie lata tam nie było i przyszło mi na myśl to zdanie. Dawno nie przychodziły mi na myśl takie zdania, choć tego lata piszę i mówię dość intensywnie.

Pierwszy naprawdę słoneczny dzień i przedjesiennna melancholia ostatniego tygodnia zamienia się nagle w typowy warszawski smutek tropików. Rano zaniosłam do laboratorium kubeczek z moczem, pielęgniarka kazała mi pójść do toalety i przelać jego zawartość do fiolki. Trudno się siusia do fiolki, przynajmniej dziewczynkom, starałam się usprawiedliwić ten dziwny wymóg. I dlaczego toaleta w przychodni jest zamykana na kluczyk dostępny w recepcji, no dlaczego? Odwróciłam jak zwykle głowę w trakcie pobierania krwi, a potem zdziwiły mnie trzy pełne fiolki ciemnobordowej cieczy. Przypomniał mi się sen, który śniłam kilka miesięcy temu: oddawałam w nim krew na tyłach baru mieszczącego się przy herriko plaza jakiegoś baskijskiego miasteczka. Po podłączeniu mnie do aparatu wszyscy mnie zostawili. Po jakimś czasie uznałam, że już za długo oddaję tę krew, więc sama wyjęłam wenflon. Na wskaźniku pojawiła się wartość donacji: 23 kilogramy. Jak dużo dajesz z siebie Krajowi Basków, skwitowała to B., przypominając też, że ponoć dusza waży 23 gramy (albo 22, albo 28 – są różne szkoły, wszystko to kwestia interpretacji).

W Urzędzie Dzielnicy Żoliborz niezobowiązująca pogaduszka z panią starszy inspektor od paszportów. Mówi mi, że sporo ludzi z Rodzinnego Miasta składa u nich wnioski. Może to tak naprawdę ja i Ryjek, a łatwo nas było zapamiętać, bo nie udało się u nas obu pobrać odcisków palców (ach, nie pojadę bez wizy do Kanady, myślę sobie, czytając obwieszczenia przy okienku), a Ryjek dodatkowo miała błąd w imieniu matki w systemie. W tej niezobowiązującej pogaduszce zdradzam jej, że wyprowadziłam się z Warszawy i że wyjeżdżam za granicę. A niech to gdzieś nawet odnotuje w statystykach, myślę lekko mściwie, bo w momentach wokółemigracyjnych otwiera mi się czasami okienko złości na Rodzinny Kraj i na Jego Stolicę. Nie sądzę, by to zrobiła, ale na koniec, wręczając mi nowy paszport, życzy, żeby mój pobyt za granicą był udany. Szczerze mi tego życzy, z taką powściąganą serdecznością. Uśmiecham się i dziękuję. I jeszcze tylko kilka rytuałów i wracam na Ochotę, gdzie kiedyś zaczynałam moją przygodę z Warszawą. Długie te nowe tramwaje, myślę, dużo tych nowych kawiarni i knajpek. Chociaż jest jakaś ciągłość. Na środku placu, w plątaninie torów, w cieniu akademika zwanego Alcatrazem nadal przesiadują zmęczeni życiem, czasami lekko zdeformowani ludzie – jak te kilkanaście lat temu, gdy zdarzało nam się witać tam letnie świty z gitarą i sporą liczbą procentów we krwi.

Read Full Post »

I nagle stała się wiosna. Wychodzę bez kurtki i bez szalika, brodzę po morzu i wystawiam się na promienie słońca. Przypominam sobie wszystkie strategie ucieczkowe. A potem konfrontuję się, stawiam czoła, prowadzę niekończące się dysputy, obliczam podatki i wypełniam ćwiczenia. Tipi-tapa, krok za krokiem.

Od początku kwietnia tkwimy tutaj w ciągnącym się kryzysie. Na wszystkich frontach załamania, poważne rozmowy, konfrontacje. Zniknęła gdzieś radość marcowych tygodni, zniknął wypoczynek ferii wielkanocnych. Zniknęła radość nauki i nauczania. Nie wiem, czy to niepokojąca bioenergia nowych osób, które dołączyły do naszej grupy, czy też fakt, że z dnia na dzień dodano nam nauczycieli i przykręcono śrubę, zaburzając naturalny rytm, w jakim pracowaliśmy. Czy może zmęczenie życiem w tej nieco sztucznej rzeczywistości. W każdym razie nagle wybuchło wiele spraw. Po dwóch tygodniach niefajnych dni i trudnych sytuacji uznałam, że pora ruszyć na samotną wyprawę. Miałam szczęście, koleżanka zostawiła mi do dyspozycji swoje mieszkanie w miejscowości nad morzem. Przemaszerowałam wybrzeże kilkakrotnie w tą i z powrotem, w słońcu i deszczu, zmoczyłam stopy i buty, zapisałam trzy stronice drobnym maczkiem, wypiłam kilka piw, wykąpałam się w wygodnej wannie i wyspałam w wygodnym łóżku. Spojrzałam na Kraj Basków z dystansu, z Kantabrii, zastanawiając się nad moimi z nim relacjami. A potem przyjechał po mnie biały mercedes, Athletic wygrał mecz ligowy, przemaszerowaliśmy we dwójkę inną plażę, zjedliśmy kolejną wspólną pizzę, przedyskutowaliśmy już chyba wszystko, chociaż wiem, że jeszcze będziemy dyskutować, bo nie umiemy współistnieć bez tych niekończących się rozmów, które nie zostawiają już miejsca na inne rzeczy. Jesteśmy trochę jak ryby szamoczące się w płytkiej przybrzeżnej wodzie, czekające na przypływ i na powrót do normalności. Na spokój i radość unoszenia się w oceanie możliwości.

Read Full Post »

Stoję na środku odnowionego pokoju, który 25 lat temu został mi odgórnie przydzielony i wyposażony bez mojego udziału. Mogłam wtedy tylko poukładać książki, ale zaraz po schodach wspięła się maniakalna ciotka i przesłoniła moje tomy bzdurnymi lakami i słonikami. Pamiętam do dziś, jak bardzo czułam się wtedy bezsilna i prawie z tej bezsilności płakałam. Dziś, wśród własnych mebli, wygrałam spór o długość firanek, choć przegrałam batalię o firanki w ogóle. Aż tak bardzo mi w sumie nie zależy.

Jeszcze kilka dni temu Trójmiasto. Morze było akurat spokojne, w Sopocie spadł pierwszy śnieg i toczyłyśmy z M. bardzo szczere rozmowy, jak zawsze. A wcześniej w scenerii gdyńskiego modernizmu uczyłam się wydobywać głos i tupać. Poszło dość gładko, czułam się jak nowozelandzki rugbysta odprawiający hakę. Spodobało mi się, od tamtej pory ćwiczę czasami w domu. Jeszcze wiele meczów przede mną, muszę być gotowa.

Tuż przed Trójmiastem kolejny zadziwiający epizod tej burzliwej jesieni. Wracałam o czwartej rano nocnymi autobusami na Żoliborz, myśląc o teorii strun, którą kiedyś na krótki moment zrozumiałam (co paradoksalne, na zajęciach z historii nauki średniowiecznej) i zastanawiałam się, czy już mi na dobre odwaliło. Może jednak nie, może to tylko świat. Może nie muszę mieć wytłumaczenia na wszystko. Nie wiem dlaczego, ale od tamtej pory codziennie słucham Victora Jary. Jakby tylko rzewne pieśni o imperialistycznym wyzysku i strzelaniu do robotników trzymały mnie jeszcze we względnej harmonii z rzeczywistością.

Na skraju gdyńskiego Skweru Kościuszki patrzyłam w morze i pomyślałam, że może nie jestem tam, gdzie moje miejsce. Może powinnam robić ze swoim życiem coś dobrego. Na przykład zatrudnić się jako opiekunka fok w Helu albo pojechać do Macedonii, by grać w ping-ponga z syryjskimi dzieciakami. Jednak tamtego dnia tropili mnie przecież marynarze z wyśnionego świadomie snu. Już nie wierzgam, już się temu poddaję. Nie pora na ucieczki. Nie znajdę sensu na zewnątrz, on tkwi we mnie.

A potem wracałam do Warszawy na ostatnie dwa żoliborskie dni, słuchałam Victora Jary i starałam się policzyć moje podróże tej jesieni – pociągi, autobusy, samoloty, tramwaje, s-bahny i skm-ki. Kiedyś byłam domatorką, wyjazdy mnie w gruncie rzeczy dość stresowały. Teraz nie mogę usiedzieć na miejscu, a najbardziej relaksuję się pomiędzy, gdy słucham muzyki i patrzę przez okno na zmieniający się krajobraz. Już nie są dla mnie ważne wygoda własnego łóżka i znajome sprzęty, myślę, stojąc na środku odnowionego pokoju.

Read Full Post »

Stęskniłam się za upałami – jeszcze tylko spakować niebieską walizkę i uciec za miasto. To był pierwszy piątek w wakacyjnym trybie mojej codziennej porannej pracy, przez to wydawało mi się, że jest sobota i dziwiłam się, że ludzie piszą do mnie tyle maili. To mogłaby być sobota, w końcu wczoraj piłam wino i wracałam ostatnim metrem do domu. Nie wiem, ile już razy powiedziałam w ostatnich dniach, że język baskijski nie jest podobny do żadnego innego języka. Z ramion schodzi mi pierwsza opalenizna, życie nabiera innych barw.

Read Full Post »

Sen fabularny

Muszę sobie zapamiętać, obiecuję sobie przed zaśnięciem, muszę sobie zapamiętać, że w nocy z 15 na 16 kwietnia 2015 roku po raz pierwszy w życiu prześniłam sen o spójnej fabule. Nie było nagłych zwrotów akcji, nieuzasadnionych zmian scenerii, stawania się innymi postaciami. Gdy się obudziłam, pamiętałam ten sen jeszcze dobrze. Jakbym dopiero co przerwała oglądanie filmu. I był to film, to znaczy sen, niezwykle wciągający. Zaczął się od tego, że musiałam się ukrywać. Odwracałam twarz, udawałam, że mnie nie ma i całkiem dobrze mi szło. „Jesteś cyborgiem?”, zapytał w końcu jeden z moich prześladowców, którzy kręcili się po moim mieszkaniu. „Jesteś identyczna jak ten robot, którego szukamy”. „Ach, nie – odparłam przytomnie – to moja matka stworzyła tamtego cyborga, a twórcy cyborgów tworzą je na podobieństwo siebie samych”. Ale nie dało się już dłużej unikać tych podejrzliwych spojrzeń. Musiałam pogodzić się ze swoją naturą cyborga i podstępnie zabić czterech prześladowców. Nie zdążyli nawet jęknąć. Nie spodziewali się tego. A potem musiałam opuścić mieszkanie, opuścić tamto miasto i udać się w jakieś inne miejsce. Zabrałam towarzyszkę i małe dziecko i ruszyłyśmy na prowincję. Zatrzymałyśmy się w małym hoteliku w jakiejś mieścinie. Zostawiłyśmy tam dziecko pod opieką recepcjonistki i poszłyśmy zwiedzać. Nie odpuściłyśmy sobie wizyty w prawosławnej cerkwi, gdzie właśnie zaczynała się msza, na którą zaprosili nas tamtejsi parafianie. Dobrze pamiętam, jak klękam w drewnianej cerkwi i przez chwilę nie wiem, czy przeżegnać się po katolicku – jak mnie uczono w dzieciństwie – czy tak jak ludzie dookoła. W końcu sięgam ręką do prawego ramienia i ta mimikra wydaje mi się w porządku. Rozmawiam z czarnowłosym chłopakiem, przypominającym młodego Antonio Banderasa. Nie dotrwałam do końca mszy, wyszłam, zostawiając towarzyszkę. Pod warsztatem samochodowym minęłam policyjnych detektywów, którzy już wpadli na nasz trop. Na szczęście, szłam w cieniu, nie rozpoznali mojej twarzy. W hotelu nie było już dziecka, recepcjonistka tłumaczyła się, że nie mogła skłamać policjantom. Nie zabrałam rzeczy i pobiegłam dalej. Bałam się chodzić po ulicach, bo moja twarz była już pokazywana we wszystkich środkach masowego przekazu. Znalazłam inny hotel, raczej hostel, ze wspólnymi salami. Był pełny, udało mi się przekupić jedną dziewczynę, by poszła do mojego wygodnego hotelu, podczas gdy ja zajmę jej łóżko. Dzięki współczuciu pozostałych gości, dostałam niewielki pokój, chyba ze dwa łóżka – jedno koło drugiego. Nim udałam się na spoczynek, znaleźli mnie policjanci. Ale i tak na początku mnie nie rozpoznali. Przez chwilę zastanawiałam się nad sposobem ucieczki, w końcu dałam spokój i się im poddałam.

Read Full Post »

Komplementarność

Odkąd w lidlu można kupić hiszpański turrón, nic nie może być takie same. Truskawki zaszturmowały już w kwietniu. Na sobotnich zakupach na bazarku pomyślałam, że ich trochę kupię, ale moją uwagę przykuło nowe stoisko ze starymi książkami. Zniszczony Wielki Słownik Niemiecko-Polski i Polsko-Niemiecki, z jakiego sama korzystałam w szkole i na studiach, jakieś zupełnie niszowe wydawnictwa PIW-u z nieznanymi nazwiskami na okładce, drugi tom „Pustelni Parmeńskiej”. Zastanawiałam się nad profilem nabywcy drugiego tomu „Pustelni Parmeńskiej” i zapomniałam o truskawkach.

Na przejściu dla pieszych (w słoneczne soboty unikam przejścia podziemnego i idę naokoło) przeczytałam partyzanckie ogłoszenie. Uczciwa pani Zoriana z Ukrainy (pozdrawiam), posiadająca referencje, najmie się do sprzątania, opieki, gotowania. Blisko połowa odciętych fragmentów kartki z numerem telefonu była oddarta. Ucieszyło mnie, że uczciwa pani Zoriana z Ukrainy cieszy się takim wzięciem. Może nie jesteśmy aż tak ksenofobicznym narodem, jak się powszechnie sądzi. W Madrycie, przypomniałam sobie, w takich ogłoszeniach podkreśla się, że uczciwa pani do sprzątania, opieki i gotowania jest Hiszpanką. Jak je czytałam, to było mi jakoś smutno.

Ciągnęłam rozmyślania o imigrantach w Polsce i Hiszpanii, przechodząc przez długie, wielofazowe przejście dla pieszych, z zakupami w rękach. Gdy mijałam budynek straży pożarnej, usłyszałam obcy język. Spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam dwóch czarnoskórych mężczyzn pogrążonych w rozmowie. Jeden z nich miał na sobie strój ratownika medycznego.

Od tygodni śni mi się centrum Warszawy w futurystycznym sztafażu. Wieżowce, kolejki podziemne, wielopoziomowe autostrady, szybkobieżne windy, przeszklone pawilony. Wszystko to odrealnione i niepewne.

 

Read Full Post »

Older Posts »