Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Sierpień 2010

Prawie jesień

Spadł śnieg na Kasprowym i jest to sugestywna zapowiedź rychłego nadejścia tej zimniejszej pory roku. Obudziłam się dziś rano lekko zmarznięta i po raz pierwszy od miesięcy nie chciałam z tego powodu wyjść spod kołdry. Za jakieś półtora miesiąca z takiego powodu pewnie nie będzie mi się chciało umyć niczego poza zębami – bo wody używa się przy nich na końcu. Z okazji chłodu i deszczu zaimpregnowałam jesienne zamszaki oraz zakupiłam rozgrzewające saszetki do kąpieli. A poza tym to więcej pracuję i mniej jem.

Na Krakowskim Przedmieściu, jadąc z Żoliborza, najpierw można podziwiać groźne wyglądające barierki, obstawione przez zadziornych mundurowych różnych służb. A potem wielkie twarze Piłsudskiego i Lenina, ustawione naprzeciwko siebie. Też groźne, choć groza Lenina jest jakaś taka lisia, przebiegła, a groza Piłsudskiego wynika z jego miny i podgolonego czoła. Całość sprawia wrażenie jakiejś bramy do Mordoru. Może okolice Pałacu Prezydenckiego to Mordor. Budapeszt 2006/2007 mi się przypomina, gdy ciachnięto podobnymi barierkami oddolne ruchy i zakneblowano demokrację. Panie i panowie władza odgrodzili się od ludu wielką pustą przestrzenią placu – nomen omen – Kossutha, tak jak dzisiaj pan Komorowski odgradza się od niegroźnej grupki nakręconych swoimi ideami ludzi kilkoma rzędami mocnego metalu. I nikt przez nie skakał nie będzie, bo to nie stocznia i czasy przecież są inne. Wyobraziłam sobie zebranych z okazji trzydziestolecia polityków jako hałastrę zabawiającą się rzucaniem błotem, którzy w tej śliskości i nie mogąc utrzymać równowagi, starają się dokopać komuś, kogo przez te trzydzieści lat tak naprawdę nie znosili, choć trzeba było zaciskać zęby i razem robić nową Polskę. A potem pomyślałam, że wolę oglądać jak po błocie skacze rodzina Świnki Peppy (to taka bajka dla dzieci), bo przynajmniej potrafią się tak bawić, nie robiąc nikomu krzywdy i nie wzbudzając odrazy. A deszcz jak padał, tak pada i będzie jeszcze więcej błota…

Read Full Post »

Sierpniowy spleen

Wygląda na to, że moje wakacje się kończą. Lipiec minął w oka mgnieniu. W błysku piorunów, w upalnej magmie. Czas przeplatany rozwalającym lenistwem i intensywną pracą. Tydzień nad morzem dopełnił dzieła wypoczynku. Więc teraz mogę kontynuować rozpoczęte zadania. Stawiać się w urzędach, stukać w klawiaturę, poprawiać chałturnicze teksty, bo za bardzo śmierdzą ambicjami. Znajdować radość w przekładzie. W sobotę byłam tłumaczką na polsko-amerykańskim weselu i przekonałam się, jak trudno jest przełożyć kulturę. Jak łatwo zbulwersować drugą stronę. Choćby podczas tradycyjnych rytuałów oczepinowych, nasyconych wulgarną seksualnością, które dla uwrażliwionych na tym punkcie Amerykanów były niepojęte. Dla Polaków niepojęty był fakt istnienia dwóch matek pana młodego – tej faktycznej i nowej partnerki ojca. Komplikowało to różne tradycyjne rytuały. Na szczęście po obu stronach panowała nadzwyczajna otwartość. Poza tym vodka unites people, jest smaczna i pożywna, i rozrywkowy wujek panny młodej chce do rana „nauczyć się amerykańskiego”, polska dziewczyna z szerokim uśmiechem na twarzy wykańcza młodego Amerykanina w piciu, sama pozostając całkiem trzeźwa. Tańce, hulanki, swawole pozostają tańcami, hulankami, swawolami w każdej kulturze i diabeł tkwi tylko w szczegółach – „is it really gonna last till morning?” Zapomniałam, jak bardzo to lubię – poznawać fajnych ludzi z innych krajów, uczyć się od nich, uczyć ich, wymieniać się opowieściami, szukać punktów stycznych, próbować porozumienia we wszystkich znanych językach. Mój żywioł.

Read Full Post »

Podróż w znane

Słoneczny. Wisła-Narew-Nogat-Wisła. I jeszcze Potok Jelitkowski. Pod Działdowem zaczyna się strefa pruskiego muru.

Sopot. Mrożona kawa w Józefie K. Burza. Tramwaje wodne odwołane z powodu silnego wiatru. Peron SKM-ki w remoncie. Pierwsza flądra na plaży.

Wrzeszcz. Kościół, w którym ochrzczono Grassa i w którym mały Oskar miał głosem rozwalić wszystkie witraże. Jest niedziela i bardzo dużo odświętnie ubranych parafian. Jem ciastko z ekologicznej piekarni. Wycieczka po parku, który niegdyś był cmentarzami. Wymyślam nowe wątki mojej od lat powstającej powieści. A potem wspinam się na wzgórza. Pomiędzy drzewami widać stoczniowe urządzenia. Majestatyczne. Tropię je aż do samego stoczniowego muru. Tam króluje pustka i murale. Niesamowita siła miejsca.

Sopot. Śledzenie tvn meteo. Pogarsza się.

Gdańsk. Stara trasa. Kościół Św. Mikołaja – Bazylika Mariacka – Długi Targ. Inwazja hiszpańskojęzycznych.

Gdynia. Nieturystyczny kosmopolityzm wisi w powietrzu. Tramwaj wodny przez Zatokę. Ryjek2 nie docenia moich chęci nakarmienia jej najlepszymi ciastkami w Trójmieście.

Jastarnia. Szeroka plaża. 5 w skali Beauforta. Niezwykłe ilości lodów, gofrów, ryb, frytek. Powroty do naleśnikarni. Artysta Teatru Muzycznego w Gdyni co wieczór przygrywa na pianinie. Piwo mi nie wchodzi za bardzo. Ryjek2 pije VivaHel – lokalne pszeniczne. Dwa deszczowe dni. Wypatrywanie chmur. Prognozy. Analizy. Doniesienia.

Hel. Foki pluskają się w deszczu. Poznajemy problemy bałtyckiego morświna. Zmoknięte siedzimy w klaustrofobicznej tawernie. Bez słów.

Jastarnia. Słońce jasne jak zbawienie. Leżę na plaży i zatapiam się w siebie. Nie istnieje czas, jest tylko przestrzeń. Słona woda na ustach pozostaje do wieczora. Rano zauważam tam piegi. Pokrywają zresztą całą moją twarz. Lekko piecze opalona skóra. Radość z budowania w piasku. Radość z leżenia. Radość z pływania. Nie chce mi się nawet czytać. Czuję jak moje ciało metabolizuje witaminę D. Zacieram jedno oko piaskiem i jednego dnia nie zakładam soczewek. – Wyglądasz poważnie w okularach – mówi O.  – Dlatego ich nie noszę – odpowiadam. Obawa przed powagą silniejsza niż obawa przed śmiesznością.

Sopot. M. na powitanie częstuje mnie pysznym spaghetti bolognese. Długie rozmowy. W tle ulewny deszcz. Kalifornijskie białe wino.

Gdańsk. Zostajemy przeprowadzone przez kulisy teatru na „Burzę” według Iriny Brook. Przypomina się festiwalowy rwetes, zapach zakurzonych kurtyn i drewnianych podłóg na scenie. Irina przywozi francuskich aktorów i pół tony piasku. Przywożenie piasku do Gdańska wydaje mi się absurdalne. Ja nadal mam ten jastarniany we włosach. Drapie mi skórę do czerwoności.

Sopot. Oglądamy na płycie niemieckiego „Henryka VIII”, którego tłumaczy M. Najsłabsza sztuka Szekspira w genialnym wykonaniu. Szwajcarski niemiecki M. zamieniła na kaszubski. Przez głowę przemyka mi pozostawiony w Warszawie George Steiner i jego teza o niemożliwości istnienia teorii przekładu. Podsuwam zamianę Matterhornu na Wieżycę. Dyskusja o interpretacji i nadinterpretacji. Tłumacz stąpa zawsze po cienkiej linie. W Bookarni czytam jedną trzecią „Dzidzi” Sylwii Chutnik. Wciągam się. Muszę kupić. Na pożegnanie dostaję solidną porcję zielonej fasolki z ziemniakami.

Słoneczny. Wisła-Nogat-Narew-Wisła. Nocny autobus przejeżdża pod Pałacem Prezydenckim. Powrót do tych dziwnych bieżących spraw. Przez pierwsze minuty w mieszkaniu przywyczajam się do niego. Jest przez te kilka chwil bardziej obce niż nieznane mi wcześniej miejsca, w których ostatnio spałam.

Read Full Post »