Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Grudzień 2013

242.

Święta zimowego przesilenia przeszliśmy w pełnym słońcu i blasku gwiazd. Wigilijna noc na wsi pokazała nam najpiękniejsze w tym roku niebo, ze szczegółowością godną planetarium. W ogrodzie pojawiły się nowe małe dzikie koty. Te zeszłoroczne są już oswojone, odkarmione, mają piękną puchową sierść. Jeden z nich zamieszkał w naszym domu. Ten doroczny napływ kotów daje jakieś pojęcie o nieskończoności wszechświata.

Nowy „Hobbit” okazał się płaski (trzeba było może obejrzeć jednak w 3D), ale wciągał. Jak gra komputerowa. Peter Jackson usilnie chciał zrobić kolejnego „Władcę Pierścieni” i powtórzył wszystkie istotne motywy z tamtej opowieści. To, że odszedł od oryginału można wybaczyć. To, że z opowiastki dla dzieci zrobił epos także, od biedy. Ale jeśli odchodzi od ducha Tolkiena to niszczy cały mit, który stworzył poprzednią trylogią, niszczy spójność wykreowanego świata, a to już jest niewybaczalny zamach na logikę.

2013 nie był zły. Na koniec upiorę rajstopy i sprzątnę łazienkę.

Read Full Post »

Słoneczne, suche przedzimie wyciąga z rzeczywistości zaskakujące fragmenty. Przy Dworcu Gdańskim wyłonił się nagle nowy biurowiec. Jego bryła jest tak brutalna, mroczna i ostra, że mógłby stać się siedzibą Mordoru, gdyby z jakiegoś powodu Mordor został przeniesiony na Ziemię. Nawet zwieńczenie tego budynku przypomina dwa rogi – miejsce na Oko, które patrzyłoby to na stadion Polonii, to na CH Arkadia. Szkło i kamień to motywy przewodnie elewacji sąsiadujących z siedzibą Mordoru nowych budynków mieszkalnych. Patrzę na nie z wiaduktu i widzę okrutną przestrzeń pokrytą bezdusznymi piętrami. To przecież Umchlagplatz, nakryty jakby licznymi czapami, pusty i nieprzyjazny. Jakby nikt tam nie mieszkał (a przecież mieszka), jakby nie było tam życia (a przecież jest, i nawet rodzi się codziennie w okolicznym szpitalu na Inflanckiej). Patrzę z wiaduktu (autobus stoi w korku) i prawie czekam aż w ten jasny, słoneczny dzień zaczną wyłaniać się duchy.
Niskie, szeroko rozstawione bloki w okolicach Pomnika Bohaterów Getta, sprawiają wrażenie, jakby tu były tylko na chwilę. Jakby na zgliszcza przyszli skromni, zagubieni ludzie, trochę pozamiatali i wybudowali sobie schronienia. Nic bardziej naturalnego na świecie. A potem zadbali o zieleń, sprowadzili wesołe psy i niewinne dzieci i tam sobie zostali, obłaskawiając rzeczywistość i nierzeczywistość na prywatne sposoby. Natomiast wielkie skupiska okien i wież na północ od ulicy Stawki to świadome zapomnienie, nieprzyjmowanie-do-wiadomości, przykrycie ukrytych wymiarów ciężarem pieniądza i modnego designu. Wcielona arogancja. Patrzę w głąb pustych ulic (autobus stoi jeszcze) przypominających kaniony. Dostrzegam monumentalizm budynków. Myśl biegnie ku hitlerowskiej kancelarii w Berlinie. Ten sam styl, ta sama napuszoność, to samo odhumanizowanie.

Read Full Post »

Intermezzo

Od Prousta do Eleny Poniatowskiej. Meksykańska pisarka wydała powieściową biografię Leonory Carrington, malarki i również pisarki, którą koleje losu rzuciły z kręgów brytyjskiego high-life’u poprzez Francję, Hiszpanię, Portugalię do Meksyku. Carrington zmarła w 2011 i w tym roku wyszła też książka Poniatowskiej (nota bene autorki nagrodzonej w tym roku prestiżową Nagrodą Cervantesa). Leonora Carrington była kochanką Maxa Ernsta, przyjaciółką Paula Eluarda, Andre Bretona. Porzuciła swoją bogatą rodzinę i perspektywy na świetne zamążpójście dla malarstwa i życia artystycznego. I to dla malarstwa specyficznego, odsłaniającego jej zagmatwane wnętrze – surrealizmu.

Na okładkach mojego wydania „W poszukiwaniu straconego czasu” (PIW 1992) zamieszczono reprodukcje obrazów impresjonistów. Plaże, ogrody, salony – wszystko narysowane plamami, chwiejne, bez wyraźnych konturów, bez rozgraniczeń. Ładne to i subtelne, delikatne jak Gilberta Swann, bogate jak toalety księżnej de Guermantes, zwichrowane jak baron de Charlus. Muszę mrużyć oczy, żeby rozpoznać, co jest na obrazie, patrzeć pod kątem. Surrealizm Carrington uderza bezpośrednio – kolorystyką, zestawieniem, kształtem. Przyciąga i niepokoi. To burzliwe sny dzieciństwa, internowanie w zakładzie psychiatrycznym, okrucieństwa wojny, pochłaniająca wszystko miłość, podcinanie winorośli, ogrom oceanu jako granica między tam a tu. Wszystko to przeżute i przetrawione w obrazach, przed którymi nie da się zmrużyć oczu.

Read Full Post »

Tak ładnie padał wczoraj wieczorem śnieg. Ryjek ustawiła w kuchni choinkę, zapaliła lampki, zjadłyśmy po czekoladce. Pan ochroniarz pilnie odśnieżał podwórko. I nagle temperatura się podniosła, śnieg zamienił się w deszcz i jeszcze raz zima odsunęła się na dystans bliżej nieokreślonej liczby dni. Chcę, żeby już tu była i trwała, by móc spokojnie wyczekiwać jej końca. Z tymi atakami i cofnięciami zimy jest jak ze zleceniem, które tygodniami spędza sen z powiek, bo ma się je jeszcze do zrobienia. Wiadomo – kiedyś trzeba będzie usiąść i je zrobić. Ale jest tyle innych spraw, tyle przyjemności, tyle snów. Albo wieje wiatr. Zlecenie psuje humor, wraz z upływem dni (oraz czasu pozostałego do dnia ostatecznego, zwanego potocznie deadline’em) urasta do rangi czegoś niemożliwego do opanowania. Co wieczór jego wspomnienie kłuje i psuje radość zasłużonego odpoczynku. W końcu ta wewnętrzna presja staje się nie do zniesienia i wreszcie nadchodzi ten dzień. Przewracam kartkę w kalendarzu i już na czerwono krzyczy deadline. Z rezygnacją siadam i po pół godzinie mam zlecenie z głowy. Znowu można cieszyć się życiem.

PS. Wczorajsze odkrycie. Już Proust wspomniał o prokrastynacji (Boy tłumaczy w „Uwięzionej”: „…baron de Charlus określał to mianem procrastynacji – dojutrowania”). Jeszcze dwa lata temu znajomy doświadczony tłumacz przekonywał, że słowo to jest ohydną kalką, której nie godzi się używać, a tu proszę – takie długie tradycje. Ale „dojutrowanie” też brzmi zgrabnie. Ja zresztą bardzo lubię jutro, dzięki jego istnieniu życie jest zdecydowanie łatwiejsze.

Read Full Post »