Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Kwiecień 2012

Każdego ranka, gdy idę do kuchni mam nadzieję, że nocą zjawiły się dobre duszki i pozmywały naczynia. Wszystkie używane przeze mnie kubki są już brudne, więc z szafki wyciągam kolejne, takie, które dawno nie dostąpiły zaszczytu podniesienia do jakichkolwiek ust. A potem talerze, a potem noże. Zakupy, jakie robię w tym tygodniu są każdego dnia skromniejsze. Dzisiaj w niespodziewanym ataku głodu przyniosłam sobie po południu obiad z zaprzyjaźnionej pizzerii. Zjadłam go jednym z ostatnich czystych widelców. Horyzont czasowy posiłków znacznie się ograniczył. Na przyszłe śniadanie mam tylko jedną bułkę lub jeden serek – do wyboru.

Było zimno, było znowu dużo pracy, było trochę nerwów i jakiś taki nagły atak żałosności pewnych poczynań. Kupiłam witaminy, skupiłam się, poszłam na masaż i zdecydowałam, że pora już odetchnąć i wetchnąć resztki swojego ciepła w resztki ciepła świata, jak pisał poeta. Lubię te niewielki książeczki z serii Nike Czytelnika – mieszczą się w kieszeni płaszcza i zawierają najznakomitszą literaturę. „Planeta pana Sammlera” Saula Bellowa nie ma tak na dobrą sprawę wciągającej akcji. Ot, starszy człowiek snuje się po Nowym Jorku, spotyka ludzi, wspomina, obserwuje i ma przemyślenia. Ale ciężar gatunkowy – tak to nazwijmy – tej opowieści jest znaczny. Przykuwa, zasysa, hipnotyzuje. Dla równowagi mam jeszcze „Nasz kosmiczny dom” Martina Reesa. Żadne sakralne miejsce nie jest w stanie tchnąć we mnie tyle bojaźni bożej co czytanie o miliardach lat i tryliardach kilometrów naszego wszechświata albo niezgłębiona przypadkowość pierwszego przejścia wodoru w hel, która zainicjowała powstawanie tego wszystkiego. „Największą tajemnicą jest to, dlaczego w ogóle cokolwiek istnieje. Jaka siła tchnęła życie w równania fizyki i zrealizowała je w rzeczywistym kosmosie”?

Read Full Post »

Jeśli masz jakiś problem, zabij go innym problemem. Tak głosi drugie prawo Ingrid. Wydumane problemy najlepiej zabijają oczywiście problemy rzeczywiste, wsuwające się niczym węże pod łóżka i zalegające tam potem tygodniami, burzące ład i porządek, wprowadzające bolesną pustkę emocjonalną w sny (jak tej nocy) i drżenie rąk po przebudzeniu. I tak zastanawia mnie łatwość, z jaką przechodzę nad nimi wszystkimi do porządku dziennego – wraz z odsłonięciem zasłon i spojrzeniu światu prosto w jasną, czasem lekko przymgloną twarz. Jak łatwo mogę sie na nie zamknąć, w tej samej chwili, w której zaczynam podróż na peryferie codzienności albo wręcz poza nią.

A potem wracam. Rzucam się w wir maili i telefonów. Jeżdżę tramwajami do upadłego. Sprzątam każdego ranka kawałek mieszkania – tylko tyle, na ile starcza mi czasu. Zmywam pospiesznie poświąteczny czerwony lakier z paznokci. Znowu chodzę szybko i jem mało, bez apetytu, tylko z rozsądku. Dziękuję Ryjku, nie mam ochoty na lody, przepraszam cię, ciasto Cioci Jadzi, nie zjem już dziś wieczorem twego przedostatniego kawałka, butelko białego wina chilijskiego, podziel się ze mną kieliszkiem swej relaksującej zawartości. Albo nawet dwoma. Odkąd nie muszę już świecić abstynenckim przykładem temu, kto nadużywał, jakoś chętniej sięgam. Więcej piszę, może znów zajmę się poezją. Minęło tyle lat i przebrzmiało tyle nie do końca oczywistych uwag. 

Jestem wdzięczna rzeczywistości za te pojawiające się znikąd chwile piękna. Jak na przykład odgłos kościelnych dzwonów w oddali o dziewiątej wieczór, słyszalny dzięki otwartemu oknu, a to otwarte dzięki ciepłemu wieczorowi. Albo własne odbicie w lustrze, gdy przymierzam nową letnią sukienkę. Czy też książka Clary Sanchez „Lo que esconde tu nombre”. I gdy ktoś mówi do mnie „postaraj się przyjść na zajęcia za tydzień, inaczej będzie nudno”. Kiedy tylko na moment usiądę i się skupię jest wiele pięknych chwil w tym wszystkim. Nieodczuwanie ich to tylko efekt niekorzystnej mieszanki hormonów w limfie.

Read Full Post »

W zatrzymaniu

Takie postświąteczne drobiazgi. Wycieczka do Grabowca, gdzie miał stać ruski zamek z XIII wieku, a była tylko góra oznaczona jako zabytek z trzema krzyżami na szczycie. Widoki piękne. Przy kościele w Skierbieszowie znajdował się grób nienarodzonego dziecka. Brakowało jeszcze tylko kamienia smoleńskiego. Przeraźliwe zimno i puste, szare pola. Krajobraz zupełnie nietypowy dla tej pory roku i nawet ja, która straciłam już ten bezpośredni kontakt z ziemią i cyklem wegetacyjnym, odczuwałam w związku z tym pewien niepokój. Za to przyleciały bociany. Pierwszy, którego zobaczyłam, leciał z szeroko rozpostartymi skrzydłami. „Będziesz dużo podróżować” – orzekła rodzina.

Rano Stasiuk w „Gazecie Wyborczej” opowiadający o Bogu, mistyce, potrzebie samotności i oddzieleniu się od stada. Ciekawe.

Wieczorem proza życia. Walczyłam z PIT-ami i jeszcze raz wygrałam z Urzędem Skarbowym. To on będzie mi płacił, nie ja jemu. Przeważyły chyba darowizny. Czyli zdecydowanie się opłaca dzielić z innymi. Zwłaszcza, że jedna trzecich tych darowizn to tylko krew. Coś, czego raczej nie zabraknie i czego ubytek szybko się wyrównuje.

Jest we mnie wyczekiwanie. Jakby zaraz miały się zmienić dekoracje, pojawić nowe wątki. Jakbym miała za chwilę otworzyć szeroko okna i wyrzucić pościel na balkon, niczym po dłuższej chorobie albo uciążliwej porze deszczowej. Decyzje same przyjdą i się rozgoszczą w salonie. Same się podejmą. Kawą, herbatą, białym winem. Chyba już tu są, na tej ulicy, niedługo nieubłaganie zadzwonią do drzwi. Obiecałam sobie przenieść punkt ciężkości z czasu na przestrzeń. Objąć szeroki świat. Ramieniem i spojrzeniem. Spojrzeć sobie w oczy i wyczytać tam ciąg dalszy tej opowieści.

 

Jeszcze o barbarzyńcach

Wiedza o tym, że jednak tu wejdą,
na tę ziemię, która nie jest nasza,
lecz i nie ich – sprawia, że zakupy,
których dokonujemy w tych dniach, są tak bardzo
tymczasowe (ćwierć chleba poproszę).

Odpada problem starców. Skończyło się grzecznie
pozdrowienie ich w sklepie, na ulicy. Koniec.
Brzydzimy się wszystkimi naszymi dawnymi
zabawami, siedzimy skupieni niezmiernie.

Czekamy. Zwierząt nie karmimy już.
Czekamy i czekamy na dzień, w którym
nasza słabość potwierdzi się i
zatryumfuje. 

M. Świetlicki

Read Full Post »

Jeszcze rano słońce od morza. Zanurzyłam w Bałtyku prawą stopę. Ale nie powstrzymało to opadów śniegu w ten weekend. Chodziłam, patrzyłam, siedziałam, rozmawiałam, oddychałam, wysypiałam się. Nieinwazyjne ciepło międzyludzkie. Nienachalne piękno krajobrazu. Niewymuszona awangarda knajp i kawiarni.

Tak dobrze się czułam, rozluźniona, znowu spontaniczna. Spontanicznie kupiłam śmieszne lakierkowe balerinki na gdańskiej starówce. Zapomniałam pudełka na szkła kontaktowe i nocą trzymałam je w kieliszkach. Nagle takie drobiazgi przestały urastać do rangi psującej wszystko tragedii. Nagle wszystko, co zajmowało mi myśli i czas, skurczyło się i straciło swój ciężar. Mogły sobie przychodzić maile i smsy, starając się, jak zwykle, wymuszać na mnie natychmiastowe reakcje i ogólne podniecenie. Nad morzem to nie działa. Coś mnie tam chroni przed zbyt gwałtownymi poruszeniami – nawet chodzę dostojniej, głowę trzymam jakby wyżej, mimo ostrego wiatru od morza.

Read Full Post »