Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Sierpień 2016

Plaża nad Wannsee (wstęp 5,5 euro) jak kurort  z czasów Reichu. Sama nie wiem, którego. Dawno nie chodziłam po tak mulistym dnie, przez chwilę żałowałam nawet, że nie mam moich butów do pływania.

Mnóstwo przejażdżek U-bahnem i S-bahnem, liczne trasy, zaskakujące przesiadki. Wagoniki z Bramą Brandenburską na oknach. W środku cały przekrój berlińskiego społeczeństwa – od tańczącego transwestyty o długich rudych włosach, po rosyjskich pijaczków, amerykańskich ekspatów, blond dziewczęta z rowerami, ciemnych chłopców z seksownymi brodami do ogorzałych emerytek z wózeczkami na kółkach pełnymi zakupów.

Dzień pierwszy: oswajanie miasta, spacer po Unter der Linden, selfie pod Bramą, zamieszkałyśmy w dzielnicy tureckiej i poczułam nagły atak obcości.

Dzień drugi: moderna, Gropius, berliński Żoliborz w różnych odsłonach, króliki na trawnikach między blokami, spacer przez lotnisko Tempelhof, tam także obowiązkowa currywurst, oddychanie miastem i to odwieczne szukanie własnego miejsca do życia, jak to w miastach, które nie są twoje, a w sumie mogłyby być.

Dzień trzeci: mur, holenderski przewodnik po podziemnych trasach, stacje widma, schrony przeciwbombowe, ucieczki w tunelach, zapamiętałam, że ikoniczny żołnierz NRD skaczący przez zasieki na stronę zachodnią do końca życia cierpiał na depresję i manię prześladowczą (Stasi mnie ściga).

Dzień czwarty: Ogród Botaniczny i plaża, upał i niemożność zaspokojenia pragnienia, zachód słońca nad rozlewiskami Haweli, myślę, że pora przenieść się do pierwszego świata.

Dzień piąty: znowu klasyka: Potsdamer Platz, Checkpoint Charlie, okolice dworca Zoo, zdjęcie pod Bundestagiem, Zum Deutschen Volke, zdjęcie pod pomnikiem Holokaustu, gdzie ochrona nie pozwala wchodzić na kamienne bloki (ale usiąść można).

I mimo tych wszystkich knajpek i najbardziej egzotycznych kuchni jakoś tak w porównaniu z Krajem Basków biednie i sztampowo. Widziałam wegetariański kebab. Nie wchodziłam.

Read Full Post »

Warszawski sen

W Warszawie najlepsze kawiarnie to te, tuż za oknami których przejeżdżają tramwaje. Wiedziałam to już w pierwszym roku mojego mieszkania w tym mieście, gdy lubiłam przesiadywać na pl. Zbawiciela – jeszcze w czasach przedhipsterskich – w bardzo oldschoolowej kawiarni-lodziarni Corso. Tramwaje wówczas były stare i mocno zgrzytały na zakręcie. Dziś usiadłam w sieciówce na pl. Narutowicza, której przez te wszystkie lata tam nie było i przyszło mi na myśl to zdanie. Dawno nie przychodziły mi na myśl takie zdania, choć tego lata piszę i mówię dość intensywnie.

Pierwszy naprawdę słoneczny dzień i przedjesiennna melancholia ostatniego tygodnia zamienia się nagle w typowy warszawski smutek tropików. Rano zaniosłam do laboratorium kubeczek z moczem, pielęgniarka kazała mi pójść do toalety i przelać jego zawartość do fiolki. Trudno się siusia do fiolki, przynajmniej dziewczynkom, starałam się usprawiedliwić ten dziwny wymóg. I dlaczego toaleta w przychodni jest zamykana na kluczyk dostępny w recepcji, no dlaczego? Odwróciłam jak zwykle głowę w trakcie pobierania krwi, a potem zdziwiły mnie trzy pełne fiolki ciemnobordowej cieczy. Przypomniał mi się sen, który śniłam kilka miesięcy temu: oddawałam w nim krew na tyłach baru mieszczącego się przy herriko plaza jakiegoś baskijskiego miasteczka. Po podłączeniu mnie do aparatu wszyscy mnie zostawili. Po jakimś czasie uznałam, że już za długo oddaję tę krew, więc sama wyjęłam wenflon. Na wskaźniku pojawiła się wartość donacji: 23 kilogramy. Jak dużo dajesz z siebie Krajowi Basków, skwitowała to B., przypominając też, że ponoć dusza waży 23 gramy (albo 22, albo 28 – są różne szkoły, wszystko to kwestia interpretacji).

W Urzędzie Dzielnicy Żoliborz niezobowiązująca pogaduszka z panią starszy inspektor od paszportów. Mówi mi, że sporo ludzi z Rodzinnego Miasta składa u nich wnioski. Może to tak naprawdę ja i Ryjek, a łatwo nas było zapamiętać, bo nie udało się u nas obu pobrać odcisków palców (ach, nie pojadę bez wizy do Kanady, myślę sobie, czytając obwieszczenia przy okienku), a Ryjek dodatkowo miała błąd w imieniu matki w systemie. W tej niezobowiązującej pogaduszce zdradzam jej, że wyprowadziłam się z Warszawy i że wyjeżdżam za granicę. A niech to gdzieś nawet odnotuje w statystykach, myślę lekko mściwie, bo w momentach wokółemigracyjnych otwiera mi się czasami okienko złości na Rodzinny Kraj i na Jego Stolicę. Nie sądzę, by to zrobiła, ale na koniec, wręczając mi nowy paszport, życzy, żeby mój pobyt za granicą był udany. Szczerze mi tego życzy, z taką powściąganą serdecznością. Uśmiecham się i dziękuję. I jeszcze tylko kilka rytuałów i wracam na Ochotę, gdzie kiedyś zaczynałam moją przygodę z Warszawą. Długie te nowe tramwaje, myślę, dużo tych nowych kawiarni i knajpek. Chociaż jest jakaś ciągłość. Na środku placu, w plątaninie torów, w cieniu akademika zwanego Alcatrazem nadal przesiadują zmęczeni życiem, czasami lekko zdeformowani ludzie – jak te kilkanaście lat temu, gdy zdarzało nam się witać tam letnie świty z gitarą i sporą liczbą procentów we krwi.

Read Full Post »

Pory

Kiedy życie było spokojne, niezmienne i stabilne, to pory roku wyznaczały cykl zmian. Te przejścia od zimy do wiosny i od lata do jesieni, otwieranie i zamykanie, zdejmowanie i nakładanie. W stabilnym uporządkowanym życiu do rangi wydarzenia urastało kupno nowych kolorowych rajstop i pierwsze dni w sandałkach. Rytualna letnia podróż nad morze, a potem pielęgnowanie opalenizny.

Dzisiaj jest lato, a ja prawie tego nie zauważam. Oczywiście zauważam upały i letnie burze, widzę kosz świeżych malin na kuchennym blacie i młode ziemniaczki. Ale to wszystko nie ma już takiego znaczenia jak kiedyś. Tym razem lato nie jest spełnieniem rocznego cyklu, nie jest chwilą odpoczynku, lenistwa, namysłu. Tegoroczna wiosna też nie była taką wiosną jak dawniej. Wyznaczniki cyklu przesunęły się, a może po prostu krótki roczny cykl przesłonił obrót jakiegoś wieloletniego koła. Zmiany nie dotyczą już temperatury powietrza i wybieranych ubrań, są też bardziej trwałe. Otworzyły się różne nowe aspekty życia – tak zewnętrznego, jak i wewnętrznego. Chłonę je wszystkimi porami ciałami.

Read Full Post »