Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Grudzień 2015

Jasne słońce i przyjazna temperatura, a także wiele wewnętrznych rzeczy odrealniają te święta. Nie pamiętam tak długiego wigilijnego dnia, zwykle koło 13 robiło się już ciemno. Kolędy brzmią jakoś wymuszenie, gdy brak śniegu i mrozu. Nie grałam ich, pewnie już nie zagram. Nie jestem jakoś w nastroju.

Od przesilenia letniego do przesilenia zimowego – długi, niezwykły czas z rozlicznymi skutkami ubocznymi. Chwilami wewnętrzne drżenie, ale czas też leczy, zalecza, odsuwa i sprowadza nowe wizje i nowe pomysły. Niekiedy równie nietrafione.

Stoimy w kuchni, Ryjek i ja, obserwując, jak Mama przyrządza łososia, którego miałam zrobić ja. Temat lekko spływa na doktoraty. – Może mi już nie życzcie wielkiej miłości i obrony doktoratu – mówi Ryjek – bo co roku mi tego życzycie i co roku się nie spełnia. Może jak nie będziecie mi życzyć, to się wreszcie spełni.

Z niepokojem czekam na potok banalnych życzeń, ale na szczęście nie przychodzą (pewnie wieczorem). Za to jakiś nieznany numer próbuje się do mnie dodzwonić. Gdy wreszcie odbieram, okazuje się, że to pomyłka. Och, świat chyba nie ma już dla mnie nic nowego.

Read Full Post »

Stoję na środku odnowionego pokoju, który 25 lat temu został mi odgórnie przydzielony i wyposażony bez mojego udziału. Mogłam wtedy tylko poukładać książki, ale zaraz po schodach wspięła się maniakalna ciotka i przesłoniła moje tomy bzdurnymi lakami i słonikami. Pamiętam do dziś, jak bardzo czułam się wtedy bezsilna i prawie z tej bezsilności płakałam. Dziś, wśród własnych mebli, wygrałam spór o długość firanek, choć przegrałam batalię o firanki w ogóle. Aż tak bardzo mi w sumie nie zależy.

Jeszcze kilka dni temu Trójmiasto. Morze było akurat spokojne, w Sopocie spadł pierwszy śnieg i toczyłyśmy z M. bardzo szczere rozmowy, jak zawsze. A wcześniej w scenerii gdyńskiego modernizmu uczyłam się wydobywać głos i tupać. Poszło dość gładko, czułam się jak nowozelandzki rugbysta odprawiający hakę. Spodobało mi się, od tamtej pory ćwiczę czasami w domu. Jeszcze wiele meczów przede mną, muszę być gotowa.

Tuż przed Trójmiastem kolejny zadziwiający epizod tej burzliwej jesieni. Wracałam o czwartej rano nocnymi autobusami na Żoliborz, myśląc o teorii strun, którą kiedyś na krótki moment zrozumiałam (co paradoksalne, na zajęciach z historii nauki średniowiecznej) i zastanawiałam się, czy już mi na dobre odwaliło. Może jednak nie, może to tylko świat. Może nie muszę mieć wytłumaczenia na wszystko. Nie wiem dlaczego, ale od tamtej pory codziennie słucham Victora Jary. Jakby tylko rzewne pieśni o imperialistycznym wyzysku i strzelaniu do robotników trzymały mnie jeszcze we względnej harmonii z rzeczywistością.

Na skraju gdyńskiego Skweru Kościuszki patrzyłam w morze i pomyślałam, że może nie jestem tam, gdzie moje miejsce. Może powinnam robić ze swoim życiem coś dobrego. Na przykład zatrudnić się jako opiekunka fok w Helu albo pojechać do Macedonii, by grać w ping-ponga z syryjskimi dzieciakami. Jednak tamtego dnia tropili mnie przecież marynarze z wyśnionego świadomie snu. Już nie wierzgam, już się temu poddaję. Nie pora na ucieczki. Nie znajdę sensu na zewnątrz, on tkwi we mnie.

A potem wracałam do Warszawy na ostatnie dwa żoliborskie dni, słuchałam Victora Jary i starałam się policzyć moje podróże tej jesieni – pociągi, autobusy, samoloty, tramwaje, s-bahny i skm-ki. Kiedyś byłam domatorką, wyjazdy mnie w gruncie rzeczy dość stresowały. Teraz nie mogę usiedzieć na miejscu, a najbardziej relaksuję się pomiędzy, gdy słucham muzyki i patrzę przez okno na zmieniający się krajobraz. Już nie są dla mnie ważne wygoda własnego łóżka i znajome sprzęty, myślę, stojąc na środku odnowionego pokoju.

Read Full Post »