Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Grudzień 2012

Koniec świata jednak nie nadszedł i nie uwolnił nas od tych wszystkich konieczności, prac, przygotowań, znoszeń i wynoszeń. Wycięliśmy kolejne drzewo z ogrodu i postawiliśmy w domu. To już chyba ostatnie, za rok po raz pierwszy od dawna trzeba będzie chyba kupić choinkę. Ryjek obkleił sobie dłonie żywicą. Tato z gracją stłukł 3 szklane bombki wśród naszych narzekań, że większość i tak jest już plastikowa. Ja chyba najbardziej lubię te stare w niby olimpijskie kółka. Ustawiłam figurki w szopce (Dzieciątko tym razem bardziej na prawo, owieczki przed Królami). Spróbowałam już bigosu i śledzi oraz nagromadzonych słodyczy i jutro ruszamy dalej. Mróz wchodzi szparami framug. Mama dokarmia dwa dzikie koty. Zrobiła im wygodne budki pod schodami i stale zaopatruje w wątróbkę i inne specjały. Puszyste, uroczo zaokrąglone, szaro-bure kotki dwa. Trzymają bezpieczny dystans, wpatrujemy się w siebie przez przymgloną szybę.

Read Full Post »

Pamiętam ciężarówki, które wyjeżdżały z kampusu głównego i zjeżdżały w dół na Dobrą, a silni panowie w roboczych strojach przerzucali skrzynki z książkami. Pamiętam swoje pierwsze kroki w tym nowym gmachu, pachnącym jeszcze długo świeżym betonem. Co to była za radość chodzić między półkami, móc wyjąć stamtąd dowolną książkę i przejrzeć ją, siedząc na podłodze lub pobliskim parapecie! Pamiętam mroźne zimy i przesadnie klimatyzowane lata. Pamiętam nawet widok przez okna wychodzące na północ, gdy jeszcze nie było tam wylotu tunelu Wisłostrady i można było podnosząc głowę patrzeć na powolny nurt Wisły, czasami schowany wprawdzie za sznurem samochodów.

Zawsze lubiłam BUW. To jest naprawdę gmach z osobliwym klimatem, miejsce, w którym można przyjemnie spędzić czas (oczywiście poza sesją,gdy nad twoją pochyloną nad książką głową miotają się jakieś dość dziwne okazy studenckiej braci). Korzystam z zasobów BUW-u regularnie od ponad 10 lat, pisałam tam dwie prace magisterskie, mnóstwo prac rocznych i zaliczeniowych, przygotowywałam się do różnych egzaminów, pracowałam nad tłumaczonymi tekstami, ale przede wszystkim czytałam, poznawałam, odkrywałam. Naprawdę studiowałam, w tym pierwotnym znaczeniu tego słowa.

Z czasem BUW obrósł innymi miłymi rzeczami. Wreszcie można tam zjeść coś poza słodką bułką i gumowymi naleśnikami z mikrofali, umówić się na kawę. Można też wygrzebać interesującą książkę w jednym z podziemnych antykwariatów. Można pobiwakować w ogrodzie, chociaż to już nie jest ten bujny ogród co przed laty. Doprawdy nie rozumiem, co stało się z winnymi pergolami!

BUW wydaje się spełnieniem marzenia każdej bibliofilki. Zwłaszcza takiej, która już w w podstawówce wywalczyła sobie (sic!) prawo do wchodzenia między półki i samodzielnego wybierania książek po zapachu, czcionce, kolorach okładki. I jeszcze, żeby nazwisko autora brzmiało jak najbardziej egzotycznie. I już nigdy potem nie umiała dostosować się do uniwersyteckich systemów numerków, katalogów takich i śmakich, zamawiania i następnie ponadgodzinnego oczekiwania po to tylko, by po przekartkowaniu odłożyć z rozczarowaniem książkę na odrapany wózeczek, którą czekała dość długa podróż z powrotem na miejsce w magazynie. I wtedy BUW z wolnym dostępem jawił się jako prawdziwy raj. Nie znosiłam ciasnoty biblioteki iberystyki z rozmowami wiecznie skwaszonych pań bibliotekarek w zestawie. Na historii nigdy nie pojęłam systemu zamawiania i zawsze czułam się jak intruz, którego podejrzewa się o niecne zamiary wobec magazynowanych skarbów. Na filozofii jeszcze był ok, chociaż zimą chłodno, a latem głośno. Więc głównie odwiedzałam BUW, zakładając w celu ułatwienia sobie życia, że książek, których nie ma w BUW-ie, nie potrzebuję. Czasami mi to trochę jednak utrudniało życie.

I dzisiaj, gdy Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego świętuje swoje trzynastolecie na Powiślu, wchodzę sobie do katalogu internetowego i poszukuję pewnych interesujących mnie w danym momencie książek. I przy każdej wyświetla mi się, że egzemplarz dostępny jest gdzie indziej – w bibliotece Instytutu Anglistyki, w CESL-i, na historii sztuki. Przypomina mi się wtedy, że w każdej dziedzinie, którą przez te lata zgłębiałam dochodziłam prawie do końca możliwości czytelniczych w BUW-ie. Udawało mi się przejrzeć najistotniejsze pozycje, niektóre przeczytać, inne odrzucić jako zbędne w moich badaniach. A potem zostawała dziura. Głębokie braki podstawowej, wydawałoby się, literatury przedmiotu, albo właśnie ten niezrozumiały komunikat, że książka jest dostępna gdzie indziej, w innym końcu miasta. Zwykle przerzucałam się już wtedy właśnie do innej dziedziny i czerpałam radość z pełnych półek nowości (dla mnie!). Albo miałam czas na czytanie beletrystyki, a tej jest trochę w BUW-ie i można naprawdę sporo oszczędzić, wypożyczając zamiast kupować. Ale dzisiaj, gdy BUW radośnie cieszy się z tej nieokrągłej rocznicy, nie mogę nie zadać pytania, czy będzie on kiedyś Biblioteką całego Uniwersytetu? Miejscem, gdzie skupione zostaną wszystkie książki z bibliotek pomniejszych (może poza ich księgozbiorem podręcznym)? Tak aby szalona bibliofilka nie musiała telepać się po całym mieście ze słabą nadzieją na to, że ten jedyny egzemplarz będzie akurat dostępny i nikt nie zasłoni go własnym ciałem przed nią jako „obcą”, bo nie-studentką-naszego-wydziału. Czy BUW stanie się prawdziwą świątynią wiedzy, gdzie pielgrzymować będą wszyscy i poszukiwać odpowiedzi na wszystkie swoje pytania?

Idąc za Borgesem i Eco, chwalić będę totalność biblioteki, którą uosabia dla mnie właśnie BUW. Trzymam się tego z całych sił. Dożyłam niestety czasów, gdy w naukowej książce można natrafić na odnośnik bibliograficzny do strony chomikuj.pl. Naprawdę.

Read Full Post »

Nagłe bóle głowy i głębokie zapotrzebowanie na małe lecz regularne dawki słodyczy. Lubię okres przedświąteczny i zarazem nie znoszę okresu przedświątecznego. Nie znoszę Mikołajów z ulotkami, ostrego zagęszczenia ludzi wszędzie oraz przymusu dawania i przyjmowania prezentów z pełnym okołobożonarodzeniowym namaszczeniem. Lubię przebłyski tego choinkowego nastroju, który symbolizują szopki i kolędy. To piękna historia: przez setki lat czekali na Mesjasza, pewnie myśląc, że zjedzie z nieba ognistym rydwanem, którym wjechał tam Eliasz. A tu narodził się chłopczyk w ubogiej rodzinie, w jakiejś szopie, i tylko maluczcy i bydlątka się na nim poznali. No i prawdziwi mędrcy, bo wyczytali to w gwiazdach. A w tym czasie cała Palestyna przemieszczała się po miastach i wsiach, bo jej cesarz nakazał, zaglądając pewnie po drodze do ówczesnych Arkadii i Manufaktur, grając w kości, ubijając interesy i bałamucąc na potęgę. Nie usłyszeli w tym zgiełku trąb archaniołów. My też ich nie usłyszymy, gdy spełniać się będzie największe pragnienie dzisiejszej ludzkości, jakiekolwiek ono jest. Chociaż są wśród nas tacy, co nadstawiają uszu. Są skrajnie uważni i skupieni. Jak starszy mężczyzna, naprzeciw którego siedziałam dziś w autobusie 116. Odmawiał bezgłośnie różaniec i z szacunkiem chylił głowę przy każdym mijanym kościele. Na kolanach miał mokre plamy, pewnie od klęczenia. Po trzykroć zrobił znak krzyża w stronę ambasady chińskiej, jakby chroniąc się w ten sposób przed złym. Ale i on przegapiłby nadejście Mesjasza, bo zbytnio otoczył się rytuałami i formułkami. Tak jest zawsze bezpieczniej, ale czy ma to sens?

Read Full Post »

Drobne sopelki na balkonie sygnalizują otwarcie wrót zimy. Mam już z powrotem moje najcieplejsze buty, jestem gotowa na śnieg. Niech spadnie i rozjaśni najkrótsze dni w roku. Wyniosłam na dwór koce, by sczezły wszelkie zarazki tej dłużącej się już  jesieni. U progu grudnia myślę sobie o nadchodzących świętach i perspektywie rodzinnych spotkań. Mój mały bezpieczny światek pachnący świeżą choiną i bigosem. Ale przedtem jeszcze seria nakładających się na siebie eventów. 02-12-12 wygląda lekko apokaliptycznie, trzeba przyznać. Ale podskórnie czuję, że jeszcze wiele końców świata przed nami.

Read Full Post »