Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Czerwiec 2013

Postfeminizm?

Kiedy zrozumiałam, że jestem feministką odkryłam zarazem, że mój feminizm wiąże się z potrzebą równości. Chcę, żeby ludzie nie byli klasyfikowani wedle swojej płci, rasy, grupy społecznej, ale że społeczeństwo, w którym żyje tak właśnie klasyfikuje ludzi. Nie ucieknę przed tym. Mogę tylko walczyć o emancypację tych, którzy mają gorzej. O ich prawa i ich godność. Bez oceniania ich wyborów życiowych, bo nie podoba mi się, gdy ktoś ocenia moje. To się łączy z feminizmem – tą pierwotną walką o uznanie, jaką toczę prywatnie i jaka jednocześnie toczy się publicznie. Dlatego dla mnie feminizm może być tylko socjalistyczny, walczący najpierw o prawa tych słabszych kobiet, a potem o parytety w radach nadzorczych. Najpierw o zrównanie zarobków szeregowych pracowników obu płci, a potem o szklany sufit ustawiony przed wejściem do biur dyrektorskich. Najpierw o pomoc dla matek rodzin wielodzietnych, które z powodu tradycji, niewiedzy, ekonomii z trudem kontrolują własną płodność (a często także zdrowie!), potem o refundację in vitro dla klasy średniej. To nie jest tak, że ja uważam kwestię rad nadzorczych, szklanego sufitu czy in vitro za nieistotne. Chodzi o to, że żyjemy w społeczeństwie, w którym feministki z Kongresu Kobiet występują w obronie bogatej i wpływowej prezydent stolicy, ataki na nią uważając za przejaw seksizmu ze strony męskich przeciwników politycznych, zupełnie pomijając antyspołeczną politykę tej pani. Nie o taką solidarność jajników nam chodziło. Pani prezydent znajdzie sobie szybko nową świetnie płatną posadę, zwolnione przez nią nauczycielki czy kucharki ze szkolnych stołówek mają małe szanse znalezienia jakiejkolwiek pracy. Wpływowe panie dyrektorki i członkinie rad nadzorczych nie zastanawiają się nad tym, czy redystrybucja zysków w ich firmach jest sprawiedliwa. Nie myślą o tym, jak ich wysokie pensje odnoszą się do pensji szeregowych pracownic, szczególnie tych w zakładach produkcyjnych i na najniższych szczeblach. Młodej stażystce rzucą pewnie kilka słów na temat ogromnej szansy, jaka przed nią stoi, malując miraże zajęcia miejsca na samym szczycie hierarchii, nie zapytają się jednak, z czego opłaca ona swój czynsz, dojazd i lunch w firmowej stołówce, skoro staż jest darmowy.

Dlatego właśnie Kongres Kobiet mnie nie przekonuje. Prospołeczne panele i udział lewicowych feministek wydają się tylko kwiatkiem do kożucha, łaską wpływowych organizatorek, które w gruncie rzeczy walczą o swoje interesy, opakowując je w feministyczne hasła i czyniąc z nich sprawę wszystkich kobiet. Ale jakoś szerszy udział kobiet w radach nadzorczych np. sprywatyzowanych szpitali nie przekłada się na bardziej godne warunki pracy pielęgniarek i salowych. Parytety na listach wyborczych nie gwarantują bardziej prokobiecej polityki państwa, bo mimo tych wszystkich posłanek, radnych i prezydentek, „kompromis” aborcyjny i tak jest nie do ruszenia, a te panie uprawiają politykę taką jak ich koledzy, wydając państwowe i samorządowe pieniądze na fontanny i eventy, a zabierając je z puli edukacyjnej, opieki społecznej czy propagowania kultury fizycznej u dzieci.

Feministyczne hasła bez feministycznych działań są tylko mąceniem w głowach zwykłym kobietom z Polski prowincjonalnej, które przyjechały na Kongres, bo chciały poczuć się częścią środowiska, które walczy o rozwiązanie ich problemów. Zamiast realnego wsparcia dostały ładną oprawę medialną, możliwość uściskania ręki osobom z ekranów tv, możliwość zakupu kosmetyków czy ubezpieczeń w kuluarach. Pojechały pewnie wzmocnione słowami o tym, jakie kobiety są wspaniałe, bo zawsze dają sobie radę. Dostały też napomnienie od pewnej pani redaktor czołowego polskiego dziennika, by właściwie wychowywały swoich synów, bo od tego zależy udane życie rodzinne ich przyszłych synowych. Czy to jeszcze ma cokolwiek wspólnego z emancypacją?

Read Full Post »

Z północnego miasta przywiozłam sobie katar i spieczone ramię. Zachody słońca o 21. Jasno jeszcze długo po. A kiedy noce są krótkie, jakoś wstyd nie żyć intensywnie, nie wychodzić. Ale ja jednak nie, nawet na balkon. Katar i ból zatok.
Na stronie administracyjnej bloga informacja, że akismet ochronił mnie przed 1122 spamowymi komentarzami. Wie Pani, kiedyś pamiętałam wszystkie numery. Do dziś je pamiętam – czterocyfrowe numery telefonów do Cioci Marysi, do Niuśki. W epoce komórek nie jest to już potrzebne. Pamiętam, jak pierwszy raz samodzielnie zadzwoniłam do Mamy do pracy. Poproszę z traktem operacyjnym, po przełączeniu przedstawić się i poprosić Mamę. Tato robił sobie wtedy jakieś badania, a my z Ryjkiem zostałyśmy same w domu (kiedyś nie groził za to prokurator) i robiło się ciemno. Być może kiedyś, w epoce gdy cukierki wydzielano z braku a nie nadmiaru, dzieci były bardziej dorosłe, dźwigały nieznośne ciężary, o których nie mogły nikomu powiedzieć, bo bały się niezrozumienia. Nocami przychodziły do nich straszne potwory, których nie odpędzała nawet Matka Boska Częstochowska wisząca na przeciwległej ścianie, zresztą sama mroczna, o ciemnej twarzy z niepokojącymi bliznami. W dzieciństwie była głównie jesień, często padał deszcz i trzeba było nosić niewygodne ubrania. Codziennie kilka godzin w nylonowym fartuszku, którego brzydziłam się dotknąć. Codziennie w szkole bolała mnie głowa i mnie mdliło. Jak teraz. Teraz myślę, że po prostu ciągle miałam niedoleczone zatoki.

Read Full Post »

Życie snem

Blisko tydzień zajmowania się domem rodzinnym pod nieobecność tych, którzy robią to na co dzień, dał się mocno w kość moim zdolnościom regenerowania się podczas snu. Śpię twardo, śnię dużo i prawie wszystko zapominam, a nawet zaczynam zapominać to, co między snami. Wiem tylko, że czasem pada deszcz, ale jest raczej gorąco. Wiem, że przyjechałam do Warszawy, poszłam na hiszpański, odkryłam, że pisząc, inspiruję się pisarzem, którego dopiero teraz zaczynam poznawać, obejrzałam niechlubny mecz, wypiłam dwa piwa i poszłam spać, nie czytając. Rano domknęłam lodówkę po Ryjku2, która wyszła w pośpiechu do pracy godzinę, może półtorej wcześniej, poplątałam się też po okolicznych sklepach i mam nieodparte wrażenie, że jest niedziela. Choć jest sobota. Choć jest czerwcowa sobota. Czerwiec zwykle coś znaczył, a teraz nie znaczy nic. Taki dziwny miesiąc pomiędzy pełnią wiosny a pełnią lata. Chyba czegoś chciałam albo nie chciałam, ale zapomniałam. Albo mi się tylko przyśniło.

Read Full Post »