Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Listopad 2017

Hego haizea

Wiatr z południa przyniósł dwudziestostopniową temperaturę pod koniec listopada. Wpadam z jednych problemów zdrowotnych w drugie – wszystko przez skutki uboczne leków, które co jakiś czas wymieniam, choć tak naprawdę myślę, że dają mi się we znaki ostatnie intensywne dwa lata mojego życia. Pani w aptece zapytała mnie o imię i skąd jestem, czytała fragmenty ulotek i pocieszająco pokazywała, że „to naprawdę malutkie tableteczki”. Nienawidzę połykania dużych piguł.

Przedobiedni spacer wzdłuż rzeki. Niebieskie niebo i silny wiatr. Samoloty podejrzanie nisko podchodzą do lądowania, do portu wpływa prom z Anglii, a rzeka płynie jak trzeba – czyli wpływa do morza – zaś podmuchy tworzą na powierzchni lekkie fale. Mamy odpływ, ptaki przysiadają na pokrytych muszlami kamieniach, staruszkowie na ławkach wstawiają twarze do słońca. Od ponad roku odbywam regularnie ten spacer i ciągle mi się to nie nudzi. Zawsze będzie coś innego – jakiś statek albo jacht w ujściu rzeki, inne falowanie, światło, spektakl chmur ciągnących wzdłuż wybrzeża, cicha rywalizacja ptaków i rybaków, zapach wody zależny od pływów i wiatrów (dziś ciągnęło słoną wodą zastoinową z portu).

W ostatnich tygodniach niekończący się szereg zajmujących lektur – w godzinach nocnych, zaraz po powrocie z pracy i rytuale kolacji i prysznica, aż do zaśnięcia. Podróżuję kindlem po całym świecie, przeskakując ze Stambułu na Grenlandię i z powrotem do Wiednia, potem z Goteborga na Pacyfik, zahaczając o baskijskie wybrzeże, tak znajome, lecz nadal odkrywane. Całe bogactwo świata ujęte w literkowym kodzie, jedyny sens, którego nigdy nie przyszło mi do głowy kwestionować.

Read Full Post »

Zimno. Tydzień temu był dzień pierwszego jesiennego swetra, a wkrótce potem na właściwe tory sprowadził mnie katar. Weekend wygrzewania się i czytania, zakończony obejrzeniem ciurkiem siedmiu odcinków „Watahy” po hiszpańsku. Chwilami mam melancholijny nastrój, gdy myślę o granicach przekładalności albo nieuchronnych zmianach, które czekają mnie, gdy na Święta pojadę w rodzinne strony. Kiedy myślało się z nadzieją o przyszłości, łatwiej było znieść, że stałe elementy świata przechodziły do przeszłości. Ale tamten młodzieńczy czas już minął, a wraz z nim różne inne bolączki. Choćby cudza hipokryzja mnie już tak nie boli. W lekturach głównie obce, odległe światy, budzące zdrową, choć pewnie krótkotrwałą fascynację. Nagle sięgam po autobiografię (w formie wywiadu) Świetlickiego czy „Zapiski z gospody” Kertesza i wracają stare, znajome światy, ale jakby inaczej. Przefiltrowane przez to, co pomiędzy. Mimo że je rozumiem, nie mogę już się tak wczuwać w poholocaustowe lęki Kertesza, bo dużo czytałam o Palestynie. Nie warto mieć autorytetów, prędzej czy później cię zdradzą albo ty zostaniesz zmuszona zdradzić ich.

Read Full Post »