Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Wrzesień 2015

Norymberga

W Norymberdze znajduje się kościół św. Sebalda. Ten VIII-wieczny pustelnik i misjonarz jest patronem miasta. Nie ma nic wspólnego z pisarzem W.G. Sebaldem. Choć może surowe mury, niosące ślady zniszczeń i odbudowy, przez to trochę patchworkowe, wprowadzają klimat znany z utworów tego autora.

W Norymberdze jest kilka fascynujących kościołów gotyckich, niezatłoczonych, niezastawionych barokowymi ołtarzami, przestronnych i dzięki temu wszystkiemu pewnie spełniających swą funkcję azylu od świata. Po kościele św. Wawrzyńca chodziłam dobre 40 minut, podziwiając jego dzieła sztuki i przyglądając się sklepieniu pod różnymi kątami. A w tle ćwiczył sobie organista. Tak niewiele trzeba do szczęścia. Powiedziałam później, gdy rozmawiałyśmy z D. o nieopłacalności wydawania poezji, że jak tego nie będziemy pielęgnować, to zostaną nam tylko te przysłowiowe zakupy w Carrefourze. Minęłyśmy niewielką demonstrację, której uczestnicy domagali się pracy w miejsce zasiłków. Mainstreamowy dyskurs jest taki, że ludzie chcą tylko dostawać kasę za nic, a przecież tak naprawdę sens życia polega na działaniu, na tworzeniu. Gdybym miała zapewniony  dochód podstawowy, który wystarczałby mi na pokrycie podstawowych wydatków, mogłabym pracować mniej i nie stresować się tymi okresami, gdy mam mniej pracy, a wolny czas przeznaczyłabym choćby na tłumaczenie poezji. Albo dawno zarzucone bezcelowe wędrówki po własnym, czy jakimkolwiek innym mieście.

Norymberga to w sumie małe miasto, pomyślałam, gdy wszyscy przechodnie przystanęli i obejrzeli się za dwoma przejeżdżającymi wozami strażackimi. Ja też. Potem zjadłam norymberskie kiełbaski z budki i siadłam za murem starego miasta, w pełnym słońcu, popatrzeć na zwykłe życie. Tramwaje majestatycznie sunęły do góry, a obok na ścieżce wspinali się rowerzyści – jedni bardziej dzielni, inni mniej, było dość stromo. I można już całkiem nieźle brodzić w liściach.

nor

Read Full Post »

Znowu się nie przygotowałam. Znowu pakowałam się w ostatniej chwili, tym razem zapomniałam szczotki do włosów i pasty do zębów. Znowu w pośpiechu zbierałam bilety i monety. Gdy w deszczowej Warszawie tuż przed szóstą rano stałam, czekając na autobus na lotnisko, pomyślałam, że w samolocie będzie czas na zmianę nastroju, złapanie oddechu, może nawet zapisanie jakiejś notatki. Ale przed gate’em spotkałam Ernesto, mojego nauczyciela hiszpańskiego, i nie wiem, kiedy minęła ta podróż, nie zauważyłam za bardzo startu i lądowania, bo cały ten czas, ze znaną mi od lat intensywnością naszego kursu literatury, rozmawialiśmy o zmarłym niedawno Rafaelu Chirbesie, czającej się za rogiem niepodległości Katalonii, możliwym rozpadzie Unii Europejskiej, wywiadach, jakie Ernesto przeprowadził z Benedettim i nie przeprowadził z Cardenalem, o wyższości podróżowania po ziemi nad podróżowaniem samolotem, o książkach, jakie każde z nas chciałoby napisać. W pociągu z frankfurckiego lotniska jakaś Chinka pyta się nas o dojazd na dworzec kolejowy, po hiszpańsku – bo słyszy jak rozmawiamy – i czuję się wtedy obywatelką świata. Wszystko to jest moje, każdy pociąg, każde drzewo, każdy szyld. A potem, po długiej, przedłużonej przez korki podróży autobusem, szukaniu się z D. na zaskakująco wschodnio wyglądającym dworcu w Monachium, wśród pijanych uczestników Oktoberfest, siedzimy u naszych miłych gospodarzy, jemy, pijemy i słuchamy stacji radiowej Bayern 2 i czuję się tak swojsko, jak obco czułam się tutaj 18 lat temu, podczas pierwszej wizyty w Bawarii.

Read Full Post »

Dwie ostatnie noce były niezwykle ciepłe. Wychodziłam koło północy na balkon i patrzyłam na inne balkony, na których stali ludzie. Jakbyśmy wszyscy pospołu i każdy z osobna na coś czekali. Dziś wybudziłam się na chwilę, zdziwiona, że jeszcze jest ciemno, i usłyszałam dalekie dudnienie. Spojrzałam na zegarek, wskazywał 2:08. Prawie nie spałam, pomyślałam. Wyszłam na balkon, akurat w ostatniej chwili, by wciągnąć pranie do środka. Potem rozpętał się dziki wiatr. Dął tak mocno, że serce zaczęło mi walić, a ręce drżeć. Gwizdał w uchylonych oknach. Zmusiłam się, by jeszcze raz wstać z łóżka i zamknąć chociaż jedno, by zniwelować przeciąg. Gdy stałam w kuchennym oknie, starając się nie patrzeć w czerń północnego nieba, pomyślałam, że jesień przyszła 18 września o 2:08. Dawno nie przeżyłam tak wyraźnie tych momentów rozgraniczających przed i po.

Read Full Post »

In between

Jesień się trzyma, choć serwisy pogodowe zapowiadają powrót lata. Przywiązałam się do tej perspektywy. W zeszłym tygodniu posłałam moją jesienną kurtkę uchodźcom na granicy węgiersko-serbskiej. I tak miałam kupić nową, ale nie było mi jeszcze po drodze do sklepów. Zaczęłam nowy sezon teatralny, nowy sezon aktywności towarzyskiej. W sobotnią noc zajrzałam do jednej z najbardziej znanych knajp w centrum Warszawy. Mnóstwo brzydkich, brzydko ubranych ludzi z tym młodzieńczym bólem egzystencjalnym wypisanym na twarzy tłoczyło się przy stołach przy głośnej muzyce. Pośrodku lokalu plątał się ładny pies, zbierając głaski. W teatrze była patafizyka i francuskie lata pięćdziesiąte. Przypomniałam sobie, z jakim zamiłowaniem oglądałam Becketta na przełomie tysiącleci. Też było mi z bólem egzystencjalnym do twarzy. Jak dobrze, że z pewnych rzeczy się jednak wyrasta.

Niemcy wprowadzają kontrole na granicach, Monachium pęka w szwach od uchodźców. Wcale mnie nie dziwi ta kryzysowa sytuacja, przecież wkrótce tam jadę, a ostatnio gdziekolwiek jadę, tam robi się burzliwie. Lojalnie muszę więc uprzedzić, że wygląda na to, iż za kilka miesięcy wybywam na jakiś czas do Kraju Basków. [Nadal nie przysyłają żadnych szczegółowych informacji, a ja już bym kupiła ten bilet, zagospodarowała ostatnie dni roku; kusi mnie sylwester na madryckim Puerta del Sol, tradycyjne zbiorowe zjadanie 12 winogron o północy, jak z czytanek]. Mam nadzieję, że sytuacja się nieco unormuje zanim nadejdzie czas wysyłania zimowych kurtek uchodźcom. Jak oddam moją, nie będzie sensu, bym wracała z Hiszpanii. Kto wie zresztą, może kiedyś i tak poproszę tam o azyl.

 

Read Full Post »

Uległ tylko czasowej hibernacji, gdy jego autorka zmagała się z hektolitrami słów w innych miejscach. A potem pojechała na zasłużony urlop. Palce nie oduczyły się sprawnego stukania w klawiaturę, choć oczy jakoś z trudem znoszą patrzenie w ekran. Lubię te odskocznie. Zwłaszcza że ominęła mnie chyba pierwsza fala internetowego hejtu na uchodźców.

Pierwszy dzień po urlopie rozpoczęłam od posegregowania prania. Następnie udałam się do okolicznej przychodni pełniącej dyżur nocny i weekendowy. Tam niemiła pielęgniarka zrobiła mi zastrzyk w tyłek. Pokłosie pogryzień przez robactwo w budapeszteńskim hostelu – solidna reakcja alergiczna. W dodatku po raz drugi, bo spałyśmy w tym hostelu także w drodze do Chorwacji. Tyle że poprzedni zastrzyk wypadł na ostrym dyżurze w Zagrzebiu, gdzie była miła pielęgniarka i bardzo uprzejmy lekarz – naprawdę się przejęli, zmierzyli ciśnienie i temperaturę, udzielili wskazówek, czego nie jeść i nie robić, zapisali antybiotyk i lek antyhistaminowy i na pytanie o rozliczenie finansowe tej wizyty powiedzieli, że oczywiście nic się nie należy tak „między nami Słowianami”. Być może wpływ na to miał fakt, że służba zdrowia w Chorwacji należy się każdemu obywatelowi z definicji, nie ma składek, nie ma NFZ, nie ma rozbuchanej papierologii. Nie ma kolejek na ostry dyżur, poczekalnia nie jest zawalona przerażonymi i cierpiącymi ludźmi, którzy nie wiedzą, kiedy ktoś się nimi zajmie. Zalety życia w słabo zaludnionych krajach.

A potem było już tylko słońce, morze i wycieczki. Pozamykane kościoły („to też katolicki kraj, więc kościoły są zamknięte jak w Polsce, co się dziwisz”, stwierdziła bystra jak zawsze Ryjek). Surowy kamienny krajobraz i drobne kamyczki na plaży. Imponująca jaskinia, do której wspięłam się resztkami sił w palącym słońcu. Przejazdy długimi tunelami i wysokimi mostami. Ryby i kilogramy fig. Myślenie o tylu ważnych sprawach i niemyślenie o innych sprawach. Prawdziwy urlop, wykorzystany do pełna.

Read Full Post »