Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Październik 2016

Po odpowiednim okresie biurokratycznych perypetii pierwszego dnia trzydziestego ósmego roku życia zostałam oficjalnie nową mieszkanką szlachetnego miasta na P. Czekam teraz na powitalny list od alkada (co za piękne zwyczaje!). W formularzu poza imionami i nazwiskami (w moim przypadku tylko jednym oczywiście), datą i miejscem urodzenia, numerami dokumentów oraz informacjami skąd i dokąd przybywam, zaznaczono także, że jestem piśmienna i jaki mam poziom wykształcenia. To ostatnie ołówkiem, bo panie nie były pewne, czy mój polski dyplom się liczy.

A potem siedliśmy w ogródku hotelowej kawiarni obok urzędu miejskiego, z widokiem na rzucające cień platany, których liście zaczęły już żółknąć. Od rzeki wiał ostry wiatr, a z góry świeciło ostre słońce. Jesień w Euskal Herria. Zmiany temperatury są tak znaczne, że jednego dnia jadę na fiestę do Durango w zimowej kurtce i wcale tego nie żałuję, a drugiego spaceruję po wybrzeżu w samej tylko bluzie i chwilami zastanawiam się, czy jej nie zdjąć. To byłby też dobry moment na plażowanie, ale rano nic na to nie wskazywało, a potem zrobiło się trochę za późno na większą wycieczkę. Kładę się więc na ławce na wysokości portu i chłonę słońce, muzyka w uszach, na urodziny dostałam odtwarzacz mp3 z radiem, żeby ćwiczyć język, słuchając baskijskich stacji.

Gdzieś pomiędzy dociera do mnie, że żyję życiem, jakiego zawsze chciałam. Czytam, piszę, tłumaczę i się uczę. Mieszkam w pięknym miejscu, nad morzem, w kraju, który mnie interesuje i pociąga, wśród generalnie przyjaznych ludzi. Dużo spaceruję, chadzam na koncerty jazzowe i na mecze, poznaję kolejne biblioteki. Wśród euskaldun zaharrak, natywnych użytkowników baskijskiego, zaczynam z pełną naturalnością wyrzucać z siebie koślawe jeszcze zdania, kupuję za euro osiemdziesiąt los na loterii na rzecz więźniów politycznych i asystuję przy konkursie na najlepszą tortillę. Jakbym całe życie nie robiła niczego innego.

Read Full Post »

Na lewym brzegu

Nie ma nic bardziej naturalnego na świecie niż wieczorny spacer wzdłuż rzeki Nervión między Portugalete a Santurtzi, z widokiem na powoli rozpalające się światła Getxo. Od morza wieje ciepły delikatny wiatr, ten, który zawsze myli, bo sprawia, że rzeka „płynie” w przeciwną stronę. Barka mostu wiszącego przesuwa się niespiesznie od jednego brzegu do drugiego, wypluwając ludzi i samochody w regularnych odstępach. Spacerowicze, wędkarze, afrykańscy sprzedawcy butów i toreb i w samym środku tego wszystkiego ja, z moją muzyką w uszach, wypełniająca kawałek ciemniejącej przestrzeni, patrząca w stronę ujścia rzeki i migających świateł wejścia do portu.

Potem Polska wygrała 3:2 i przemieściłam się w stronę klubu jazzowego, gdzie czterech muzyków grało idealny podkład muzyczny dla tego wieczoru. Są takie momenty, kiedy naprawdę chce się żyć i chłonąć wszystko, bo wszystko jest dobre. Wahadełko przechyla się mocno w jedną stronę i nie chce się go powstrzymywać, choć może nie jest to mądre. A przecież nie jest idealnie, w tych dniach towarzyszy mi pewna kostropatość, nieforemna i szorstka. Kostropatość, którą starałam się niegdyś wygładzić, wypeelingować, nadać jej bardziej przyjazną formę. Obijam się znowu o jej kanty, ścieram skórę przy tych ostrzejszych kontaktach. Kostropatość pozostanie kostropatością, a mi pozostaje tylko nauczyć się akceptować jej istnienie.

Read Full Post »