Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Listopad 2018

Idę szybkim krokiem przez Park Technologiczny, zwany Doliną Krzemową Bilbao, gdzie między spłowiałą już zielenią późnojesiennych wzgórz położone są nowoczesne płaskie biurowce i ciche o tej porze parkingi. Patrzę na samolot opadający w stronę lotniska, a moich nozdrzy dobiega zapach jesiennego dymu i pieczonych ziemniaków. Za chwilę wejdę do betonowo-szklanego budynku w typie BUW i znowu przełączę używany język. Zapamiętuję tę chwilę, w której stare spotyka się z nowym.

Sobotni wieczór w Hondaribii, na samej granicy hiszpańsko-francuskiej, którą na moście granicznym między Irun i Hendaye oznaczają jednak jako granicę między dwoma baskijskimi prowincjami: Gipuzkoa i Lapurdi. Idę przez stare miasto, pełne starych budynków. Ten moment, gdy zapadł już zmierzch, ale wąskie uliczki nie są jeszcze dobrze oświetlone, a oczy nie przyzwyczaiły się do blasku latarni. Zza zakrętu dobiega przyjemny jazz, wciskający się w ciszę, która panuje w takich miasteczkach tuż przed tym, jak ich ulice opanuje gwar sobotniego barowania. Idę za muzyką i natykam się na otwarte drzwi do wąskiej pracowni. Dostrzegam siedzącego na krześle malarza przed obrazem. Jest obrócony do mnie profilem, z pędzlem na wysokości twarzy, odchyla się do tyłu, z zastanowieniem przyglądając się swojemu dziełu. Ciepło tej scenki wciska się w wieczorny listopadowy chłód wyłożonych ciemnym kamieniem uliczek.

Na plaży w Hendaye, w pełnym listopadowym słońcu, zdejmuję kurtkę i bluzę i rzucam się na piasek. Jest niesamowicie ciepło jak na tę porę roku. Patrzę na błękit nade mną i słucham dudnienia oceanu, myśląc sobie, że w takich chwilach nie trzeba już nic więcej, cały pozostały świat mógłby zniknąć. W oddali widać jak na pełnym morzu tworzą się wysokie fale, które ciągną się długo w stronę wybrzeża, dumnie unosząc swe białe grzywy. W wodzie aż kłębi się od surferów. Są też nieliczni odważni amatorzy kąpieli, głównie dzieci. Jedna z matek paraduje po piasku w górze bikini, czarnych legginsach i futerkowych kozaczkach. Lato się przegryza z zimą.

Piątkowy wieczór w Portugalete. Zaczyna się jedenastodniowa euskaraldia, akcja promująca język baskijski na ulicach. Gdy odbieram swój pakiet, kobieta zza stolika, widząc tak dziwne imię i nazwisko na liście, zadaje mi oczywiste pytanie i następuje zwykła w takich sytuacjach scenka. „Nongoa zara?”, pyta. „Poloniakoa”, odpowiadam i widzę na jej twarzy wyraz podziwu i fascynacji, do którego się już przyzwyczaiłam. Najszerszym uśmiechem tutaj obdarzają mnie osoby baskijskojęzyczne, gdy uświadamiają sobie, że ta dziewczyna z dalekiego kraju stara się mówić po ichniemu i czasami całkiem nieźle jej to wychodzi.

Potem w małej grupce znajomych pod pełnym księżycem chodzimy od baru do baru, pijemy wino i piwo, rozmawiamy dwujęzycznie, mówimy o podróżniczych planach. Wyższość karnawału w Kadyksie nad Wielkanocą w Sewilli. Wspominam mój pierwszy pobyt na południu Hiszpanii, to było w kwietniu. Zabrałam wtedy letnie sukienki, a potem cały tydzień chodziłam w jednym swetrze.

 

Read Full Post »

Listopadowo…

W Dniu Wszystkich Świętych nie byłam na cmentarzu. Który to już rok omija mnie jesienna melancholia tego najpiękniejszego święta w roku? Na wyświetlaczu telefonu widzę moją roześmianą Babcię. Cieszy się, bo skończyła 92 lata. „Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że tyle pożyję, przy tym życiu, jakie miałam, to bym go wyśmiała”, mówi. Zaraz jednak dodaje: „Młodość miałam wesołą. Cieszyłam się moimi dziećmi, cieszyłam się wszystkim. Przychodzili koledzy, przychodziły koleżanki. A ja zawsze starałam się, żeby była herbata i ciasto, żeby zostali miło przyjęci”. Patrzę na jej pomarszczoną twarz i myślę sobie, że głęboko we mnie też jest ta radość z powodu drobiazgów, która sprawia, że trwam i przetrwam wiele. Nie tylko kolejne deszczowe dni na wybrzeżu.

Read Full Post »