Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Luty 2011

Migawki

Proszę Państwa do samolotu.
Powiedział trzygwiazdkowy generał.

Kardynał sprezentował kawałek ciała jednej znanej osobistości innej znanej osobistości. I niech cię chroni…

Co jest w tym kościele? – spytał japoński turysta.
Serce Chopina.
Czy można je sfotografować?

Taki na przykład Adorno już ponad pół wieku temu brzydził się światem, który się rodził. Co by powiedział teraz, kiedy świat ten przeżywa kryzys wieku średniego?

Read Full Post »

Świt wypełniony samochodami dostawczymi miejscowych piekarni. Patrząc ponad parującą mrozem Wisłą, można uśmiechnąć się do zamglonego słońca, jak do starego dobrego przyjaciela.

A potem proza życia. A potem staranie się i przetrwanie. Sens znów gdzieś się wymyka. W poszukiwaniu.

Read Full Post »

21 lutego

Wściekłe słońce, wściekły mróz. Grube warstwy suchego śniegu. Zapasy zimowego miodu topnieją niespiesznie. Do wiosny pozostały bite cztery tygodnie. Gdzie ja się wybiorę na powitanie wiosny? Co mi przyniesie w swoim wiklinowym koszyczku?

Read Full Post »

Centrum Sztuki Współczesnej. Zaczyna się od kamery jeżdżącej od dołu po niekończących się szeregach pryszniców. Potem hipnotyzujące palniki gazowe obok filmu, na którym kamera jeździ po mapie Lublina z zaznaczonymi obozami. Na wszystkich ścianach kolejnej sali film pokazujący rampę kolejową. Krajobraz zimowy, surowy, bezludzki. Kolejne instalacje w amfiladzie sal wciągają i odpychają zarazem migotaniem stłumionego światła, niepokojącymi dźwiękami. „Fragment” Mirosława Bałki robi wrażenie.

Potem idziemy do sali, w której dla celów wielkiego projektu Christiana Boltanskiego nagrywamy bicie naszych serc. Dostajemy płytę. Jej kopia powędruje na daleką japońską wysepkę, gdzie magazynowane są inne takie płyty z nagraniami serc ludzi z całego świata. W domu odsłuchujemy nagranie. Moje serce bije wolniej, spokojniej. Jakby przed każdym uderzeniem brało głęboki oddech.

I jeszcze dwie inne wystawy, na których przypominam sobie, że sztuka współczesna niezmiennie mnie usztywnia. Chodzę po tych salach, patrzę na te instalacje, projekcje, napisy, wyklejanki, mazanki i niewiele z tego rozumiem. Często czuję się też obiektem jakiegoś hochsztaplerstwa. Przypominają mi się bełkotliwe tematy prac dyplomowych z dziedziny filozofii, operujące samymi wysoce skomplikowanymi pojęciami w zaskakujących zestawieniach. Jeszcze kiedy temat wystawy dotyczy Zagłady, totalitaryzmu, wojny, potrafię wejść w klimat. Ale sztuka współczesna operuje rozlicznymi symbolami, których bardzo często nie potrafię odczytać. Dodatkowo usztywnia mnie stukot obcasów kroczących za mną kustoszek. Czuję się obserwowana, czuję się na cenzurowanym. Robię mądrą minę przed jakimś drucianym wygibasem. Zatrzymuję się przed pomalowanym klocem drewna na dłużej niż potrzebuję. Wszystko, by nie wyjść na nieobytą profankę, którą w tej nobliwej sali przecież jestem.

To zastanawiające. Mam sporo narzędzi do zrozumienia sztuki tak odległej w czasie jak sztuka średniowieczna. Niewiele rozumiem natomiast ze sztuki moich własnych czasów.

Read Full Post »

Wydawnictwo Znak przeprasza ustami swojej dyrektorki za wydanie książki Grossa. Obłuda czy wyjątkowy oportunizm? Coś jak panienka, która chcąc zachować dziewictwo, zgadza się na seks analny. W zeszłym roku Znak nie wydał zamówionej przez siebie książki Artura Domosławskiego o Kapuścińskim na skutek protestów obrażonej jeszcze nie opracowanym do końca materiałem pani Kapuścińskiej. Podobnie jak w przypadku książki Grossa, wtedy także ferowano wyroki przed ukazaniem się inkryminowanego dzieła.
Czyżby wykształciła się w Polsce nowa, wąska, ale mająca dostęp do mediów, kasta? Jej członkowie nie tylko mogą przeczytać książkę, która się jeszcze nie ukazała, ale nawet publicznie ogłosić, co o niej sądzą, nim materiał zostanie nawet złożony do druku. Takiej szansy nie mają zwykli ludzie, jak ja. (Chyba, że przeczytali oryginał „Złotych żniw” – ale wersja, jaką Gross przygotowuje na rynek polski różni się znacząco od tego, co wcześniej ukazuje się w Stanach). Za to jesteśmy codziennie bombardowani przeciekami o treści i skrajnymi opiniami. Usłużne media w poszukiwaniu skandalu lub gorącego tematu chętnie udzielają łam i czasu antenowego oburzonym, broniącym, przeciwnikom i zwolennikom, zapominając o tym, że publiczność nie może jeszcze pójść do księgarni i samodzielnie zweryfikować tego, co się do niej mówi. Debata z czasem przekształca się w festiwal insynuacji i obelg, stawianie barykad i pokazywanie, po której stronie tym razem znajdują się „prawdziwi Polacy”.

Uważam, że to debatowanie o książce, która się jeszcze nie ukazała jest tak naprawdę formą cenzury. Przeprosiny ze strony dyrektorki Znaku to coś jeszcze gorszego – to autocenzura. Szacowne krakowskie wydawnictwo zostało przywołane do porządku przez medialnych szczekaczy i skwapliwie się temu podporządkowało. Wróciło do szeregu, starając się zatrzeć złe wrażenie, jakie wywołało swoimi planami wydawniczymi.
Czuję niesmak. Tak się złożyło, że czytam teraz polskie tłumaczenie książki Hannah Arendt „Eichmann w Jerozolimie”, wydane przez Znak w 2010 roku. Autorka w kilku miejscach opisuje sytuację Żydów w Polsce międzywojennej. Szerszą perspektywę historyczną naświetlają w tych fragmentach rzetelne i treściwe przypisy Jerzego Holzera. Jest to zrozumiałe, bo czasami kilka zdań Arendt dotyczących historii Polski wymaga sprostowania lub dopowiedzenia. Wspomina ona także o powojennej sytuacji Żydów polskich, informując czytelników, że z kilku tysięcy żydowskich mieszkańców jakiegoś miasteczka nierzadko do domu wracało kilkunastu, z czego kilku zostało od razu zamordowanych przez ludność polską. W tym miejscu pojawia się gwiazdka odnosząca do przypisu nie sygnowanego już nazwiskiem Holzera, lecz enigmatycznym „przyp. wyd.”, którego treść brzmi: „Tego typu informacje muszą być uważane za tendencyjne, co sama autorka zaznacza poniżej”. Nie znalazłam zdania, w którym autorka stwierdzałaby, że te informacje są tendencyjne. Owszem, pisze ona kilka stron dalej o zeznających na procesie Eichmanna Żydach, których ocalili ich polscy sąsiedzi i przyjaciele i którzy wspominali o akcjach ratowania Żydów przeprowadzonych przez polskie podziemie. Czy to w jakikolwiek sposób neguje informacje o powojennych pogromach? Czy wspomiany w tym samym rozdziale przypadek niemieckiego żołnierza Antona Schmidta, który pomagał Żydom, neguje zbrodnie popełnione przez innych żołnierzy Wehrmachtu? Dlaczego tak trudno jest przyjąć tę polską winę? Dlaczego trudno przyznać, że obok licznych Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata mamy wśród nas także zbrodniarzy? Wydaje mi się, że prawda leży tak płytko jak te mityczne skarby żydowskie w Treblince, tylko że tym razem boimy się ku niej sięgnąć. W dodatku powstrzymując innych przed grzebaniem w tym temacie za pomocą specyficznych, ocierających się często o śmieszność, form cenzurowania debaty publicznej.

Read Full Post »

Wczorajsze słońce przedłużyło znacząco zmierzch. Dzisiejszy brak słońca znacząco przedłużył nadchodzenie poranka. Kiedyś uważałam się za początkującą poetkę, potem popadłam w cynizm. Każdorazowe zetknięcie z ludzką ignorancją mnie umiera. Po trochu. Nic na to nie mogę poradzić.

Read Full Post »

Szkice pluchą

Na facebooku można polubić Marcina Świetlickiego. Takie postzimowe perwersje. Za oknem szaleje wiatr i wilgoć. Stoję przed otwartym na parapecie wielkim słownikiem, niczym średniowieczny mnich przed przepisywanym woluminem w skryptorium. Dzień na zewnątrz i dzień wewnątrz – boska homeostaza.

Read Full Post »