Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Luty 2016

Czas płynie szybko. Każdy tydzień mija prawie w mgnieniu oka. Przyzwyczaiłam się do tego, ale im bardziej się nad tym zastanawiam, tym mocniej to odczuwam. Przyśnił mi się koniec mojego pobytu i chaotyczny wyjazd. Wcześniej przyśniło mi się, że straciłam moją wielką walizkę na nieznanym lotnisku.

Czas wypełniony do ostatniej minuty. Nauczyłam się spać krócej i wyciągać z każdej chwili jak najwięcej. Mijają tygodnie, a ja ciągle żyję intensywnie, prawie się nie zatrzymując. Spędziłam dwa kolejne weekendy poza Amorebietą. Nie pozostały bez pewnych, wykluczających się raczej, konsekwencji. Może to zmęczenie natłokiem wydarzeń, międzyludzkich relacji i brak czasu na spokojne poukładanie tego wszystkiego, ale zaczęłam w pewnym momencie tracić pewność siebie. Pojawiły się pierwsze drobne przebłyski tęsknoty za znanym dawnym światem. To zwodnicze, bo tamten świat jest już tylko ideą, pozostaje poza moimi wrażeniami zmysłowymi. Za to są znowu książki, te bąbelki światów gdzieś na boku. I gdy wyszłam dziś po obiedzie ze stołówki tak szybko, zmęczona jednostajnym szumem rozmów, w których nie chciało mi się uczestniczyć, poczułam, że tylko mój kindle mnie uratuje. A może to tylko efekty nocnych spacerów z piwem w ręku i przesiadywania na kamiennej ławce pod rozświetlonym księżycem niebem. Chwilami czuję się jak nastolatka, której pozamykano wszystkie bary w miasteczku. Jakby wszystko co ważne i poważne zawiesiło swoje istnienie. Poza tym tak bardzo na zewnątrz, dzieląc z innymi codzienność i niecodzienność, nie byłam już bardzo dawno. I coraz częściej pojawia się potrzeba sięgnięcia w głąb, tylko brakuje na to czasu i przestrzeni.

Read Full Post »

Kolejny poniedziałkowy wschód słońca w Amorebiecie. Wychodzę z weekendowego mieszkania, wciskam słuchawki w uszy i ruszam w stronę szkoły. Mijam kolejkę do autobusu do Bilbao – dużo mieszkańców miasteczka tam pracuje. Po drugiej stronie ulicy zatrzymuje się właśnie autobus z Bilbao, ale nie wychodzi z niego nikt ze współuczniów. Jeszcze za wcześnie. Vladimir znowu musi otworzyć mi drzwi prowadzące na nasz korytarz. Znowu narzeka przy tym na tego, kto je w piątek bez potrzeby zamyka. A więc już rutyna i powtarzalność.

Cztery tygodnie temu też był poniedziałek, moja wielka walizka stała w przedpokoju mieszkania przyjaciółki, a ja przez cały mroźny dzień biegałam po Warszawie, od sklepu do sklepu, od spotkania na spotkanie. Wszystko wydawało się takie zwyczajne, choć trochę pospieszne i nie czułam wtedy za bardzo, że to ostatni dzień tamtego życia. A potem były starty i lądowania, ogromna różnica temperatur i nagle znalazłam się sama w obcym mieście i od razu poczułam, że chciałabym, żeby to było moje miasto.

W niedzielny poranek opowiadamy sobie w kuchni sny. Śmieję się, że śniło mi się, że mówię po baskijsku, w dodatku używając słów, których przecież nie znam. „Ty chyba w poprzednim życiu byłaś Baskijką” – mówi Barbara, ale ja wiem, że to tylko moja nadzwyczaj rozwinięta ostatnio zdolność do adaptacji. Rozpływam się w otoczeniu, nabieram cech, o które nigdy się nie podejrzewałam, przyswajam sobie nie tylko język, ale także sposób rozumowania. I w mojej głowie Kraj Basków także urasta do rangi oddzielnego od Hiszpanii bytu. „A teraz planuję wycieczkę za granicę” mówię koledze. „Czyli do Francji?” – pyta. „Nie, do Asturii”.

W weekend dużo pracowałam, jeszcze więcej spałam. Wróciły wyraziste sny i od razu zaczęły się materializować. Zadałam więc pytanie, otwarta na to, co przyniesie mi własna intuicja, ale pamiętam tylko, jak wchodzę w miejsce, gdzie miałam znaleźć odpowiedź. Reszta się urywa.

Read Full Post »