Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Maj 2012

Tej nocy

Tej nocy we śnie powróciło tamto miejsce. Mam taką górską dolinę, z szerokim potokiem, niewielkim miasteczkiem i czymś w rodzaju pensjonatu/internatu, gdzie mieszkam. To miejsce pojawiało się kiedyś regularnie w moich snach, potem przestało. Tej nocy powróciło.

Pamiętam, że przekręcałam klucz w zamku, a on prawie mi się złamał. Że spotykałam osoby z pracy czy zajęć, choć ciągle chciałam zobaczyć się z tymi bliskimi. Że kupiłam okazyjnie kilka, może kilkanaście mądrych książek z serii Horyzonty Nowoczesności Universitasu, a potem zostawiłam je w knajpce z orientalnym jedzeniem. Że byłam informowana i napominana. Pamiętam, że szłam przez most i wcale, wcale nie chciałam znaleźć się po drugiej stronie.

Przed zaśnięciem przychodzą mi do głowy genialne zdania i ciekawe refleksje. Utrwalam je sobie w pamięci, bo nie chcę wstawać, by je zapisać. Rano nie pamiętam nic.

Read Full Post »

Passe-partout

Niechęć do zdecydowanych działań. Dekowanie się. Czytanie raczej cienkich książek. W jeden wieczór łyknęłam „Miedziankę” Springera i nie dziwią mnie te peany i nominacje. Lato weszło tylnymi drzwiami i nie zamierza się z tego tłumaczyć. Dużo wydarzeń rodzinnych. W niedzielne popołudnie kładę swoją kruchość na słońcu i przelotnie głaskam biało-czarne koty. Borykanie się z codziennością, wyganianie o świcie owadów z pokoju, otwieranie i zamykanie okien, wietrzenie. Poszukiwanie azylu.

Read Full Post »

To był dziwny tydzień. Zimny i deszczowy. Zajmowałam się głównie spaniem i czytaniem książki „Ajatollah śmie wątpić” Hoomana Majda (czy raczej, jak się okazało w trakcie lektury, Humana Madżda). Zachciało mi się nagle wycieczki do Iranu. Nosiłabym nawet chustę, niekoniecznie hidżab. W chuście jest mi ponoć do twarzy.
Więc spałam. najprzyjemniejsze momenty to oczywiście popołudniowe drzemki. Podczas gdy zasypianie w nocy jest obowiązkiem, zasypianie po południu jest przyjemnością i mogłabym pewnie porównać je do zażywania narkotyków, gdybym zażywała narkotyki i wiedziała, jak to po nich jest. Błogość rozlewająca się po całym ciele, oderwanie od rzeczywistości i powolne wkraczanie w alternatywne światy, które już już zaczynają się jawić (sic!) i krystalizować. Śniły mi się różne rzeczy – dawni znajomi, osoby zupełnie postronne, szach Reza Pahlawi, piłka nożna, spojrzenie mojego nieżyjącego już psa.
W międzyczasie chodziłam tam, gdzie się mnie spodziewano, spotykałam się z ludźmi i nawet wybrałam się na jakiś panel dyskusyjny oraz zrobiłam ekspresowe tłumaczenie na niemiecki. Ale to wszystko było omotane moją sennością. I tym nieustępliwym zimnym deszczem.
A gdzieś tam, pod tymi samymi chmurami niezmiennie kręcił się świat. Ze zdziwieniem dowiedziałam się, że na stadionie narodowym za 2 mld zł zostanie rozegranych ledwie 5 meczów, a potem z jeszcze większym zdziwieniem odkryłam, że bankrutuje warszawskie Muzeum Techniki. Żyjemy w świecie, w którym bankrutują muzea, szpitale i szkolne stołówki – skontastowałam z nieniknącym zdziwieniem. Zmarł Carlos Fuentes. Nie zmarł Gabriel Garcia Marquez. Przestało padać, przyjechali panowie z kosiarkami. Zmęczona wiosennym tłokiem na ulicach i w autobusach jadę na wieś po słońce i oddech.

Read Full Post »

Zimni ogrodnicy

Poruszyła mnie śmierć żyraf po ataku wandali w łódzkim zoo. Na mocy niepisanej „umowy społecznej”  między nami ludźmi a ściągniętymi z ich naturalnego środowiska dla naszej rozrywki zwierzętami zapewniamy tym zwierzętom pokarm, opiekę weterynarza i bezpieczeństwo. Smutne jest ich życie na małych wybiegach, w towarzystwie nieznanych im gatunków i w niesprzyjającym klimacie, ale są chociaż w jakiś minimalny sposób zaopiekowane. Po przeczytaniu doniesień prasowych została mi bolesna zadra. Jak zawsze, gdy cierpią dzieci i zwierzęta – nawet bardziej gdy zwierzęta – bezbronne, bo nieuczestniczące świadomie w grach społecznych, oderwane od swojej niszy ekologicznej i jej prostych, czytelnych zasad. Cały dzień myślałam białym wierszem, a potem przeczytałam o łódzkim zoo i ten liryzm prysł. Wieczorem basen. Przypomniałam sobie, jak dobrze myśli mi się podczas pływania. Mechaniczne, powtarzalne gesty i spokojna walka o utrzymywanie się na powierzchni pobudzają uśpione dotąd neurony, pozwalają na uporządkowanie tych przeżytych skrawków i przetrwawienie szczątków analiz.

Za oknem powoli ustępują zimni ogrodnicy. Upajająco pachnie bez. Lipa szykuje się do kwitnięcia.

Read Full Post »

We śnie pod superksiężycem dokonywały się liczne multiplikacje. Szłam na zajęcia na ósmą rano, ale tuż przed nimi spotykałam mężczyznę, który chciał zaprosić mnie na wódkę. Potem gdzieś znikał na chwilę, ale zanim dotarłam na zajęcia już umówił się ze mną jeden z najpopularniejszych polskich aktorów młodego pokolenia. Nie potrafiłam za bardzo odróżnić go od tamtego pierwszego mężczyzny. Szukaliśmy odpowiedniej kawiarni, by ukryć się przed paparazzi. Potem siedziałam z dwiema przyjaciółkami na jakiejś wielkiej stołówce przy prostokątnym stoliku. Wolne miejsce przy mnie zajęła trzecia osoba, która była jednocześnie jedną z siedzących naprzeciwko mnie przyjaciółek. Próbowałam to zrozumieć, wysilałam mózg, szukałam wyjaśnień. A potem ktoś jeszcze dosiadł się „na doczepkę”. Jedliśmy w milczeniu. Następnie dawny znajomy częstował mnie świeżym ciepłym mlekiem z domu mojej babci. Opowiadał o swoim podwójnym życiu – z jednej strony robił kasę w warszawskiej korporacji, z drugiej produkował mleko na wsi. Gdy wypiłam drugą porcję, wyraził swoje niezadowolenie. Uszczupliłam mu dochód. Zastanawiałam się, jak bardzo się zmienił. Na koniec snu odczytywałam niepokojące maile. Linijki przesuwały mi się przed oczami wedle swojego widzimisię – nie mogłam dotrzeć do sedna otrzymanego listu. Im mocniej próbowałam, tym bardziej się wszystko rozmywało.

O świcie daleka burza i deszcz. Odczuwam silną chęć bliższego zapoznania się z dwudziestowieczną hiszpańską poezją doświadczenia. Chwilowo hipnotyzuje mnie świeża zieleń za oknem. Taniec liści na wietrze. Dobry, pełny maj, niczym nowy początek sama nie wiem, czego.

Read Full Post »

Hiszpania

Być może gdy przed 20 laty sięgnęłam po szary podręcznik Oskara Perlina „Hiszpański dla początkujący” i rozpoczęłam samodzielną naukę tego języka, nieświadomie rozpoczynałam pewną życiową odyseję, której istotny etap jest właśnie za mną. Pierwsza podróż na Półwysep Iberyjski. Jadąc autobusem z Madrytu do Granady, patrzyłam na czerwoną ziemię porośniętą drzewkami oliwnymi i czułam w jakiś dziwny sposób z nią więź. To mój pierwszy wyjazd za granicę, podczas którego ani przez moment nie czułam się obco. Jakby ta kropla południowej krwi, płynąca wedle rodzinnych legend w moich żyłach, obudziła się i zaczęła intensywnie produkować czerwone płytki zadowolenia i familiarności. 

Ze wszystkim było mi dobrze. Z bezpretensjonalną elegancją Madrytu i spontanicznością Granady. Hiszpanie wykazywali naturalnie przychodzącą przyjazność i pomocność, zachowując przy tym stosowny dystans. Nie było tam nic z włoskiej nachalności. Nawet afrykańscy sprzedawcy rzeczy zbędnych zachowywali się z godnością, nie namawiając zbyt namolnie do kupna, jakby pogodzeni z losem, który wyznaczył im tak przykre miejsce na drabinie społecznej (ciarki przechodzą po plecach, gdy pomyślę, że mogą być to ludzie wykształceni, fachowcy, których tak bardzo brakuje w ich rodzinnych krajach, rzuceni na emigrację i wrzuceni w rolę ulicznych sprzedawców chińskich okularów i parasoli, które sprowadza firma turecka o kapitale saudyjskim, a które mają kupić duńscy turyści zatrudnieni we francuskim koncernie o kapitale amerykańskim, który chwilę temu wyeksploatował ich rodzinny kraj, czyniąc godne ekonomicznie życie tam niemożliwym – czytałam przed wyjazdem „Doktrynę szoku” Klein, może stąd takie myśli). Hiszpania to kraj pięknych ludzi – mężczyzn i kobiet, o łagodnych obliczach, ale szybko mówiących i dużo gestykulujących. Ludzi, którzy zdają się nigdzie nie spieszyć i nigdy nie narzekać, chociaż kryzys. W telewizyjnych wiadomościach głównie kryzys – ministrowie wyglądają na prawdziwie zatroskanych i sprawiają wrażenie, jakby przerosło ich to zadanie, prezenterki robią autentyczną smutną minę. Na ulicach graffitti, plakaty i ulotki ciągle wzywają do strajku, manifestacji, niezgody, ukarania banków, ogólnie do sprzeciwu. Zachowuję na pamiątkę taką ulotkę, wydaną przez jedną z centrali związkowych.

Ale zamiast walki, skoncentrowałyśmy się na fieście. Niezliczone bary tapas. Marokańska herbaciarnia, w której obsługujący nas młodzieniec palił zadziwiająco mocno pachnącego skręta. Po posiłku w jednej z knajp starszy facet za barem, być może sam właściciel, częstuję moją towarzyszkę likierem domowej produkcji. Innego dnia do obiadu przygrywa nam dwóch gitarzystów. Są naprawdę zachwycający.  A jeszcze tyle sztuki. Madryckie muzea, granadzka Alhambra, kordobański meczet-katedra. I jeszcze spokojne Morze Śródziemne, ośnieżone szczyty Sierra Nevada, zapierające dech w piersiach wiraże na autostradach prowadzących przez pasma górskie, spokojny Gwaldakiwir. Z samolotu rzucam okiem po raz ostatni na Hiszpanię. Patrzę na lśniące w słońcu, zmrożone śniegiem Pireneje i wiem, że jeszcze tyle tam nie zobaczyłam i w sumie niewiele przeżyłam. Myślę, poważnie myślę o powrocie. Przywiozłam sobie kilka książek. Będę na razie poznawać dalej z odległości. Dopóki nie zacznie podgryzać mnie nostalgia.

Read Full Post »