Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Styczeń 2016

Wykorzystuję do maksimum czas, którego mi brakuje. Wieczory spędzam na tłumaczeniu, potem umawiam się na przykład na 23 w barze na dole, wypijam kieliszek wódki i dwa małe piwa, rozmawiając z ostatnimi na tej barowej warcie. Budzę się zawsze przed budzikiem, wstaję i otwieram okno, bo ostatnie dni były ciepłe i muszę regularnie wentylować mój pokój.

Dzisiaj pierwszy wywiad do mojej książki. Pomysł pojawił się już parę miesięcy temu, przeżuwałam go w głowie, wreszcie zaczęłam o nim mówić. I nagle moja słoweńska koleżanka powiedziała, że chce napisać artykuł o tym, co skłania Basków do uczenia się baskijskiego w szkołach takie jak nasza. W drodze nad morze spisujemy pytania na tylnym siedzeniu samochodu, następnego dnia w czasie przerwy kawowej rozmawiamy z Pedrem. Wyszło super. Ledwie 7 minut nagrania, a tyle informacji i myśli. Kontynuujemy w trakcie obiadu, już off the record, ale wiele rzeczy zaczyna mi się rozjaśniać.

Kolejna wycieczka nad morze, piękne krajobrazy, miasteczko wciśnięte w skałę. Odsunęłam się z moim piwem od szumu grupy, usiadłam twarzą do portu i czułam się jakbym całe życie nie robiła nic innego: patrzyła na ciemność nieba idealnie zespoloną z ciemnością morza, spokojna i zespolona z krajobrazem. „Podoba ci się tu?”, pyta kolega. „Bardzo – odpowiadam – ale już od dawna wiedziałam, że to najpiękniejszy kraj świata”. Gdy wchodzę na falochron i patrzę na kłębiące się w dole ciemne fale, nie czuję ani grama strachu, nie przechodzi mnie żaden dreszcz. W nocy to wrażenie odbija się we śnie, w którym stwierdzam, że nie boję się wysokości.

Read Full Post »

Tożsamości

W weekendowym mieszkaniu zasypiałam, słuchając Mikela Urdangarina. Chwytliwe gitarowe dźwięki i słowa w języku, którego jeszcze nie znam. Wstałam jako pierwsza, już był dzień. Tutejsze poranki wyznacza hałas odsuwanych zewnętrznych żaluzji. Jadłam śniadanie i starałam się odgadnąć, skąd dochodzą – z sąsiedniego pokoju czy innego mieszkania.

Nad nami mieszka znajomy Vladimira. Vladimir pracuje w naszej szkole, w zeszły poniedziałek otwierał mi drzwi, bo musiałam być wcześniej, żeby jeszcze przed zajęciami popracować. Vladimir jest Rumunem pochodzenia rosyjskiego, który mówi po serbsku i przewraca oczami na pytanie, czy nauczył się trochę baskijskiego. Erika, nasza nauczycielka, mówi o sobie, że nie jest Hiszpanką, oczywiście mega szybkim hiszpańskim, za którym chwilami nie nadążam. Gorka, kolega z grupy, jest Baskiem, ale prawie całe życie spędził w Andaluzji. Usłyszałam, jak inni mówią o nim „Gorka, el andaluz”, co brzmi jak oksymoron, bo Gorka to typowe imię baskijskie. Jego matka przejechała pociągiem całą Hiszpanię, tylko z jego starszym bratem u boku, by urodzić go w Bilbao. „Czy to ważne dla was, gdzie się urodziliście?”, pytam. „Dla niektórych tak”.

Ja urodziłam się w krainie ciężkich zim, w którym od jakiegoś czasu nie chcę już mieszkać. Z wielu powodów. Moje słowiańsko-bałtyckie koleżanki mówią, że zawsze uważały Polaków za naród wywyższający się i drażliwy na swoim punkcie. W odpowiedzi rzucam dowcip o tym jak dzieciak wraca ze szkoły i pyta ojca, czy to prawda, że ludzie pochodzą od małp. „A Polacy też?”. „Polacy od King-Kongów, synu”. Salwy śmiechu, potem chwila rozmowy o patriotyzmie. Patriotyzmie kraju urodzenia i patriotyzmie języka. Ja wyznaję ten drugi. Skoro mam mój język, mam pewną tożsamość, którą nabyłam w szkole i w życiu rodzinnym, możliwość uczestniczenia w pewnej kulturze. Ale dzięki innym językom mogę do pewnego stopnia uczestniczyć w innych kulturach i nabywać dodatkowe tożsamości. Nigdy nie będą one pełne, bo już nigdy nie przejdę przez formacyjny etap szkoły i wychowania rodzinnego. Ale rację ma Erika, gdy mówi, że Euskaltegia (szkoła języka baskijskiego) to miejsce, w którym produkuje się Basków. Miejsce urodzenia jest drugorzędne. Nie zamierzam umierać za żaden kraj ani żaden naród, ale są dni, gdy za źle postawiony przecinek jestem gotowa udusić. Tak błędy ortograficzne, jak i grafomania bolą mnie w każdym języku.

Read Full Post »

Bzzz

Wycieczka do Bilbao na mecz Athletiku przypomniała mi, jak bardzo spodobało mi się to miasto. Ma swój specyficzny koloryt, a ja czuję się w nim bardzo jak w domu. Przedmeczowa rundka po barach. Zamawiamy piwa i zaraz wychodzimy w tłum kibiców w biało-czerwonym rynsztunku. Żałuję, że nie zabrałam z Polski moich czerwonych spodni. Popatrz, mówię do mojego towarzysza, ta knajpa nazywa się Bihotz zuri gorria i wreszcie wiem, co to znaczy (bihotz -serce, zuri-gorria – biało-czerwony, czyli barwy Athletiku). Potem zaczynamy rozmawiać o życiu, o futbolu dopiero podczas drugiej rundki po barach – po meczu. Mija północ, widzę, jak powoli kończy się życie na ulicach. A więc Bilbao czasami jednak śpi. Taksówkarz, który wiezie nas do Amorebiety, mocno gestykuluje, odpływam, nie śledzę już jego wypowiedzi. Myślę sobie, że to jednak dziwne, że ten kawałek świat istniał, podczas gdy ja byłam gdzie indziej, nieświadoma tych gór, tych ulic, tych ludzi, tego języka, no i txakoli.

Życie towarzyskie w stanie niespotykanego u mnie rozkwitu. Nagle zupełnie z biegu przy kolacji przeprowadzam pierwszą rozmowę po baskijsku. Parę prostych zdań, z protezą z hiszpańskich słów, błędami gramatycznymi, ale ile satysfakcji. W naszej grupie początkujących, która chwilami zaczyna przypominać rodzinę, jestem najmłodsza z całej piątki i powoli wchodzę w rolę młodszej siostry. Nowa perspektywa, przecież zawsze byłam najstarsza. Ale życie towarzyskie sprawia też, że na dźwięczenie we mnie, to nieustanne bzzz, którego nie mogę opanować ani wyłączyć, nakłada się bzzz zewnętrzne. Żyję codziennie w czterech językach, żyję intensywnie, brakuje mi chwil spokoju na przykład na nałożenie maseczki, dwie godziny czytania przed snem, zwykłe gapienie się w okno (robię to czasami podczas zajęć, za oknem mamy zielone wzgórza i owce pasące się na łąkach).

Myślałam w grudniu, że okres zmian, które tyle we mnie przewróciły, już się skończył. Że teraz już codzienność i zwykły proces, jak zawsze. Myliłam się. Nie wiem, jaka stąd wyjadę. Ale to wszystko jest piękne i dobre, jak chyba nigdy w moim życiu. Znowu czuję się młoda i utalentowana. I dziwi mnie, że kiedykolwiek w to wątpiłam. Że kiedykolwiek wątpiłam we własne moce.

Read Full Post »

Temperatura znacząco się obniżyła. Kilka dni deszczu, dziś słońce, ale powietrze ostre, schodzi od otaczających nas gór. W piątkowe popołudnie zostałyśmy wysiedlone do wynajętego dla nas czterech, uczestniczek programu, mieszkania w samym sercu Amorebiety. Wspaniale, wreszcie mogłam pójść spać, nie otulając się ściśle kocem. Podejście do ogrzewania w internacie jest dość specyficzne: niby są kaloryfery, ale wyłącza się je w ciągu dnia w całym budynku, co przy wszechobecnej ostatnio wilgoci zupełnie nie ma sensu. Więc marzniemy, dziwiąc się kolegom w koszulkach z krótkim rękawem.

Miłe panie z Instytutu Baskijskiego przyjechały, popaplały, zrobiły sobie z nami zdjęcie i zostawiły nas w niepewności co do szczegółów programu naszego pobytu. Wiec organizujemy się na własną rękę, skupiając się na nauce, życiu towarzyskim i rozrywkach. Czwartkowy rajd po barach zdaje się być tutejszą tradycją. Ale ja czuję już lekki przesyt tym ciągłym byciem z innymi. Nie leży to w mojej naturze. Starałam się to wytłumaczyć koledze wytypowanemu do odprowadzenia mnie do szkoły, gdy już odechciało mi się wizyty w kolejnym barze. Miałam nadzieję na trzeźwiący spacer ze słuchawkami w uszach, dostałam kawałki historii cudzego życia, co też nie było w sumie złe. Przystosowuję się tu w zasadzie do wszystkiego, czasami tylko potrzebuję więcej czasu. I gdybym miała podsumować, co czuję, powiedziałabym, że jestem naprawdę szczęśliwa. Takim spokojnym szczęściem, w którym rozpoznaje się braki i niedostatki, ale nie urastają one do rangi problemów. Być może dlatego, że znacznie łatwiej pokryć je czymś innym. Brakiem trosk materialnych. Słońcem. Dobrym jedzeniem i kieliszeczkiem wybornego txakoli. Albo zapowiedzianym spacerem.

Read Full Post »

Amorebietan

Pierwsze lekcje baskijskiego. 24 godziny później już zaczynam łapać podstawy pokręconego systemu tego języka. Traktuję to jako detektywistyczne wyzwanie: poukładać różne elementy tej układanki i dojść do prawdy. Czy język niesie ze sobą jakąś prawdę, czy jest tylko narzędziem? Myślę, że jednak to pierwsze. Tylko czy kiedykolwiek do niej dojdziemy. Czy poznamy ukryte imię Boga?

Za językiem kryje się głęboka sfera stosunków międzyludzkich. Nieuniknione różnice kulturowe, które dodają smaczku temu wszystkiemu, ale też sporo utrudniają. Zdziwienie Hiszpanów, że w Europie Środkowej nie tylko nie nosimy nazwisk naszych matek obok nazwisk naszych ojców, ale wręcz forma tych nazwisk zdradza naszą płeć i nawet stan cywilny. Po drugiej stronie są opowieści o babkach, które nigdy nie mówiły po hiszpańsku i miały po kilkanaścioro dzieci.

Przez okno w klasie, w której odbywają się zajęcia, widzę zielone wzgórze i pasące się owce. Jesteśmy w końcu na obrzeżach miasteczka. Wieczorem rozmawiam z Ryjkiem, która sprawdza moje położenie w google maps. „Co za świat. Siedzę tutaj i widzę wejście do twojej szkoły” – mówi. Jeszcze nie byłam „na dole”, w centrum. Odczuwam intensywność minionego tygodnia i ciągle śpię za mało, budzę się wcześnie, kładę się późno. Jak dotąd udała mi się tylko jedna sjesta, jeszcze w Bilbao, ale miałam wtedy trochę gorączki, może dlatego. Za to zagustowałam w tutejszym ryżu na mleku, który dają chyba przy okazji każdego posiłku. W innych rzeczach nie bardzo. Stołówkowe potrawy w żaden sposób nie mają się do tych przepysznych pintxos, jakimi raczyłam się (lub mnie raczono) w czasie mojego prywatnego karnawału sprzed kilku dni. Po każdym posiłku wynoszę jabłko, na później niby. Biurko zaczęło mi się jakoś wypełniać jabłkami.

Odczułam lekką irytację, może tylko zniecierpliwienie, gdy moje towarzyszki podjęły temat krytyki literackiej, feminizmu, relacji międzykulturowych na poziomie międzypaństwowych, doświadczeń akademickich. Zaskoczyło mnie to. Przecież przyjechałam tu także po to, przecież to jest również mój świat. Tyle że w ostatnich dniach rozmawiałam głównie z ludźmi prostymi – klasą pracującą, także na zasiłkach, takimi zwykłymi fanami Athleticu, których nie stać chociażby na obejrzenie meczu na stadionie, z imigrantami i potomkami imigrantów, z ludźmi pochodzącymi z zapomnianych do niedawna wiosek. Mam wrażenie, że złapałam w trakcie tych rozmów więcej wiedzy o życiu, czy o tym kraju, niż wyczytałam z najmądrzejszych książek i artykułów. Zadziwia mnie to – zawsze stawiałam uporządkowany świat teorii nad chaotyczny świat doświadczenia. Może to jeszcze jedna z tych zmian, które się we mnie w ostatnim czasie wydarzyły. Co jeszcze przyjdzie?

Read Full Post »

Najpierw zobaczyłam zielone wzgórza. Pomiędzy nimi rozciągnięte w dolinach miasteczka. Jednym z nich pewnie jest Amorebieta, pomyślałam. Potem, gdy samolot zniżał się coraz bardziej, na horyzoncie zamajaczyło morze. Wreszcie lotnisko – nieduże, spokojne. Walizki przyszły szybciej niż zdążyłam połączyć się z siecią wi-fi.

Następnie było miasto. I kolejne miasta. Urokliwe ulice, rzeki i morze. I od pierwszego dnia ludzie. Zrzuciłam słowiańskie okowy i odsłoniłam hiszpańską stronę mojej natury. Pełny uśmiech, wdawanie się w pogawędki, zapraszanie i przyjmowanie zaproszeń. Zostałam jakby gwiazdą sezonu w okolicach placu Zaralburu. Wszystkich ludzi, z którymi rozmawiam raduje, że przyjechałam z dalekiej Polski uczyć się baskijskiego. I że podoba mi się Bilbao. I że tak dobrze mówię po hiszpańsku. Nie zapominają też powiedzieć mi, że jest bardzo ładna. Najbardziej rozczulająco wypada to w wykonaniu pomarszczonych staruszek z centymetrem pudru na twarzy (moja kosmetyczka ma rację, trzeba chronić twarz przed słońcem, teraz dobrze to rozumiem). Jaka młodziutka, jaka ładniutka, jaka szczuplutka, cieszą się, a moje ego kwitnie jak magnolie w tutejszych parkach.

Sobotnia manifestacja z żądaniem umieszczenia więźniów ETA w Kraju Basków (żeby rodziny nie musiały daleko jeździć w odwiedziny, jest to też zapewne jedna z form represji ze strony rządu centralnego) zgromadziła tysiące. Szłam wzdłuż pochodu, mijając sterczące pod barami grupki uczestników i prawie już przekonałam się, że właściwie to mają rację. Prawie porwało mnie gremialne skandowanie „Etxera” (czyli „do domu”). Ale to przecież nie moja sprawa, jestem tu tylko obserwatorką. Dziewczyną wciśniętą między słupy latarni i znaku drogowego, obserwującą zbierający się tłum i starającą się rozpoznać symbolikę haseł i flag. Potem był mecz Sevilla-Athletic w zaprzyjaźnionym barze i tam poznałam kolejnych lokalsów. Ona jest przeciwko manifestantom. On jest za. Ja ostatecznie nie mam zdania, ale wszyscy troje bardzo chcemy, żeby wygrała tutejsza drużyna. I lubimy piwo, skoro tym razem baskijscy zawodnicy zawiedli.

Po tym wieczorze jestem tak rozemocjonowana, że nie mogę zasnąć. Do późna siedzę w hotelowym łóżku, słuchając muzyki. Rano budzę się jak zwykle grubo przed wschodem słońca i jadę do portu, na wycieczkę w stronę otwartego morza. Wielokilometrowy spacer, z powrotem w deszczu, którego nie można nazwać innym słowem niż „wiosenny”. Łapię się na tym, że sporo myślę już po hiszpańsku.

Read Full Post »