Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Marzec 2014

Warto odnotować

Że skończyłam czytać powieść „Vienna” Evy Menasse i że jest to najlepsza książka, jaką przeczytałam w tym roku. Gdy przerzuciłam ostatnią kartkę, powróciłam na początek i chciałam zacząć od nowa. Tym bardziej, że ostatnie zdanie powieści jest praktycznie takie samo jak pierwsze i zamyka historię żydowsko-katolickiej wiedeńskiej rodziny w zgrabną klamrę i pogłębia efekt narkotycznego transu. Bohaterami książki są przedstawiciele trzech pokoleń, żyjący w XX wieku i borykający się z najbardziej typowymi przeciwnościami losu, jakie można sobie wyobrazić dla tego czasu: prześladowanie Żydów, wojna, Holokaust, powojenne rozliczenia, zdrady i rozwody, konflikty na linii rodzice-dzieci, pustka życia młodych matek, choroby i śmierć. A jednak w tej opowieści jest wiele świeżości, dzięki czemu znane i, można powiedzieć, ograne tematy podane są w sposób niezwykle wciągający. A nielinearna struktura powieści to majstersztyk, której wątki domykają się jakby mimochodem, przy okazji innej historii, to prawdziwy majstersztyk. Wszystko ma swą kulminację, a jednocześnie pozostaje otwarte. Zmierzamy ku końcowi, ku śmierci, ale narratorka podsuwa nam nagle zupełnie inny koniec, inną śmierć, która chronologicznie powinna znaleźć się znacznie wcześniej. Ale to przy tym wydarzeniu spotykają się wszystkie postaci i zamykają ostatnie wątki. Ogólnie mówiąc, czytanie tej książki to była prawdziwa przyjemność, z wielu względów.

Read Full Post »

Idzie wiosna

Wiatr i wiele jałowych godzin. Czas przejściowy, gdy sprawdzone formy przetrwania przestają zdawać egzamin. Porzuciłam życie wewnętrzne, a i zewnętrzne trwa tylko jakby z rozpędu. Zima kończy się w bólach głowy, każda komórka ciała czeka już tylko na wybuch.

Dziś Międzynarodowy Dzień Szczęścia. Międzynarodowy Dzień Astrologii. Światowy Dzień Wróbla. Imieniny Eufemii i Wolframa. 98 lat temu Albert Einstein ogłosił ogólną teorię względności, a 42 lata temu odbyła się premiera „Solaris” Tarkowskiego.

Read Full Post »

W czasie

Wczesnopopołudniowe weekendowe playlisty w radiu formatu złote przeboje serwują ciągle te same kawałki. Robimy obiad, radio gra, i tracimy poczucie czasu. Może być równie dobrze sobota, jak i niedziela, albo nawet inny dzień świąteczny, jeśli akurat takowy wypada w tych okolicach. Czas z linii równoległej, ze zbioru uporządkowanych punktów staje się sferą, bez początku i końca. W weekendowe dni wypełnione pracą świeci ładne, wiosenne już słońce. A potem są nieweekendowe dni wypełnione pracą (ale jakoś mniej) i też świeci słońce. Najbardziej lubię światło o zmierzchu, które wpada do mojego pokoju. Sprawia wrażenie, że świat się przybliżył, a to oznacza definitywny koniec sezonu zimowego. Pewnego dnia po prostu wychodzę bez czapki. Nie ma wcale poczucia linearności – wczoraj w czapce, dzisiaj bez. Jakbyśmy przesunęli się nagle w inne miejsce sfery, w inne otoczenie.

Weekend. Obce słowo, które się przyjęło nie wiadomo kiedy. Pamiętam jeszcze, że w dzieciństwie pisałam do Brata Krzysia kartki pocztowe (Brat nie miał wtedy telefonu) o treści: „Krzysiu, czy przyjedziesz do mnie na sobotę niedzielę?”. Kartek nie wysyłałam, nie umiałam obsługiwać poczty.

Za dużo myślę o przeszłości, o teraźniejszości tylko tyle, ile trzeba. Nie utrwalam tego, co jest. Nie opowiadam, co robiłam w piątek, w zeszłym miesiącu. Sporadycznie i tylko wobec naprawdę zainteresowanych. Pierwsze oznaki dekoncentracji u słuchających mnie zniechęcają. Nie widzę potrzeby mówić ludziom o sobie i swoim życiu. Wolę mówić o cudzych życiach, o tych, o których słucham. Tylko z najbliższymi mówię o swoich myślach, wrażeniach, lekturach.

Read Full Post »

Dwa z trzech

Gdy kilka lat temu miasto Gdańsk honorowało swojego niegdysiejszego obywatela, laureata literackiego Nobla Güntera Grassa, zaproponowało wystawienie mu pomnika przy jego dawnym domu we Wrzeszczu. Pisarzowi ten pomysł się nie spodobał, zgody swej na pomnik nie dał. Z pewną dosadnością zasugerował, by miasto sfinansowało raczej przebudowę kanalizacji w budynku, w którym niegdyś mieszkał, gdyż obecni lokatorzy muszą nadal korzystać ze wspólnych ubikacji. Pomysł upadł, chyba dlatego, że jakoś tak nie godzi się imieniem noblisty chrzcić wychodków i kloacznych instalacji. Lepsze są mosty i place. Plac przy dworcu kolejowym Wrzeszcz, trzy kroki od dawnego domu Grassa, to sodoma z gomorą, kebab z drożdżówką, zajeżdżony autobusami i taksówkami. Dzikie przedmurze błyszczącej aluminium Galerii Bałtyckiej. Jedynym jasnym punktem są tam kawa i ciastka z Biopiekarni. Przez jej szybę mieliśmy niespodziewanie okazję obserwować, jak przez te piekła nonszalancko przemieszcza się Nergal.

Pociąg Wrzeszcz-Sopot i lepsze kraje. Elektroniczny termometr na molo wskazuje dokładną temperaturę powietrza (w te dni tak między 4,2 a 4,8 stopnia Celsjusza). Bursztynowe stoiska ożywiają się pod wpływem języka francuskiego. Kiedyś, jak już będę miała pomarszczone dłonie, kupię sobie nieduży pierścionek z jasnym bursztynem, postanawiam. Oddycham kurortowym powietrzem, zdrowotną solankę zapijam białym winem. Wilgotność 90 procent. Mewy na falach.

Jednego dnia opłakaliśmy zamknięcie kultowego Józefa K. w Sopocie, drugiego dnia odnaleźliśmy jego nowe wcielenie w Gdańsku. Ale wskrzeszona idea jest tylko pogrobowym cieniem siebie samej. Nie zmienią tego najbardziej przemyślane stylistyczne nawiązania – nawet spodnie garniturowe, odwrócone na lewą stronę, które wisiały na sznurze prawie nad moją szklanką z martini, nawet sterty bezużytecznych książek pod sufitem, w miejscu, gdzie nikt ich nie może dosięgnąć. Ideały sięgają bruków lub sufitów. A wszystkiemu jak zwykle patronuje przenikliwy Hans Memling.

Read Full Post »