Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Czerwiec 2009

O obrotach…

Sześć godzin w grodzie Kopernika. Ogrom gotyckich świątyń, wszechobecna czerwona cegła. Na toruńskiej starówce można obecnie kupić lub wynająć lokale użytkowe, mieszkalne, ba nawet całe kamienice – odnowione lub do remontu.

Sezon jeszcze się na dobre nie rozpoczął, ale widać już ruch w interesie – te wszystkie ogródki, wystawione atrakcje, aparaty fotograficzne, biegające dzieci. W jednym z ogródków napis na dole menu nie brzmi zachęcająco: „W razie gdy klient nie otrzyma paragonu, za zamówienie płaci obsługa”. I tak wychodzimy, bo nie mają lodów, które chce zjeść Ryjek2.o, ale czuję gdzieś głęboko niesmak. Właściciel lokalu wystawia niezbyt pochlebne świadectwo temu miejscu, gdzie widać nie płaci się dobrze pracownikom, którzy więc odbijają to sobie okradając właściciela, a ten bezradny wobecprocederu naświetla go bezceremonialnie swoim klientom, z nich czyniąc strażników swojego interesu. Ot, polski kapitalizm. Dlatego może w prowincjonalnym sklepie, gdzie byłam tydzień temu trzy dziewczyny patrzą mi na ręce, ale żadna nie dopyta się, w czym mi pomóc. Wychodzę, przejrzawszy pobieżnie asortyment, przebijający cenami sklepy warszawskie. Brak zaufania kosztuje. 

A Toruń jest taki miękki, przytulny jak kąt własnej sypialni. Dreptanie po kocich łbach, wygodne fotele planetarium, pomnik Filusia, kamieniczki jak artystycznie skomponowane ciastka, kolekcja kluczy hotelowyh Toniego Halika w muzeum podróżniczym, resztki średniowiecznych fresków w katedrze, pierniki na drogę.

Read Full Post »

Eks-trema

Lato w tym roku zaczyna się okrutnie. Ściska wilgocią, dusi duchotą, przypiera upałem i zlewa deszczem. Dotyka we wszystkich możliwych miejscach. Aż bolą mnie takie rzeczy, jak na przykład ostre czubki butów i kantów spodni pani widzianej w metrze. Przywiodły mi na myśl zbroje żelanych rycerzy ustawionych w pałacyku Marii Teresy w Insbrucku.

„W poszukiwaniu straconego czasu” to wciągająca opowieść o rzeczach, które są powierzchowne, a urastają do rangi najważniejszych. Toalety i publika salonu pani de Guermantes. Kto komu i jak się kłania, albo nie kłania. Pełny szelestu i szeptów świat konwenansu i pozorów. Odkąd nie miewam już celów towarzyskich, czuję się bardziej wolna. Mimo to odgrywam niechcący rolę karierowiczki na rozmowie kwalifikacyjnej. Wchodzę w tę grę bez skrupułów.

Przygotowuję się merytorycznie do wizyty w Rzymie. Jak w żadnym innym miejscu na świecie przytłacza mnie tamtejsze bogactwo zapowiadanych wrażeń. Lęk metafizyczny mnie ogarnia, gdy pomyślę, że zobaczę dom Augusta, freski z IV wieku, dzieła Michała Anioła, wczesny renesans i klasyczny barok (o ile barok może być klasyczny). Włochy, pępek naszej cywilizacji. Najbardziej płodne kulturą miejsce na ziemi. Tam, gdy w toku działań historii coś było niszczone, natychmiast wyrastało w jego miejsce coś nowego, równie wspaniałego, albo i bardziej. Kolejne pałace i kościoły nawarstwiały się, tworząc wybujałą dżunglę architektury i sztuki. A własciwie to ja nawet nie wiem, co się w Rzymie działo po kościele il Jesu i Berninim. To będzie wielka przygoda, w samym sercu europejskiego Południa.

Read Full Post »

Na posterunku

Wielbiciele Długosza w BUW-ie powinni pojawiać się rano. Mają wtedy możliwość zajęcia wygodnego miejsca blisko półek z wielkimi tomami z „Annales”, podłączeniem komputera do sieci i prądu oraz ze słońcem szczęsliwie jeszcze nie święcącym prosto w oczy. Sesja w pełni. Trudno dostać wymarzone miejsce, gdy się zaśpi na 9. Cóż, kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje – internet, co przy kapryśności buwowskiej sieci bezprzewodowej jest prawdziwym skarbem.

A w domu dla równowagi pochłaniam fascynującą książkę Przemysława Urbańczyka „Trudne początki Polski”. Autor obala w niej mity pokutujące w poslkiej historiografii, wykazuje liczne błędy największym tuzom polskiej mediewistyki, zarzucając nawet niektórym autorom lenistwo umysłowe i niemożność intelektualnego wyjścia poza udowadnianie dawno postawionych tez. Lubię inteligentnych naukowych „obrazoburców”. Przy tym autor tej naprawdę wciągajacej książki prowadzi interesujące wywody na temat tego, jak on sam postrzega, w oparciu o liczne źródła pisane, materialne oraz na zasadzie per analogiam, początek państwowości polskiej i dynastii Piastów. Świetne, erudycyjne, przejrzyste i dające sporo do myślenia.

Wracam do przerzucania Długoszowych tomów. Łacina jego staje się dla mnie z każdym dniem bardziej znajoma, chociaż stopień komplikacji zdań jest nadal często nie do przejścia.

Read Full Post »

Jakiś czas temu zauważyłam, że moje lektury zawęziły się do obszaru szeroko pojętej Europy Środkowo-Wschodniej. A więc dawnych posiadłości habsburskich z przyległościami (dawna Jugosławia, Niemcy) i czasem niczym ameba wyciągające nibynóżkę przenoszą się na dalszy Wschód, do dawnego Związku Radzieckiego. A kiedyś pochłaniałam literaturę francuską, latynoamerykańską, iberyjską, amerykańską czy brytyjską. Zastanawia mnie to. Może dlatego sięgnęłam wreszcie po Prousta i zachwycam sie na nowo jego strumieniem świadomości. A potem mam proustowskie sny – pełne bohaterów głównych i pobocznych, co do których odczuwam skomplikowane emocje. Ciągle się w tych snach przemieszczam, odnajdując miejsca, w których niegdyś bywałam, przez które przechodziłam, do których pragnęłam się dostać. Może to wszystko dlatego, że właśnie doszłam już do pewnej granicy, w ramach której się poruszałam i stanęłam twardo patrząc do przodu i nie oglądając się wstecz. A przeszłość i dawne priorytety kotłują się snach, zagrożone pragną przyciągnąć moją uwagę, zatrzymać mnie i wessać z powrotem. Ja jednak już zobaczyłam obrazki ogromnych przestrzeni za moją granicą. Już się jej nie boję i nie kulę przed tym nierozpoznanym ogromem. Przyzwyczajam wzrok.

I jak zwykle w takich chwilach, mam nieodpartą ochotę jechać w nieznane, czuć pęd powietrza, robić wszystko od nowa, czuć radość z nowości…

Read Full Post »

Od kuchni

„Wojna polsko-ruska” urzekła mnie swoją nietypową poetyką. W kwestii fabuły rozłazi się nieco, ale w detalach za to jest genialna. I taka mnie naszła refleksja, po tym jak obejrzałam ją drugi raz, że to jest film, który pozbawia nas zaufania do wypowiadanych słów. Bohaterowie „Wojny” mają gadane. Wykładają cały swój światopogląd, refleksje i przemyślenia na stół, ot tak po prostu na wstępie. Nie interesuje ich reakcja odbiorców. Bo tak naprawdę nie ma dla nich odbiorców. Jest tylko świat zewnętrzny, który można zarzygać produktami swojego wnętrza. Może czasem dlatego tak sie dzieje, bo bezkrytycznie przyjmujemy, co nam podtykają media, popkultura, rodzina i towarzystwo. Bezrefleksyjnie mielimy to w sobie, ale skoro nie jest nasze, nie pochodzi od nas samych, musimy to wydalać na zewnątrz. Naturalny odruch.

Równolegle czytam „Wydanie poprawione” Petera Esterhazy. Kapitalna wiwisekscja stanów wewnętrznych autora, połączona z dawką najnowszej historii Węgier. Niezaplananowany appendix do „Harmonii Caelestis” żyje też własnym życiem. Językowo jest bezbłędna. Mimo kilku warstw tekstu (dla odróżnienia pisanego w nawiasach okrągłych, ostrych i wreszcie czerwoną czcionką) książka tworzy spójną całość. Jest jednocześnie zapisem życia wewnętrznego człowieka, którego nagle dopada niechlubna przeszłość rodziny, oraz mistrzowskim rozłożeniem na czynniki pierwsze procesu tworzenia – pisania. Talent godny pozazdroszczenia.

Myślę ostatnio dużo o języku, bo mam z nim problem. Coraz trudniej wyciągam coś z siebie w formie, która by mnie zadowalała. Dlatego też rzadko tu piszę. Utraciłam, niestety, poprzednią lekkość i celność stylu. Tęsknię za nią.

Read Full Post »