Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Październik 2015

Absolucja

Ostatnie poranki charakteryzują się zakręcaniem kaloryferów oraz powolnym opadaniem liści za oknem. A potem następują dni pełne wzlotów i upadków. Więcej wzlotów. Mam w sobie dużo fizycznej energii, której nie mogę w żaden sposób przekuć w działania intelektualne. Nigdy nie nauczyłam się biegać, więc chodzę. Szybko, stawiam długie, mocne kroki. Wczoraj wyszłam wieczorem ze spotkania i zanim dotarłam do domu, obeszłam pół dzielnicy. Tylko chodząc, mogę słuchać muzyki i tylko w marszu jasno mi się myśli. Płody mego umysłu materializują się – taki to jest rok i taka jesień – ale mają też strony, których nie przewidziałam. Żyją własnym życiem i nagle przestaję być główną bohaterką własnej opowieści, jestem tylko narratorką, która usilnie stara się być wszechwiedząca.

W ostatnich dniach zaskakująco dużo rozmów o emigracji. I to nie jest powyborczy gniew, to narastające zniechęcenie i coraz bardziej powszechna świadomość, że istnieją lepsze, cieplejsze kraje. Do niedawna wydawało mi się, że ja nie mogę wyjechać na stałe, bo jestem odpowiedzialna za moich rodziców, którzy z czasem będą mnie coraz bardziej potrzebować. Taki syndrom pierworodnej córki, najstarszej z rodzeństwa, od dziecka odpowiedzialnej za wszystko i wszystkich, skupionej, zorganizowanej, przewidującej, często ganionej za cudze wybryki, rzadko chwalonej. Kilka tygodni temu schodziłam z ciężką walizką po schodach do metra. Obok mnie dwóch policjantów. Ich patrolowy krok był równy mojemu. Szliśmy ramię w ramię, gdy nagle policjant idący bliżej mnie wyciągnął rękę, powiedział „poniosę” i wziął ode mnie walizkę. Byłam tak zaskoczona, że nie zaoponowałam, a zawsze oponuję, gdy ktoś mi oferuje pomoc przy dźwiganiu moich ciężarów. Gdy na dole postawił walizkę, a ja ładnie podziękowałam, obdarzając go najpiękniejszym z moich uśmiechów, pomyślałam, że to było w sumie dobre i że może pora czasem odpuścić. Na zabawach integracyjnych w zeszłą niedzielę nie umiałam jednak rzucić się jak kłoda na wyciągnięte ręce grupy. Odpuszczanie nie jest wcale takie łatwe, chociaż z zaskoczeniem zauważam, że nie przejmuję się już wieloma rzeczami, które jeszcze niedawno mocno mnie obchodziły. Po prostu pewne klapki się nagle pozamykały, a inne pootwierały. Jeszcze nie bardzo wiem, co z tym wszystkim zrobić.

Read Full Post »

Przed ciszą

Nie było mnie chwilę w tych zwykłych przejawach świata, w których żyję, i gdy wróciłam, okazało się, że Adrian Zandberg stał się bohaterem mediów i Partia Razem zyskała znacząco na rozpoznawalności. Rozbudziło to we mnie poczucie, że jest nadzieja dla tego smętnego, staczającego się ku zimie kraju. I wychodzi ona od mojego pokolenia, od mojego środowiska i z mojego zestawu współdzielonych przekonań. Zaskakująco dużo nazwisk na listach Razem to ludzie, z którymi gdzieś tam się zetknęłam. Przeszliśmy przez podobne ścieżki intelektualne, choć niekoniecznie w tych samych miejscach i w tym samym czasie. Przypominają mi się zimowe popołudnia i wieczory w budynku KP3 (na studiach ciągle była zima, mam wrażenie, taka pluchowata jak ostatnie dni), seminaria z filozofii społecznej w sali 13, głębokie dyskusje, z których niewiele rozumiałam, ale które były dla mnie ważne, bo dawały mi świadomość, że są rzeczy istotniejsze niż te, wokół których miał ponoć kręcić się mój świat. Oczywiście w mniemaniu innych. Matka mojej współlokatorki powiedziała kiedyś do mojej mamy, że się niepokoi, bo zmieniłam się, odkąd zaczęłam studiować filozofię. Stałam się taka krytyczna. I to był pierwszy raz w życiu, gdy mama ostro stanęła po mojej stronie. Pewnie zrobiła to instynktownie, ale do dzisiaj to pamiętam i jestem jej wdzięczna.

Seminaria w sali 13 to głównie seminarium szekspirowsko-brechtowskie profesora Ochockiego, gdzie pisałam moją pracę magisterską i gdzie intelektualny ton nadawała Ewa Majewska. Dziś doktor Ewa Majewska, kandydatka Razem z Warszawy. Będzie to więc na poły głos sentymentalny.

Read Full Post »

Mama przyłapała mnie dziś na słuchaniu Compaya Segundo.
– Widzę, że ty już jesteś w Hiszpanii.
– To akurat kubańska muzyka, mamo.
Ona wie, o co chodzi. Wie, że znowu odchodzę, że nici z tych bezgłośnie snutych latem planów, że za jakiś czas będę tu z nią i przy niej. Przynajmniej w tej chwili. Być może dlatego tak bez przekonania pozwoliła mi zaanektować jedną z szaf. Gdy wrzucałam tam kolorowe sukienki, ogarnęła mnie tęsknota za latem. To było przecież tak niedawno – siedziałam w tym pokoju, przy tym biurku, w miarę upływu dnia przesuwałam zasłonki, by opędzić się od słońca. Był niemiłosierny upał i co tydzień przesuwałam swój wyjazd, aż zbliżyła się Chorwacja i Ryjek po mnie przyjechała. Dziś jest już zimno, ale nagle wrócił mi nawyk przeglądania do porannej kawy promocyjnych ofert lotów i wyjazdów. Dziś robię korektę autorską książki, którą wtedy tłumaczyłam. Przechodzenie na kolejne etapy jest dla mnie tak oczywiste, że dręczy mnie, gdy za długo tkwię na jednym.

Opróżniłam część nieruszanych od lat szuflad. Listy znalazłam. Listy z Niemiec wysyłane przed tamtym szkolnym jeszcze wyjazdem. List od Mlecznej Siostry, jaki napisała do mnie po wspólnie spędzonych wakacjach zaraz po naszej maturze (ale byłyśmy głupie). Listy od szkolnej przyjaciółki z czasów, gdy się rozstałyśmy, wyjeżdżając na studia w różne miejsca. List od jakiegoś Meksykanina, z którym korespondowałam, by ćwiczyć swój hiszpański. Ze zdjęciami. Zupełnie tego nie pamiętałam, wpatrywałam się w datę stempla pocztowego, starając się sobie przypomnieć samą siebie z tamtego czasu i to, jak się z tym człowiekiem skontaktowałam. Poczułam się osłabiona i bezbronna, tak mocno jak można czuć się bezbronnym tylko wobec własnej przeszłości. Więc poszłam głaskać koty. A przede mną jeszcze szafka z późniejszymi listami i stertą dzienników.

Read Full Post »

Nagła impulsywność, która mnie w ostatnim czasie opanowała, sprawia, że łatwiej mi mówić, pisać, dzwonić. Nawet pod dawno nieużywane adresy i numery. Dwa telefony i oto w meczowy czwartek spotykam się u Araba z Pio. Najpierw przytulamy się mocno. Stęskniłam się, mówię. Nie ma w tym uczuciu żalu za straconym czasem, jest tylko radość ponownego spotkania. Jakbyśmy się nie widzieli parę tygodni, a nie lat.

Z Pio przyjaźniliśmy się w czasach studenckich. Wprawdzie chodziliśmy razem do podstawówki i w ogóle to jesteśmy dość blisko rodzinnie skoligaceni, ale dopiero przypadkowe spotkanie w tramwaju na Ochotę w październiku tamtego roku, gdy oboje zaczynaliśmy studia, ściślej związało nasze losy. Nastąpiły lata bardzo mocnej relacji. Dużo się spotykaliśmy, czasami w ciągach praktycznie codziennie, piliśmy ogromne ilości alkoholu, krążyliśmy w okolicach placu Narutowicza, chodziliśmy razem na koncerty i potańcówki, w trudnych czasach dzieliliśmy się ostatnimi złotówkami i kotletami od mamy, jeździliśmy razem pociągiem między rodzinnym miastem a Warszawą (o tych podróżach można napisać zbiór opowiadań), a przede wszystkim dużo rozmawialiśmy. O wszystkim. Byli tam też przecież inni ludzie, ale tylko Pio mogę dziś powiedzieć, że jest jedną z najważniejszych osób, jakie spotkałam w życiu (i mu to mówię).

To były dla mnie trudne lata, mam wrażenie, że byłam w nieustannym ciągu maniakalno-depresyjnym. Rzucona w obce wielkie miasto, z problemami rodzinnymi za plecami, poszukująca siebie z całą intensywnością swoich dwudziestu lat, walcząca z rzeczami i sprawami, których nie rozumiałam, gdy w dodatku wszystko wokół zmierzało z jakimś takim dziwnym fatalizmem ku nowemu tysiącleciu, nie wiem, jak przetrwałabym różne sytuacje, gdyby nie było Pio.

To były też piękne lata, naprawdę formujące doświadczenia wspólnotowe – dochodzimy dziś wspólnie do wniosku. Czasy sprzed wszechobecnego internetu i komórek, gdy trzeba było naprawdę być uważnym na drugiego, zapamiętywać choćby cudze rozkłady zajęć, by wiedzieć, gdzie i o której możemy się spotkać czy zdzwonić, trzeba było mieć cierpliwość, gdy ktoś się spóźniał bez wyjaśnienia (Pio zawsze się spóźniał, to była jego cecha charakterystyczna) i przewidzieć wiele przeszkód, jakie mogły nam stanąć na drodze w miejsce spotkania. Czasy, gdy w każdej chwili ktoś mógł zadzwonić do drzwi z sześciopakiem piwa w ręku i wieczór toczył się inaczej niż było zaplanowane. Gdy mieliśmy dużo czasu na marnowanie czasu, na zarywanie imprezowych nocy i powolność skacowanych dni, gdy mogliśmy po prostu siedzieć i gadać, bez limitu godzin, i liczyła się tylko ta rozmowa, nikt nie sprawdzał co chwila powiadomień na facebooku ani nie odpisywał na smsy. A potem, mówi Pio, podłączyli nam w akademiku stałe łącze. I skończyły się gromadne posiedzenia w kuchni, wszyscy siedzieli na gadu gadu.

Koniec meczu, Lewandowski wbija decydującego gola i Ryjek zastanawia się głośno, co z Irlandią. Pio wyciąga służbowy telefon z internetem i przekazuje nam wynik tamtego meczu, potem analizujemy tabelę. Może jeszcze jedna kolejka? Kręcę głową, za mało ostatnio jem, nie mogę wypić więcej niż dwa piwa, jeśli chcę jutro normalnie funkcjonować. Okoliczności zewnętrzne się zmieniły, my też się przecież zmieniliśmy, jednak nasza relacja zupełnie nie. Wszechświat ma swoje stałe punkty, bardzo mnie ta świadomość uspokaja.

Read Full Post »

W (bez)domu

Samolot przyspieszył i wylądował kwadrans przed czasem. To w sumie pół godziny krócej niż w tamtą stronę. Jet stream, mówi Ryjek, Jet lag, odpowiadam i wchodzę do łóżka z Karlem Ove Knausgardem, tom drugi. Wciągnął tak mocno, że odechciało mi się spać. Dzięki temu w nocy mogłam przespać regulaminowe osiem i pół godziny, jak dziecko, i wstać w niedzielę przed siódmą rano, jak bardzo upierdliwe dziecko. Wyszłam na balkon w chłodny poranek. To ostatnie poranki wychodzenia na ten balkon. Niedługo zrobi się zimno i nie będzie już kolejnej żoliborskiej wiosny. Półtora roku temu kolejna żoliborska wiosna wisiała na włosku, prawie się wyprowadziłyśmy, i czułam się wtedy okropnie. Świadomość rychłej utraty wychuchanego domu, mojego okna, przez które patrzę na lipę i sroki, gdy szukam właściwych słów i sformułowań, wszystkich sąsiedzkich rytuałów, sparaliżowała mnie wówczas i wpędziła w stany lękowe. Długo nie mogłam o tym mówić. Dzisiaj wyprowadzka wydaje mi się czymś najnaturalniejszym w świecie. Stałam na balkonie i próbowałam wywołać w sobie poczucie straty. Bez skutku. Ulica Potocka, ze swoim basenem, zaprzyjaźnioną pizzerią, ze swoimi kasztanami i tymi młodymi strażakami, których mijałam w ostatnich latach w piątki wieczorem, gdy wracałam z hiszpańskiego, a oni wyruszali właśnie na weekendowe przepustki, nie niosła już dla mnie tamtych emocji. Za tydzień wywiozę pierwsze książki, być może także letnie ubrania. Już nie umyję tego okna. Jeszcze starym zwyczajem przyczepiłam nad biurkiem nową muzealną pocztówkę, ale raczej dlatego że nie wiedziałam za bardzo, co innego z nią zrobić.

Read Full Post »

Na zwiedzanie Frankfurtu miałam jeden dzień i żadnego planu. Wychodząc z domu E., miałam tylko zatrzasnąć drzwi. Oczywiście w obliczu takiej ostateczności nie stanęłam na wysokości zadania: nie wzięłam ze sobą mapki, okularów przeciwsłonecznych ani mojej empetrójki. Pamiętałam schemat miasta, wiedziałam, gdzie się mam kierować, i tyle. Po godzinie weszłam do wielkiej księgarni i niestety wyszłam innymi drzwiami, na inną ulicę. Zgubiłam kierunek i cel. Nie wiem, gdzie jestem, ale to nie szkodzi, pomyślałam i poszłam przed siebie. I chodziłam tak cały dzień, korzystając z mapek na przystankach tramwajowych. Dotarłam nawet do miejsca, w którym dzieje się akcja ostatnio przetłumaczonej przeze mnie powieści. Wszystko jest jak w książce, może poza buspasem i ścieżką rowerową. W samo południe usiadłam w ogródku niewielkiego bistro na małym placyku, oddalonym nieco od głównych ulic. Wystawiłam twarz do słońca, zjadłam, wypiłam, zapisałam notatkę. Przy sąsiednich stolikach ludzie robili mniej więcej to samo. Wszyscy skierowani ku słońcu. Gdy wstawałam, zamroczona trochę tym nieustępliwym październikowym światłem i wypitym piwem, potknęłam się malowniczo. To nic, pocieszyłam się, kiedyś jeszcze będę porządną dziewczynką. Porządną kobietą, poprawiłam się od razu. Może nawet wydorośleję. I uśmiechnęłam się, bo sama w to do końca nie wierzę.

Read Full Post »