Kanały:
Wpisy
Komentarze

Symptomatycznie

Informacyjna Agencja Radiowa donosi:

W hiszpańskim regionie Walencja zabrakło pieniędzy na edukację. Od czerwca szkoły nie dostają pieniędzy od lokalnego rządu i czterystu pięćdziesięciu z nich grozi zamknięcie. Jeśli tak się stanie, 300 tys. uczniów zostanie pozbawionych nauki w szkołach. „Drodzy politycy: Czy macie dzieci? Czy wam nie wstyd? Czy jesteście świadomi?” – transparenty z takim hasłem wywieszono na budynkach wielu szkół w Walencji. W niektórych obsługa i nauczyciele nie dostają pensji. A we wszystkich, teraz, przy niskich temperaturach, uczniowie noszą do szkoły nie tylko podręczniki, ale też koce, bo placówek nie stać na ogrzewanie. Części z nich grozi odcięcie prądu. Od ponad pół roku lokalny rząd nie przesyła szkołom pieniędzy. Sytuacja finansowa Walencji jest najtrudniejsza spośród wszystkich hiszpańskich regionów. Już dawno zabrakło pieniędzy na refundowane leki i trzeba było zamknąć kilka oddziałów w szpitalach. Dlatego kilka dni temu agencja Moody’s obniżyła rating regionu do poziomu niewypłacalności finansowej.

Gdy zamykamy szkoły i szpitale, chyba pora po prostu zamknąć państwo. Pod złowrogim okiem agencji ratingowych politycy wiją się jak piskorze, starając się za wszelką cenę utrzymać swoje stołki. Zapowiedziany na 2012 rok koniec świata, jest pewnie w rzeczywistości końcem świata, jaki znamy. Coraz większe płaty tynku odpadają z kolorowych fasad schyłkowego „społeczeństwa dobrobytu”.

Kwiecień w styczniu

W średniowieczu jedną z dat, od których zaczynano nowy rok był 25 marca. Pogoda, jak panuje w tych pierwszych dniach 2012 roku sugeruje, że być może niepostrzeżenie doszło do powrotu do tej tradycji. Mam wrażenie, że rok 2012 rozkręca się dość leniwie. W poniedziałek – niby już zwykły dzień roboczy – natknęłam się na zamkniętą piekarnię i zamkniętą aptekę (remament refundacyjny). We wtorek wybrałam się do specjalistycznej księgarni i tam też pocałowałam klamkę. Być może sezon świąteczny dopiero dogorywa, a chwilami naprawdę wiosenna pogoda nie sprzyja zagrzebaniu się w pracy. Ale mimo wszystko mnie chce się pracować. Odnotowuję przypływ nowych sił, pomysłów, chęci i pewności siebie.

Zajrzałam do księgarni Leksykon na Nowym Świecie. Biały kot z charakterystycznym dla kotów spokojem wylegiwał się na przecenionych szwedzkich kryminałach.

 

Pierwsza

Po świątecznym obżarstwie najbardziej smakuje mi pitny jogurt o smaku suszonej śliwki. Gdybym wznosiła noworoczne toasty, pewnie wzniosłabym właśnie nim. Jeszcze przed północą rozmawiałam telefonicznie z Bratem Krzysiem o aktualnych problemach świata: zmianach klimatycznych i kapitalizmie. Rok 2011 był rokiem zmian i wstrząsów. Rok 2012 będzie… rokiem jeszcze większych zmian. Na lepsze. Nie może być inaczej. Nie po to bujnie rozkwitam, by zwiędnąć nie przyciągnąwszy wpierw najpracowitszych pszczół i najtłustszych bąków.

Po drugiej stronie

Delikatne poczucie schyłkowości towarzyszy mi, jak zwykle, tuż po świętach. Jak zwykle też gdzieś tam w środku czai się poświąteczna dziura wyryta przez miłe chwile w rodzinnym i przyjacielskim gronie, smaczne jedzenie i podniosły nastrój. A raczej dziura wyryta przez zakończenie tychże. W otchłań zapadła przedwigilijna krzątanina, przykładanie biżuterii do strojów i dekorowanie blisko sześciometrowej choinki. A także dzielenie dnia między zastawiony wszelkim jadłem stół a stolik przeznaczony do karcianek, kolędowanie na nowo nabytej przez Tatę fisharmonii z demobilu oraz bezpieczne rytuały spożywania, dzielenia się i podsuwania sobie nawzajem. Nawet przedświąteczny śnieg zapadł się w tej otchłani, odsłaniając burą ciemność najkrótszych dni w roku. Tak bardzo dojmująca się ona okazała, że ściskała mnie w samym środku nocy za serce. Po kilku dniach burości nastał jednak słoneczny poranek i wiem, że przeszłam po raz kolejny ten rite de passage w stronę odzyskującego moc słońca. Kalendarz na przyszły rok ma kojący kolor czerwieni.

Notka na zimę

Spadł śnieg i w dodatku dzień jakoś nie może się zacząć. Jeden z najkrótszych dni w roku jest ciemny, ponury i mokry. W przejściu podziemnym przy metrze Marymont pojawił się – jak co roku – akordeonista grający kolędy. W tym przedświątecznym amoku tłum jest dla niego hojny. Drzwi okolicznych sklepów nie zamykają się. Zawsze przed Bożym Narodzeniem mam wrażenie, że ludzie tak kręcą się wokół tych przygotowań, bo dręczy ich niepewność, czy faktycznie nastąpi to przesilenie, dzień zacznie się wydłużać, nadejdzie nowy rok z nowymi sprawami, nową nadzieją. Czytam biografię siedemnastowiecznej królowej Krystyny Szwedzkiej. Czy za pewnością przyszłości może przemawiać świadomość istnienia tysiącleci spisanej historii?

Prawo serii

Jeszcze nie rozeszły się poranne wydania gazet z wiadomością o śmierci Havla, a już świat zeletryzowała wieść o śmierci Kim Dzong Ila. Cóż za perfidna dialektyka – każdy Havel ma swojego Kima, a każda Violetta Villas swą Cesarię Evorę. Jakby anody i katody przywódców, pieśniarskich diw.

Święta zbliżają się dostojnym krokiem mimo przedłużającej się (już nie złotej) polskiej jesieni. Ładnie wyglądają oświetlone drzewka na Placu Wilsona. W warzywniaku do południa wykupili wszystkie śledzie (jestem świadoma delikatnej absurdalności tego zdania). Dawno, ale naprawdę dawno, nie miałam takiej fazy na czytanie powieści. Wręcz łykam kolejne książki, najchętniej te w twardej oprawie.

Ja natomiast jestem wierząca niepraktykująca. To znaczy mam ustawienia chrześcijańskie, ale nie potrafię uczestniczyć w organizacji.  Chyba w ogóle raczej nie lubię organizacji, nawet małych, nawet towarzyskich. Nigdy nie miałam do tego głowy, nie mam w sobie karności, nie lubię liderów, autorytetów, statusów, hierarchii, nie umiem się słuchać. Nie chodziłam do przedszkola, teraz myślę, że to może być powód.

http://wyborcza.pl/1,75248,10750980,Polski_Nobel_2040__Wygrala_Maslowska.html#ixzz1fZaEZSS1

Dorota Masłowska świetnie podsumowała niechęć do „przynależenia”, która zastanawia mnie we mnie samej od lat. Może to przedszkole jest dobrym wyjaśnieniem. Edukacja przedszkolna również mnie ominęła. Mieszkałam w domu jednorodzinnym i nie uczestniczyłam w osiedlowych dziecięcych grupach nieformalnych. Kiedy poszłam do szkoły, trudno mi było wejść do jakiejś grupy, a na utworzenie swojej nie miałam charakteru. Ukształtowało mnie spędzanie czasu samej, w bezpiecznym kokonie książek i zabaw w pojedynkę lub w malutkim gronie młodszych członków rodziny. Więc chociaż ciągnie mnie na barykady, trzymam się od nich z daleka, bo na barykady chadza się w grupach. Jałowy bunt nasila mi się zwykle w świetle przedświątecznych neonów. Denerwuje mnie na przykład sposób, w jaki miły w gruncie rzeczy kult Św. Mikołaja został przemieniony w targowisko próżności.

W ciepłych krajach

Pierwszy raz we Wrocławiu. Wita mnie remontowy rozgardiasz na dworcu i miękka mgła. Ale jest ciepło, choć pochmurno. Dużo masywnych gotyckich budynków. Zastanawiam się z jakim innym miastem mogę porówanć Wrocław. Pachnie trochę Gdańskiem (kolorowe kamieniczki i ceglane budynki), a smakuje jakby Berlinem (podobny chaos i inspirujący spleen). A tramwaje na wąskich uliczkach nasuwają na myśl miasto idealne, które gdzieś tam noszę z tyłu głowy. Żałuję, że nie mam czasu pozwiedzać więcej. Tylko pospieszne spacery, głównie wieczorem. Mam wrażenie, że w przeciwieństwie do Warszawy, Wrocław jest spokojny. Ludzie się tu nie spieszą i nie tłoczą. W przeciwieństwie do Krakowa nie jest napompowany swoją ważnością i kulturalnością. Ale jest pewny siebie i swoich atutów. W powietrzu jest tu coś ciepłego, swojskiego. Wrócę wiosną, by sprawdzić te swoje pierwsze wrażenia.

Pytania epistemologiczne zdecydowanie poprawiają mi humor, gdy rano, patrząc na przejeżdżający tramwaj, biorę pod uwagę możliwość, że nie on istnieje, będąc – jak wszystko – jedynie wytworem mojego umysłu?
Czyim jednak wytworem jest mój umysł? Rzeczy istnieją, bo bóg na nie patrzy – powiedział Berkeley. A jeśli on też nie istnieje? CZy zostaje nam wówczas jedynie pokrętna teologia „Matrixa”?

Na Krakowskim Przedmieściu rozłożył się berliński mini-jarmark bożonarodzeniowy. Currywurst i Gluehwein. Śnieg jeszcze mógłby spaść, bo się ten listopad niebezpiecznie przeciąga i boję się, że wejdzie także głęboko w grudzień.

Porządek panuje w Warszawie

Serce mam po lewej stronie, ale jakoś nie potrafię złapać się na lep niezwykle medialnych haseł o „powstrzymywaniu faszyzmu”. Może dlatego, że są tak bardzo medialne. Może dlatego, że dla mnie faszyzm to nie tylko grupa silnych chłopców pod skompromitowanymi historycznie znakami. Z wierzchu wygląda to tak, że my, „lewomyślni” pod kierunkiem redaktorów czołowego liberalnego dziennika oraz coraz bardziej establiszmentowej lewicy z rogu Nowego Świata i Świętokrzyskiej, w obowiązkowym świetle kamer bratnich mediów informacyjnych, mamy „odzyskiwać” ulice i święta z rąk faszystów, fanów Romana Dmowskiego i – być może – Adolfa Hitlera, „pseudopatriotów” zafiksowanych na punkcie feministek i gejów. Tkwi w takim rozumowaniu jeden zasadniczy błąd. Kibolstwo i Młodzież Wszechpolska wcale nie zawłaszczyli tych ulic. Wręcz przeciwnie, wychodzą na nie – tak samo jak my – żeby je dla siebie „odzyskać”.

Kto według uczestników Marszu Niepodległości zabrał im ulice? „Cywilizacja śmierci”, „światowe lewactwo”, może nawet „żydokomuna” geje, feministki czy inni cykliści. To nie jest odosobniony dyskurs brunatnych grupek, lecz uprawomocniony nurt polskich gazet, posłów ze wszystkich partii, wreszcie szerokich mas w internecie, wśród nich jest mnóstwo dobrze ubranych, łagodnych ludzi, którzy nigdy w życiu nie mieli na twarzy kominarki, a w rękach racy.

Na ulicy Marszałkowskiej w Warszawie stanęli naprzeciwko siebie ludzie, którzy nie czują się właścicielami ulic i koniecznie chcą je „odzyskać”, wroga upatrując w przeciwnej stronie barykady. Każda z tych stron miała inny pomysł na wyrażenie swoich potrzeb. Marsz Niepodległości zamienił się w regularną bitwę z policją, podczas gdy po drugiej stronie dominowała „kolorowość” i „odświętność”, którą starały się złamać faszystowskie bojówki (doniesienia są sprzeczne – jedni twierdzą, że im się to udało, inni, że nie). Przyglądali im się prawdziwi „właściciele” ulic: witryny banków, kolorowe billboardy, modne kawiarnie. Plus zaaferowani reporterzy w swoich wypasionych wozach transmisyjnych, pokorni słudzy na pierwszej linii. I tym ostatnim się szczególnie dostało.

Wydaje mi się, że chodzi o gniew. Kanalizowany przez odpowiednie siły. Gniew silnych chłopaków wykorzystywany przez skrajne formacje i gniew „lewomyślnych” skierowany umiejętnie na „faszystów” i Dmowskiego. Walka symboli, w której nie ma i nie może być zwycięzców. W takich bitwach zawsze wygrywają służby porządkowe, a tracą zwykli ludzie, którzy mają nieszczęście w miejscu starć mieszkać, pracować, prowadzić interesy czy zwyczajnie przechodzić. Gniew brunatnych został na moment rozładowany. Frustracja lewomyślnych zrekompensowana moralnym zwycięstwem na Marszałkowskiej. Jak długo uda się w ten sposób zarządzać tymi niszczącymi emocjami, nie rozwiązując ich prawdziwych przyczyn?

W internecie

Przeszukiwałam dzisiaj sieć w poszukiwaniu informacji o wywiadzie, jakiego Stalin udzielił Eisensteinowi i Czerkasowowi (potrzebne do tłumaczonej przeze mnie książki). Natknęłam się na stronę polskich stalinistów (sic!). Istnieją tacy. Jest ich może niezbyt wielu, ale za to są dobrze zorganizowani i przydzielają nawet stypendium dla jednego studenta (ekonomii, administracji bądź prawa) rocznie. Aby dostać stypendium, należy opisać swoje pomysły na pracę „po rewolucji”. Przy całej mojej sympatii dla lewicy i ruchów antykapitalistycznych, przeglądanie tej strony raczej mnie przerażało. Oczywiście zaraz zaczęłam zastanawiać się, czy to nie dlatego, że jestem kulturowo  uwarunkowana antystalinowsko. Czy na przykład trockiści wzbudziliby we takie samo przerażenie? Miałam poczucie dotykania czegoś brzydkiego, niestosownego. Jakbym przeglądała pornografię albo strony organizacji nazistowskich. Może tu leży pies pogrzebany? Stalin i Hitler to dwaj bliźniaczy zbrodniarze. I znowu: czy jestem tak kulturowo uwarunkowana?

Nie dziwią mnie, choć obrzydzają, zwolennicy Hitlera. Dziwią zwolennicy Stalina. Dziwi mnie, że mnie dziwią.

Wspaniałomyślny google podsunął mi jeszcze podczas tego przeszukiwania zdjęcia młodego Stalina. Sympatycznie na nich wyglądał. Na jednym nawet się szeroko uśmiechał – w niczym nie przypominał groźnego satrapy z lat późniejszych. Czy będąc młodym gruzińskim rewolucjonistą, przypuszczał, że zostanie władcą połowy cywilizowanego świata?

Książka, którą tłumaczę jest analizą konstruowania mitów carów Iwana i Piotra, od XIX wieku po czasy radzieckie. Czy właśnie niechcący dotarłam do sedna mitu Stalina, który został mi kulturowo przekazany? Jak został on skonstruowany? Czytam fragmenty wierszy poświęconych radzieckiemu władcy i zastanawiam się, czy dzisiaj ktoś napisałby tak o kimkolwiek? Dajmy na to o Michaelu Jacksonie. Albo kapitanie Wronie. Czy dzisiejsze postacie publiczne są dla zwykłych ludzi trwałymi punktami odniesienia, jak miało to miejsce jeszcze pół wieku temu?

W internecie na koniec dnia zdjęcia z moskiewskiego świętowania rocznicy rewolucji październikowej. Sierp i młot. Lenin i Stalin. wiecznie żywi?

Sen zimowy

Czas przestawiony. Ja też się przestawiłam. Budzę się wcześnie rano i o północy idę spać. Idea czasu zimowego do mnie nie przemawia. I tak nie uniknie się tych kilku tygodni wstawania w nocy, niechby chociaż popołudnia nie kończyły się tak drastycznie, prawie zaraz po obiedzie.  Święta też skończyły się drastycznie. Goście odjechali, groby zostały nawiedzone, znicze rozstawione, ciasta zjedzone. Został napierający świat. Po okiennych szybach tłuką się na wpół śnięte muchy. Chciałabym przez kilka chwil nic. Ale jest wiele coś. Najciemniejsza ciemność panuje zawsze w listopadzie.

Mam mały kryzys organizacyjny. Napierają na mnie sprawy do załatwienia, prace do zrobienia, pliki do wysłania, dokumenty, płatności, wreszcie nowe zajęcia. Piątki zrobiły mi się multijęzyczne. Od konwersacji hiszpańskich poprzez cotygodniową pracę nad tłumaczeniem z angielskiego, nad którą siedzę w spokojne piątkowe przedpołudnia i wczesne popołudnia po niemieckojęzyczne konwersatorium z filozofii społecznej.

Odkąd jeszcze bardziej pracuję w książkach, mniej czytam. Przeraża mnie nieco ta prawidłowość, więc nieczytanie chętniej składam na mniejszą ilość czasu. Planuję nadrobić w trakcie rodzinnych świąt, które już za tydzień…

Przekładanki

W autobusie 116, którym jeżdżę kilka razy w tygodniu koło południa „grasuje” niewidoma starsza kobieta o kuli. Wsiada na przystanku Muranowska. Ktoś (raz byłam to ja) pomaga jej, kieruje do wolnego miejsca (mnie przeszkolono pokrótce na zajęciach z audiodeskrypcji, jak pomagać niewidomym, żeby ich nie urazić i faktycznie im pomóc, więc teraz mam misję). Kobieta następnie maca wszystkich dookoła, prosząc o pieniądze. Wysiada przy Kapitulnej. Podejrzewam, że wycieczkę tę odbywa potem jeszcze kilka – może kilkanaście razy. Opatrzyła mi się. Ale ostatnio jej pojawienie się w autobusie 116 wywołało krótką sekwencję wywołujących uśmiech zdarzeń. A może raczej gestów. Kobiet wsiada, siedząca obok drzwi starsza kobieta ustępuje jej miejsca. Siedząca po przekątnej młoda kobieta ustępuje miejsca starszej kobiecie. Siedzący naprzeciwko młody mężczyzna ustępuje miejsca młodej kobiecie. Wszystko to w przeciągu pół minuty. Malutki łańcuch życzliwości.

W posturodzinowy weekend piję herbatę ze sprezentowanego mi kubka i wśród zapachu sprezentowanego mi kadzidełka czytam sprezentowaną mi książkę. Czeka na mnie jeszcze kąpiel ze sprezentowaną mi lawendową kulką do kąpieli (w kształcie gwiazdy). Sama sobie sprezentowałam zaś kurs przekładu literackiego. Moszczę się w życiu.

Oburzamy się

Gdy czytam felieton będący komentarzem do innych felietonów, zatytułowany „Oburzeni na oburzonych na oburzonych”, a pod nim komentarz: „jestem oburzony na oburzonych na oburzonych na oburzonych”, myślę sobie, że Polska to jest jednak kraj gombrowiczowskich oburzonych na wszystko i wszystkich. Ja tam lubię się zdrowo pooburzać. Sprawia mi to endemiczną, wręcz hormonalną przyjemność. Oburzam się w zaciszu domowym, najczęściej w towarzystwie Ryjka2, czytając rózne prasowe doniesienia lub dzieląc się z Ryjkiem naszymi codziennymi doświadczeniami. Mało konstruktywne to nasze oburzanie się. Nawet na marsz oburzonych się nie wybrałyśmy. Wolałyśmy spacer po Sadach Żoliborskich w ramach festiwalu „Warszawa w Budowie”. Ciekawy był – otworzył mi nowe pola odniesienia. Jutro w Coco de Oro kolejne ciekawe spotkanie – mam nadzieję, że dotrę. Pojutrze w Coco de Oro moje własne urodziny. Tak oto prywatne i publiczne spotyka się na jednej płaszczyznie. A nawet kubiku.

Złota polska jesień w promocji

Znowu śmignęłam przez kawał Polski, zadziwiona trwałością zieleni lasów. Gdy spojrzeć na przydrożne rowy i podleśne pola widać dywany opadłych żółtych liści, natomiast podnosząc wzrok nie dostrzeżemy października – drzewa są nadal przeważnie zielone. Ciepły wiatr codziennie zmusza do zdejmowania kurtek i odsłaniania szyi.

Kampania wyborcza? Ja mam w głowie kampanie promocyjne. Zagęściło się wokół mnie działaniami i pracami. Wszystko jest dobre, wszystko daje mi jakaś taką cichą radość. Czasami tylko łapię się na myśli, że gdyby po powrocie do domu zastać w nim coś ciepłego, coś eksluzywnie własnego, coś kojącego, coś w najdalszym stopniu intymnego, to byłabym prawie spełniona. Choćby na moment. Ale muszę chyba przyzwyczaić się do tego braku. Czasami widzę z pełną jasnością, że będzie on trwałą częścią mojego życia. Dobrze, że są na przykład orzechy, olejek lawendowy, wciagające książki o Bośni, filmy o Harrym Potterze i Ryjek2.0 w sąsiednim pokoju.

Z rozpędu zakupiłam kilka biletów na Warszawski Festiwal Filmowy. Na pewno nie dlatego, że nie mam co robić. Ale chce mi się absolutnie wszystkiego i jak mi coś przychodzi do głowy, po prostu to robię.

Jesień protestu?

Pierwszy październikowy weekend przynosi doniesienia o nowych protestach. Zaostrzyła się sytuacja w Nowym Jorku, gdzie policja aresztowała 700 osób, twierdząc, że złamali przepisy ruchu drogowego. W Portugalii po raz pierwszy zorganizowane zostały masowe protesty przeciwko cięciom budżetowym i obniżeniu się poziomu życia mieszkańców.  W Chile trwa protest związany z fatalną sytuacją szkolnictwa, który doprowadził już do rozmów – na razie bezproduktywnych – z tamtejszym rządem na temat zwiększenia finansowania szkół i uczelni, wsparcia biedniejszych uczniów i studentów oraz reformy systemu. Niemcy natomiast spotkali się ponownie w Stuttgarcie, gdzie rok temu policja brutalnie rozpędziła mieszkańców protestujących przeciwko „nowoczesnej” zabudowie terenów w centrum miasta. W Warszawie natomiast odbył się protest lokatorów przeciwko prawu umożliwiającemu eksmisję na bruk. Spacerowałam sobie akurat w okolicach Sejmu na godzinę przed planowanym rozpoczęciem protestu, patrząc na uzbrojonych po zęby policjantów. Jakaś kobieta w średnim wieku podeszła do obsługi armatki wodnej, wytykając z oburzeniem, że wobec ludzi, którzy przyjdą tu zaraz walczyć o swoje prawa przygotowuje się takie środki wywierania siły. Problem legitymizacji władzy drastycznie się zaostrzył. Gdy zdesperowani znaczącym pogorszeniem się jakości życia ludzie idą demokratycznie zaprotestować, rządzący stawiają przeciwko nim świetnie wyposażoną, gotową na każdy scenariusz policję. I pod jej osłoną przemykają swoimi limuzynami na ważne spotkania, szczyty i konwencje, zapominając, że robią to tylko dlatego, bo kiedyś w wyborach dostali mandat od tych ludzi, od których teraz odgradzają się stalowymi barierkami. Nie rozumieją, że takie zachowanie podgrzewa ogólną atmosferę. Grecja do dzisiaj targana jest niepokojami i tamtejsze demonstracje są brutalne, bo w grudniu zeszłego roku uzbrojona policja zastrzeliła protestującego piętnastolatka. Śmierć drobnego gangstera z rąk londyńskiej policji doprowadziła do wielodniowych rozruchów, zniszczeń i podpaleń. Wiele krajów podskórnie się gotuje  i nadejdzie taki czas, że medialna konferencja, która nic nie wnosi, nie załagodzi już napięcia. Trzeba będzie ruszyć tych uzbrojonych policjantów lub ustąpić na całej linii. W 1989 roku komuniści ustąpili i doszło do przemian. W 1789, gdy ancien regime ustapił, też doszło do przemian, ale było już za późno na pokojowe załatwienie spraw. Polała się krew i pospadały głowy. Koniec historii to bujda. Nie wierzmy, że nic takiego nie może już nastąpić. Być może już nadeszła pora na prawdziwe zmiany…

Tęsknota za czasami analogowymi

Włożywszy sztruksowe spodnie oraz koraliki na rękę, Ingrid udała się do modnego warszawskiego klubu na koncert zespołu Świetliki, którego fanką została jeszcze w poprzednim tysiącleciu. Frontman tegoż zespołu i skądinąd znany poeta krakowski kończy w tym roku 50 lat. „Starzeją się nasi idole i my starzejemy się wraz z nimi” – pomyślała Ingrid. Poeta Świetlicki stoi zdecydowanie w poprzek swoich czasów. Otóż, nie przyjmuje on do wiadomości wprowadzonego w zeszłym roku zakazu palenia papierosów w miejscach publicznych i pali na scenie. Nazywa dzisiejsze czasy „jedną wielką budką telefoniczną” i pyta retorycznie publiczność, czy faktycznie ma ona sobie tyle do powiedzenia. Zapowiada swoją śmierć i namaszcza następcę – rezolutnego rapera Pablopavo. Odprawia swoje misterium, ale pospiesznie i bez przekonania, bo trudno o nabożne skupienie, gdy z boku dochodzą cię zapachy kuchni, pod sceną najwierniejszych fanów odgrywają dziwni ludzie w korporacyjnych uniformach, nagrywający wszystko swoimi podręcznymi urządzeniami multimedialnymi, w tle słychać gwar rozmów i szczęk talerzy. Kolejka do kibla kończy się przy wejściu na scenę, a z drugiej strony wiszą majtki Madonny czy innego Prince’a. Poznajecie to miejsce? Najdroższe piwo w moim życiu.

Wieści o polskiej nauce

Zajrzałam sobie dziś na wydział do Ryjka2, gdzie trwają przygotowania do międzynarodowej konferencji. Ryjek w prawdziwym szale ustawiania stołów, standów, zawieszania strzałek itp. odmówił udania się na wspólny lunch. Za to otrzymałam lekcję poglądową na temat kondycji polskiego uniwersytetu. Dwaj doktorzy i trzy doktorantki biegali ze stołami, śrubokrętami i krzesłami w ogólnym bałaganie po-rekrutacyjnym i przed-remontowym tego piętra. Zażartowałam z nowych zadań polskich naukowców na co Ryjek odrzekł: „Najwięcej do powiedzenia mają magistrzy, a najwięcej robią doktorzy”. Przez moment pomyślałam, że może pani z mopem, którą minęłam na dole to była sama pani profesor, kierowniczka zakładu przygotowującego ową konferencję, co dopełniłoby karnawalizacji tej sytuacji. A może wystarczyła do tego kartka na drzwiach balkonowych obok sali konferencyjnej, na której administracyjna ręka (bo już nie komputer) napisała: „Wyjście na taras zostało zamknięte z powodu opadającego tynku”. Muszę przypomnieć Ryjkowi, żeby przygotowali wersję angielską dla uczestników tej międzynarodowej konferencji! Gdy tak podziwiałam ogólny bałagan, do grupki pracujących podszedł inny doktor z zakładu z pytaniem: „Co zrobić z zasłonami, w których są dziury?”. Nie rozsuwać – było chyba najrozsądniejszą odpowiedzią. Przy czym dowiedziałam się, że reprezentacyjna sala konferencyjna tego budynku ma nie tylko dziurawe zasłony materiałowe, ale także „rolety w strzępach, których nie ma sensu w ogóle ruszać, bo się jeszcze rozsypią”. Ogólnie bardzo miło i ładnie. A – byłabym zapomniała – sąsiedni budynek przechodzi właśnie remont elewacji i dojście do wydziału z jednej strony zostało bardzo skomplikowane, prowadzi zresztą przez jakieś podwórka. Zresztą wcale nie jest powiedziane, że jutro nie zacznie się remont kondygnacji, na której też jutro zaczyna się konferencja. Bardzo się na to upiera dyrektor administracyjny budynku, wywołując u wszystkich zgrzytanie zębów. Ta sama osoba jakis czas temu w ramach cięć ustaliła koniec codziennej pracy ekipy sprzątającej na godzinę 15.00. W efekcie sprzątania nie mogły się doczekać pokoje, w których „urzędują” pracownicy naukowi. Z tego prostego względu, że w przeciwieństwie do administracji kończą oni pracę raczej po 15.00. W końcu okna umyli i kurze powycierali sami doktorzy i magistrzy. Wprawdzie żadna praca nie hańbi i pewnie zdrowo czasem podnieść się znad książek i trochę pogimnastykować, ale chyba nie za to płaci im uniwersytet?

Dopóki to się nie zmieni. Dopóki miejsca odbywania się konferencji nie będą przygotowywać pracownicy techniczni i administracyjni, tylko ci, którzy za moment będą wygłaszać na niej referaty. Dopóki nie zapewni się naukowcom stabilnych biurek i działających komputerów i tych czystych okien. Dopóki laboratorium na zajęcia nie zostanie wyposażone z pieniędzy wydziału, a nie ze zrzutów z grantów pracowników (które przecież przeznaczone są na badania, a nie na sfinansowanie praktycznych zajęć ze studentami wpisanych w plan studiów). Dopóki… [tu wpisz inne absurdy związane z zarządzaniem poszczególnymi jednostkami uniwersyteckimi], dopóty wszystkie reformy ministerstwa to są tylko kosmetyczne zmiany, takie tam przelewanie z pustego w próżne czy zmienianie nazw i definicji. W polscej nauce, jak w wielu innych dziedzinach naszego życia społecznego, potrzebna jest gruntowna rewolucja, przewartościowanie wszystkich aspektów tej działalności. Głębokie zastanowienie się, po co to wszystko się robi.

Nie mogę się oprzeć, żeby w tym miejscu nie przypomnieć:
http://pawianprzydrodze.wordpress.com/2011/06/18/kupujemy-owce-czyli-systemy-ulatwiajace-prace/

Wink

Lubię, gdy lato ociąga się z odchodzeniem. Ale jesień powoli się zaczyna rozgaszczać. [Czy istnieje taka forma czasownika "rozgościć"?]. Widzę ją w suchych liściach na chodniku, skorupkach po kasztanach, nadciągającej żółtości Parku Żeromskiego.

Dużo pracy. Dnie spędzam przed komputerem aż do zesztywnienia karku. W międzyczasie podkradam jakby kolejne rozdziały fascynującej książki T. Judaha ” The Serbs”.

Mam dużą potrzebę zmiany stylu ubierania się. Wydaje mi się, że fizycznie się nieco zestarzałam [nic w tym złego, po prostu stwierdzam fakt]. Osuwam się w odmęty post-trzydziestki. Chciałabym mieć też nową fryzurę. Najlepiej z grzywką w stylu lat 20. XX wieku.

Od jakiegoś czasu już nie „stawiam czoła”, ani  nie „walczę”, ani się nie „staram”. Po prostu żyję, a każdy dzień przynosi to, co ma przynieść. Dobrze się w tym wszystkim na razie odnajduję. Nie trzeba już szukać czy nadawać sobie sensu drobnymi przyjemnościami. To one są sensem.

Starsze pozycje »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.