Kanały:
Wpisy
Komentarze

Mapa lektur

Ryjek2 skończyła czytać “Gułag” Anne Applebaum, stwierdzając, że była to książka trudna pod względem emocji, jakie wywoływała. Znam te emocje. Właśnie jestem pomiędzy “Dziennikiem” Victora Klemperera a uksiązkowiony zbiorem artykułów śledczych pod tytułem “Hiszpania oskarża”, które opowiadają o zbrodniach junt wojskowych w Argentynie i Chile. Można czytać tylko po jak najmniejszym kawałku dziennie, chociaż lektura wciąg,a odsłaniając niezbadane dotąd przeze mnie pokłady rzeczywistości. Czuję, że wrócę wkrótce do późnego Cortazara. Do Klemperera dołożyłam Theodora Fontane w oryginale, chyba po to, żeby zrozumieć przywiązanie autora tego dziennika z czasów narodowego socjalizmu do kultury i społeczeństwa, które go odrzucają. Do tego “Język na wygnaniu” Kertesza, “Pamięć autobiograficzna” Maruszewskiego i “Powiedzieć prawdę o historii” Appleby/Hunt/Jacob. I kiedy tak na ten zestaw popatrzeć, to widać, że ma to jakiś wewnętrzny ład i sens. A jeśli dorzucić kilka książek juz przeczytanych i jeszcze nie złożonych na swoich miejscach na półkach, to widać ten sens jeszcze bardziej. Czasem dziwię się kiedy na kwestię przeczytaną niedawno w jednej książce, natykam się w innej, pozornie niezwiązanej. Albo nawet w takiej przekartkowywanej w księgarni czy bibliotece. Słówko angielskie czy niemieckie, które wypisuję sobie do sprawdzenia, spotykam chwilę potem w filmie albo gdzieś w internecie, kompletnie przypadkowo, i rozumiem już jego sens bez odwoływania się do słowników. Z tego wszystkiego tworzy się mapa mojej wiedzy, na której pracowicie zapełniam białe plamy. Linie brzegowe i uproszczoną hipsometrię mam już nakreślone, teraz trwa wędrówka przez mniej lub bardziej dostępne tereny, niby znajome na swój sposób i oczywiste, a w gruncie rzeczy dopiero poznawane.

Ja też tęsknię

Akcja Rafała Betlejewskiego “Tęsknię za Tobą, Żydzie” poruszyła we mnie pewną strunę. Strunę, która od lat wydawała mi się ograna, ale teraz okazało się, że dawno jej nie dotykałam. Wydawało mi się, że mam to już uporządkowane, rozłożone na czynniki pierwsze i poznane, ale to tylko warstwa racjonalna. Duchowo, a raczej emocjonalnie niewiele się zmieniło przez ostatnie 15 lat. Strona www.tesknie.com mi to uświadomiła.

Nie wiem, dlaczego zainteresowałam się Żydami, kiedy byłam nastolatką. Moja mama fascynowała się tym tematem, podobnie jak historią najnowszą i czasem o tym rozmawiałyśmy. Raczej o antysemityzmie, marcu ‘68 niż o samej Zagładzie. To była pierwsza połowa lat 90., słowo “Żyd” było odmieniane przez wszystkie przypadki w mediach i na ulicy naszego powiatowego miasteczka, oczywiście w pejoratywnym sensie. Budziło to sprzeciw mojej mamy i nauczyłam się po prostu tego sprzeciwu od niej. Zaczęłam wtedy czytać Singera i wkrótce otworzył się przede mną nieznany i fascynujący świat. Singer umieścił akcję wielu swoich książek w miejscowościach, które znałam. Goraj, Biłgoraj, Piaski. To było ciekawe jeszcze bardziej, czytać o własnych rodzinnych okolicach w światowej literaturze. A ze słowniczka na końcu książki dowiadywać się, czym jest Święto Kuczek, co to jest menora, a co macewa. 
Na studiach czytałam mądre książki naukowe, wspomnienia, powieści. Poznawałam ludzi o podobnych zainteresowaniach, poszerzałam swoją wiedzę. Współpracowałam z fundacją zajmującą się stosunkami polsko-żydowskimi. Brałam udział w jej programach, spotkaniach, seminariach. Czytałam i rozmawiałam. Po pewnym czasie miałam wrażenie, że wiem już wszystko, czego potrzebuję wiedzieć na ten temat.

Z ciekawości zajrzałam na stronę projektu “Tęsknię za Tobą, Żydzie” i we wpisach zwykłych ludzi z całej Polski odkryłam wspólny mianownik, w dodatku współgrający z moimi własnymi odczuciami. Tym mianownikiem jest poczucie straty. Co ciekawe, piszą o nim ludzie młodzi, którzy nie byli świadkami Zagłady. Którzy nigdy nie zaznali wielokulturowego świata II Rzeczpospolitej.

Wychowywałam się w ciasnych światopoglądowo latach 80. W czasach pontyfikatu papieża – Polaka, naznaczonych walką  z obcym (sic!) systemem, tłumnym chodzeniem do kościoła i zamykającą na wszelką inność retoryką. W mojej szkole podstawowej głównym wrogiem były Niemcy, w moim otoczeniu rodzinnym wrogiem byli Ruscy, a w tle czaił się wróg, którego większość nie widziała na oczy, ale wszystko, co nie było winą Niemców albo Ruskich przypisywała jemu – Żydowi. Wszyscy byliśmy oczywiście Polakami, modliliśmy się do cudownych obrazów Matki Boskiej, budowaliśmy wielkie kościoły “na pohybel władzy”. W tym krajobrazie nie było miejsca na jakąkolwiek inność. 
Przeszłość związana z mniejszościami została wyparta ze zbiorowej pamięci. dopiero niedawno dowiedzialam się, że niszczejący budynek dwie ulice od mojego rodzinnego domu jest dawną synagogą. Nagrobki opisane cyrylicą na lokalnym cmentarzu wytłumaczono mi w dzieciństwie zaborem rosyjskim i dopiero w encyklopedii wyczytałam, że należą do diakonów z cerkwi, która dzisiaj jest oczywiście kościołem. 

To wszystko tworzy w świecie mojego dzieciństwa szeroki obszar niepamięci. Dla mnie, dla mojego pokolenia, nie jest to zapomnienie, bo nie miałam wcześniej pamięci o miejscowych Żydach, Ukraińcach, Niemcach, tylko właśnie niepamięć, która przeszkadza. Obszar silnie stabuizowany, do którego chce się jednak dotrzeć. I zrozumieć.
Tak odbieram wpisy gości na stronie www.tesknie.com. Jako niekoniecznie zracjonalizowane dążenie do przezwyciężenia niepamięci. Ale też jako chęć wyjścia poza wtłoczone w głowy schematy rozumienia przeszłości. Sposób uprawiania historii najnowszej w dzisiejszej Polsce jest za bardzo osadzony w kategoriach dobra i zła, winy i kary, ofiary i zbrodniarza. Tylko że w ten sposób nigdy nie wyjdziemy poza zbieranie dowodów na z góry założone tezy. Polskie społeczeństwo stoi przed koniecznością podjęcia swoistej terapii historycznej. Projekt Rafała Betlejewskiego może być jedną z jej form. Na początek wyjdźmy ze stanu niepamięci.

List

Droga Ingrid,
Wiem, że głowę masz pełną pomysłów. Że każdego wieczoru przed snem układasz w niej długie literackie i zaangażowane teksty. Wiem, że czytasz mnóstwo, z różnych dziedzin, a efektem tego jest przemożna chęć nawiązania, polemiki, podsumowania, jednym słowem napisania własnego tekstu korespondującego z tamtymi. Widzę, jak lekko się wzdrygasz, gdy ktoś cię pyta, czy napisałaś coś nowego. Widzę, jaki problem sprawia ci napisanie notatki, nie będącej wypunktowanymi hasłami. I jak się męczysz nad każdą linijką maila, listu motywacyjnego, ba, czasami nawet smsa albo statusu na facebooku. Widziałam, że ostatnio nie zapisałaś ani jednego pełnego zdania na chorwackim. Same kolumny słówek do nauczenia, oderwane od szerszych kontekstów, jakieś takie wykoślawione, znowu nie będzie ci się podobał twój zeszyt, bo będzie zbyt chaotyczny i nieczytelny. Możesz sobie przenieść dziennik z biurka na nocny stolik, możesz sobie czytać poezji, ile tylko chcesz, możesz rozrzucać po całym pokoju karteczki z rachitycznymi notatkami, możesz naświetlać sobie nocą wygląd i cechy charakterystyczne swoich powieściowych postaci. Wszystko możesz. Pamiętaj tylko, że to ja decyduję, czy cokolwiek z płodów twojego umysłu stanie się literowym ciałem. To ja jestem być albo nie być białych kartek w zasięgu twojej ręki. To, że zdecydowałaś pokolorować je akwarelkami, jest ostatecznie też moim zwycięstwem. Wyroki moje są niezbadane, a surowość przysłowiowa. Więc składaj mi całopalne ofiary z małych ikeowych ołówków, z plików wordowskich i przynajmniej jednego notesu w onenote. Zamiast wieczornej modlitwy wertuj pokornie słowniki wszystkich znanych ci języków, a książki układaj w pobożne skupienia. Być może wejrzę wtedy na ciebie łaskawym okiem i odejdę dręczyć innych mistrzów grafomanii.
Tymczasem mocno ściskam,
Twoja Blokada Pisarska

Przed przełomem

Doszłam do wniosku, że rok 2010 będzie moim rokiem. W końcu urodziłam się 20 października. Mam w sobie zaskakująco dużo optymizmu w związku z tą koincidencją. Magia liczb.

Szopka przy kościele pokamedulskim w Lasku Bielańskim odkrywa nieznaną dotąd tajemnicę. Małego Jezuska w żłóbku ogrzewały dwa spasione koty. Maryja i Józef z przejęciem świeżo upieczonych rodziców, pokorni pastuszkowie, wzniosłe anioły, mędrcy z darami i grzeczne bydlątka – wszyscy trzymają dystans do tego małego wcielonego sacrum. Tylko koty ładują się bez pardonu do kołyski i przepychają między sobą, nie zwracając uwagi na pobożną atmosferę. I dlatego pewnie nie zostały wymienione w Piśmie, a kolędy o nich milczą.

“Dom zły” i zima zła…

W przedświąteczny weekend lud pracujący ruszył na centra handlowe. Przynajmniej tak wynikało z doniesień sióstr i braci, my z G. udaliśmy się do lokalnego kina na popołudniowy seans “Domu złego”. Znudzona obsługa puściła film tylko dla naszej dwójki. Podobał mi się. Sprawnie zrobiony, dobrze zagrany, uderzający naturalnością rozgrywających się wydarzeń. Przedstawiający odarty ze złudzeń i ideologii obraz polskiej prowincji. Nie mogłam się zgodzić z usłyszanymi bądź przeczytanymi opiniami, że za dużo wódki, za dużo moralnej brzydoty, za dużo zbydlęcenia, że przesada i epatowanie. Być może nie same wydarzenia i nie wszystkie motywacje, ale ogólna atmosfera takiej prowincji jest mi znana od dziecka. I to mnie uderzyło, bo nie byłam dotąd aż tak bardzo świadoma jej natury. Co nie znaczy, że prowincja nie ma swoich zalet. Jest tu taka dziwna przytulność, bo wszystko jest mniejsze, bardziej swojskie, oczywiste. Takie wrażenie potęguje jeszcze wszechobecny śnieg głośno piszczący pod butami. A mój widok z okna na pobliski targ ma w sobie coś z Breughla. Mróz przenika przez szybę. Kot mruczy na kaloryferze. Światełka na balkonie naprzeciwko mrugają anemicznie, a samochody posuwają się ostrożnie po nieodśnieżonej ulicy. Choinki, karpie, olej rzepakowy, jajka, orzechy i miód. Spokój i czytanie “Hobbita”. A gdyby nie było aż tak zimno, może nawet spacer po uśpionych polach. Po filmie i podróży przez kawał kraju mam wrażenie, że na śniegu wszystko widać wyraźniej. Także w metafizycznym sensie. I dlatego białe święta mają przewagę nad szarymi…

Ogłoszenia:
1. Znalazłam w skrzynce spamowej kilka kometarzy, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Nie rozumiem, dlaczego zostały tam przeniesione, bo niektóre są od tych, którzy już tutaj komentowali. Przywróciłam je i będę teraz pilnować, żeby nic nie zalegało wśród spamu niepotrzebnie. Zainteresowanych bardzo przepraszam za niedopatrzenie:)

2. Poszukuję dobrego przepisu na sałatkę z wędzonego łososia. Do wieczora przed wigilią. Będę bardzo wdzięczna za jakiekolwiek sugestie:)

Na swoim miejscu

Wczorajszy masaż dał mi sporą dawkę pozytywnej i nienachalnej energii. Skończyło się czytaniem w nocy ksiązki filozoficznej po niemiecku. Czułam jak otwiera się mój umysł i chlonie, chłonie, chłonie. Chcę znowu zagłębić się w świat kantowskich pojęć. Po raz kolejny uświadamiać sobie różnicę między Verstand a Vernunft. Przeczytanie “Krytyki Czystego Rozumu” było chyba największym przeżyciem poznawczym podczas całych moich studiów filozoficznych. A przynajmniej, czułam wtedy, że coś faktycznie poznaję.

A potem leżałam długo w nocy, kompletnie się nie przejmując upływającymi godzinami. A każdy mój mięsien i każda najdrobniejsza cząsteczka były na swoim miejscu. Harmonia. W głowie przyjemne pączkowanie myśli, z tego rodzaju, jakiego nie doświadczałam od lat.

A teraz śnieg wiruje za oknem, topniejąc desperacko na dachach i chodnikach. Zima przyszła w samą porę. Ma szansę nadać odpowiedni koloryt końcowi tego przedłużającego się roku.

13 grudnia

Mój pierwszy masaż hawajski lomi-lomi. Poznałam na własnej skórze znaczenie wyrażenia “czuć się jak nowonarodzona”. Masowana po głowie i karku miałam wrażenie, że jestem noworodkiem wychodzącym na świat, gdzie nie ma jeszcze swoich nawyków, tików nerwowych, wyuczonych gestów i nabytych zwyrodnień poszczególnych części ciała. To wrażenie pogłębiło się podczas końcowej części masażu, gdy rozciągano mi całe ciało. Przez moment naprawdę myślałam, że pierwszy krok dopiero przede mną. 

A na zewnątrz waleczny świat. Jakieś stowarzyszenie zorganizowało insenizację pałowania przez ZOMO demonstracji. Kilka tygodni temu dostałam maila, że poszukują chętnych do odegrania pałowanych demonstrantów. Nie poszukiwali chętnych na zomowców. Więc nie o inscenizację tutaj chodziło, ale o podarowanie namiastki pewnej wspólnoty. Wspólnoty pamięci. Nikt przecież nie chciał być Niemcem w tuż powojennych zabawach w wojnę. Ciekawe, kto się poświęcił w dzisiejszej zabawie-niezabawie i pałował ludzi, którymi sam chciałby być?

Jak żyć? Filozofia na potem

Wstawać niespiesznie i przyspieszyć na godzinę przed wyznaczonym terminem gdzieś na mieście. Jechać metrem i czytać wiadomości z ekraników. Nie czytać z twarzy współpodróżnych. Zakupić wełnianą spódnicę, ciepłą tunikę i legwarmery. “Będzie zima. fenomenalnie. Zima”… czy jakoś tak to szło. Na imieniny siostry zakupic sobie pęk róż. Posprzątać. Wyprać rajstopy. Myć włosy co trzy dni i nigdy w czasie pełni księżyca. W południe wysłuchać z godnością kościelnej melodyjki (zamiast dzwonów). Przeczytać “Orchideę” Świetlickiego/Grina/Grzegorzewskiej. Śmiać się przy tym krótkim urywanym śmiechem. W wybranych momentach. Na kolację zjeść bigos od Mamy. Zjeść bigos. Zjeść bigos. Zje…

Dodaj nowy wpis

Kolejna negatywna odpowiedź w sprawie pracy. Tych, których nie było, nawet nie liczę. Czuję się jak pod wulkanem. Jak przebić się poprzez tłum, setkę, czasem kilkaset osób? Gdzie jeszcze się skierować, skoro ogłoszenia, na które mogłabym odpowiedzieć, ściekają ostatnio jak krew z nosa? Co dalej z tym wszystkim robić? Z tym wszechogarniającym poczuciem zbędności. Z tymi dniami upływającymi na pozorowanych działaniach, przy kiepskim samopoczuciu, które ja określam mianem przyplątanej choroby, ale coraz głosniej rozlegają się głosy, że to strategia ucieczki. Niech wam będzie. Kiedyś nosiłam na barkach problemy całego świata, dzisiaj nie radzę sobie z jedną dość lichą egzystencją. Wstyd się przyznać, nie radzę sobie.

Śniłam dzisiaj, że był już czerwiec, próg lata, a pogoda była stale taka sama jak w tych tygodniach. Dotarło do mnie, że nie było zimy, nie bylo wiosny. Świat zaciął się i nie może ruszyć z miejsca. Dodawanie nowych wpisów w niczym tu nie pomoże, ale jednak je dodaję, wiedziona jakimś prymitywnym instynktem. Przynajmniej w tym kalendarzu upływ czasu coś zmienia.

Miazmaty

Świat się zlistopadził. Niepokój narasta. Najpierw wszystkie jego przyczyny leżały na zewnątrz mnie. W innych miejscach i w innych ludziach. Teraz, mam wrażenie, lęki mi się zinternalizowały. Te podskórne drgania nerwów. Wczoraj nagle przez moment odczułam coś, czego nie odczuwałam od tamtej wczesnej wiosny w Budapeszcie. Egzystencjalny lęk o możliwość przetrwania. Śniła mi się Wyspa Św. Małgorzaty zamknięta dla zwiedzających, otwarta dla myśliwych polujących na kaczki, które lecą przezimować w delcie Dunaju. I ja tam byłam, szłam jesiennym parkiem i żałowałam postrzelonych kaczek, które wpadały do wody stracone dla myśliwych, dla siebie, dla świata. Na jawie zadzwoniłam do teatru zarezerwować bilety, pani była nieuprzejma, prawie mnie zbeształa, kiedy odkładałam telefon ręce trzęsły mi się, jakbym znowu miała dwadzieścia lat i wszystkie najdrobniejsze sprawy do załatwienia były dla mnie niczym wyprawy Indiany Jonesa. Codziennie wieczorem wydaje mi się, że jutro będzie przełomowy dzień. Codziennie po południu zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest. A mimo to nadzieja podstępnie przychodzi znowu, kładzie się w łóżku od ściany i kusi swoimi wizjami, na które coraz słabiej się nabieram. Przymykam oczy, a na niebie mleko, za oknem wiatr, w ustach smak czekoladek o muszelkowatych kształtach.

Od dwóch tygodni rzesze studentów w Austrii i Niemczech okupują swoje uniwersytety, protestując przeciwko komercjalizacji wyższej edukacji. Sprzeciwiają się opłatom za studia, limitom miejsc na poszczególnych kierunkach, niskim budżetom państwowych uczelni. To w wymiarze praktycznym, bo w ogóle chodzi tutaj o sprzeciw wobec panującej obecnie tendencji do uczynienia z uniwersytetu szkoły produkującej zunifikowanych absolwentów, gotowych do bezmyślnego harowania w korporacjach na zaspokajanie wymyślonyche przez przemysł reklamowy potrzeb.

Polskie media mainstreamowe nie informują za bardzo o protestach. Wzmianki ograniczają się do okupacji sal uniwersyteckich w Austrii, wynikających, jak piszą Gazeta Wyborcza i Rzeczpospolita, z zajmowania miejsc na austriackich uczelniach przez studentów z Niemiec. Ta teza została bezmyślnie skopiowana z artykuł w Spieglu i kompletnie nie ma poparcia w rzeczywistości, ani nawet w logice. Co ciekawe, nawet tak medialne wydarzenie jak marsz protestujących przez ulice Wiednia został praktycznie zignorowany. Nie wspominając rzecz jasna o wyrazach solidarności, jakie protestujący studenci zbierają w całym świecie. Nie tylko od studentów, ale także od ruchów alterglobalistycznych, związków zawodowych i zrzeszeń akademickich (w tym także wykładowców). Pewnym odpryskiem tego protestu była sprawa niedoszłego zwolnienia kilkuset pracowników obsługi lubelskiego UMCS. Do planowanych cięć w zatrudnieniu nie doszło po publicznym proteście znanych naukowców, osób publicznych, związków zawodowych i organizacji lewicowych. Media w Polsce jednak nie połączyły austriackich protestów z sytuacją w Lublinie. W ogóle brakuje jakiejkolwiek szeroko dostepnej refleksji na ten temat.

Właściwie mnie to nie dziwi. W Gazecie Wyborczej i Polityce toczyła się dość ożywiona dyskusja nad kondycją polskiej nauki i szkolnictwa wyższego. Wnioski z niej wynikają niewesołe, ale uderza brak jakichkolwiek rewolucyjnych postulatów. Za bezsporne przyjęło się na przykład ingerowanie biznesu w ścieżki kształcenia. Oczywiście w imię lepszego dostosowania absolwentow do rynku pracy. Z westchnieniem przeszło się do porządku dziennego nad faktem, że tysiące młodych ludzi zostało oszukanych nadzieją, że z wyższym wykształceniem będą pożądanymi i dobrze opłacanymi pracownikami. Przyklepało istniejące układy i wypaczenia systemu. Zgadzam się, niewiele da się zrobić. Niewiele da się zrobić bez zmiany paradygmatu myślenia o edukacji wyższej.

Jedenaście lat temu weszłam w mury wówczas i ponoć nadal najlepszej uczelni w kraju. Nie wiedziałam wtedy, czego chcę, ale wiedziałam, że zaczyna się długo wyczekiwany okres w moim życiu. Zdobywanie wiedzy. Ukończyłam taki kierunek, który wywoływał dookoła usmieszki i pytania “a co ty po tym będziesz robić?” No więc robiłam już po tym różne rzeczy i pewnie będę ich jeszcze robić pięć razy tyle. Studia nie odpowiedziały na wiele moich pytań, ale nauczyły mnie szukać na nie odpowiedzi. Chociaż czasem gotowy klucz byłby prawdziwym błogosławieństwem, nauczyłam się cenić własne, niełatwe dochodzenie do nich.

Chciałabym, żeby uniwersytet pozostał miejscem, gdzie szuka się sposobów na rozwiązanie problemów, a nie podtyka gotowe odpowiedzi. Gdzie kwitnie swobodna myśl i dyskusja, podejmuje się działania pochodzące z wewnętrznej potrzeby, a nie za najważniejsze uważa się zaliczenia i kolejne punkty w CV. Chciałabym, aby student podczas inmatrykulacji cieszył się nadchodzącym okresem poszukiwań, a nie sposobił do wejścia od pierwszych zajęć w jedną z kilku dostępnych ról, które będzie wypełniał do końca życia. Dlatego popieram protesty w Austrii i Niemczech. Mam nadzieję, że i u nas wkrótce zmieni się klimat.

Chcę, byśmy mogli zdobywać wiedzę, a nie tylko byli informowani. W myśl hasła w tytule, cytatu z deklaracji protestujących studentów.

Monadologia stosowana

Powoli wychodzę z kokona. Jakbym przez ostatnie dni i tygodnie była wyrzuconą z systemu monadą. Rozmawiam, ale się nie komunikuję. Desperackie próby porozumienia. Słowa krążą i celują we mnie, ale nie są w stanie mnie nawet zranić. Już lepiej. Już ja wypełniam całą siebie. Jestem już w dłoniach i stopach, dotrę wkrótce także do paznokci. Przepuszczam przez siebie światło. Miewam się ostatnio lirycznie…

 

Sick of it all

Od trzech tygodni odchodzący i nachodzący ból gardła, trudności z oddychaniem, zatkanie nosa. Plus brak słońca. Kiedy wreszcie kiedyś się pojawiło na pół dnia, Ryjek2 zrezygnowała nawet z dezercji z porannego wykładu. Na niebieskie niebo patrzyłyśmy jak na jakąś zorzę polarną. Znowu można sprawdzać godzinę patrząc na Pałac Kultury. Jego czubek nie tonie we mgle i chmurach.

Mój poziom niechciejstwa sięgnął dna absolutnego. Tylko Absolut – wódka dla filozofów, powiedziałam wczoraj, kiedy wujostwo chciało koniecznie napoić mnie mocnym alkoholem. Miało mi to pomóc na gardło. Nie do końca się udało, bo wstałam z gorszym samopoczuciem niż dzień wcześniej. Stawiam jednak na napar z rumianku. Podróz minęła szybko, a od rana czuć świąteczną gorączkę. Ja tylko czekam na rosół i bigos. Słabo mówię, nie mogę sie bronić. Tylko się uśmiecham, półgębkiem, bo duża ilość leków znieczuliła mi nieco okolice ust. Rozumiem kotkę, która chowa się przed najazdem ludzi w swoimdotąd spokojnego domu. Jest tylko kotem, myśli chyba, że jak wsadzi łebek pod łapkę, to jej całej nie widać. Ma błagalne spojrzenie, przykrywam ją troskliwie kołdrą.

Chciałabym tylko dwóch podstawowych rzeczy. Być zdrową i żeby z powrotem było lato.

Parszywie

Wyszłam pod koniec jednego festiwalowego seansu i prawie zemdlałam. Film był beznadziejny, a jedna scena za bardzo drastyczna jak dla mnie. Nie było też świeżego powietrza. Po raz pierwszy w życiu czułam, że odpływam ku nieświadomości i chyba tylko kop adrenaliny, wywołany strachem przed upadkiem na środku pieprzonych Złotych Tarasów wśród obcych, obojętnych ludzi, pomógł mi dojść do siebie.

Z zadziwiającą konsekwencją odechciewa mi się po kolei wszystkiego. Jakbym szorowała brzuchem po samym dnie egzystencji. W miejsce bólu wsącza się obojętność. Kościół, w którym chciałam się na moment schronić, został obdarty z sakralności. Totalny remont wnętrza. Stara średniowieczna sztuczka nie wyszła. W dzień lęku i kakofonii myśli przeczytałam bagatelny kryminał ”Cień templariusza” Nurii Masot. Zadziałało. Ludzie dookoła krzyczą bezgłośnie. Dołączam. Długi, długi prysznic. Mam problemy ze skupieniem się, ale chcę już odbić się od tego dna. Uśmiech, uśmiech, ku słońcu. Jeszcze będzie ciepło tej jesieni. Rozprostuję zgrabiałe palce, napiszę siebie od nowa, upłynie wieczór i poranek, będzie kolejny dzień i wszystko będzie w końcu dobre. Wierzę.

Przejście

Więc jednak zima. Zaatakowała dziś rano dość ostro Warszawę. Śnieg pada całkiem intensywnie od kilku godzin. Przez całe lato człowiek ma wrażenie, że już zawsze będzie mniej lub więcej ciepło. A potem nadchodzi taki dzień jak dzisiaj. Połowa października też zwykle kojarzy się z jesiennymi opadami liści bardziej niż z opadami śniegu. Od wczoraj mruczymy sobie z G. o przeprowadzce na południe.

Połowa października, więc intensywnie oglądam filmy. Niektóre lepsze, inne zdecydowanie słabsze. Tylko jedna fabuła sprawiła, że wyszłam z kina z nadzieją. Uznałam ten film za dobry, pozostałe raczej za średnie. Nie sztuka postawić standardową diagnozę, trzeba jeszcze zaproponować odpowiednie leczenie. Obrazy, które widziałam pełne zerwanych więzi międzyludzkich i społecznych, ucisku, manipulacji, przemocy, alienacji, bezsensu. Cały świat (patrząc na przekrój narodowości twórców) miota się i krwawi. Może to takie odzwierciedlenie wszechogarniającej niepewności, co dalej z tą naszą ludzką cywilizacją…

Bo, wbrew pozorom i na przekór oczekiwaniom, ten padający za oknem śnieg przyniósł mi spokój i wrażenie przytulności. Tylko, że ja jeszcze nie wychodziłam dzisiaj na dwór…

Nobel na nowe otwarcie

Pokojowy nobel dla Obamy rozwścieczył polskie elity z ławy komentatorskiej. Zarzucają komitetowi, że laureat jeszcze sobie na nagrodę nie zasłużył, bo zaledwie od ośmiu miesięcy jest prezydentem USA. Że nadal trwa wojna w Iraku i Afganistanie, a ostatnio USA pomrukują groźnie w stronę Iranu. Że Obama rozmowy z przywódcami chińskimi stawia przed spotkaniem z Dalaj Lamą. Co bardziej kreatywni szukają prawie spisków: to nagroda za odsunięcie Busha, albo wręcz za niebycie Bushem, nagroda politycznie poprawna, honorująca pierwszego czarnoskórego prezydenta Stanów Zjednoczonych, nagroda koniunkturalna, bo Obama jest raczej celebrytą niż politykiem, świetnie sprzedaje się w mediach. To ostateczny upadek prestiżu Pokojowej Nagrody Nobla – tak brzmi często ostateczne słowo w tych rozważaniach.

Mam wrażenie, że cos ważnego umknęło polskim myślicielom politycznym. A przynajmniej ich znaczącej większości. Barack Obama jest prawdziwym prezydentem przełomu. Wystarczy prześledzić, jakie emocje i nadzieje wzbudził w szerokich masach amerykańskich – od gett po uniwersytety z Ivy League. Polityka, jaką proponuję jest odmienna od tego, z czym mieliśmy do czynienia przez ostatnie lata. I nie mówię tylko o ośmioletniej kadencji Busha. Obama dał swoim wyborcom nadzieję na wybrnięcie nie tylko z kryzysu ekonomicznego, ale także z kryzysu idei, spowodowanego w dużej mierze przez dominację myśli neoliberalnej i neokonserwatywnej. Obiecał zakończenie toczonych obecnie wojen i rozwiązywanie problemów na drodze dyskusji międzynarodowych, a nie z pozycji siły. Jego idea totalnej zmiany wbudziła też nadzieje w innych krajach. Nie jest to widocznie taka zmiana, jakiej chcieliby polscy komentatorzy, którzy najwidoczniej nie mogą się pozbierać po decyzji o niebudowaniu tzw. tarczy antyrakietowej. Zimna wojna skończyła sie 20 lat temu i nie można już prowadzić polityki w ten sam sposób, niezależnie czy teraz wrogiem będzie Rosja, Iran, talibowie, czy Osama Bin Laden. Barack Obama chce innej polityki i zaczyna wprowadzać ją w życie.

Moim zdaniem pokojowy nobel dla Obamy jest właśnie głośnym przyklaśnięciem tym ideom. Świat potrzebuje zmiany, niezależnie co sobie myślą polscy redaktorzy i tzw. amerykaniści. Widzę też dodatkową korzyść z takiej decyzji Noblowskiego Komitetu. Nagrody przyznane Kofi Annanowi, Szirin Ebadi, Jimmy’emu Carterowi czy zeszłoroczny nobel dla Maarthi’ego Ahtisari zaowocowały ledwo kilkoma okolicznościowymi artykułami prezentującymi dorobek laureatów. I ewentualnie sprawiły, że kilka odczytów i konferencji zostało uświetnionych obecnością tych noblistów. Tegoroczna decyzja, poprzez swoją kontrowersję i zasięg medialny – wszak każdy zna Obamę z TV – ma szansę nagłośnić problematykę zaprowadzenia pokoju na świecie poprzez działania rządów, a nie tylko mniej lub bardziej lokalnych działaczy. Mam nadzieję, że w ciagu kilku najbliższych tygodni przeczytam w polskiej prasie rzetelną, niestronniczą analizę propozycji Obamy w tym względzie. Z uwzględnieniem, co może przy tym zrobić rząd polski.

A emocjonalne reakcje w stylu “Nobel-Srobel”, “NieNobel roku”, “deprecjacja nagrody” to się panie i panowie nadają do magla, a nie do debaty publicznej.

Kulminacja

Na Pałacu Kultury wreszcie jakiś przyjazny baner. Warsaw Film Festival się zaczyna. Dwudziestypiąty, jubileuszowy. Przypadkiem szłam ostatnio obok miejsca, gdzie niegdyś mieściło się kino Skarpa. Teraz mieści się tam kupa gruzu po nim. Kiedyś kolejka po bilety zakręcała aż do stacji benzynowej (która nadal się mieści na swoim miejscu). Teraz to tylko kilkuminutowy zator na pierwszym piętrze empiku przy Marszałkowskiej. Dokładnie naprzeciwko wspomnianego baneru. Ładnie się to wszystko zapętla i kulminuje w tłoku i smrodzie popołudniowego metra w kierunku Młociny. Mam mnóstwo książek do czytania i coraz bardziej bolące gardło. A córeczka mej Przyjaciółki wyprorokowała ostatnio wiosnę. No i przyszła wiosna. Sweter, chusta i ciepłe rajstopy wydają się zbędne. No ale to gardło…

Na wsi

Stoimy nad stawikiem i rzucamy stary chleb rybom. Nagle rozlega się niski przeciągły i nienachalny dźwięk. Muczy krowa. “Myślałam, że to twój telefon” – mówię. “Ja też tak myślałem” – odpowiada on. A ryby cmokają, ciamkają, pluskają donośnie. Palce i buzie mamy wysmarowane jeżynami.

W poszukiwaniu igliwia

Wiatr, deszcz i ogólnie zimno. Jeszcze tydzień temu grzało się twarz na słońcu, a zima nie istniała w niczyich planach. A tu znowu się okazało, że chmury nie muszą być wcale imponująco burzowe, ale takie wiszące całymi dniami i nocami nisko, prawie na wyciągnięcie ręki, brudnoszare i sikające nieprzyjemnym deszczem. Po tegorocznym pobycie w obszarze śródziemnomorskim doszłam do wniosku, że najgorsze upały da się przeżyć. I zdecydowanie znielubiłam zimę, a zwłaszcza jej miejską pluchowatą wersję. Mam ochotę najeść się igliwia, jak mieszkańcy Doliny Muminków, i wycofać się w ciepłe miejsce do wiosny. W mailach i poczcie głosowej ustawić autorespons: “Sen zimowy. Odpowiem w marcu.” W oknie pojawił się zamglony księżyc i mnie wyśmiał. Bezczelny. Sezon śliwkowo-gruszkowy przeradza się w miodowo-czekoladowy, więc w końcu pora wybrać się na jogę, by następnego lata nie być zmuszoną do wymiany garderoby na numer większą.

U progu jesieni

Każdego ranka budzą mnie odgłosy świata zewnętrznego. Od ekipy układającej chodnik z kostki bauma po jednej stronie mieszkania, przez ekipę wycinającą suche gałęzie po drugiej stronie mieszkania po hardkorową polewaczkę uliczną robiącą sobie kryterium uliczne pod moim oknem przed piatą rano. A w ciągu dnia najróżniejsze emocje, własne i otoczenia. Ciągle coś się dzieje, plany na kolejne dni zmieniam jak przysłowiowe rękawiczki i do tej pory nie dotarłam na upragnioną jogę…

Nadal jest ciepło, letnio, słonecznie. Przypominam sobie minione wrześnie z 10-stopniową temperaturą, huraganami i deszczami. Wrześnie z okresu tuż-przed-grzewczego, gdy marzłam pod kołdrą i kocami, wypatrując z niepokojem, co przyniesie kolejna jesień. Wyrosłam z tego wypatrywania. Z wielu rzeczy wyrosłam. Ale nadal nie noszę wysokich obcasów…

Starsze wpisy »