Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Kubizm’ Category

Pośnieżnie

Podróże na znanych trasach. Bociany moszczą gniazda, dzielnie zniosły biczowanie śniegodeszczem. Poświąteczne dni w domu rodzinnym naznaczone są zjadaniem ostatnich jajek i resztek sernika. Książki sobie przywiozłam, grube, mądre, interesujące, ale niekoniecznie je czytam. W „Historii Ziemi” zatrzymałam się tuż przed wielkim utlenianiem. Tymczasem wolne chwile wypełniają mi „Star Trek: The Next Generation” oraz niezliczone mecze piłki nożnej. W przerwie na sen znowu wracam do szkoły i znowu nie chodzę na lekcje matematyki (powtarzający się koszmar, tym razem w wersji light). „To wszystko bez sensu – tłumaczę komuś – przecież już zdałam maturę i nawet skończyłam studia. Nie wiem, czemu jeszcze muszę chodzić do szkoły”. Ale i tak w końcu się pojawię przed ironicznym obliczem belfra, wśród uśmieszków klasy, tłumacząc się z kilkumiesięcznej nieobecności.

Read Full Post »

Pistacje

Nigdy właściwie nie doceniałam tych niewielkich zielonych orzeszków. Kilka razy w życiu skosztowałam, ale nie wzbudziły we mnie takich emocji jak nerkowce lub swego czasu migdały. Chyba nawet orzechy laskowe wydały mi się bardziej adekwatne jako przekąska niż pistacje. Wszystko to do czasu. Dwa tygodnie temu odwiedził nas Tato i na prośbę Ryjka przywiózł „trochę pistacji”, które kupił w ulubionym dyskoncie. To trochę to było blisko dwa kilogramy. Spróbowałam. Jadłam. Jadłam więcej. Jadłam do momentu, gdy zostały same zamknięte w łupinach. Tydzień później nocowała u nas koleżanka, która wpadła do Warszawy na weekend. Jest na jakiejś dziwnej diecie i miała ze sobą paczkę pistacji, którymi mnie poczęstowała. Rano wyjechała, a pistacje zostały. Zjadłam prawie wszystkie. Zostały tylko te zamknięte w łupinach. W poniedziałek poszłam na bazarek na zakupy. Gdy młoda dziewczyna z warzywniaka ważyła dla mnie mandarynki i marchew, nie mogłam nie zauważyć, że jej starsza koleżanka (matka? szefowa?) podjadała tymczasem pistacje z wielkiego pojemnika. Nie było sensu kupować, możliwe, że zostały same zamknięte w łupinach.

Read Full Post »

Sen o Juracie

Śniło mi się, że byłam w Juracie. Była pełnia lata, gorący dzień. Spędzałam tam samotne wakacje, a Jurata była wielkim kurortem o wybetonowanym nabrzeżu. Leżałam na słońcu i patrzyłam na odbijające się w wodzie budynki. Wyglądało to jak podwodne miasto. Nagle wstałam i postanowiłam zejść z palącego słońca. Było samo południe, a ja nie posmarowałam się olejkiem. Postanowiłam pójść do Jastarni, bo przecież zawsze spędzałam wakacje w Jastarni, tam wszystko było znajome i dobre. Tam zjem obiad, kupię olejek i zażyję kąpieli. Długo szłam wybetonowanym nabrzeżem, potem piaszczystą plażą, mijałam kurortowe wieżowce. Wreszcie wsiadłam do autobusu, który wysadził mnie na jakimś obleśnym żużlowym placu, niby tamtejszym dworcu autobusowym. Szłam dalej w stronę miasteczka i gdy spojrzałam w stronę morza zobaczyłam, że po pięknym słonecznym dniu nie ma śladu. Nad wodą wisiało przerażająco czarne niebo. Przeszedł mnie dreszcz, ale szłam dalej. Między straganami, po zdewastowanej plaży, patrząc co jakiś czas na zegarek, który wskazywał co chwila kolejną godzinę. A cel ciągle się oddalał, aż poczułam, że się zgubiłam. Że minęłam miasteczko, nie wchodząc do jego centrum. Jedynym plusem byli ludzie. Podczas gdy w słońcu Juraty siedziałam sama w tłumie na plaży, w mroku Jastarni nawiązywałam znajomości, rozmawiałam z interesującym mężczyzną na plaży, potem z właścicielką straganu ze strojami kąpielowymi, w przelocie bawiłam się z obcymi dziećmi, i cały czas czekałam na spotkanie z koleżanką, która gdzieś tam w miasteczku miała czekać na mnie.

Read Full Post »

Au

Być może uprawomocnione jest twierdzenie, że tworzenie poezji po Au to barbarzyństwo. Wielu jednak pisało, na przykład ten pan, co głosił, że śmierć jest mistrzem z Niemiec. Tworzył poezję, odcisnął swe piętno i się zabił. Paru kronikarzy tamtego bolesnego okresu, podróżników po obozowej Europie też się zabiło, ale najpierw pisali. A niektórzy pisali, ale się nie zabili, na przykład taki jeden Węgier, który pewnego razu był uprzejmy podpisać mi egzemplarz swojej powieści. Miał taki cierpliwy uśmiech.

Co sprawia, że jedni wychodzą z Au, otrzepują kurz i powoli wtapiają się w życie. Płodzą i rodzą dzieci, budują domy, sadzą przeróżne rośliny i dokarmiają koty, a inni tego robić jakoś nie mogą – fakt, że przeżyli jest dla nich gorszy od perspektywy śmierci. Wszyscy oni widzieli to samo, a jednak inaczej. Tam, gdzie jeden widzi koniec, drugi dostrzeże początek, nową nadzieję po katastrofie. Czy ta zdolność do przetrwania i odbudowy jest zapisana w genach? W psyche? Czy ja, przeżywszy Au, potrafiłabym dalej żyć, czytać poezję?

Moi nie byli w Au. Ale też nie mieli wesoło. Patrzyli na rozstrzelanie mężów, ukrywali się przed wywózką do Niemiec, na Sybir, siedzieli na lubelskim Zamku za tych, co poszli do lasu, znosili bombardowania, kryli się w głuszy przed nadchodzącym ze wschodu frontem, dzierżąc w ręku noworodka. A potem jakoś podnosili się, rodzili i płodzili dzieci, pracowali, budowali domy, poszerzali obejścia, jeździli koleją do poniemieckich miast, zasiedlali poniemieckie folwarki, zapominali nawet, gdzie złożyli tajną broń z konspiracji. Śmiali się, bawili na weselach, przybierali stosowne miny na pogrzebach. Czy przekazali mi swoją siłę? Czy sprawdziłabym się, gdyby nadeszła pora?

Read Full Post »

Na wachcie

Wyż rosyjski przysuwa się i odsuwa, jak w regularnym walcu, sprowadzając co kilka dni mróz i słońce. A potem, gdy się cofa, następuje odwilż. Prace redaktorskie. Kreślę całe zdania, piszę je od nowa, pozbywam się kalek, zbędnych imiesłowów. W pewnym momencie dochodzę do strony, na której widać już, że tłumacz przestał się starać. Lubię poprawiać, cyzelować, szukać lepszych brzmień, ale nie znoszę cudzego niechlujstwa. Nagle zaczyna dokuczać niekonsekwentne formatowanie, podwójne spacje, poprzekręcane cudzysłowy i „…to to, co…”. A także bełkotliwa treść oryginału. Z tej irytacji znalazłam sobie motto na początek roku.

Zły tłumacz jak uczeń czarnoksiężnika uprawia złą magię – gdyż zadaniem tłumaczy jest tłumaczenie magicznych formuł i języków „obcych”, niezrozumiałych kodów innych ludzi, potężnych zaklęć, których przekłamanie może spowodować koniec świata. Zły tłumacz grzeszy brakiem powagi w stosunku do własnego kodu, deformuje relację między myślą a językiem, produkuje koślawe potworki. Zły tłumacz, znęcając się nad bezbronnym oryginałem, łamie nakaz ahimsy, niekrzywdzenia. Zły tłumacz trafi do piekła tłumaczy, gdzie będzie po wsze czasy tłumaczył instrukcje obsługi wideł. 

(Rozmowa Adama Pluszki z Barbarą Kopeć-Umiastowską, dwutygodnik.com)

Read Full Post »

Kilka dni, kilkaset stron „Mojej walki” i kilkanaście tysięcy kalorii później. Niepokój przełomu roku; podsumowania i postanowienia. Świat stał się brudnobiały i znowu trzeba ostrożnie stawiać kroki.

Read Full Post »

Nastrój

O 1:25 w nocy w dzień Wigilii odkładam „Moją walkę” Knausgarda po kilkugodzinnej sesji czytania i schodzę nad dół do łazienki. Świeżo ubrana choinka pachnie świeżym iglastym drzewkiem. Nikt nie wyłączył światełek, odbijają się w szybach oranżerii naprzeciwko. Przez ułamek sekundy czuję nastrój świąteczny. Schodzę po schodach i myślę, że mogłabym napisać fragment w stylu Knausgarda o tym, jak schodzę po schodach i patrzę na odbijające się światełka choinki i przez ułamek sekundy czuję nastrój świąteczny.

Read Full Post »

Ice bucket challenge

Oblej się wiadrem lodowatej wody w imię słusznej sprawy. Podziel się na facebooku trzema dobrymi rzeczami, jakie cię spotkały tego dnia – codziennie przez tydzień. W XX wieku łańcuszki św. Antoniego zawierały wyraźną groźbę. Jeśli nie prześlesz tego listu do 20 kolejnych znajomych, spotka cię nieszczęście. Dziś jest to tylko lekka forma społecznego ostracyzmu, niebycie cool, bycie poza, bolesne zastanawianie się, dlaczego nikt mnie nie nominował, czyżbym nie była celebrytką, czyżby moje życie nie było godne uwagi.

Za oknem próba generalna przed nadchodzącą jesienią. Tęsknię za upałami, za związaną z nimi stagnacją, byciem wyjętą spod prawa upływającego czasu. Przed nami prawdziwe lodowe wyzwania.

Read Full Post »

Potem

Upał w mieście. Niechętnie wchodzę do przegrzanych środków komunikacji miejskiej, starając się nikogo nie dotknąć. To trudne. Najbardziej nie znoszę, gdy cudze włosy przyklejają się do mego lepkiego ramienia. Wszystko jest nieprzyjemnie lepkie, powinnam nie wychodzić z wanny, skoro już nie mam kiedy dotrzeć na basen. W samym środku tramwaju w samym środku popołudniowego szczytu w samym środku miasta stoi młody mężczyzna i czyta „Jądro ciemności”. Wydanie lekturowe w bibliotecznej okładce z przezroczystego plastiku. Spływam potem i czytam na ekranikach wiadomość o zestrzeleniu malezyjskiego samolotu, za chwilę dają głupią sekwencję zdjęć z wypadków z udziałem tramwajów – w imię bezpieczeństwa. Spływam potem i patrzę tęsknie na kurtyny wodne, na burzowe chmury, na kalendarz wyznaczający przesuwanie się lata ku morzu. Wcześniej będą marsze i obchody. 22 lipca marsz upamiętniający pierwszą wywózkę z getta do Treblinki, następnie 70. rocznica powstania warszawskiego. Były tu takie lata, gdy potowi towarzyszyły krew i łzy. Pamiętajmy o tym, inaczej obraz II wojny światowej przesłonią przystojni chłopcy z mauzerem w ręku i dziewczęta o ondulowanych włosach.

Read Full Post »

Czerwiec, niemal lato

W Dzień Dziecka jestem dorosła i pracuję w bólach i jękach, w lodówce pustki, a na zewnątrz wiatr szamocze się z lipą. Dzieciństwo to przecież beztroska niedziela, pyszny obiad z deserem i brak ekstremalnych zjawisk pogodowych. W południe zabiły dzwony, już myślałam, że z okazji tego święta, gdy jeden potajemny rzut oka w internet niezwiązany z pracą uświadomił mi, że przez Warszawę przeszła dziś procesja z relikwiami Santo Subito Już.

Dzień Dziecka był chwilę wcześniej.
– Ciociu, a ty wiesz w ogóle coś o Angry Birds?
– Nic. A ty wiesz coś o Mario Benedettim?
– A co to?
– Taki pisarz. Tak jak ty zajmujesz się teraz Angry Birds i chcesz wiedzieć o nich jak najwięcej, tak jak chcę wiedzieć jak najwięcej o nim.
– Ale wiesz co, może jednak opowiem ci o Angry Birds…
I pidżama party ze wszystkimi maskotkami. Nie wiedziałam dotąd, że mamy ich w domu aż tyle.

Read Full Post »

Idzie wiosna

Wiatr i wiele jałowych godzin. Czas przejściowy, gdy sprawdzone formy przetrwania przestają zdawać egzamin. Porzuciłam życie wewnętrzne, a i zewnętrzne trwa tylko jakby z rozpędu. Zima kończy się w bólach głowy, każda komórka ciała czeka już tylko na wybuch.

Dziś Międzynarodowy Dzień Szczęścia. Międzynarodowy Dzień Astrologii. Światowy Dzień Wróbla. Imieniny Eufemii i Wolframa. 98 lat temu Albert Einstein ogłosił ogólną teorię względności, a 42 lata temu odbyła się premiera „Solaris” Tarkowskiego.

Read Full Post »

Wieczna prokrastynacja. Co miałam zrobić wczoraj, zrobię jutro. Dni płyną, notki na blogu się nie kumulują, wiatr wieje. Czytam Prousta i nie czytam innych książek. Nie czytam „Balladyn i romansów” Kaprowicza, nie czytam „Leonor” Poniatowskiej, nie czytam Rafaela Chibresa ani Eugena Ruge (nawet go nie wypożyczyłam z biblioteki!). Nie czytam nowego numeru polskiej edycji „Le Monde Diplomatique” (co napisawszy, przypomniałam sobie, że znowu nie uczę się francuskiego). Praca, sen, czytanie Prousta. Czasem jakieś spotkanie lub kąpiel. Rzadko kino. Czytanie Prousta. Minimalistyczne zakupy i cierpliwe czekanie z obiadem na Ryjka (który gotuje). Zarywanie nocy, bo czytam Prousta. Śni mi się pani Swann sunąca przez park, śni mi się „żurek” u margrabiny de Villeparisis, śnią mi się powozy i teatry. Śni mi się Boy-Żeleński w ostatniej chwili wyciągany z pociągu deportacyjnego przez Wandę Wasilewską. Ach, gdyby go Sowieci wywieźli, może nie zginąłby z rąk Niemców i dokończył tłumaczenie „W poszukiwaniu straconego czasu”.

Read Full Post »

Anabaza

Najlepszy sen, gdy za oknem spokojnie pada deszcz, a tobie (mnie) jest sucho, ciepło i błogo. Przed snem żydowskie lektury. Znalazłam nowy sposób na dekonstruowanie ludzi – patrzę na elementy ich stroju i wyobrażam sobie, jak je kompletują. Ta pani przymierzyła wszystkie naszyjniki nim wybrała właśnie ten? Czy może ma tylko ten jeden? Ile czasu zabiera jej splecenie warkocza? Czy robi to codziennie? Kto prasuje koszule temu panu? Jak dobiera on krawaty? Może ma ich kilka i stosuje sobie tylko znany mechanizm rotacji? Albo ma całą szafę garniturów i do każdej koszuli dołączony krawat? Albo nawet dwa? Czy ten widoczny makijaż dziewczyna w tramwaju robi sobie każdego dnia, czy tylko na specjalne okazje? Otwiera się świat nieskończonych możliwości. I w najlepsze trwa sezon kurkowy.

Read Full Post »

Deszcze spokojne

Po chwili upalnego lata maj przyniósł klasyczną wiosnę z jej deszczami i chłodnymi nocami. Nocami czytam do późna i ranne wstawanie stało się niesłychanie trudne. Trudne, mało wyraziste dni. Dni, kiedy nagle chciałoby się, żeby wszystko już było po.

Read Full Post »

Smętna flaga na tle szarego nieba. Tzw. majówka. Machnęłam z okazji Święta Pracy kawał roboty, którą czas powoli kończyć. W domu rodzinnym między dwoma przekrzykującymi się telewizorami. Powtórki z Millera w materiałach informacyjnych. Gdy po raz piętnasty, czuję złość. Po chwili czuję titanik. Dziś hymny z ulicy mieszają się z hymnami z telewizora. Titanik mi się pogłębia. A flaga w Dzień Flagi zamiast łopotać, czepia się stojącej obok oliwki.

Gdyby choć wyszło słońce, nie trzeba by było czepiać się onirycznych światów spomiędzy coraz drobniejszych dla mych oczu liter. Być może nie trzeba by było nawet budzić się w ostatnich godzinach wiszenia półksiężyca i tkwić bezczynnie do czasu rozbudzenia miasta. A piłka nożna nie zajmowałaby tak wielu komórek mózgowych.

Read Full Post »

Zakład

Znam każdą nutę jego głosu. Wiem, kiedy jest w gorszym nastroju. Nic nie mówi, aż zapytam. Potem żałuje, że powiedział, bo za pomocą szpilek i humoru staram się subtelnie wpłynąć. Co oznacza przedzieranie się przez zasieki, unikanie zastawionych pułapek w postaci choćby niewinnego z pozoru przestań, to mnie mierzi. A mnie mierzi słowo mierzi, więc łączę się z nim w zmierżeniu. To nas jeszcze bardziej zbliża.

Po latach wróciłam do Borgesa. Stają mi przed oczami wszystkie możliwe światy. Lektura Borgesa ma dla mnie zapach letnich nocy i smak chłodnego piwa. Z ostatnich lat mojej nastoletniości zapamiętałam głównie letnie noce, piwo i lekturę Borgesa i Cortazara.

Tak bardzo człowiek broni się przed zawierzeniem Bogu, że Pascal musi skłaniać go do tego za pomocą zakładu. Bój się, nawet jeśli nie potrafisz uwierzyć, zastanów się, co dla ciebie lepsze – bawi się w agenta ubezpieczeniowego. Łatwiej zawierzyć nam pilotowi samolotu, do którego wsiadamy. Nie widzimy go, słyszymy tylko jego uspokajający, czasem dowcipny, głos. Żaden krzak nie płonie, jeśli chcemy efektów specjalnych musimy czekać na film. Wierzymy w profesjonalizm pilota bardziej niż w miłosierdzie Boga. Chętniej zaufamy omylnemu człowiekowi niż niepojętej wszechsile.

Read Full Post »

Przysypane piachem warstwy śniegu na ławkach wyglądają jak ciastko posypane cynamonem. Mam naglą ochotę na coś słodkiego, więc mimochodem zjadam pączka na świeżym powietrzu. Słońce wesoło skrzy się na mlecznych trawnikach. Przez chwilę, bo zaraz pokrywa je brudnawa śmietana, a ja myślę sobie, że dawno nie ukręciłam kogla-mogla.

Read Full Post »

Absurdystan

„Tramwaj przejechał pieszego na Ochocie. Był pijany”.
Prawie codziennie natykam się na jakiś absurd. Jestem jakoś na nie wyczulona, nie potrafię nie dostrzegać.
Rozbawiła mnie historia ze stoczniowym styropianem. Oto młody artysta (żeby było śmieszniej nosi pretensjonalny pseudonim, sugerujący, że jest obcokrajowcem) jedzie do gdańskiej stoczni po Temat. Natyka się tam na bryłę styropianu. Uruchamia się w nim to nasze piękne skojarzenie styropian – opozycja. Artysta dopytuje stoczniowców, którzy mówią, że w tej wielkiej bryle styropianu spali strajkujący robotnicy. Artysta pragnie „ocalić i zabezpieczyć” historyczną bryłę, niestety, okazuje się, że blok styropianu został przewieziony do stoczni przez innego artystę i nie jest autentycznym legowiskiem dawnych bohaterów. „Wrobili mnie” – mówi artysta o pretensjonalnym pseudonimie i postanawia pozbyć się styropianu.

Kurtyna.

A co w kuluarach? Styropian jako znak został zawłaszczony przez intelektualistów (w tym także artystów), stał się dla nich synonimem opozycyjności, strajków, Solidarności wreszcie. A jednak intelektualiści nie zadowalają się posiadaniem samych symboli. Oni chcą zawłaszczyć całą historię, dlatego jeżdżą do tej Stoczni Gdańskiej, kolebki, obudowują ją centrami solidarności i galeriami sztuki, obsypują fajerwerkami podczas rocznicowych koncertów. A w stoczni nadal pracują stoczniowcy, chociaż coraz ich mniej i od lat mainstreamowa opinia publiczna kibicuje ich postępującemu rugowaniu. Artysta nr 1 w 2010 roku przywiózł symbol do kolebki i zrobił happening. Artysta nr 2 (ten o pretensjonalnym pseudonimie) w 2012 roku przyjechał do stoczni, zobaczył styropian, uruchomił swoje skojarzenia i chciał zrobić akcję artystyczną. Ale padł ofiarą żartu. Stoczniowcy nabrali go na jego własne życzenie, używając jego intelektualnych kategorii.
„Kiedy zrozumiałem, że mnie wrobiono, byłem tym autentycznie załamany. Zainwestowałem w ocalenie tego obiektu swój czas i pieniądze, zbierałem kawałki, które się odłamały. Poczułem się, jakby mi ktoś wylał wiadro zimnej wody na głowę” – mówi artysta. I ja go trochę rozumiem. Być może także rozumieją go stoczniowcy, którzy to samo mogą powiedzieć o sytuacji, w której to oni zostali oszukani. Po tym, jak zainwestowali swój czas i pieniądze (których w czasie strajku nie zarobili), okazało się, że wywalczyli system, w którym stali się ludźmi zbędnymi. W tym drobnym „a kuku” w stronę artysty, przedstawiciela Tych, Co Wiedzą, Chronią Dziedzictwo i Nagłaśniają Rolę Solidarności ze strony prostego stoczniowego robotnika jest naprawdę coś dialektycznego.

I poza wszystkim jest w tej opowieści zdrowa dawka absurdu. Podkreślana przez takie detale jak obco brzmiący pseudonim artystyczny czy plany umieszczenia bryły styropianu na brukselskim Placu Solidarności. Taki miś na miarę naszych możliwości.

Read Full Post »

Stare formy wyrazy

Temperatura oscyluje wokół zera i przejścia z wnętrz do zewnętrza i z powrotem stają się zauważalne. Wieczorne mgły anihilują Pałac Kultury. Szarość świata potęgowana jest przez szarość świata, ale na dnie kryje się uparta chęć przetrwania. Ukłucie niewytłumaczalnej radości, gdy patrzę z autobusu na czyścicieli fasady wieżowca Intraco.

Piątkowe popołudnie w dusznych salach. Powtórka z transcendentalizmu. Coraz bardziej pociągający pisarze z Ameryki Łacińskiej. Czy będzie trzeci boom? Sobota w łóżku z kubańską pisarką. A facebook rzuca mi ostrzeżenie, gdy chcę przejść do treści linka, gdzie się pisze o hiszpańskim strajku generalnym.

Bywam. Jak rzucona w obce miasto neofitka. Stukam obcasami, zaglądam do knajp, kupuję  przecenione książki. Po raz enty zaczęłam uczyć się francuskiego.

 

Read Full Post »

Wdech wydech

Rozmowa o dzieciństwie. Pamiętam wszechobecne uczucie skrępowania, oczekiwania na wyzwolenie, które miała przynieść dorosłość i samodzielność. Wcale tak łatwo to nie przyszło. Pamiętam, że byłam wiecznie niedopasowana, zagubiona w świecie, który nijak nie chciał być mój. Zdziwiłam się, odkrywając, że są inne światy, bardziej mi odpowiadające. Pamiętam lęki, dziecięce pakty z Bogiem, smak przepłakanych nocy. Zapomniałam twarzy tych, którzy wpajali mi bezradność i poczucie grzechu. Pamiętam „bo tak” jako odpowiedź na „dlaczego?”. Zrzucanie w otchłań bezsensu, przed którym tak późno nauczyłam się bronić. Pamiętam stanie w szeregu tak samo wyglądających, nic nieznaczących, poddanych tresurze. Nigdy nie nauczyłam się tańczyć poloneza. Moje pierwsze wspomnienia są ze szpitala dziecięcego. Łóżko, z którego nie dało się samej zejść, grzechot strzepywanych termometrów, chłód ubikacji. Rodzice musieli mnie tam porzucić, żeby mnie ratować. Od tamtej pory ćwiczę się w nieskończoności dylematów.

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »