Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Akademizm’ Category

Amerykańska reporterka Barbara Demick napisała dobrą książkę o zapomnianej już nieco wojnie w Bośni. Jej reportaż pokazuje życie w oblężonym Sarajewie, ze wszystkimi wzlotami i upadkami ducha, siłą i słabością trzymanych w okrążonym mieście mieszkańców. Codzienne problemy zlewają się z ciągle obecną śmiercią. Bohaterowie reportażu żyją non-stop na krawędzi, a jednak trwają, starając się zachować pozory normalności. Może właśnie to ostatnie jest przerażające. Ile wysiłku Sarajewianie wkładają w zachowanie poczucia własnej godności i człowieczeństwa. Jak mocno, mimo wszystko, trzymają się tego, co było. Podczas ponad trzyletniego oblężenia, pisze Demick, w Sarajewie nadal wierzono w możliwość pokojowego współżycia wyznań i narodów, wręcz starano się nie okazywać niechęci do wroga. Dopiero postanowienia pokojowe z Dayton, dzielące kraj podług podziałów etnicznych, zburzyły resztki tej internacjonalistycznej idylli.

Czy faktycznie tak było? Czy ostrzeliwani codziennie Sarajewianie rzeczywiście sądzili, że po wojnie będą mogli spokojnie zamieszkać obok swoich dotychczasowych oprawców? Myślę, że raczej przestali wyobrażać sobie przyszłość, skupili się na wyidealizowanym obrazie przyjaznego, zamożnego miasta, którego mieszkańcy ubierali się na włoskich wyprzedażach i nie będąc zelotami żadnej religii, z chęcią odwiedzali świątynie wszelkich wyznań z okazji głównych świąt. Czy to wyobrażenie ma jakiekolwiek odzwierciedlenie w rzeczywistości? Czy powstało raczej w reakcji na okropieństwa etnicznej wojny?

Faktem jest, że Sarajewo jako miasto-konglomerat różnych kultur, poddane różnym wpływom, było przez lata miejscem, gdzie przybywali ludzie z całej Jugosławii (a wcześniej także z różnych części Imperium Habsburgów czy Państwa Ottomanów), gdzie zawierano mieszane małżeństwa i współżyto w miarę zgodnie, o ile nie wtrąciły się w to siły zewnętrzne. W Sarajewie panuje jakiś taki społeczny mikroklimat, który sprawia, że czujesz się tam jak u siebie, wszystko, co nowe, jest po prostu nowe, w żaden sposób obce. Nawet wieczorny śpiew muezinów był dla mojego ucha tak naturalny jak bicie dzwonów w Krakowie. Wydawało mi się, że nie ma nic naturalniejszego niż wyjście z tureckiego bazaru na elegancką, jakby wiedeńską ulicę. A parujące o poranku wzgórza sprawiały, że miałam poczucie, że jestem w najwłaściwszym miejscu na świecie.

Stęskniłam się za Sarajewem, pora znów je odwiedzić. Po tych wszystkich lekturach, jakie pochłonęłam podczas 7 lat od mojej ostatniej tam wizyty, pozostały mi głównie pytania. Odpowiedzi nie ma w książkach, są być może tam na miejscu, w ludziach i miejscach. Reportaż Demick nakreśla drogę do nich, dzięki przedstawieniu postaci i wydarzeń, drogę do samodzielnego ich poszukiwania.

Read Full Post »

Warto odnotować

Że skończyłam czytać powieść „Vienna” Evy Menasse i że jest to najlepsza książka, jaką przeczytałam w tym roku. Gdy przerzuciłam ostatnią kartkę, powróciłam na początek i chciałam zacząć od nowa. Tym bardziej, że ostatnie zdanie powieści jest praktycznie takie samo jak pierwsze i zamyka historię żydowsko-katolickiej wiedeńskiej rodziny w zgrabną klamrę i pogłębia efekt narkotycznego transu. Bohaterami książki są przedstawiciele trzech pokoleń, żyjący w XX wieku i borykający się z najbardziej typowymi przeciwnościami losu, jakie można sobie wyobrazić dla tego czasu: prześladowanie Żydów, wojna, Holokaust, powojenne rozliczenia, zdrady i rozwody, konflikty na linii rodzice-dzieci, pustka życia młodych matek, choroby i śmierć. A jednak w tej opowieści jest wiele świeżości, dzięki czemu znane i, można powiedzieć, ograne tematy podane są w sposób niezwykle wciągający. A nielinearna struktura powieści to majstersztyk, której wątki domykają się jakby mimochodem, przy okazji innej historii, to prawdziwy majstersztyk. Wszystko ma swą kulminację, a jednocześnie pozostaje otwarte. Zmierzamy ku końcowi, ku śmierci, ale narratorka podsuwa nam nagle zupełnie inny koniec, inną śmierć, która chronologicznie powinna znaleźć się znacznie wcześniej. Ale to przy tym wydarzeniu spotykają się wszystkie postaci i zamykają ostatnie wątki. Ogólnie mówiąc, czytanie tej książki to była prawdziwa przyjemność, z wielu względów.

Read Full Post »

Na marginesie

Rewolucja na Ukrainie trwa. Krew zabitych na Majdanie nie pozwala już wycofać się protestującym. Oni wiedzą, że sprawy zaszły za daleko. Nie ma powrotu do status quo. Wielmoże ukraińscy zaczynają opuszczać kraj.

Lwów zaczął rządzić się sam. Mieszkańcy stworzyli komitety samoobrony. Nie tylko starają się zapobiec zamieszkom i prowokacjom, ale także rabowaniu sklepów, aktom przemocy wobec przedstawicielstwa władz rosyjskich. W ogóle utrzymać porządek na ulicach. Oddolna samorządność zastąpiła skompromitowaną tradycyjną władzę, choć w ratuszu urzędnicy się nie zmienili.

Całonocna runda rozmów dyplomatycznych. Do końca nie wiadomo, co chcą osiągnąć przedstawiciele UE, poza „powstrzymaniem przelewu krwi”. Czy ich celem jest zmiana władzy na Ukrainie? Czy raczej doprowadzenie do porozumienia między skonfliktowanymi stronami? Król jest nagi, wszyscy zobaczyli wyraźnie, że Unia Europejska jest słaba i prawie nic już nie znaczy. Mogłaby jeszcze coś znaczyć, gdyby zdecydowała się na działania, kiedy jeszcze był czas na działania. Gdyby chociaż symbolicznie zakończyła udział swoich sportowców na igrzyskach w Soczi. Gdyby wezwała do rozliczenia ukraińskich władz i oligarchów w Hadze. Gdyby wyraźnie powiedziała, że chce Ukrainy w swych strukturach. Gdyby…

Jedną z przyczyn, dla których nic takiego nie nastąpiło, jest to, że Unia Europejska żyje w cieniu Putina. Druga jest bardziej złożonej natury. Po głębszych zastanowieniu widać, że schemat ukraińskiej rewolucji nie jest tak odległy od tego, co dzieje się w ostatnich kryzysowych latach w Europie. I powtórzenia tego schematu europejscy politycy raczej by sobie nie życzyli.
Ukraińscy obywatele zebrali się na Majdanie, bo mieli dość władzy (wybranej wszak demokratycznie), korupcji, rozkradania państwa. Doprowadzeni do ostateczności pogarszającymi się warunkami, w jakich żyją, chcą odzyskać nadzieję i na nowo zbudować zasady egzystencji społecznej i politycznej.
Ale tego samego chcieli też protestujący w Grecji czy Hiszpanii. Tam też szaleje korupcja (liderzy czołowych hiszpańskich ugrupowań politycznych przez lata pobierali nielegalne pensje pochodzące za zrzutek biznesmenów), warunki życia drastycznie się pogarszają (cięcia w opiece zdrowotnej i szkolnictwie, bezrobocie), załamały się zasady społecznego współżycia (choćby niewypłacanie pensji w sektorze publicznym w Grecji), a warunki dyktuje niewybrana władza pochodząca z zewnątrz (słynna „troika”).
Na Ukrainie doszło do zaostrzenia sytuacji, bo z jednej strony tamtejsza władza nie waha się sięgnąć do środków ostatecznych, a z drugiej obywatele zostali pozbawieni ostatniej nadziei – perspektywy wejścia do UE. W Europie jeszcze trzyma się nadzieja na poprawę warunków drogami tradycyjnymi, uświęconymi wręcz. Iluzje te podtrzymuje zręcznie oficjalna propaganda, szafując chętnie takimi instrumentami, jak choćby wzrost PKB.

Ukraińska rewolucja będzie miała wiele reperkusji, pewnie też takich, o których nie mamy w tej chwili pojęcia. Może być trochę tak, jak 100 lat temu, gdy w Europie dywagowano (czasem nawet dość aktywnie zresztą) o zmianie zasad współżycia społecznego, inkluzji robotników, kobiet, regulacji stosunków pracy, o demokracji, przeżytkach feudalizmu i wolności narodów, gdy nagle rozległy się strzały z Aurory i nic nie było już takie jak przedtem.

Read Full Post »

Gdy media donoszą o obszernych delegacjach, przywódcach państwowych i uroczystościach, myślę zazwyczaj o tym, że w Oświęcimiu mieszkają ludzie. 40 tysięcy ludzi. Jak się żyje za płotem obozu – i nie chodzi mi o spory o supermarket czy klasztor? Jak to jest mieszkać w miejscu tak nasyconym historią, pamięcią, zbrodnią?

A potem myślę o tych przywódcach i wieńcach, o przemówieniach i symbolach. 27 stycznia pomyślany jest jako dzień, w którym upamiętnia się Holocaust. Wspólnota europejska stara się, by uczynić tę datę kamieniem milowym wspólnotowej pamięci historycznej. Pamięć o Holocauście, która już za kilkanaście lat zamieni się w pełni w historię, i która od paru dekad coraz bardziej się instytucjonalizuje, ma być historycznym fundamentem spajającym europejską wspólnotę. Pretekstem do symbolicznego połączenia następców ofiar, oprawców, świadków, z ukłonem w stronę wyzwolicieli. Z ukłonem tylko, bo przecież Rosjanie nie należą do tej wyobrażonej Europy początków XXI wieku, z nimi łączą nas tylko interesy. Włączenie ich w naszą wspólnotę wymagałoby wzięcia pod uwagę także milionów ofiar radzieckich łagrów, głodu i zimna, oblężenia Petersburga, wytrzebionych oddziałów Armii Czerwonej etc. Nie wiem, czy Europa jest na to gotowa. Tym bardziej, że w krajach postradzieckich nie pojawiła się jeszcze gotowość do stawienia czoła zbrodniom ani niekanonicznym ofiarom.
Kiedy myślę o tym, jak w Polsce przepracowuje się bolesne relacje z sąsiadami, widzę stały postęp w obszarze stosunków polsko-niemieckich czy polsko-żydowskich. Można mówić, dyskutować, spierać się, wymagać, ale już na wyższym poziomie. Podczas gdy stosunki ze wschodnimi sąsiadami to nadal źródło gorących emocji, atawistycznych zachowań, zamkniętych, ogólnie rzecz biorąc, pod hasłami: Wilno, Lwów, ostatnio Smoleńsk. Polacy obserwują ukraiński Majdan, wypatrując flag UPA i nawiązań do ukraińskiego nacjonalizmu. Jednocześnie z niepokojem zerkają w stronę Moskwy, nasłuchując pomruku cara Władimira. Utknęliśmy zdecydowanie w relacjach polsko-ukraińskich i polsko-rosyjskich. Także dlatego, że autokratyczne reżimy nie dają szansy społeczeństwom na przepracowanie narodowej przeszłości.

W Dniu Wyzwolenia Auschwitz spojrzenie przywódców, elit kulturalnych i politycznych, zanurzone jest w przeszłość. Wydawałoby się to naturalne, bo przecież upamiętnianie są wydarzenia z przeszłości. Jednak Holocaust ma też specyficzną wartość etyczną, służy od lat jako przestroga, słup ostrzegawczy, by „nigdy więcej”. W tym charakterze przesuwa się ku przyszłości. Szkoda jednak, że to przesunięcie gładko przeskakuje nad teraźniejszością. W której zaostrza się konflikt na Ukrainie, uchodźcy syryjscy (i nie tylko) nadaremnie szturmują bramy Twierdzy Europa, a brytyjski premier wybiera się na krucjatę przeciwko imigrantom. Zaś rządy i paneuropejskie instytucje coraz więcej zabierają własnym obywatelom, by coraz więcej dawać ponadnarodowym korporacjom. 69 lat po wyzwoleniu obozu Auschwitz obawiam się, że tak niewiele się nauczyliśmy z tamtej bolesnej lekcji.

Read Full Post »

Votum separatum

W kontekście głośnych w ostatnich medialnych debat o „słoikach”, tej całej stereotypizacji, dyskursu dyskryminującego, przedstawiania swoich praw i wskazywania na brak takich samych praw u innych ze względu na miejsce urodzenia i posiadanie takich, a nie innych dziadków i rodziców, w kontekście zinstytucjonalizowania tego języka poprzez wprowadzenie tzw. karty warszawiaka, myślę sobie, że zbyt szybko dzień 17 stycznia został wyparty ze zbiorowej pamięci. To dzień, w którym Warszawa została wreszcie zwrócona jej mieszkańcom. Tyle tylko, że tych mieszkańców już nie było. Dzień, w którym zaczął się kolejny etap jej historii, innej historii, naznaczonej napływem nowej ludności, nową krwią, nowym entuzjazmem. Cały naród budował swoją stolicę, miasta poniemieckie pakowały cegły by odbudować tutejszą starówkę, do muzeów wracały uratowane zbiory, wracali ludzie, wracało życie. Poprzez daninę krwi Warszawa stałą się miastem-symbolem, świadectwem odrodzenia całego narodu. W mojej podstawówce składaliśmy przysięgę zuchową na kamienie z Barbakanu i czytaliśmy z przejęciem wiersze wojenne, „przeszedł koma 3”. Nasze podręczniki zdobiła syrenka, nasze tyłki spodnie z bazaru Różyckiego. Centrum małego wszechświata lat 80. – wyśniona Warszawa z ruchomymi schodami na Dworcu Centralnym. 17 stycznia 1945 r. jedna obca armia wreszcie wyparła drugą z tego morza ruin. Gdyby nie sen o Warszawie, śniony jak Polska długa i szeroka, nie byłoby szybkiego podniesienia się. Warszawa stała się Polską, Polska Warszawą, wszyscy poniekąd jesteśmy warszawiakami, wpis w dowodzie niewiele tu zmienia.

Read Full Post »

Intermezzo

Od Prousta do Eleny Poniatowskiej. Meksykańska pisarka wydała powieściową biografię Leonory Carrington, malarki i również pisarki, którą koleje losu rzuciły z kręgów brytyjskiego high-life’u poprzez Francję, Hiszpanię, Portugalię do Meksyku. Carrington zmarła w 2011 i w tym roku wyszła też książka Poniatowskiej (nota bene autorki nagrodzonej w tym roku prestiżową Nagrodą Cervantesa). Leonora Carrington była kochanką Maxa Ernsta, przyjaciółką Paula Eluarda, Andre Bretona. Porzuciła swoją bogatą rodzinę i perspektywy na świetne zamążpójście dla malarstwa i życia artystycznego. I to dla malarstwa specyficznego, odsłaniającego jej zagmatwane wnętrze – surrealizmu.

Na okładkach mojego wydania „W poszukiwaniu straconego czasu” (PIW 1992) zamieszczono reprodukcje obrazów impresjonistów. Plaże, ogrody, salony – wszystko narysowane plamami, chwiejne, bez wyraźnych konturów, bez rozgraniczeń. Ładne to i subtelne, delikatne jak Gilberta Swann, bogate jak toalety księżnej de Guermantes, zwichrowane jak baron de Charlus. Muszę mrużyć oczy, żeby rozpoznać, co jest na obrazie, patrzeć pod kątem. Surrealizm Carrington uderza bezpośrednio – kolorystyką, zestawieniem, kształtem. Przyciąga i niepokoi. To burzliwe sny dzieciństwa, internowanie w zakładzie psychiatrycznym, okrucieństwa wojny, pochłaniająca wszystko miłość, podcinanie winorośli, ogrom oceanu jako granica między tam a tu. Wszystko to przeżute i przetrawione w obrazach, przed którymi nie da się zmrużyć oczu.

Read Full Post »

Dzisiaj

Teraz miały nastąpić wpisy historiozoficzne zatytułowane 7 listopada, 9 listopada, 11 listopada. Początek listopada naznaczony jest datami ciężkiego kalibru. Wprawdzie lampki i znicze już pogasły, ale wieńce trzymają się dobrze. Jednak zamysł upadł – zajęłam się pracą i czytaniem Pilcha. Wykańczanie tłumaczenia pozbawiło mnie czasu na pisanie, a „Wiele demonów” diametralnie zmieniło nastrój. Szukam ostatnio śladów, że polska powieść nie umarła, że żyje i czasami nawet kopnie. Ogólnie nie jest chyba dobrze*. Na szczęście Pilch wrócił do formy i jego ostatnia książka, solidna, opasła, z plejadą interesujących bohaterów, czyta się świetnie. Zwłaszcza gdy oswoimy się z tym lekko archaizującym językiem, pozwolimy wyprowadzić się poza czas i przejdziemy do porządku dziennego nad koniecznością zmagania się z niedopowiedzeniami. Pilch zgrabnie wchodzi w konwencję realizmu magicznego i przerabia ją po swojemu. Sigła staje się Macondo. Akcja niby dzieje się w czasach stalinowskich, ale próżno szukać twardego osadzenia w jakiejś epoce, autor (narrator?) swobodnie płynie w świecie przedstawionym, nadając mu cechy uniwersalne. Wiemy przecież, że Sigła to Wisła (jest i Czantoria, i Zameczek prezydenta Mościckiego, i zgrupowania sportowców), ale to nie jest tylko opowieść o krainie Pilchowego dzieciństwa. To głęboka wędrówka we własną wyobraźnię, we własne lęki, podniety i obrzydzenia, rozpisana przy tym na wiele głosów. Pilch jest szczery, nie kreuje siebie na siłę, jako narrator jest nieobecny, ukryty pod liczbą mnogą, którą tak chętnie posługują się pisarze, gdy chcą przekazać zbiorowe doświadczenia. Jednocześnie, choć partie napisane kursywą mają sugerować, że to tylko twórcza gra wyobraźni, czuć w tych opowieściach konkretne przeżycia, noszą one piętno autora. I mimo magicznego sztafażu, opowieści z tej książki wciągają jak dobry serial, jak świetna dziewiętnastowieczna powieść w odcinkach. Chce się więcej i więcej, chce się zakończenia niezakończonych wątków. Z żalem wyszłam z Sigły, ciągle jestem pod jej urokiem.

* Zupełnie przypadkiem natrafiam w książce „Kawior i popiół” Marci Shore na opinię Andrzeja Stawara z lat dwudziestych, iż po pierwszej wojnie światowej polska proza „została daleko za poezją” i że zdaniem tego krytyka świadczy to o prymitywizmie literackiej kultury w Polsce lat dwudziestych. Zastanawiam się teraz nad trafnością tej wypowiedzi i nad tym, czy przypadkiem nie obowiązuje to także dla literatury polskiej przełomu tysiącleci…

Read Full Post »

W trakcie krótkiego półurlopu łyknęłam „Wyznaję” Jaume Cabré. To świetna powieść. Blisko 800 stron, wciągające historie, ciekawy pomysł formalny, ale przede wszystkim to spełnienie marzeń nas, intelektualistów/erudytów. Po pierwsze, mamy bohatera, który jest tym wszystkim, kim my byśmy chcieli być. Zna kilkanaście języków, prawie perfekcyjnie gra na skrzypcach, czyta trudne książki i rozmyśla o naprawdę ważnych sprawach, prowadzi zajęcia naukowe, ale jest na marginesie uniwersytetu, nie interesują go rozgrywki personalne, walka o granty, punkty i habilitację. Jest bogaty z domu i nie musi pracować. Ba, nie musi martwić się o źródła swojego dochodu, bo ma zaufanego plenipotenta i chętnych na zakup rodzinnego sklepu z drogimi gratami. Niestraszne mu kryzysy finansowe i widmo bezrobocia. Ma wypełnione książkami mieszkanie (opis układania jego biblioteki przyprawił mnie o zazdrość, naprawdę), które odkurza mu regularnie nieinwazyjna pomoc domowa. Jego ukochana jest utalentowaną rysowniczką, sporadyczna kochanka pracuje na uniwersytecie, a najbliższy przyjaciel to znany skrzypek. Szczerze powiem, że kupiłam tę idyllę. Naprawdę podobała mi się książka. Nic w niej nie zgrzytało, nie brakowało żadnych wyjaśnień i dopowiedzeń ani nie było ich zbyt dużo.
A jednak po kilku dnia od ostatniego zamknięcia tego dzieła zaczęły nachodzić mnie wątpliwości. Przede wszystkim dotyczące strony etycznej powieści. Bohater dywaguje o złu, pisze nawet o nim obszerny esej (oczywiście entuzjastycznie przyjęty), ale de facto nie poświęca mu żadnej głębszej osobistej refleksji. Zło go okrąża – źli są jego rodzice, źli są naziści, źli są frankiści i inkwizytorzy, zły jest świat Katalonii po wojnie domowej, zły jest świat średniowiecznego chłopstwa, ale on sam, światły Adrian, jest ponad to wszystko. Tkwi wśród książek i mądrych zdań, ale jest niezdolny do jakiegokolwiek poruszenia kondycją człowieka – jest ona dla niego tylko sferą dywagacji.
Teraz odczytuję tę powieść jako przestrogę przed zamknięciem w bibliotece, w tej wieży z kości słoniowej własnej wiedzy, samowiedzy i wynikającej z nich pychy. Intelektualista, który zamyka się na świat, nie jest intelektualistą, lecz tylko kolekcjonerem. Tak jak ojciec Adriana był kolekcjonerem pięknych i drogich przedmiotów, z których nie robił większego użytku, tak Adrian kolekcjonuje swoją wiedzę i umiejętności, ale są one czymś pustym, przydatnym może jedynie do napisania książek, którymi wszyscy się zachwycają, choć niektórzy przyznają, że ich nie czytali. Przemyślenia Adriana nie wzbudzają żadnego fermentu, nie wywołują polemiki, tak naprawdę nie generują nawet zrozumienia. Cała ta wiedza nie uchroniła bohatera od kolejnych porażek, a przede wszystkim nie uchroniła go przed przedwczesną śmiercią za życia, przed mentalną degradacją.
Cabré podsuwa nam różne odpowiedzi na stawiane w tekście pytania, ale to tylko zasłona dymna kryjąca fakt, że nie ma on żadnej odpowiedzi. Żeby to ukryć buduje nam świat idealny, zaokrąglony, zamknięty i skutecznie sprzedaje jako spójną wizję. Założę się, że to jest właśnie taka literatura, jaką miał na myśli Michnik, gdy powiedział, wręczając Nike Joannie Bator, że on jest za Polską literatury przeciwstawioną Polsce smoleńskiej.
Bator, podobnie jak Cabre, chciała upakować do swojej nagrodzonej powieści wszystko, co przyszło jej do głowy. Tylko że w jej przypadku szydło wychodzi z worka jeszcze przed zakończeniem lektury, dla mnie czar prysł, gdy pojawiła się bibliotekarka-transseksualistka. Cabré jest na tym polu jednak sprawniejszy. Obie powieści dokumentują niejako najbardziej odjechane przykłady ludzkiej niegodziwości, ale nie dają nam szansy na przeżycie katharsis.

Na półurlopie łyknęłam jeszcze „Bukareszt” Małgorzaty Rejmer. Mam wrażenie, że dzisiejszy reportaż jednak lepiej oddaje prawdę o świecie niż dzisiejsza powieść. Może dlatego, że nie sili się na sztuczny rozmach i naśladowanie Tomasza Manna. Chyba nikt już nie napisze „Buddenbrooków”, mała forma trzyma się detalu i z niego wywodzi uogólniające wnioski. Najlepsze partie „Wyznaję” to właśnie drobne poboczne historie, takie w duchu nieco bolañowskim. Niepotrzebnie na koniec układają się w wyraźną, zamkniętą całość. To już czytelnik powinien sam sobie dopowiedzieć (albo nie).

Read Full Post »

Bojkot

Na marginesie sprawy Tomasza Piątka zastanawiam się nad sensem bojkotu konsumenckiego w Polsce. Znajomy Amerykanin, który ostatnio podróżował trochę po naszym pięknym kraju nie mógł się nadziwić, że polscy konsumenci są tacy bierni. Ilekroć czuł, że standard usługi nie odpowiada jego wymaganiom, zgłaszał to, wzbudzając w swojej polskiej żonie lekkie przerażenie. Nie bał się powiedzieć kierowcy lokalnego busa, że jego radio gra za głośno, a kierowcy połączenia międzymiastowego, że w autobusie jest za gorąco. Podczas wycieczki do Lwowa poskarżył się na bardzo niski standard autokaru: brak klimatyzacji i niewygodne siedzenia. I dziwił się, że jego polska rodzina się dziwi jego zachowaniu.
„Bo w Ameryce pracownik firmy ma przede wszystkim zaspokoić potrzeby klienta” – tłumaczył. „Jeśli coś nie zagra, wina leży zawsze po stronie firmy, nigdy klienta. I firma będzie chciała to klientowi zrekompensować”.
A w Polsce? Ostatnio mój bank zaliczył wielką wtopę, dezorganizując życie swoich klientów, pozbawiając ich dostępu do pieniędzy, przypisując im płatności, których nie dokonali, naliczając opłaty, do naliczenia których nie miał prawa. W sieci wielkie oburzenie. Mnóstwo ludzi ogłasza na facebooku, że jak tylko system zadziała, zamykają swoje rachunki. burza trwa, przetacza się przez serwisy informacyjne etc. Poza jedną wypowiedzią rzecznika prasowego banku, nie zanotowałam żadnego oficjalnego stanowiska. Nie wyszedł żaden prezes i nie powiedział choćby: przepraszam za bałagan. Nie mówiąc już o rzuceniu jakiegoś ochłapu – na przykład cofnięcia opłat za ten miesiąc – które na pewno małym kosztem powstrzymałoby ewentualny odpływ klientów. Co więcej, bank wprowadził kilka zmian w serwisie transakcyjnym, które są mocno krytykowane przez klientów. Na pytanie, czy jest możliwość powrotu do starych funkcjonalności, oficjalne kanały twierdzą, że nie, i że wszystkie zmiany są dla dobra klientów.
Pycha i buceria pełną gębą. Nic dziwnego więc, że klienci ogłaszają, że zamykają swoje rachunki. A więc bojkot konsumencki? Nie. Wielkie firmy usługowe w naszym kraju nie dbają o swoich klientów. Gdy jedni odchodzą, zrażeni niską jakością, wysokimi cenami, fatalną obsługą klienta – przychodzą inni, zrażeni tym samym u konkurencji. A firmy robią nam łaskę, że oferują swoje usługi. Tę postawę widać też choćby w dyskursie pracodawców: „Jak podniesiecie nam podatki, zabierzecie przywileje, to nikogo nie zatrudnimy, i nie postawimy wam piętnastego marketu w małym miasteczku, nie zbudujemy kolejnego sweatshopu w okolicach Wałbrzycha i wtedy dopiero zobaczycie”.

Dygresja osobista. Latem byłam świadkiem nieprzyjemnej sytuacji dyskryminacyjnej. Kierowca znanej kursowej linii autobusowej nie wpuścił na pokład cudzoziemców, którzy prawdopodobnie błędnie wydrukowali bilet na tę podróż, a w Warszawie mieli mieć przesiadkę do Berlina. Mimo mojej interwencji, nie udało się sprawy załagodzić. Oni twierdzili, że zapłacili za dwa, kierowca twierdził, że bez wydruku wpuścić ich nie może. Ale miał jeszcze przecież listę, na której odhaczał wchodzących pasażerów. Nie pokazał mi jednoznacznie, że nie pozostało mu żadne nieodhaczone miejsce. Do dzisiaj podejrzewam, że właśnie dlatego, że pozostało. Ponadto w niedopuszczalny sposób potraktował kobietę z trójką małych dzieci. Pastwił się nad nią, gdy stała z mokrym (akurat 5 minut wcześniej lunęło) dzieckiem na ręku, torbą na ramieniu i biletem na iPadzie, wyciągniętym jak najdalej mogła. „Nie mam obowiązku pani pomagać” – powiedział, odmawiając samodzielnego odczytania numeru biletu. Pomogliśmy my, współpasażerowie. W trakcie podróży zatrzymał się jeszcze, bo to małe dziecko płakało. „Może się pani przespaceruje z dzieckiem, bo pewnie wszystkim już zbrzydł jego płacz”. Kobieta była w szoku. Na szczęście pasażerowie, którzy chcieli po prostu jechać dalej, powiedzieli głośno, że im płacz dziecka nie przeszkadza. Opisałam tę historię w mailu do firmy. Dziękujemy, sprawdzimy, odpisali. Potem jeszcze jeden mail, że sprawa jest badana i dadzą mi znać. Od tamtej pory milczenie. Może do nich napiszę. Może zasugeruję, by kierowcy (mężczyźni raczej głównie w średnim wieku – creme de la creme tego kraju) przeszli jakieś szkolenia antydyskryminacyjne, uczulające ich na pasażerów o słabszej sile przebicia – kobiety, kobiety z dziećmi, ludzi starszych, niepełnosprawnych, cudzoziemców bez znajomości języka i realiów. Czy moja propozycja spotka się tam ze zrozumieniem? Raczej zostanie uznana za fanaberię roszczeniowej klientki, której nie szkoda nawet stracić, bo przecież przewieźliśmy już ileś tam milionów i tylko ona napisała. A ja ich przecież nie zbojkotuję, bo to najlepsze połączenie Warszawa-Lublin. Tak jak nie zbojkotuję lokalnych busów, wywożących mnie z tego Lublina do rodzinnego miasta. Nie ma dla nich alternatywy, choć nie mają zamontowanych pasów, biorą pasażerów na stojąco, siedzenia są niewygodne, zawsze głośno gra radio.
Właśnie brak sensownej alternatywy powoduje moim zdaniem, że w Polsce szeroki bojkot konsumencki nie ma racji bytu. Mogę prywatnie bojkotować pewną globalną markę nabiału, bo zawiera GMO. Może to robić wiele rodzin. Ale jeśli w szkole firma cateringowa będzie przynosić dzieciom w ramach drugiego śniadania jogurty tej marki to koniec bojkotu. Chyba że jakiś świadomy i przebojowy rodzic wymusi na firmie zmianę. Ale zawsze może natknąć się na kontratak innego rodzica, który stwierdzi, że to najlepsze produkty i że on nie wierzy w szkodliwość GMO. I ma do tego prawo.

Na koniec wracam do Piątka. Prawo do wyrażania własnych poglądów to jest to, co zanegował swoją akcją wymierzoną w „Do Rzeczy”. Wszelka forma cenzury prewencyjnej i zamykania ludziom możliwości (także ekonomicznej) powiedzenia tego, co myślą (w granicach rozsądnie stosowanego prawa, czyli do momentu, gdy bezpośrednio nawołują do przemocy) budzi mój wewnętrzny sprzeciw. Bazując właśnie na takim świętym oburzeniu, tylko w drugą stronę, ciąga się po sądach Nergala za podartą Biblię. I to samo ostatecznie trafiło w Piątka. Jego skrajność w ataku na skrajność wywołała taką samą reakcję ze strony KP. Piątek padł więc ofiarą własnej metody. Chcąc wyciszyć, został wyciszony. Takie memento dla tych, którzy chcieliby przeciwnikowi koniecznie zakneblować usta.

Read Full Post »

1938

Gdy opadły już dymy rekonstrukcji rzezi wołyńskiej w Radymnie, pola uprzątnięto i wszyscy widzowie i aktorzy w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku udali się na wakacyjny odpoczynek, a medialne echa tej szopki przycichły, przejechałam się ponownie po kilku gminach Polski Południowo-Wschodniej. Uczę się swojego rodzinnego krajobrazu na nowo. Dopytuję po raz kolejny, który z cmentarzy w okolicznych wioskach był katolicki, który prawosławny. Daję się zaskakiwać odrestaurowanym wiejskim cerkiewkom. Staram się przypomnieć kształt kościoła, do którego chodziłam w dzieciństwie sprzed remontu, kształt zupełnie inny od głównego, barokowego kościoła w moim rodzinnymi mieście, kształt cerkwi. Łączę fakty. Kościół na górce w Chełmie mógłby być lokalną Częstochową, a nie jest, może dlatego, że był do 1919 roku prawosławny, a te 100 lat to niewiele, by rozwinąć tradycje; zwłaszcza, że połowa tego okresu upłynęła pod znakiem konfliktów, a potem nie chciano ruszać tematu, by nie przypominać, że to „nie nasze”. W moim rodzinnym mieście na cmentarzu przy samej kaplicy stoją stare groby opisane cyrylicą. W dzieciństwie powiedziano mi ogólnikowo, że to pozostałość po rosyjskim zaborze. Jeszcze pamiętam to zdziwienie sprzed paru już ładnych lat, gdy przeczytałam gdzieś, że pochowani są tam prawosławni diakoni.

Myślę, że to słuszne, by ten piękny, tak zróżnicowany krajobraz – pola poszatkowane wzgórzami, lasami, rzecznymi dolinami, nagłymi krawędziami – nosił w sobie także zróżnicowanie kulturalne. Szukam tego śladów, przywieram do każdego z nich, czepiam się, zdejmuję warstwy, rekonstruuję przeszłość, cieszę się, gdy w jednej z nadbużańskich wsi widzę w niedzielę tłumek po obu stronach drogi – pod kościołem i pod cerkwią. Skoro wybudowali tak jedno obok drugiego, to nie skakali sobie codziennie do oczu, musieli obok siebie żyć. Dlaczego więc chcemy pamiętać tylko mordy, dlaczego mamy potrzebę odtwarzać tylko gwałt i ogień?

W 1938 roku państwo polskie przeprowadziło akcję polonizacyjno-rewindykacyjną na Południowym Podlasiu i Chełmszczyźnie. Zburzono wiele cerkwi, wyrzucono duchownych, prześladowano ludność, która odmawiała przejścia na katolicyzm. Nie cofnięto się przed gwałtem i przelewem krwi, a elity prześladowanej społeczności osadzono w więzieniach. Robiono to w imię polskości i w majestacie prawa, w imieniu państwa polskiego. Łatwo jest rewindykować własne ofiary, przywoływać krzywdy, wspominać gwałt i przelaną krew. Znacznie trudniej jest uznać cudze ofiary, przeanalizować cudze krzywdy, przeprosić za gwałt i przelaną krew. W toku debat okołowołyńskich zabrakło mi właśnie tego. By Sejm III Rzeczpospolitej, państwa uważającego się za kontynuatora prawnego II RP, wystosował odpowiednią uchwałę na temat choćby akcji polonizacyjno-rewindykacyjnej 1938 roku. To tylko gest, ale może przysłoniłby trochę pustą zabawę w Radymnie, nadałby jej zupełnie inny wymiar.

Read Full Post »

Postfeminizm?

Kiedy zrozumiałam, że jestem feministką odkryłam zarazem, że mój feminizm wiąże się z potrzebą równości. Chcę, żeby ludzie nie byli klasyfikowani wedle swojej płci, rasy, grupy społecznej, ale że społeczeństwo, w którym żyje tak właśnie klasyfikuje ludzi. Nie ucieknę przed tym. Mogę tylko walczyć o emancypację tych, którzy mają gorzej. O ich prawa i ich godność. Bez oceniania ich wyborów życiowych, bo nie podoba mi się, gdy ktoś ocenia moje. To się łączy z feminizmem – tą pierwotną walką o uznanie, jaką toczę prywatnie i jaka jednocześnie toczy się publicznie. Dlatego dla mnie feminizm może być tylko socjalistyczny, walczący najpierw o prawa tych słabszych kobiet, a potem o parytety w radach nadzorczych. Najpierw o zrównanie zarobków szeregowych pracowników obu płci, a potem o szklany sufit ustawiony przed wejściem do biur dyrektorskich. Najpierw o pomoc dla matek rodzin wielodzietnych, które z powodu tradycji, niewiedzy, ekonomii z trudem kontrolują własną płodność (a często także zdrowie!), potem o refundację in vitro dla klasy średniej. To nie jest tak, że ja uważam kwestię rad nadzorczych, szklanego sufitu czy in vitro za nieistotne. Chodzi o to, że żyjemy w społeczeństwie, w którym feministki z Kongresu Kobiet występują w obronie bogatej i wpływowej prezydent stolicy, ataki na nią uważając za przejaw seksizmu ze strony męskich przeciwników politycznych, zupełnie pomijając antyspołeczną politykę tej pani. Nie o taką solidarność jajników nam chodziło. Pani prezydent znajdzie sobie szybko nową świetnie płatną posadę, zwolnione przez nią nauczycielki czy kucharki ze szkolnych stołówek mają małe szanse znalezienia jakiejkolwiek pracy. Wpływowe panie dyrektorki i członkinie rad nadzorczych nie zastanawiają się nad tym, czy redystrybucja zysków w ich firmach jest sprawiedliwa. Nie myślą o tym, jak ich wysokie pensje odnoszą się do pensji szeregowych pracownic, szczególnie tych w zakładach produkcyjnych i na najniższych szczeblach. Młodej stażystce rzucą pewnie kilka słów na temat ogromnej szansy, jaka przed nią stoi, malując miraże zajęcia miejsca na samym szczycie hierarchii, nie zapytają się jednak, z czego opłaca ona swój czynsz, dojazd i lunch w firmowej stołówce, skoro staż jest darmowy.

Dlatego właśnie Kongres Kobiet mnie nie przekonuje. Prospołeczne panele i udział lewicowych feministek wydają się tylko kwiatkiem do kożucha, łaską wpływowych organizatorek, które w gruncie rzeczy walczą o swoje interesy, opakowując je w feministyczne hasła i czyniąc z nich sprawę wszystkich kobiet. Ale jakoś szerszy udział kobiet w radach nadzorczych np. sprywatyzowanych szpitali nie przekłada się na bardziej godne warunki pracy pielęgniarek i salowych. Parytety na listach wyborczych nie gwarantują bardziej prokobiecej polityki państwa, bo mimo tych wszystkich posłanek, radnych i prezydentek, „kompromis” aborcyjny i tak jest nie do ruszenia, a te panie uprawiają politykę taką jak ich koledzy, wydając państwowe i samorządowe pieniądze na fontanny i eventy, a zabierając je z puli edukacyjnej, opieki społecznej czy propagowania kultury fizycznej u dzieci.

Feministyczne hasła bez feministycznych działań są tylko mąceniem w głowach zwykłym kobietom z Polski prowincjonalnej, które przyjechały na Kongres, bo chciały poczuć się częścią środowiska, które walczy o rozwiązanie ich problemów. Zamiast realnego wsparcia dostały ładną oprawę medialną, możliwość uściskania ręki osobom z ekranów tv, możliwość zakupu kosmetyków czy ubezpieczeń w kuluarach. Pojechały pewnie wzmocnione słowami o tym, jakie kobiety są wspaniałe, bo zawsze dają sobie radę. Dostały też napomnienie od pewnej pani redaktor czołowego polskiego dziennika, by właściwie wychowywały swoich synów, bo od tego zależy udane życie rodzinne ich przyszłych synowych. Czy to jeszcze ma cokolwiek wspólnego z emancypacją?

Read Full Post »

Ekshumują Pabla Nerudę. Ten wybitny poeta, członek Chilijskiej Partii Komunistycznej zmarł na raka prostaty kilkanaście dni po zamachu Pinocheta. Jednakże człowiek z jego otoczenia twierdzi, że mógł zostać otruty w szpitalu. Badania szczątków mają wykazać, czy nie podawano mu jakichś trujących substancji. Na razie potwierdziły, że faktycznie chorował na raka. Jednocześnie prowadzone śledztwo ma ustalić tożsamość lekarza, który spędził z Nerudą ostatnią noc. Są na to świadkowie, brakuje dokumentacji potwierdzającej istnienie doktora. To daje do myślenia.

Juanowi Carlosowi Onettiemu, urugwajskiemu pisarzowi, dyktatura wojskowa „zniknęła” syna. Ostatnie kilkanaście lat życia Onetti spędził na wygnaniu w Hiszpanii, nie wychodząc z łóżka. Oddał się całkowicie pisaniu. Juan Gelman, argentyński poeta i dziennikarz, w czasach dyktatury stracił dwoje dzieci, synową oraz nienarodzoną jeszcze wnuczkę, którą odnalazł dopiero po 20 latach. Dzisiaj mówi, że największym błędem jest być zadowolonym ze świata, jaki mamy.

Auschwitz i Gułag byłyby tylko pustymi nazwami, gdyby nie książki Kertesza czy Szarłamowa. Literatura tworząc fikcyjne światy, zachowuje prawdę o tym konkretnym świecie, w którym powstaje. Na tyle wiernie, że możemy korzystać z „Iliady” jako źródła historycznego (sprawdzone!). Gdy umrze ostatni czytelnik, człowiek straci pamięć i stopi się w jedno z maszyną, do której będzie dorzucał ciągle nowe fakty i doświadczenia, licząc, że zachowują się one gdzieś w chmurach i na serwerach. Już Andre Gide przestrzegał: „coraz więcej ludzi pisze, a coraz mniej czyta, to się kiedyś skończy wielką, piękną katastrofą” (cytat z pamięci, może być niedokładny).

Read Full Post »

19 kwietnia

Piątkowy ranek. Niebo zasnute chmurami, kilkanaście chwil przed wiosennym deszczem. O godzinie 10 rozbrzmiewają syreny. Na Żoliborzu nie są zbyt głośne. Strażacy po sąsiedzku potrafią jednak solidniej wyć przy innych okazjach. Kiedy milkną syreny, słychać jeszcze dzwony z marymonckiego kościoła. Stoję sobie w kuchennym oknie, mam maseczkę na twarzy – może to nie licuje z powagą chwili – i myślę sobie, że te dzwony wyznaczają pewien milowy krok.

A potem Ryjek pisze jeszcze sms-a z drogi do pracy: „Żydzi tak jak Wyklęci dostali chorągiewki na autobusach”. Przypominam sobie, jak jeszcze kilka lat temu czczenie rocznicy powstania w getcie było sprawą raczej niszową. Chodziłam pod pomnik zwykle koło południa albo później, już po Kuroniu i Edelmanie, zostawiałam żonkile. Nie wiem, kiedy zaczęłam i dlaczego to robiłam. Może wiązało się to z wrodzoną przekorą i chęcią robienia rzeczy trudnych i mało popularnych. Może pociągała mnie ta panująca przy pomniku obcość i pewna lekko napięta cisza, która przed laty wywarła  takie wrażenie na Willym Brandcie. Płomień po pomnikiem wzmagał czasami upał wiosennego dnia, a na ławkach wokół skweru opalały się starsze kobiety, nieruchome i jakby nieczułe na wspomnienie o tamtej tragedii. Wydawało mi się wtedy, że to ważne, że ja pamiętam, że było powstanie w getcie, i że wraz z tyloma innymi  – samotnymi lub podchodzącymi grupkami – upamiętniam to wydarzenie na swój cichy, samotny sposób.

Dzisiaj, kiedy wyją syreny, biją dzwony, otwierają muzeum i wręczają medale, czuję, że wszystko się zmieniło. Minęło 70 lat i powstanie w getcie warszawskim przechodzi powoli ze sfery pamięci komunikatywnej ku sferze pamięci kulturowej, jakby to ujął Jan Assmann. Pamięć zostaje usystematyzowana i wzmocniona środkami oficjalnymi – muzeum, dzwonami, chorągiewkami na autobusach, specjalnymi dodatkami do gazet. Staje się częścią dyskursu najbardziej mainstreamowego i oficjalnego. W ten sposób powstanie w getcie dołącza do innych wydarzeń, które konstytuują pamięć zbiorową Polaków. Jego czczenie nie jest już kwestią społeczności żydowskiej oraz tych, którym bliska jest wizja Polski wielu narodów – z różnych powodów zresztą. Staje się kwestią całego kraju. Syreny zawyły w wielu innych miastach. Arcybiskup warszawski nakazał dziś i w niedzielę modlić się za powstańców. Czy to wreszcie decydujący krok w kierunku połączeniu historii Żydów polskich z historią Polski jako całością?

Ale to uoficjalnienie pamięci nie zwalnia mnie z mojego prywatnego rytuału. Dlatego czekam aż wszystkie uroczystości się zakończą i też pójdę pod pomnik – zobaczyć, jak płomień radzi sobie w tym wiosennym deszczu i czy dużo ludzi przyszło do nowego muzeum.

Read Full Post »

Bohaterowie książek biograficznych, które ostatnio czytam, prowadzili dzienniki, utrzymywali obfitą korespondencje z licznymi odbiorcami, którą w dodatku starali się archiwizować i nawet kopiować. W ten sposób wyprodukowali mnóstwo materiału źródłowego, który można teraz badać pod różnymi kątem. A szczególnie grzebać w ludzkich emocjach, sposobach podtrzymywania relacji, wreszcie w ich kłopotach finansowych i towarzyskich. Odsłania się tam walka o uznanie, próby zapobieżenia ujawnieniu niewygodnych informacji, kreowania własnego wizerunku, ale też wizerunku zmarłych już bliskich. Widać też próby zdobycia uznania ze strony „świata” w oparciu o jeden malutki otrzymany liścik od pewnej sławy, o plotkę, o przelotne spotkanie w popularnym miejscu. Chwilami wręcz rozczula mnie ta nadmierna produkcja słów, opisywanie najbardziej trywialnych wydarzeń. Ale też mam respekt dla zawierzenia w potęgę słowa, dzięki któremu wiemy o tym wszystkim z pierwszej ręki.
Wygłosiłam kilka tygodni temu gościnny referat na nowożytniczym seminarium, przysłuchiwałam się debacie metodologicznej  i zagrzebałam się w jakieś książki o XVIII wieku, którego nigdy nie leżał w obszarze moich zainteresowań. Historyk we mnie nie umiera, chociaż, jak zawsze, daleka jestem od „gorączki archiwów” i ciągle czuję niechęć do tutejszej nobliwości uniwersyteckiego uprawiania tej nauki. Ale kilka miesięcy temu gdzieś w książce zupełnie o czymś innym, która leży do tej pory niedoczytana na rosnącej kupce tych niedoczytanych, przeczytałam jakąś wzmiankę, poszperałam i dotarłam do fascynującej postaci, a potem do interesującego środowiska i tak teraz czytam i zamierzam czytać o rewolucji francuskiej, o przed- i porewolucyjnej Europie, włącza się filozof we mnie i jeszcze inaczej patrzę na Kanta i szperam po tekstach brytyjskich adwersarzach Burke’a i chyba nie ma dnia, bym o tym nie myślała. To jest jak choroba. Łapie się bakcyla i za chwilę nie sposób już policzyć ognisk zapalnych.

Read Full Post »

Tematem przewodnim tego zbiorku esejów jest porozumienie. U którego fundamentów leży wspólnota kulturowa. Dlatego Austriak z Salzburga czuje się swobodnie na Górnym Śląsku, we Francji, w Bukareszcie czy w Belgradzie. Wszędzie tam znajduje tropy kulturowe, które go prowadzą z jednego miejsca w drugie, od jednej historii do drugiej. A zwornikami są postacie z przeszłości i teraźniejszości – poeci, pisarze, osoby zmagające się z własnym dziedzictwem i dziedzictwem swego miejsca, turyści, tubylcy. Każda napotkana osoba tak samo może wnieść coś do opowieści jak ci, których autor spotyka w muzeach, bibliotekach i na pomnikach. Bo opisywana rzeczywistość się nadal wykuwa, nie jest niczym danym i zastygłym. Kierownik sali w neapolitańskiej restauracji jest taką samą instytucją jak Eneasz Sylwiusz Piccolomini, tak samo tworzy swój świat. Afrykańscy imigranci w Brukseli wnoszą nową jakość do odwiecznego sporu Walonów z Flamandami, a mieszkańcy Patmos zdają się od wieków pobłażliwe spoglądać na stale przyspieszający świat u ich stóp, pewni swej niezmienności. Romska żebraczka ze Sieny łączy się z morawskim poetą, a zmęczony życiem turysta z Jeanem Genetem. Nie ma barier, o ile nie zechcemy ich sobie stworzyć. Esperantyści i neołacinnicy pokazali nam, że można inaczej.

Read Full Post »

Pamiętam ciężarówki, które wyjeżdżały z kampusu głównego i zjeżdżały w dół na Dobrą, a silni panowie w roboczych strojach przerzucali skrzynki z książkami. Pamiętam swoje pierwsze kroki w tym nowym gmachu, pachnącym jeszcze długo świeżym betonem. Co to była za radość chodzić między półkami, móc wyjąć stamtąd dowolną książkę i przejrzeć ją, siedząc na podłodze lub pobliskim parapecie! Pamiętam mroźne zimy i przesadnie klimatyzowane lata. Pamiętam nawet widok przez okna wychodzące na północ, gdy jeszcze nie było tam wylotu tunelu Wisłostrady i można było podnosząc głowę patrzeć na powolny nurt Wisły, czasami schowany wprawdzie za sznurem samochodów.

Zawsze lubiłam BUW. To jest naprawdę gmach z osobliwym klimatem, miejsce, w którym można przyjemnie spędzić czas (oczywiście poza sesją,gdy nad twoją pochyloną nad książką głową miotają się jakieś dość dziwne okazy studenckiej braci). Korzystam z zasobów BUW-u regularnie od ponad 10 lat, pisałam tam dwie prace magisterskie, mnóstwo prac rocznych i zaliczeniowych, przygotowywałam się do różnych egzaminów, pracowałam nad tłumaczonymi tekstami, ale przede wszystkim czytałam, poznawałam, odkrywałam. Naprawdę studiowałam, w tym pierwotnym znaczeniu tego słowa.

Z czasem BUW obrósł innymi miłymi rzeczami. Wreszcie można tam zjeść coś poza słodką bułką i gumowymi naleśnikami z mikrofali, umówić się na kawę. Można też wygrzebać interesującą książkę w jednym z podziemnych antykwariatów. Można pobiwakować w ogrodzie, chociaż to już nie jest ten bujny ogród co przed laty. Doprawdy nie rozumiem, co stało się z winnymi pergolami!

BUW wydaje się spełnieniem marzenia każdej bibliofilki. Zwłaszcza takiej, która już w w podstawówce wywalczyła sobie (sic!) prawo do wchodzenia między półki i samodzielnego wybierania książek po zapachu, czcionce, kolorach okładki. I jeszcze, żeby nazwisko autora brzmiało jak najbardziej egzotycznie. I już nigdy potem nie umiała dostosować się do uniwersyteckich systemów numerków, katalogów takich i śmakich, zamawiania i następnie ponadgodzinnego oczekiwania po to tylko, by po przekartkowaniu odłożyć z rozczarowaniem książkę na odrapany wózeczek, którą czekała dość długa podróż z powrotem na miejsce w magazynie. I wtedy BUW z wolnym dostępem jawił się jako prawdziwy raj. Nie znosiłam ciasnoty biblioteki iberystyki z rozmowami wiecznie skwaszonych pań bibliotekarek w zestawie. Na historii nigdy nie pojęłam systemu zamawiania i zawsze czułam się jak intruz, którego podejrzewa się o niecne zamiary wobec magazynowanych skarbów. Na filozofii jeszcze był ok, chociaż zimą chłodno, a latem głośno. Więc głównie odwiedzałam BUW, zakładając w celu ułatwienia sobie życia, że książek, których nie ma w BUW-ie, nie potrzebuję. Czasami mi to trochę jednak utrudniało życie.

I dzisiaj, gdy Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego świętuje swoje trzynastolecie na Powiślu, wchodzę sobie do katalogu internetowego i poszukuję pewnych interesujących mnie w danym momencie książek. I przy każdej wyświetla mi się, że egzemplarz dostępny jest gdzie indziej – w bibliotece Instytutu Anglistyki, w CESL-i, na historii sztuki. Przypomina mi się wtedy, że w każdej dziedzinie, którą przez te lata zgłębiałam dochodziłam prawie do końca możliwości czytelniczych w BUW-ie. Udawało mi się przejrzeć najistotniejsze pozycje, niektóre przeczytać, inne odrzucić jako zbędne w moich badaniach. A potem zostawała dziura. Głębokie braki podstawowej, wydawałoby się, literatury przedmiotu, albo właśnie ten niezrozumiały komunikat, że książka jest dostępna gdzie indziej, w innym końcu miasta. Zwykle przerzucałam się już wtedy właśnie do innej dziedziny i czerpałam radość z pełnych półek nowości (dla mnie!). Albo miałam czas na czytanie beletrystyki, a tej jest trochę w BUW-ie i można naprawdę sporo oszczędzić, wypożyczając zamiast kupować. Ale dzisiaj, gdy BUW radośnie cieszy się z tej nieokrągłej rocznicy, nie mogę nie zadać pytania, czy będzie on kiedyś Biblioteką całego Uniwersytetu? Miejscem, gdzie skupione zostaną wszystkie książki z bibliotek pomniejszych (może poza ich księgozbiorem podręcznym)? Tak aby szalona bibliofilka nie musiała telepać się po całym mieście ze słabą nadzieją na to, że ten jedyny egzemplarz będzie akurat dostępny i nikt nie zasłoni go własnym ciałem przed nią jako „obcą”, bo nie-studentką-naszego-wydziału. Czy BUW stanie się prawdziwą świątynią wiedzy, gdzie pielgrzymować będą wszyscy i poszukiwać odpowiedzi na wszystkie swoje pytania?

Idąc za Borgesem i Eco, chwalić będę totalność biblioteki, którą uosabia dla mnie właśnie BUW. Trzymam się tego z całych sił. Dożyłam niestety czasów, gdy w naukowej książce można natrafić na odnośnik bibliograficzny do strony chomikuj.pl. Naprawdę.

Read Full Post »

Glosa

Dyskutowałam dziś z jedną koleżanką o „sprawie Mikołejki”. Ona stwierdziła, że „w pewnej mierze facet ma rację”. Że istnieją roszczeniowe matki, które uważają, że sam fakt urodzenia dziecka sprawia, że są kimś lepszym i że z tego tytułu należą im się specjalne przywileje. Moja koleżanka jest od ładnych paru lat matką, przez dłuższy czas była nawet matką samotną. Za tydzień rodzi swoje drugie dziecko. Przedstawiła mi liczne przypadki tak zachowujących się, w jej mniemaniu, kobiet oraz stwierdziła, że istnieje coś takiego jak „pieluszkowe zapalenie mózgu”, które sprawia, że niektóre kobiety spodziewające się dziecka i matki zawężają swój świat do dziecka. To była bardzo ciekawa dyskusja, w której stałam troszkę na gorszej pozycji, bo sama matką nie jestem i nie uśmiecha mi się występowanie z pozycji autorytetu w sprawie, na której jeśli już to znam się tylko teoretycznie. Zaczęłam więc w tej rozmowie, jakby nie było dwóch osób o wykształceniu filozoficznych, dekonstruować stanowisko Mikołejki, wskazując na jego redukcjonizm, stereotypowość i brak metody socjologicznej. Mam wrażenie, że ostatecznie żadna z nas nie przekonała drugiej, ale po drodze dokonałyśmy kilku istotnych obserwacji na temat życia społęcznego w Polsce.

Po pierwsze, że życie rodzinne w ostatnich latach wychodzi z podziemia, budząc niechęć osób, które przyzwyczaiły się, że miejsce dzieci jest poza powszechnie dostępną sferą publiczną. Stąd niechęć do obecności dzieci w restauracjach, karmienia piersią w parkach, stąd wreszcie absurdalne ataki na „idące ławą” wózkowe. Jednocześnie wychodzące z tego podziemia rodziny na wszelki wypadek jakby zawłaszczają sobie tę przestrzeń jak tylko mogą. Stąd wynika ich zdecydowane, i często pewnie obcesowe, zachowanie. Atakowanie nim zostanie się zaatakowanym krzywym spojrzeniem z powodu krzyczącego dziecka.

Po drugie, że jako społeczeństwo jesteśmy mało dla siebie nawzajem życzliwi i empatyczni. Matka pchająca wózek nie dostrzega, że blokuje chodnik, tak że trudno ją wyminąć, ale parkujący samochodem na tym chodniku nie dostrzega, że nie pozostawia miejsca dla pieszych. W autobusie rzadko kto ustępuje miejsca starszej osobie, ale często takie osoby potrafią głośno narzekać, że młodzi ludzie w ogóle śmią siedzieć, nawet jeśli zostało kilka wolnych siedzeń. Takie przykłady można mnożyć. Każdy patrzy tylko na swoje racje, które są oczywiście najistotniejsze i nawet nie próbuje zastanowić się nad tym, że może komuś przeszkadzać.

Po trzecie, bardzo powszechna jest postawa roszczeniowa. Matka z opisu Mikołejki żąda przywilejów i zasiłków, a matka z opisu mojej koleżanki żąda, by przedszkole informowało ją codziennie rano przez internet o jadłospisie na dany dzień. Wchodząc do sklepu na kilka minut przed zamknięciem, żądamy, by nas powoli i  sumiennie obsłużono, podczas gdy zmęczony po całym dniu pracy sprzedawca marzy tylko o tym, żeby sklep zamknąć i pójść do domu. Rościmy sobie prawo do dobrej obsługi w restauracji, a kelnerzy roszczą sobie prawo do wysokich napiwków. Bez wynegocjowania kompromisu żadna ze stron nigdy nie będzie zadowolona. A sztuka kompromisu znacząco podupadła w naszym kraju.

Po czwarte, polskie kobiety olewają ewentualne problemy swojego pracodawcy w związku ze zwolnieniami ciężąrnych, urlopami macierzyńskimi i częstymi zwolnieniam „na dziecko”, bo nie są w pracy traktowane po ludzku. Praca w Polsce oznacza bardzo często niepłatne nadgodziny, niskie płace, brak sensownej motywacji, nieprzyjemną atmosferę, ciągłe zagrożenie zwolnieniem. Kobiety są bardziej tym dotknięte, bo ich pozycja na rynku pracy jest gorsza niż mężczyzn. Częściej muszą godzić się na niskie pensje, wykorzystywanie, a także trudniej jest im pracę zmienić. Dlatego gdy tylko mają okazję wykorzystują swoje przywileje, traktując je jako okazję do odpoczynku od nielubianej pracy, okropnego szefostwa, napiętej atmosfery. Często jest też tak, że wiedzą, że po powrocie z macierzyńskiego/wychowawczego dostaną wypowiedzenie. Dziecko ma się na całe życie, miejsce pracy to tylko akcydens – wiadomo więc, co jest dla kobiety ważniejsze.

Tak oto dwie osoby mogły sobie sensownie podyskutować i, wychodząc z zupełnie przeciwstawnych stanowisk, dojść do sensownej analizy kilku głębszych problemów. I teraz, kiedy siedzę sobie wieczorem i rekapituluję tę rozmowę i jej wnioski, zauważam pewną jeszcze ogólniejszą przypadłość. Z tego powszechnego braku życzliwości, roszczeniowości, niechęci do innych grup społecznych wynika, że jesteśmy wyjątkowo rozbitym społeczeństwem, pełnym zapatrzonych w siebie indywidualistów, którym bardzo trudno przychodzi współdziałanie z innymi na dłuższą metę. Ale to temat wymagający jeszcze głębszego przemyślenia i na inną notkę.  Tymczasem, dobranoc…

Read Full Post »

Nadchodzący poważny kryzys w finansach państwa oraz związane z tym problemy nie są chyba zbyt medialnym tematem. Dziennikarze musieliby się przecież zagłebić w dany temat, popatrzeć w dane, statystyki, siegnąć do wielostronicowych opracowań lub przygotować do wywiadów z kompetentnymi osobami. Po co? Lepiej rozpętać medialny szum (albo chociaż szumik). Mieliśmy tego już trochę podczas sezonu ogórkowego. „Ładnym” ukoronowaniem tegorocznych wakacji stała się agresywna i żenująca wypowiedź niejakiego Zbigniewa Mikołejki, profesora Polskiej Akademii Nauk. Mikołejko rzucił się na młode matki, zarzucając im roszczeniowość, nieodpowiedzialność oraz chęć ustawienia się w życiu kosztem dziecka. Jaka wspaniała puenta wielotygodniowej „dyskusji” na temat tych strasznych ciężarnych, które idą na zwolnienie albo wykorzystują luki w ustawie o ZUS! Gdzieś w sąsiednich kanałach informacyjnych pojawiły się fragmenty blogowego wpisu Janusza Korwina-Mikkego, dla którego sport osób niepełnosprawnych jest czymś, czego nie godzi się pokazywać.

Mikołejce odpowiedzieli forumowicze, blogerzy i blogerki, redaktorki i inne postacie medialne, Korwinowi-Mikkemu sama Janina Ochojska. Czy było warto? Media, które oba „szumy” rozpętały, cieszą się z burzy, która zwiększa im na te kilka dni klikalność. Mikołejko i Korwin cieszą się, bo znowu jest o nich głośno. A co mamy z tego my – zwykli ludzie, oburzeni takim stawianiem sprawy, zszokowani językiem i zniesmaczeni faktem, że z kilku idiotycznych zdań robi się takie wielkie halo? Czy mamy natychmiast ruszyć na barykady i tłumaczyć tym niewyparzonym pyskom nasze stanowisko, pokazując jednocześnie publicznie nasze oburzenie? Czy nie napędzamy w ten sposób publiki? Mikołejko użył jednej polemiki do tego, by jeszcze raz wyłuszczyć swoje „stanowisko”. Klikalność rośnie. Co pani o tym sądzi, pani redaktor? Co pan czuł, panie przewodniczący? Oddajemy głos do studia, gdzie znana z serialu „Wredne baby” aktorka opowie o swoich odczuciach co do Sprawy…

I nagle okazuje się, że musimy tłumaczyć, że to nieprawda, że feminizm jest winny brudowi w polskich domach i śmierci kilkumiesięcznej dziewczynki. Musimy jeszcze raz wykazywać, że osoby niepełnosprawne też mają prawo do uprawiania sportu, miłości, seksu, normalnej pracy. Powtarzać, że kobiety w ciąży są w tym kraju nienajlepiej traktowane i dlatego starają się wykorzystać swoje skąpe przywileje na maksa. Że nauczyciele, pielęgniarki, lekarze i policjanci pracują przecież na rzecz całego społeczeństwa. Że dobrze jest, by dzieci uczyły się w mniejszych klasach i mogły zjeść pełnowartościowy ciepły posiłek ze sprawdzonej kuchni. Że eksmisje na bruk są złe. Że pracownicy mają prawo się zrzeszać. Że… można tak ciągnąć godzinami. Znowu stajemy przed konieczością zainicjowania pracy u podstaw. Tyle że ktos już kiedyś to zrobił.

Kto nam bruździ? Upadające tradycyjne media, które sądzą, że w epoce tabloidyzacji i internetu można już wszystko? Wielkie korporacje medialne, które połaszą się na każdy zysk, w czym dzielnie sekundują im „eksperci” w stylu detektywa Rutkowskiego, Kasi Cichopek i Dominiki Wielowieyskiej? Politycy i dziennikarze zachwyceni tym, że na medialnym show można się tak ładnie pokazać i nie trzeba sięw dodatku w ogóle przygotowywać? Dotąd przyglądałam się tej degrengoladzie z dystansu, ale po tym, co się stało w internecie po wypowiedzi Mikołejki przeraziłam się bijącą z niego nienawiścią i pewnością siebie. Przeraziłam się także perspektywą, że być może niedługo będę musiała stanąć w obronie praw wyborczych kobiet albo prawa pracownika do otrzymywania płacy za swoją pracę? Berlińska bohema z lat 20. też pewnie sądziła, że skoro świat poszedł tak do przodu, to nikt już im nie odbierze prawa do przebierania się za osoby przeciwnej płci i życia w wolnych związkach, także jednopłciowych.

Chciałabym, żebyśmy wyszli z tej narzuconej nam nie wiadomo kiedy mentalnej kloaki i rzetelnie porozmawiali choćby o kryzysie i sprawiedliwszym urządzeniu społeczeństwa. To jednak jest bardzo trudne w dziesiejszym świecie i boję się, że chwilowo prawie niemożliwe w dzisiejszej Polsce. To może niech chociaż poważne osoby nie brudzą się polemikami z bzdurnymi tezami jakichś sfrustrowanych błaznów.

Read Full Post »

W internecie

Przeszukiwałam dzisiaj sieć w poszukiwaniu informacji o wywiadzie, jakiego Stalin udzielił Eisensteinowi i Czerkasowowi (potrzebne do tłumaczonej przeze mnie książki). Natknęłam się na stronę polskich stalinistów (sic!). Istnieją tacy. Jest ich może niezbyt wielu, ale za to są dobrze zorganizowani i przydzielają nawet stypendium dla jednego studenta (ekonomii, administracji bądź prawa) rocznie. Aby dostać stypendium, należy opisać swoje pomysły na pracę „po rewolucji”. Przy całej mojej sympatii dla lewicy i ruchów antykapitalistycznych, przeglądanie tej strony raczej mnie przerażało. Oczywiście zaraz zaczęłam zastanawiać się, czy to nie dlatego, że jestem kulturowo  uwarunkowana antystalinowsko. Czy na przykład trockiści wzbudziliby we takie samo przerażenie? Miałam poczucie dotykania czegoś brzydkiego, niestosownego. Jakbym przeglądała pornografię albo strony organizacji nazistowskich. Może tu leży pies pogrzebany? Stalin i Hitler to dwaj bliźniaczy zbrodniarze. I znowu: czy jestem tak kulturowo uwarunkowana?

Nie dziwią mnie, choć obrzydzają, zwolennicy Hitlera. Dziwią zwolennicy Stalina. Dziwi mnie, że mnie dziwią.

Wspaniałomyślny google podsunął mi jeszcze podczas tego przeszukiwania zdjęcia młodego Stalina. Sympatycznie na nich wyglądał. Na jednym nawet się szeroko uśmiechał – w niczym nie przypominał groźnego satrapy z lat późniejszych. Czy będąc młodym gruzińskim rewolucjonistą, przypuszczał, że zostanie władcą połowy cywilizowanego świata?

Książka, którą tłumaczę jest analizą konstruowania mitów carów Iwana i Piotra, od XIX wieku po czasy radzieckie. Czy właśnie niechcący dotarłam do sedna mitu Stalina, który został mi kulturowo przekazany? Jak został on skonstruowany? Czytam fragmenty wierszy poświęconych radzieckiemu władcy i zastanawiam się, czy dzisiaj ktoś napisałby tak o kimkolwiek? Dajmy na to o Michaelu Jacksonie. Albo kapitanie Wronie. Czy dzisiejsze postacie publiczne są dla zwykłych ludzi trwałymi punktami odniesienia, jak miało to miejsce jeszcze pół wieku temu?

W internecie na koniec dnia zdjęcia z moskiewskiego świętowania rocznicy rewolucji październikowej. Sierp i młot. Lenin i Stalin. wiecznie żywi?

Read Full Post »

Zajrzałam sobie dziś na wydział do Ryjka2, gdzie trwają przygotowania do międzynarodowej konferencji. Ryjek w prawdziwym szale ustawiania stołów, standów, zawieszania strzałek itp. odmówił udania się na wspólny lunch. Za to otrzymałam lekcję poglądową na temat kondycji polskiego uniwersytetu. Dwaj doktorzy i trzy doktorantki biegali ze stołami, śrubokrętami i krzesłami w ogólnym bałaganie po-rekrutacyjnym i przed-remontowym tego piętra. Zażartowałam z nowych zadań polskich naukowców na co Ryjek odrzekł: „Najwięcej do powiedzenia mają magistrzy, a najwięcej robią doktorzy”. Przez moment pomyślałam, że może pani z mopem, którą minęłam na dole to była sama pani profesor, kierowniczka zakładu przygotowującego ową konferencję, co dopełniłoby karnawalizacji tej sytuacji. A może wystarczyła do tego kartka na drzwiach balkonowych obok sali konferencyjnej, na której administracyjna ręka (bo już nie komputer) napisała: „Wyjście na taras zostało zamknięte z powodu opadającego tynku”. Muszę przypomnieć Ryjkowi, żeby przygotowali wersję angielską dla uczestników tej międzynarodowej konferencji! Gdy tak podziwiałam ogólny bałagan, do grupki pracujących podszedł inny doktor z zakładu z pytaniem: „Co zrobić z zasłonami, w których są dziury?”. Nie rozsuwać – było chyba najrozsądniejszą odpowiedzią. Przy czym dowiedziałam się, że reprezentacyjna sala konferencyjna tego budynku ma nie tylko dziurawe zasłony materiałowe, ale także „rolety w strzępach, których nie ma sensu w ogóle ruszać, bo się jeszcze rozsypią”. Ogólnie bardzo miło i ładnie. A – byłabym zapomniała – sąsiedni budynek przechodzi właśnie remont elewacji i dojście do wydziału z jednej strony zostało bardzo skomplikowane, prowadzi zresztą przez jakieś podwórka. Zresztą wcale nie jest powiedziane, że jutro nie zacznie się remont kondygnacji, na której też jutro zaczyna się konferencja. Bardzo się na to upiera dyrektor administracyjny budynku, wywołując u wszystkich zgrzytanie zębów. Ta sama osoba jakis czas temu w ramach cięć ustaliła koniec codziennej pracy ekipy sprzątającej na godzinę 15.00. W efekcie sprzątania nie mogły się doczekać pokoje, w których „urzędują” pracownicy naukowi. Z tego prostego względu, że w przeciwieństwie do administracji kończą oni pracę raczej po 15.00. W końcu okna umyli i kurze powycierali sami doktorzy i magistrzy. Wprawdzie żadna praca nie hańbi i pewnie zdrowo czasem podnieść się znad książek i trochę pogimnastykować, ale chyba nie za to płaci im uniwersytet?

Dopóki to się nie zmieni. Dopóki miejsca odbywania się konferencji nie będą przygotowywać pracownicy techniczni i administracyjni, tylko ci, którzy za moment będą wygłaszać na niej referaty. Dopóki nie zapewni się naukowcom stabilnych biurek i działających komputerów i tych czystych okien. Dopóki laboratorium na zajęcia nie zostanie wyposażone z pieniędzy wydziału, a nie ze zrzutów z grantów pracowników (które przecież przeznaczone są na badania, a nie na sfinansowanie praktycznych zajęć ze studentami wpisanych w plan studiów). Dopóki… [tu wpisz inne absurdy związane z zarządzaniem poszczególnymi jednostkami uniwersyteckimi], dopóty wszystkie reformy ministerstwa to są tylko kosmetyczne zmiany, takie tam przelewanie z pustego w próżne czy zmienianie nazw i definicji. W polscej nauce, jak w wielu innych dziedzinach naszego życia społecznego, potrzebna jest gruntowna rewolucja, przewartościowanie wszystkich aspektów tej działalności. Głębokie zastanowienie się, po co to wszystko się robi.

Nie mogę się oprzeć, żeby w tym miejscu nie przypomnieć:
http://pawianprzydrodze.wordpress.com/2011/06/18/kupujemy-owce-czyli-systemy-ulatwiajace-prace/

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »