Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for 24 listopada, 2018

Idę szybkim krokiem przez Park Technologiczny, zwany Doliną Krzemową Bilbao, gdzie między spłowiałą już zielenią późnojesiennych wzgórz położone są nowoczesne płaskie biurowce i ciche o tej porze parkingi. Patrzę na samolot opadający w stronę lotniska, a moich nozdrzy dobiega zapach jesiennego dymu i pieczonych ziemniaków. Za chwilę wejdę do betonowo-szklanego budynku w typie BUW i znowu przełączę używany język. Zapamiętuję tę chwilę, w której stare spotyka się z nowym.

Sobotni wieczór w Hondaribii, na samej granicy hiszpańsko-francuskiej, którą na moście granicznym między Irun i Hendaye oznaczają jednak jako granicę między dwoma baskijskimi prowincjami: Gipuzkoa i Lapurdi. Idę przez stare miasto, pełne starych budynków. Ten moment, gdy zapadł już zmierzch, ale wąskie uliczki nie są jeszcze dobrze oświetlone, a oczy nie przyzwyczaiły się do blasku latarni. Zza zakrętu dobiega przyjemny jazz, wciskający się w ciszę, która panuje w takich miasteczkach tuż przed tym, jak ich ulice opanuje gwar sobotniego barowania. Idę za muzyką i natykam się na otwarte drzwi do wąskiej pracowni. Dostrzegam siedzącego na krześle malarza przed obrazem. Jest obrócony do mnie profilem, z pędzlem na wysokości twarzy, odchyla się do tyłu, z zastanowieniem przyglądając się swojemu dziełu. Ciepło tej scenki wciska się w wieczorny listopadowy chłód wyłożonych ciemnym kamieniem uliczek.

Na plaży w Hendaye, w pełnym listopadowym słońcu, zdejmuję kurtkę i bluzę i rzucam się na piasek. Jest niesamowicie ciepło jak na tę porę roku. Patrzę na błękit nade mną i słucham dudnienia oceanu, myśląc sobie, że w takich chwilach nie trzeba już nic więcej, cały pozostały świat mógłby zniknąć. W oddali widać jak na pełnym morzu tworzą się wysokie fale, które ciągną się długo w stronę wybrzeża, dumnie unosząc swe białe grzywy. W wodzie aż kłębi się od surferów. Są też nieliczni odważni amatorzy kąpieli, głównie dzieci. Jedna z matek paraduje po piasku w górze bikini, czarnych legginsach i futerkowych kozaczkach. Lato się przegryza z zimą.

Piątkowy wieczór w Portugalete. Zaczyna się jedenastodniowa euskaraldia, akcja promująca język baskijski na ulicach. Gdy odbieram swój pakiet, kobieta zza stolika, widząc tak dziwne imię i nazwisko na liście, zadaje mi oczywiste pytanie i następuje zwykła w takich sytuacjach scenka. „Nongoa zara?”, pyta. „Poloniakoa”, odpowiadam i widzę na jej twarzy wyraz podziwu i fascynacji, do którego się już przyzwyczaiłam. Najszerszym uśmiechem tutaj obdarzają mnie osoby baskijskojęzyczne, gdy uświadamiają sobie, że ta dziewczyna z dalekiego kraju stara się mówić po ichniemu i czasami całkiem nieźle jej to wychodzi.

Potem w małej grupce znajomych pod pełnym księżycem chodzimy od baru do baru, pijemy wino i piwo, rozmawiamy dwujęzycznie, mówimy o podróżniczych planach. Wyższość karnawału w Kadyksie nad Wielkanocą w Sewilli. Wspominam mój pierwszy pobyt na południu Hiszpanii, to było w kwietniu. Zabrałam wtedy letnie sukienki, a potem cały tydzień chodziłam w jednym swetrze.

 

Read Full Post »