Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for 28 sierpnia, 2017

Pierwszy przystanek: Gipuzkoa, Oñati. Miasteczko zwane „baskijskim Toledo”, pełne renesansowych domów-pałaców, z pierwszym ufundowanym na tych ziemiach uniwersytetem (1543 r.) i kilkoma klasztorami. Sanktuarium Matki Boskiej Arantzazu wznosi się wysoko nad miastem. 14 kilometrów krętą drogą, między pastwiskami i ostrymi przepaściami. Budynek powstał w latach pięćdziesiątych i jest w niepokojący sposób nowoczesny. W krypcie abstrakcyjne murale z lat osiemdziesiątych, z krwistoczerwonym Chrystusem-rewolucjonistą w samym centrum. No i rzeźby 14 apostołów Oteizy na fasadzie, które ponoć musiały przeczekać kilkanaście lat porzucone przy drodze, gdyż władzom kościelnym nie spodobała się ich nowoczesna forma. Dwaj sędziwi franciszkanie, z którymi ucinamy sobie pogawędkę na tarasach widokowych, dzielą się opowieściami z gorączkowością ludzi rzadko mającymi okazję porozmawiać z kimś z zewnątrz. Brat Fermín ożywia się, gdy przechodzimy na baskijski. Nic dziwnego, myślę potem, to, poza wszystkim, język jego dzieciństwa, do którego jego ponad dziewięćdziesięcioletni umysł wraca jak do bezpiecznej przystani pełnej dobrych skojarzeń.

Drugi przystanek: Nawarra. Leitza. Wtulone w górską dolinę niewielkie miasteczko pełne politycznych napisów. W piątkowy wieczór czwórka czy może piątka manifestantów w sprawie więźniów stoi przy rondzie ze swoimi plakatami z takim samym cichym zaangażowaniem jak te kilkadziesiąt osób co środę w moim miasteczku albo kilkusetosobowy pochód, który widziałam kiedyś w Donostii. W barach trwa pintxo-pote i do taniego piwa dodają niewyróżniające się niczym przekąski. Rano samochód zastawił nam najbardziej znany mieszkaniec miasta – Iñaki Perurena, mistrz w podnoszeniu kamieni, a także aktor, poeta, bertsolari i… właściciel sklepu mięsnego położonego przy głównym rondzie w miasteczku.

Trzeci przystanek. Nawarra. Pamplona/Iruñea. Spontaniczna wizyta w stolicy, której dotąd nie odwiedziłam. Krótki spacer przez główny plac i uliczki Starego Miasta. W samo południe przechodzi tamtędy głośna manifestacja na rzecz uchodźców. Tego samego dnia Barcelona demonstruje, że nie boi się terrorystów. Między samochodami na poziomie -1 parkingu podziemnego odgrodzono fragmenty murów rzymskich.

Czwarty przystanek. Nawarra. Roncesvalles/Orreaga. Szlak przez Pireneje i spore natężenie pielgrzymów na Camino de Santiago. Robię sobie zdjęcie z drogowskazem: „Santiago de Compostela 790”. Wstęp do kaplicy, gdzie złożono szczątki króla Nawarry Sancho Mocnego kosztuje 2,50 euro, ale warto było. W kaplicy złożono także łańcuchy, które rzeczony król przywiózł ponoć z bitwy pod Navas de Tolosa – gdzie wraz z władcami Kastylii i Aragonii odniósł znaczące zwycięstwo nad Maurami. Łańcuchy te są przedstawione w herbie Nawarry, choć historycy spierają się, czy to właśnie za czasów Sancha doszło do jego zmiany. Sancho, Santiago i Roland (ten od Pieśni) są nadal żywymi bohaterami tego miejsca i nakładają się jeden na drugiego w uroczym historycznym palimpseście.

Piąty przystanek. Dolna Nawarra. Arnéguy/Arnegi. Senne miasteczko graniczne. Pijemy piwo w jedynym otwartym wieczorem barze przy samym granicznym moście i słuchamy tak szemrzącego strumienia, jak i opowieści z czasów kontrabandy („to największy kontrabandzista z okolicy, siedział nawet w więzieniu”) i kolejek tirów. Tutejszy baskijski, dodatkowo zakrapiany mocnym alkoholem, sprawia mi problemy. Przypominam sobie przekraczanie granic w czasach wiz i paszportów. W nocy burza. Rano góry parują przyjemnie i trzeba ściągnąć wodę z szyb samochodu.

Szósty przystanek. Dolna Nawarra. St. Jean Pied-de-Porte/Donibane Garazi. Piękne średniowieczne miasteczko. Punkt początkowy Camino de Santiago – w biurze pielgrzyma słyszę w jednym momencie kilka języków i zapowiedź pracownicy (po angielsku), że zaraz przyjdzie koleżanka, która zna niemiecki i wszystko pielgrzymowi wytłumaczy. Sama mówię językami, starając się używać francuskiego, którego przecież tak naprawdę nie znam, i przechodząc płynnie w hiszpański lub baskijski. W barze przed kościołem jemy naleśniki, pijemy kawę i obserwujemy, jak po skończonej mszy ksiądz o dalekowschodnich rysach żegna się w drzwiach z parafianami. Światowe metropolie mogą mieć nawet niespełna dwa tysiące mieszkańców, myślę sobie, gdy ogarnia mnie nagle wielka ochota, by kiedyś spędzić w tym miejscu trochę więcej czasu.

A potem już z Pirenejów, trochę wzdłuż rzeki Nive i przez Azkaine do St. Jean-de-Luze na kantabryjskie wybrzeże, gdzie pada wściekły deszcz. Wzdłuż plaży w Hendaye, przez most graniczny na Bidasoi, gdzie tabliczka z napisem „Espagne” jak zawsze zamazana i zaklejona, za to dobrze widać drogowskaz informujący, że wjeżdża się do prowincji Gipuzkoa. Trzy dni tak obfitujące w bodźce i wrażenia, że wydaje mi się, jakby minęło więcej czasu.

Read Full Post »