Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for 16 sierpnia, 2017

W samym środku high season media pełne są utyskiwań na zalew turystów. Zamknięcie lub ograniczenie popularnych destynacji takich jak Egipt, Tunezja czy Turcja sprawiło, że Hiszpania przeżywa nienotowany dotąd najazd w sezonie letnim. W Katalonii i na Balearach pojawiły się grupy miejskiej partyzantki antyturystycznej, a w San Sebastian już późną wiosną czyjeś ręce uporczywie wymazywały na murach „Tourists go home”.

1 sierpnia byłam na dwóch lokalnych plażach – na jednej z nich było pięć, na drugiej z piętnaście osób (chyba policzyłam ich z ratownikami), słońce lekko przypiekało, woda miała przyjemną temperaturę, wszystko czyste, ze śmietnikami w zasięgu krótkiej przebieżki i darmowymi toaletami. Dwa dni wcześniej byliśmy na innej plaży, bardziej kurortowej. Zachmurzone niebo sprawiło, że do wody weszli chyba tylko obcokrajowcy i surferzy. Tak więc high season może mieć różne oblicza. Dość to pocieszające.

W popularnym kurorcie Asturii w samym środku długiego weekendu mieliśmy problem z zaparkowaniem, ale gdy wreszcie znaleźliśmy miejsce, zapłaciliśmy tylko dwa euro za postój do końca dnia. „Ludzie tutaj nie umieją w zdzierstwo czy co” – pomyślałam sobie, myśląc o high season nad Bałtykiem i cenach tamtejszych parkingów. Kawa i piwo kosztowały tyle samo co w barze na mojej zwyczajnej, niekurortowej ulicy. Jedynym minusem były nieposprzątane stoliki. Pocztówki były artystyczne, zrezygnowałam z wysłania ich rodzinie, bo co zrozumieją z widoczku na porośnięte trawą skały albo wyrwanej z kontekstu maryjnej figurki. Zrozumiałam wtedy, jak mocno jestem już turystycznie uwarunkowana. Na pamiątkę zabrałam idealnie jajowatego otoczaka z plaży.

Turystyka jest fajna, bo poznawanie świata jest fajne. Ale turystyka masowa sprawia, że traci się szanse na poznawanie świata, na zetknięcie z innym. Wszystko staje się sztampowe i męczące. Nie ma już miejsca na te drobne gesty, jak to, że kucharz z baru z sąsiedniej ulicy, widząc cudzoziemców z plecaczkami, sam z siebie proponuje szybsze otwarcie kuchni („jak tylko przyjdzie dziewczyna i przyniosą chleb”), a potem w ramach przystawki zaprasza na grzyby w piwnym sosie, żeby się nam czekanie na kolację nie dłużyło. Tyle że ten kucharz jest współwłaścicielem baru, nie odpowiada przed abstrakcyjnymi radami nadzorczymi międzynarodowych firm, które patrzą tylko na słupki w excelu i rzucają samoloty i promocje tam, gdzie podpowiedzą im algorytmy.

Może Chińczycy dobrze to wymyślili. Budują u siebie repliki europejskich miast, które stały się atrakcją turystyczną. Muszą tylko bardziej wypromować te miejsca, sypnąć publiczne pieniądze liniom lotniczym i sieciom hotelarskim. Do jaskini Altamira nikt od lat nie może wejść, bo oddech zwiedzających niszczył naskalne rysunki. Tak więc obok zbudowano replikę jaskini i tam kończą turyści. Pewnie większości jest wszystko jedno, a niektórzy może nawet się nie zorientowali. Pozwólmy Chińczykom budować nowe Barcelony i Kordowy, Wenecje i Florencje, nawet Paryże czy Carcassonne. Może dzięki temu oryginały zejdą ze ścieżki przekształcenia się w nic niemówiące disneylandy. Bo komu mają cokolwiek mówić, gdy nikt nie słucha, odhaczając kolejne „must see” z długiej wakacyjnej listy.

W Mieście Po Drugiej Stronie Rzeki wzmożony ruch ogromnych statków wycieczkowych. Na początku ich przytłaczający ogrom mnie fascynował. Teraz już nuży. Podczas gdy jachty, statki rybackie i wielkie kontenerowce, wpływające do portu Bilbao generują jakiś ruch, tamte wycieczkowce sprawiają wrażenie nieruchomych. Pojawiają się rano, znikają wieczorem. Nie w żadnej kontynuacji, żadnego śladu. Gdzie podziewają się ich liczni pasażerowie? W ogóle schodzą do portu, udają się na plażę do okolicznych barów? Czy autokary wiozą ich prosto do Bilbao na spacer i zakupy na Gran Via? A może decydują się zostać w labiryncie barów, basenów i dyskotek wielkiego miasta-statku? Wyrwani z kontekstu, sformatowani, pozbawieni szans poznania czegoś poza linią krajobrazu. Czy kiedykolwiek ktoś z nich wjechał na wzgórze Artxanda i zrozumiał, dlaczego Bilbao nazywane jest przez tubylców Botxo (czyli w wolnym tłumaczeniu: dziura)? Podróż była zawsze dotykaniem, macaniem, próbowaniem, spotykaniem – i tego wszystkiego konsekwencjami. Oferując wszystkim swobodę podróżowania, jednocześnie się im tę swobodę odbiera. Nie ma prostego rozwiązania tej zawiłej sytuacji.

Read Full Post »