Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for 22 czerwca, 2017

Pewnego dnia przemieściłam się z pochmurnego Bilbao do upalnej Saragossy. Podróż bez planu, bez potrzeby, bez towarzystwa. Gdy autobus zjechał w dolinę Ebro, znalazłam się w zupełnie innym świecie – to przedarcie się na drugą stronę systemu Góry Kantabryjskie zawsze przynosi tak wyraźną zmianę. Zmienia się krajobraz, klimat, powietrze, światło. Pojechałam do Aragonii zainspirowana nieco książką „La España vacía” Sergio del Moliny (zresztą autora z Saragossy), poczytnym tutaj eseju o hiszpańskim interiorze, miejscu suchym, pustym i stale się wyludniającym. Miejscu, gdzie życie skupia się w rzuconych na mesecie miastach i miasteczkach, których granice wyznaczone są tak wyraźnie, jakby ucięte, że gdy o tym myślę, przeszywa mnie niezrozumiały dreszcz. Niegdyś w moich snach pojawiał się koniec miasta – ostatnie bloki, za którymi już tylko pola i odległe hangary, brak oparcia nawet w linii drzew czy odległych wiejskich zabudowaniach. Śniłam tak o Warszawie, ale tak naprawdę dopiero w Aragonii się te senne obrazy urzeczywistniły. Nie wiem do końca, skąd bierze się ten niepokój. Czyżby z tego, że ucieczka z rzuconego na pustkowie miasta jest niemożliwa? Gdy wyjdziesz za linię ostatnich budynków, jesteś tak bardzo na widoku. Rozległa przestrzeń ma w sobie coś przerażającego i męczącego. Podróż przez Wielką Nizinę Węgierską czy hiszpańską Mesetę to ciągłe wpatrywanie się w oddalający się horyzont i przytłaczająca monotonność krajobrazu. W drodze powrotnej poczułam ulgę, gdy wreszcie autostrada (Autopista del Ebro) zagłębiła się w pofalowany krajobraz La Riojy z jej winnicami i narastającą w miarę zbliżania się do linii gór zielenią.

19 stopni rano w Bilbao, 36 po południu w Saragossie. Spacer w tym skwarze był prawie niemożliwy, trzeba było odczekać kilka godzin, co i rusz chowając się w kawiarniach, aż niebo się zamgliło, odcinając miasto od niemiłosiernego słońca. W dodatku pojawił się silny wiatr, przynoszący ulgę. Saragossa jest przystosowana do upałów. ulice wysadzono dającymi przyjemny cień drzewami, są ławki, na których można przysiąść, by złapać oddech i uzupełnić płyny, szerokie chodniki pozwalają skryć się w cieniu wysokich budynków. Spróbowałam pierwszych w tym roku morw prosto z drzewa – były średnio dojrzałe. W bazylice Virgen del Pilar odrzucający klimat imperialny i pozbawiona uroku barokowa dewocja. Za kaplicą stała spora kolejka czcicieli, którzy podchodzili do dziury w ścianie, za którą stała figurka Dziewicy Maryi na filarze. Klękali i całowali ten filar od tyłu, jakby niegodni ujrzenia podobizny Matki Boskiej. Było w tym coś mocno obskuranckiego i wstecznego, a zarazem stereotypowo hiszpańskiego. odebrało mi ochotę na wyszukiwanie fresków Goi na suficie kościoła.

Bazylika Pilar dominuje nad brzegiem Ebro i nad otaczającymi ją uliczkami historycznego centrum, które ma dwie twarze. Część położona po stronie prowadzącej ku średniowiecznego zamku królów aragońskich, jest nieco zapuszczona, wypełnione wąskimi, lekko śmierdzącymi uliczkami z kamienną zabudową. Natomiast część wiodąca ku Plaza de España wypełniona jest eleganckimi sklepami, klimatycznymi kawiarniami przy małych placykach. Jest wielkomiejska, dystyngowana, przywodzi na myśl Madryt czy Barcelonę. Ze swoimi 700 tysiącami mieszkańców Saragossa jest w końcu piątym co do wielkości miastem w Hiszpanii, a jej historyczność i położenie także nadają jej ważność. Co drugi mieszkaniec Aragonii mieszka w stolicy tej wspólnoty autonomicznej. Jej drugie co do wielkości miasto, Huesca, ma tylko około 50 tysięcy mieszkańców.

Pojechałam do Hueski drugiego dnia. Upał wydawał się lżejszy, może to wpływ widocznych w oddali gór, przedpirenejskiego pasma Sierra de Guara (nawet 2000 m.n.p.m.), mimo to po południu miasto było jak wymarłe. Nieliczne otwarte bary stanowiły jedyne schronienie, dzięki klimatyzowanym wnętrzom i nawilżanym ogródkom. Średniowieczne część Hueski położona jest na wzgórzu. Gotycka katedra stoi naprzeciwko też dość starego budynku ratusza. Dzieli je dosłownie z dwadzieścia metrów, przestrzeń z fontanną, kilkoma drzewami i jedną kawiarnią. W katedrze wspięłam się po 180 stopniach, bardzo wąskich, miejscami dość traumatycznych, i z wieży ogarnęłam wzrokiem cała Hueskę i jej okolice. Oczywiście puste. Na drodze łączącej to miasto z Saragossą (75 km) nie zauważyłam nawet żadnej stacji benzynowej. W przykatedralnym muzeum kilka ciekawych średniowiecznych obrazów i ozdobny, wykuty w białym kamieniu ołtarz. W samej katedrze było chłodno i cicho, spotkałam może troje, czworo innych zwiedzających. Znajduje się tam między innymi kaplica Św. Hieronima, patrona tłumaczy. Wrzucam 10 eurocentów, by zapalić samotną automatyczną świeczkę. Wprawdzie plakaty na ulicach  głosiły, że w mieście odbywa się akurat międzynarodowy festiwal filmowy, ale nie natrafiłam na żadne związane z tym ożywienie. Nauczyłam się pierwszego aragońskiego słowa: zerrau, czyli zamknięte i mogłoby to dobrze podsumować ten kilkugodzinny pobyt. Gdy po raz trzeci trafiłam na ten sam plac, uznałam, że poznałam już z grubsza miasto i mogę usiąść w chłodnym barze, zamówić zimną colę i oddać się czytaniu.

Trzeciego dnia była jeszcze bardziej gorąca Saragossa. Wizyta w Muzeum Goi i na średniowiecznym jarmarku, na którym można było zakupić różne ekologiczne produkty albo drewniane miecze. Mój podróżny outfit (oliwkowe spodnie i mały plecak) zmylił lekko podchmielonego strażnika ubranego w płócienne giezło. „Robisz Camino de Santiago?” zapytał dość natarczywie. Nie wiem, jaki produkt związany ze św. Jakubem chciał mi zaproponować, bo szybko przeszłam na zacienioną stronę, gdzie kupiłam naleśnika z bananem i czekoladą. To był mój obiad. Odpuściłam sobie powtórną wizytę w bazylice i powoli zaczęłam przemieszczać się w stronę dworca. Przeskalowany nowy budynek, godny wielkiej metropolii łączy dworzec kolejowy i autobusowy. W tym ogromie gubią się niezbyt często przyjeżdżające pociągi i autobusy, pasażerowie wydają się nieliczni. Przejście od wejścia od strony miasta ku okienkom biletowym zajmuje niespiesznym krokiem chyba z dziesięć minut. Pasażerowie udający się koleją szybkiej prędkości do Barcelony muszą przejść kontrolę bezpieczeństwa jak na lotnisku. Odnotowuję tylko dwie kafejki i jeden sklep pozornie z żywnością, który na drzwiach ma wypisany flamastrem na tekturze napis, że nie można w nim dostać wody ani żadnych napojów. W tym okrutnym upale sprawia to dość absurdalne wrażenie. O dziewiątej wieczorem w Bilbao wysiadam z autobusu i wreszcie odczuwam lekki chłód. Powietrze pachnie wiosną (nadal mamy wiosnę) i morzem. Następnego dnia fala upałów dotarła też na wybrzeże, ale tu mamy przynajmniej plaże. Teraz namacalnie rozumiem, dlaczego interior Półwyspu się wyludnia, podczas gdy na wybrzeżu ludności stale przybywa.

Była to też podróż do mojego własnego wnętrza. Trzy dni spędzone sama ze sobą, z wieczornymi lekturami, socjologicznymi i antropologicznymi obserwacjami, obcowania z odmiennością i nowością. Inny klimat, inne myśli, porządkowanie siebie w oderwaniu od codzienności, jakże dawno tego nie robiłam…

Read Full Post »