Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for 19 sierpnia, 2016

Warszawski sen

W Warszawie najlepsze kawiarnie to te, tuż za oknami których przejeżdżają tramwaje. Wiedziałam to już w pierwszym roku mojego mieszkania w tym mieście, gdy lubiłam przesiadywać na pl. Zbawiciela – jeszcze w czasach przedhipsterskich – w bardzo oldschoolowej kawiarni-lodziarni Corso. Tramwaje wówczas były stare i mocno zgrzytały na zakręcie. Dziś usiadłam w sieciówce na pl. Narutowicza, której przez te wszystkie lata tam nie było i przyszło mi na myśl to zdanie. Dawno nie przychodziły mi na myśl takie zdania, choć tego lata piszę i mówię dość intensywnie.

Pierwszy naprawdę słoneczny dzień i przedjesiennna melancholia ostatniego tygodnia zamienia się nagle w typowy warszawski smutek tropików. Rano zaniosłam do laboratorium kubeczek z moczem, pielęgniarka kazała mi pójść do toalety i przelać jego zawartość do fiolki. Trudno się siusia do fiolki, przynajmniej dziewczynkom, starałam się usprawiedliwić ten dziwny wymóg. I dlaczego toaleta w przychodni jest zamykana na kluczyk dostępny w recepcji, no dlaczego? Odwróciłam jak zwykle głowę w trakcie pobierania krwi, a potem zdziwiły mnie trzy pełne fiolki ciemnobordowej cieczy. Przypomniał mi się sen, który śniłam kilka miesięcy temu: oddawałam w nim krew na tyłach baru mieszczącego się przy herriko plaza jakiegoś baskijskiego miasteczka. Po podłączeniu mnie do aparatu wszyscy mnie zostawili. Po jakimś czasie uznałam, że już za długo oddaję tę krew, więc sama wyjęłam wenflon. Na wskaźniku pojawiła się wartość donacji: 23 kilogramy. Jak dużo dajesz z siebie Krajowi Basków, skwitowała to B., przypominając też, że ponoć dusza waży 23 gramy (albo 22, albo 28 – są różne szkoły, wszystko to kwestia interpretacji).

W Urzędzie Dzielnicy Żoliborz niezobowiązująca pogaduszka z panią starszy inspektor od paszportów. Mówi mi, że sporo ludzi z Rodzinnego Miasta składa u nich wnioski. Może to tak naprawdę ja i Ryjek, a łatwo nas było zapamiętać, bo nie udało się u nas obu pobrać odcisków palców (ach, nie pojadę bez wizy do Kanady, myślę sobie, czytając obwieszczenia przy okienku), a Ryjek dodatkowo miała błąd w imieniu matki w systemie. W tej niezobowiązującej pogaduszce zdradzam jej, że wyprowadziłam się z Warszawy i że wyjeżdżam za granicę. A niech to gdzieś nawet odnotuje w statystykach, myślę lekko mściwie, bo w momentach wokółemigracyjnych otwiera mi się czasami okienko złości na Rodzinny Kraj i na Jego Stolicę. Nie sądzę, by to zrobiła, ale na koniec, wręczając mi nowy paszport, życzy, żeby mój pobyt za granicą był udany. Szczerze mi tego życzy, z taką powściąganą serdecznością. Uśmiecham się i dziękuję. I jeszcze tylko kilka rytuałów i wracam na Ochotę, gdzie kiedyś zaczynałam moją przygodę z Warszawą. Długie te nowe tramwaje, myślę, dużo tych nowych kawiarni i knajpek. Chociaż jest jakaś ciągłość. Na środku placu, w plątaninie torów, w cieniu akademika zwanego Alcatrazem nadal przesiadują zmęczeni życiem, czasami lekko zdeformowani ludzie – jak te kilkanaście lat temu, gdy zdarzało nam się witać tam letnie świty z gitarą i sporą liczbą procentów we krwi.

Read Full Post »