Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for 3 lipca, 2014

Estonia

Czuję się czasami dzieckiem Iberii, ale to północne klimaty dają mi prawdziwy oddech. Podczas podróży do krajów bałtyckich dwa razy przeżyłam głębokie wzruszenie, doświadczając niesamowitego dreszczu, tak mocnego, że aż przerażającego, takiego, że chciałam w tej samej chwili zwinąć się w kłębek, przestraszona reakcją własnego organizmu. Pierwszego wieczoru po przyjeździe do Tallinna, zjedzeniu pysznej ryby w miejscu, które chętnie, na własne potrzeby, przeniosłabym na Żoliborz i wstępnym zapoznaniu się z uliczkami tamtejszej niesamowitej starówki dotarłyśmy na tzw. Górne Miasto, pod prawosławną katedrę, na której kopułach odbijało się zachodzące słońce (była godzina 22.30). Wiedziałam, że natychmiast muszę ruszyć dalej, bo skoro słońce odbija się na budynkach, musi być jakiś punkt, z którego będzie widać jego zachód. Po kilku minutach dotarłyśmy na taras widokowy i tam w promieniach słońca osuwającego się w Zatokę Fińską dotknął mnie pierwszy dreszcz. Nieopodal, na balkonie wychodzącym w stronę dachów miasta poniżej oraz morza stała kobieta w średnim wieku i paliła papierosa. Pomyślałam z zazdrością, że ona ma to na co dzień. Stała tam jeszcze dobrą chwilę po tym jak skończyła palić, jak słońce już zaszło. Jak się stamtąd oddalałyśmy gdy już Ryjek wykonała była całą serię zdjęć czerwonego nieba, kobieta na balkonie stała nadal, paląc kolejnego papierosa. Jeszcze bardziej jej zazdrościłam.

Drugi dreszcz spotkał mnie w Paldiski. Jeszcze przed wyjazdem dokładnie zbadałam mapę Estonii, szukają miejsca, w którym „będzie można dotknąć morza”. Paldiski leży kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Tallinna, na niewielkim półwyspie. Ma dobre połączenie kolejowe i drogowe. Wiedziałam, że chcę tam pojechać jeszcze zanim Ryjek przeczytała w przewodniku o tamtejszych niesamowitych klifach oraz o tym, że w czasach Związku Radzieckiego mieściła się tam baza okrętów podwodnych. Samo miasteczko to ciąg ustawionych w dwóch, trzech rzędach bloków z epoki radzieckiej. Ponoć mieszkali tam tylko pracownicy bazy i portu, i po upadku ZSRR miasto zupełnie się wyludniło. Dziś jest tam nadal port z dołączonymi parkingami na importowanych z Niemiec (drogą morską oczywiście) samochodów. Gdy dotarłyśmy na klify ogarnęła mnie radość. Mnóstwo kamieni, ładne widoki, otwarte morze, nikogo poza nami praktycznie tam nie było. A dreszcz przyszedł, gdy dotarłyśmy na sam skraj cypla i stojąc na wzmocnionym betonem punkcie widokowym na klifie, patrzyłyśmy na otwarty Bałtyk. Dookoła woda, statki na horyzoncie, na wschodzie w oddali majaczył Tallinn, którego linię brzegową eksplorowałyśmy dzień wcześniej. Wiatr huczał nienachalnie, sprawiając wrażenie, że jest się na planie filmu Ingmara Bergmana.

Północ ma zupełnie inne kolory, chłodne i melancholijne, ale jakieś takie otwierające na różne doznania. Drewniane domki z werandami, małe lokalne stacyjki kolejowe, polodowcowy krajobraz, czystość nieba – naprawdę miło się tam przebywa, dobrze oddycha.

Read Full Post »