Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for 7 października, 2013

W trakcie krótkiego półurlopu łyknęłam „Wyznaję” Jaume Cabré. To świetna powieść. Blisko 800 stron, wciągające historie, ciekawy pomysł formalny, ale przede wszystkim to spełnienie marzeń nas, intelektualistów/erudytów. Po pierwsze, mamy bohatera, który jest tym wszystkim, kim my byśmy chcieli być. Zna kilkanaście języków, prawie perfekcyjnie gra na skrzypcach, czyta trudne książki i rozmyśla o naprawdę ważnych sprawach, prowadzi zajęcia naukowe, ale jest na marginesie uniwersytetu, nie interesują go rozgrywki personalne, walka o granty, punkty i habilitację. Jest bogaty z domu i nie musi pracować. Ba, nie musi martwić się o źródła swojego dochodu, bo ma zaufanego plenipotenta i chętnych na zakup rodzinnego sklepu z drogimi gratami. Niestraszne mu kryzysy finansowe i widmo bezrobocia. Ma wypełnione książkami mieszkanie (opis układania jego biblioteki przyprawił mnie o zazdrość, naprawdę), które odkurza mu regularnie nieinwazyjna pomoc domowa. Jego ukochana jest utalentowaną rysowniczką, sporadyczna kochanka pracuje na uniwersytecie, a najbliższy przyjaciel to znany skrzypek. Szczerze powiem, że kupiłam tę idyllę. Naprawdę podobała mi się książka. Nic w niej nie zgrzytało, nie brakowało żadnych wyjaśnień i dopowiedzeń ani nie było ich zbyt dużo.
A jednak po kilku dnia od ostatniego zamknięcia tego dzieła zaczęły nachodzić mnie wątpliwości. Przede wszystkim dotyczące strony etycznej powieści. Bohater dywaguje o złu, pisze nawet o nim obszerny esej (oczywiście entuzjastycznie przyjęty), ale de facto nie poświęca mu żadnej głębszej osobistej refleksji. Zło go okrąża – źli są jego rodzice, źli są naziści, źli są frankiści i inkwizytorzy, zły jest świat Katalonii po wojnie domowej, zły jest świat średniowiecznego chłopstwa, ale on sam, światły Adrian, jest ponad to wszystko. Tkwi wśród książek i mądrych zdań, ale jest niezdolny do jakiegokolwiek poruszenia kondycją człowieka – jest ona dla niego tylko sferą dywagacji.
Teraz odczytuję tę powieść jako przestrogę przed zamknięciem w bibliotece, w tej wieży z kości słoniowej własnej wiedzy, samowiedzy i wynikającej z nich pychy. Intelektualista, który zamyka się na świat, nie jest intelektualistą, lecz tylko kolekcjonerem. Tak jak ojciec Adriana był kolekcjonerem pięknych i drogich przedmiotów, z których nie robił większego użytku, tak Adrian kolekcjonuje swoją wiedzę i umiejętności, ale są one czymś pustym, przydatnym może jedynie do napisania książek, którymi wszyscy się zachwycają, choć niektórzy przyznają, że ich nie czytali. Przemyślenia Adriana nie wzbudzają żadnego fermentu, nie wywołują polemiki, tak naprawdę nie generują nawet zrozumienia. Cała ta wiedza nie uchroniła bohatera od kolejnych porażek, a przede wszystkim nie uchroniła go przed przedwczesną śmiercią za życia, przed mentalną degradacją.
Cabré podsuwa nam różne odpowiedzi na stawiane w tekście pytania, ale to tylko zasłona dymna kryjąca fakt, że nie ma on żadnej odpowiedzi. Żeby to ukryć buduje nam świat idealny, zaokrąglony, zamknięty i skutecznie sprzedaje jako spójną wizję. Założę się, że to jest właśnie taka literatura, jaką miał na myśli Michnik, gdy powiedział, wręczając Nike Joannie Bator, że on jest za Polską literatury przeciwstawioną Polsce smoleńskiej.
Bator, podobnie jak Cabre, chciała upakować do swojej nagrodzonej powieści wszystko, co przyszło jej do głowy. Tylko że w jej przypadku szydło wychodzi z worka jeszcze przed zakończeniem lektury, dla mnie czar prysł, gdy pojawiła się bibliotekarka-transseksualistka. Cabré jest na tym polu jednak sprawniejszy. Obie powieści dokumentują niejako najbardziej odjechane przykłady ludzkiej niegodziwości, ale nie dają nam szansy na przeżycie katharsis.

Na półurlopie łyknęłam jeszcze „Bukareszt” Małgorzaty Rejmer. Mam wrażenie, że dzisiejszy reportaż jednak lepiej oddaje prawdę o świecie niż dzisiejsza powieść. Może dlatego, że nie sili się na sztuczny rozmach i naśladowanie Tomasza Manna. Chyba nikt już nie napisze „Buddenbrooków”, mała forma trzyma się detalu i z niego wywodzi uogólniające wnioski. Najlepsze partie „Wyznaję” to właśnie drobne poboczne historie, takie w duchu nieco bolañowskim. Niepotrzebnie na koniec układają się w wyraźną, zamkniętą całość. To już czytelnik powinien sam sobie dopowiedzieć (albo nie).

Read Full Post »