Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for 22 czerwca, 2013

Postfeminizm?

Kiedy zrozumiałam, że jestem feministką odkryłam zarazem, że mój feminizm wiąże się z potrzebą równości. Chcę, żeby ludzie nie byli klasyfikowani wedle swojej płci, rasy, grupy społecznej, ale że społeczeństwo, w którym żyje tak właśnie klasyfikuje ludzi. Nie ucieknę przed tym. Mogę tylko walczyć o emancypację tych, którzy mają gorzej. O ich prawa i ich godność. Bez oceniania ich wyborów życiowych, bo nie podoba mi się, gdy ktoś ocenia moje. To się łączy z feminizmem – tą pierwotną walką o uznanie, jaką toczę prywatnie i jaka jednocześnie toczy się publicznie. Dlatego dla mnie feminizm może być tylko socjalistyczny, walczący najpierw o prawa tych słabszych kobiet, a potem o parytety w radach nadzorczych. Najpierw o zrównanie zarobków szeregowych pracowników obu płci, a potem o szklany sufit ustawiony przed wejściem do biur dyrektorskich. Najpierw o pomoc dla matek rodzin wielodzietnych, które z powodu tradycji, niewiedzy, ekonomii z trudem kontrolują własną płodność (a często także zdrowie!), potem o refundację in vitro dla klasy średniej. To nie jest tak, że ja uważam kwestię rad nadzorczych, szklanego sufitu czy in vitro za nieistotne. Chodzi o to, że żyjemy w społeczeństwie, w którym feministki z Kongresu Kobiet występują w obronie bogatej i wpływowej prezydent stolicy, ataki na nią uważając za przejaw seksizmu ze strony męskich przeciwników politycznych, zupełnie pomijając antyspołeczną politykę tej pani. Nie o taką solidarność jajników nam chodziło. Pani prezydent znajdzie sobie szybko nową świetnie płatną posadę, zwolnione przez nią nauczycielki czy kucharki ze szkolnych stołówek mają małe szanse znalezienia jakiejkolwiek pracy. Wpływowe panie dyrektorki i członkinie rad nadzorczych nie zastanawiają się nad tym, czy redystrybucja zysków w ich firmach jest sprawiedliwa. Nie myślą o tym, jak ich wysokie pensje odnoszą się do pensji szeregowych pracownic, szczególnie tych w zakładach produkcyjnych i na najniższych szczeblach. Młodej stażystce rzucą pewnie kilka słów na temat ogromnej szansy, jaka przed nią stoi, malując miraże zajęcia miejsca na samym szczycie hierarchii, nie zapytają się jednak, z czego opłaca ona swój czynsz, dojazd i lunch w firmowej stołówce, skoro staż jest darmowy.

Dlatego właśnie Kongres Kobiet mnie nie przekonuje. Prospołeczne panele i udział lewicowych feministek wydają się tylko kwiatkiem do kożucha, łaską wpływowych organizatorek, które w gruncie rzeczy walczą o swoje interesy, opakowując je w feministyczne hasła i czyniąc z nich sprawę wszystkich kobiet. Ale jakoś szerszy udział kobiet w radach nadzorczych np. sprywatyzowanych szpitali nie przekłada się na bardziej godne warunki pracy pielęgniarek i salowych. Parytety na listach wyborczych nie gwarantują bardziej prokobiecej polityki państwa, bo mimo tych wszystkich posłanek, radnych i prezydentek, „kompromis” aborcyjny i tak jest nie do ruszenia, a te panie uprawiają politykę taką jak ich koledzy, wydając państwowe i samorządowe pieniądze na fontanny i eventy, a zabierając je z puli edukacyjnej, opieki społecznej czy propagowania kultury fizycznej u dzieci.

Feministyczne hasła bez feministycznych działań są tylko mąceniem w głowach zwykłym kobietom z Polski prowincjonalnej, które przyjechały na Kongres, bo chciały poczuć się częścią środowiska, które walczy o rozwiązanie ich problemów. Zamiast realnego wsparcia dostały ładną oprawę medialną, możliwość uściskania ręki osobom z ekranów tv, możliwość zakupu kosmetyków czy ubezpieczeń w kuluarach. Pojechały pewnie wzmocnione słowami o tym, jakie kobiety są wspaniałe, bo zawsze dają sobie radę. Dostały też napomnienie od pewnej pani redaktor czołowego polskiego dziennika, by właściwie wychowywały swoich synów, bo od tego zależy udane życie rodzinne ich przyszłych synowych. Czy to jeszcze ma cokolwiek wspólnego z emancypacją?

Read Full Post »