Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for 14 grudnia, 2012

Pamiętam ciężarówki, które wyjeżdżały z kampusu głównego i zjeżdżały w dół na Dobrą, a silni panowie w roboczych strojach przerzucali skrzynki z książkami. Pamiętam swoje pierwsze kroki w tym nowym gmachu, pachnącym jeszcze długo świeżym betonem. Co to była za radość chodzić między półkami, móc wyjąć stamtąd dowolną książkę i przejrzeć ją, siedząc na podłodze lub pobliskim parapecie! Pamiętam mroźne zimy i przesadnie klimatyzowane lata. Pamiętam nawet widok przez okna wychodzące na północ, gdy jeszcze nie było tam wylotu tunelu Wisłostrady i można było podnosząc głowę patrzeć na powolny nurt Wisły, czasami schowany wprawdzie za sznurem samochodów.

Zawsze lubiłam BUW. To jest naprawdę gmach z osobliwym klimatem, miejsce, w którym można przyjemnie spędzić czas (oczywiście poza sesją,gdy nad twoją pochyloną nad książką głową miotają się jakieś dość dziwne okazy studenckiej braci). Korzystam z zasobów BUW-u regularnie od ponad 10 lat, pisałam tam dwie prace magisterskie, mnóstwo prac rocznych i zaliczeniowych, przygotowywałam się do różnych egzaminów, pracowałam nad tłumaczonymi tekstami, ale przede wszystkim czytałam, poznawałam, odkrywałam. Naprawdę studiowałam, w tym pierwotnym znaczeniu tego słowa.

Z czasem BUW obrósł innymi miłymi rzeczami. Wreszcie można tam zjeść coś poza słodką bułką i gumowymi naleśnikami z mikrofali, umówić się na kawę. Można też wygrzebać interesującą książkę w jednym z podziemnych antykwariatów. Można pobiwakować w ogrodzie, chociaż to już nie jest ten bujny ogród co przed laty. Doprawdy nie rozumiem, co stało się z winnymi pergolami!

BUW wydaje się spełnieniem marzenia każdej bibliofilki. Zwłaszcza takiej, która już w w podstawówce wywalczyła sobie (sic!) prawo do wchodzenia między półki i samodzielnego wybierania książek po zapachu, czcionce, kolorach okładki. I jeszcze, żeby nazwisko autora brzmiało jak najbardziej egzotycznie. I już nigdy potem nie umiała dostosować się do uniwersyteckich systemów numerków, katalogów takich i śmakich, zamawiania i następnie ponadgodzinnego oczekiwania po to tylko, by po przekartkowaniu odłożyć z rozczarowaniem książkę na odrapany wózeczek, którą czekała dość długa podróż z powrotem na miejsce w magazynie. I wtedy BUW z wolnym dostępem jawił się jako prawdziwy raj. Nie znosiłam ciasnoty biblioteki iberystyki z rozmowami wiecznie skwaszonych pań bibliotekarek w zestawie. Na historii nigdy nie pojęłam systemu zamawiania i zawsze czułam się jak intruz, którego podejrzewa się o niecne zamiary wobec magazynowanych skarbów. Na filozofii jeszcze był ok, chociaż zimą chłodno, a latem głośno. Więc głównie odwiedzałam BUW, zakładając w celu ułatwienia sobie życia, że książek, których nie ma w BUW-ie, nie potrzebuję. Czasami mi to trochę jednak utrudniało życie.

I dzisiaj, gdy Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego świętuje swoje trzynastolecie na Powiślu, wchodzę sobie do katalogu internetowego i poszukuję pewnych interesujących mnie w danym momencie książek. I przy każdej wyświetla mi się, że egzemplarz dostępny jest gdzie indziej – w bibliotece Instytutu Anglistyki, w CESL-i, na historii sztuki. Przypomina mi się wtedy, że w każdej dziedzinie, którą przez te lata zgłębiałam dochodziłam prawie do końca możliwości czytelniczych w BUW-ie. Udawało mi się przejrzeć najistotniejsze pozycje, niektóre przeczytać, inne odrzucić jako zbędne w moich badaniach. A potem zostawała dziura. Głębokie braki podstawowej, wydawałoby się, literatury przedmiotu, albo właśnie ten niezrozumiały komunikat, że książka jest dostępna gdzie indziej, w innym końcu miasta. Zwykle przerzucałam się już wtedy właśnie do innej dziedziny i czerpałam radość z pełnych półek nowości (dla mnie!). Albo miałam czas na czytanie beletrystyki, a tej jest trochę w BUW-ie i można naprawdę sporo oszczędzić, wypożyczając zamiast kupować. Ale dzisiaj, gdy BUW radośnie cieszy się z tej nieokrągłej rocznicy, nie mogę nie zadać pytania, czy będzie on kiedyś Biblioteką całego Uniwersytetu? Miejscem, gdzie skupione zostaną wszystkie książki z bibliotek pomniejszych (może poza ich księgozbiorem podręcznym)? Tak aby szalona bibliofilka nie musiała telepać się po całym mieście ze słabą nadzieją na to, że ten jedyny egzemplarz będzie akurat dostępny i nikt nie zasłoni go własnym ciałem przed nią jako „obcą”, bo nie-studentką-naszego-wydziału. Czy BUW stanie się prawdziwą świątynią wiedzy, gdzie pielgrzymować będą wszyscy i poszukiwać odpowiedzi na wszystkie swoje pytania?

Idąc za Borgesem i Eco, chwalić będę totalność biblioteki, którą uosabia dla mnie właśnie BUW. Trzymam się tego z całych sił. Dożyłam niestety czasów, gdy w naukowej książce można natrafić na odnośnik bibliograficzny do strony chomikuj.pl. Naprawdę.

Read Full Post »