Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for 14 lutego, 2011

Wydawnictwo Znak przeprasza ustami swojej dyrektorki za wydanie książki Grossa. Obłuda czy wyjątkowy oportunizm? Coś jak panienka, która chcąc zachować dziewictwo, zgadza się na seks analny. W zeszłym roku Znak nie wydał zamówionej przez siebie książki Artura Domosławskiego o Kapuścińskim na skutek protestów obrażonej jeszcze nie opracowanym do końca materiałem pani Kapuścińskiej. Podobnie jak w przypadku książki Grossa, wtedy także ferowano wyroki przed ukazaniem się inkryminowanego dzieła.
Czyżby wykształciła się w Polsce nowa, wąska, ale mająca dostęp do mediów, kasta? Jej członkowie nie tylko mogą przeczytać książkę, która się jeszcze nie ukazała, ale nawet publicznie ogłosić, co o niej sądzą, nim materiał zostanie nawet złożony do druku. Takiej szansy nie mają zwykli ludzie, jak ja. (Chyba, że przeczytali oryginał „Złotych żniw” – ale wersja, jaką Gross przygotowuje na rynek polski różni się znacząco od tego, co wcześniej ukazuje się w Stanach). Za to jesteśmy codziennie bombardowani przeciekami o treści i skrajnymi opiniami. Usłużne media w poszukiwaniu skandalu lub gorącego tematu chętnie udzielają łam i czasu antenowego oburzonym, broniącym, przeciwnikom i zwolennikom, zapominając o tym, że publiczność nie może jeszcze pójść do księgarni i samodzielnie zweryfikować tego, co się do niej mówi. Debata z czasem przekształca się w festiwal insynuacji i obelg, stawianie barykad i pokazywanie, po której stronie tym razem znajdują się „prawdziwi Polacy”.

Uważam, że to debatowanie o książce, która się jeszcze nie ukazała jest tak naprawdę formą cenzury. Przeprosiny ze strony dyrektorki Znaku to coś jeszcze gorszego – to autocenzura. Szacowne krakowskie wydawnictwo zostało przywołane do porządku przez medialnych szczekaczy i skwapliwie się temu podporządkowało. Wróciło do szeregu, starając się zatrzeć złe wrażenie, jakie wywołało swoimi planami wydawniczymi.
Czuję niesmak. Tak się złożyło, że czytam teraz polskie tłumaczenie książki Hannah Arendt „Eichmann w Jerozolimie”, wydane przez Znak w 2010 roku. Autorka w kilku miejscach opisuje sytuację Żydów w Polsce międzywojennej. Szerszą perspektywę historyczną naświetlają w tych fragmentach rzetelne i treściwe przypisy Jerzego Holzera. Jest to zrozumiałe, bo czasami kilka zdań Arendt dotyczących historii Polski wymaga sprostowania lub dopowiedzenia. Wspomina ona także o powojennej sytuacji Żydów polskich, informując czytelników, że z kilku tysięcy żydowskich mieszkańców jakiegoś miasteczka nierzadko do domu wracało kilkunastu, z czego kilku zostało od razu zamordowanych przez ludność polską. W tym miejscu pojawia się gwiazdka odnosząca do przypisu nie sygnowanego już nazwiskiem Holzera, lecz enigmatycznym „przyp. wyd.”, którego treść brzmi: „Tego typu informacje muszą być uważane za tendencyjne, co sama autorka zaznacza poniżej”. Nie znalazłam zdania, w którym autorka stwierdzałaby, że te informacje są tendencyjne. Owszem, pisze ona kilka stron dalej o zeznających na procesie Eichmanna Żydach, których ocalili ich polscy sąsiedzi i przyjaciele i którzy wspominali o akcjach ratowania Żydów przeprowadzonych przez polskie podziemie. Czy to w jakikolwiek sposób neguje informacje o powojennych pogromach? Czy wspomiany w tym samym rozdziale przypadek niemieckiego żołnierza Antona Schmidta, który pomagał Żydom, neguje zbrodnie popełnione przez innych żołnierzy Wehrmachtu? Dlaczego tak trudno jest przyjąć tę polską winę? Dlaczego trudno przyznać, że obok licznych Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata mamy wśród nas także zbrodniarzy? Wydaje mi się, że prawda leży tak płytko jak te mityczne skarby żydowskie w Treblince, tylko że tym razem boimy się ku niej sięgnąć. W dodatku powstrzymując innych przed grzebaniem w tym temacie za pomocą specyficznych, ocierających się często o śmieszność, form cenzurowania debaty publicznej.

Read Full Post »