Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for 12 września, 2010

Wakacje z językiem

„Po wieży Babel” George’a Steinera i „Dziennik” Sandora Maraia to moje dwie największe przygody intelektualne tego lata. Właśnie wynotowuję co bardziej interesujące fragmenty pierwszego i czytam ostatnie kilkadziesiąt stron drugiego. Steiner pisze o języku, o przekładzie – rozumiejąc go bardzo szeroko jako nieustanne adaptowanie istniejących tekstów do warunków współczesności. Wskazuje na straty, jakie ponosi kultura z upływem czasu. Jeżeli nawet anglojęzyczni czytelnicy nie rozumieją połowy słów występujących w dziełach Szekspira, to jakże trudno jest przełożyć go na języki obce, pochodzące z odległych kultur. A jednak sprawa nie jest tak do końca stracona, bo odczytując Szekspira w innym miejscu i czasie, możemy nadać mu zupełnie nowe znaczenia. Stworzyć nowe dzieło. Robił to przecież sam dramatopisarz, gdy transferował komedie Plauta w warunki elżbietańskiej Anglii. Steiner pokazuje na wielu przykładach, jak wielką moc ma język. Jak wybór danego słowa, danego rejestru wpływa na znaczenie tekstu i jak trudno jest trafić na te znaczenia, jeśli nie jest się zakotwiczonym w kulturze autora.

Trafna była moja zeszłoroczna intuicja, gdy zrezygnowałam z kursu językowego po wyznaniu młodego lektora, że nie czyta książek. Wydało mi się nieprawdopodobieństwem, że ktoś, kto ma nas nauczyć języka, sam się tym językiem nie interesuje, nie rozwija swoich kompetencji. Wobec tego nie ma nam do przekazania nic więcej poza mową potoczną, poza czystą komunikacją w knajpie czy na ulicy. A mi to nie wystarcza, bo uczę się języków, by poznać coś więcej niż zestaw reguł gramatycznych i użyteczne na codzień słownictwo. Może chodzi o tę wartość naddaną, jaką niesie ze sobą związana z danym językiem kultura? Większe możliwości zrozumienia?

Sandor Marai – emigrant, obywatel świata i obywatel wieku XX (nawet dosłownie, bo żył w latach 1900-1989), człowiek kultury, o której sam twierdzi, że odchodzi w przeszłość. Urodzony w rodzinie mieszczańskiej w Górnych Węgrzech (dzisiaj Słowacja), wychowany w monarchii habsburskiej, przeszedł przez pierwszą wojnę światową, dekadencki Berlin czasów hiperinflacji, międzywojenny Paryż, Włochy, wreszcie powrócił do Budapesztu, by tam doświadczyć jednego i drugiego totalitaryzmu i ostatecznie wyjechał z Europy, by zamieszkać w Nowym Jorku. A po drodze miał wiele interesujących spostrzeżeń, odnośnie zmian, jakie dotykały kulturę i życie społeczne. W kilku luźnych uwagach na temat Ameryki obnażał miałkość konsumpcjonizmu i kruchość dobrobytu. Zapisując spotkanie z Chińczykiem-właścicielem nowojorskiej pralni, wyraził prorocze przekonanie, że za kilkadziesiąt lat to Azja będzie najważniejsza dla całego świata. Jego „Dziennik” przesycony jest poczuciem upadku dawnej europejskiej kultury, która zdeptana przez nazizm i komunizm, Auschwitz i Gułag, upadła ostatecznie pod naporem amerykańskiego dobrobytu i filozofii „keep smiling”. Jest na kartach tej książki przejmująca melancholia i osamotnienie. Marai nie ceni sobie zbytnio współczesnej mu światowej literatury. Uważa, że pisarz jako zawód i kondycja odchodzi w przeszłość, a on sam jest jednym z ostatnich przedstawicieli tego gatunku. Porównuje pisarza do włoskiego małomiasteczkowego szewca, który nie poszedł pracować w fabryce, bo chciał zachować swoją sztukę (rzemieślniczą) i swoją wolność. I chociaż ledwo wiąże koniec z końcem i nie jest pewny jutra, to jest szczęśliwy, czego nie można powiedzieć o pracownikach fabryki, którym dochody pozwalają na obłożenie się gadżetami współczesności i każą żądać coraz to nowych gadżetów. Podobnie twórcy literatury według Maraia zaprzedali się ideologiom i modom, zapominając o tym, że pisanie jest czymś ponad tym wszystkim. Stary Marai żegna odchodzącą kulturę i z niepokojem patrzy na tłum, który przynosi w to miejsce swoją. Luźne zapiski dziennika stanowią bardziej dogłębną analizę wieku XX niż opasłe tomy socjologów, antropologów i filozofów.

Marai też odnosi się do problemu języka. Jego ojczyzną nie są Węgry, bo te zmieniły swoje granice, swój ustrój, swoje życie społeczne, nie jest też ojczyste miasto Kassa – dzisiaj Koszyce – bo miasto to nie tylko mury, ale też ludzie, obyczaje, atmosfera i nie ma już niemiecko-węgierskiego mieszczaństwa w czechosłowackich proletariackich Koszycach. Jego ojczyzną jest język węgierski. Jego ojczyzną są wiersze Aranya i proza Krudy’ego, do której nieustannie powraca. Człowiek jest zakotwiczony w swoim języku i za jego pośrednictwem w swojej kulturze. Jeśli nie ma tej łączności, to traci swoją przeszłość, staje się faktycznym bezpaństwowcem. Innym problemem dla pisarza jest to, jak literatury małych krajów mają się przebić do świadomości kultur wielkich krajów. Czy pisarz, który chce zaistnieć „w świecie” musi koniecznie porzucić – nawet połowicznie – swoją ojczyznę, język?

Read Full Post »